Przepisy kuchenne

Dunwiddy

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Spider otworzył drzwi frontowe. Zaczęło padać i Gruby Charlie stał na progu przemoczony i wymięty.
– A zatem – rzekł – teraz nie wolno mi nawet wejść do własnego domu?
– W żaden sposób nie zamierzam cię powstrzymywać – odparł Spider. – To w końcu twój dom. Gdzie się podziewałeś całą noc?
– Doskonale wiesz, gdzie się podziewałem. Nie udawało mi się wrócić do domu. Nie wiem, jaki czar na mnie rzuciłeś.
– To nie był czar – w głosie Spidera zabrzmiała uraza. – To był cud.
Gruby Charlie przecisnął się obok i głośno tupiąc, wmaszerował po schodach. Wszedł do łazienki, zatkał wannę i odkręcił oba krany. Wystawił głowę na zewnątrz.
– Nie obchodzi mnie, jak to nazywasz. Robisz to w moim domu i zeszłej nocy nie pozwoliłeś mi do niego wrócić.
Zdjął z siebie przedwczorajsze ubranie, potem znów wystawił głowę za drzwi.
– A w pracy policja prowadzi w mojej sprawie dochodzenie. Czy powiedziałeś Grahame’owi Coatsowi, że dochodzi tam do osobliwych transakcji?
– Oczywiście, że tak – potwierdził Spider.
– Ha! A teraz on podejrzewa mnie.
– No, nie sądzę.
– Widać, mało wiesz – mruknął Gruby Charlie. – Rozmawiałem z nim, zawiadomił już policję. I jeszcze Rosie. Kiedy tylko wyjdę z wanny, czeka nas bardzo długa rozmowa na temat Rosie. Ale najpierw zamierzam wziąć kąpiel. Całą wczorajszą noc wałęsałem się poza domem. Przespałem się jedynie na tylnym siedzeniu taksówki. Gdy się obudziłem, była piąta rano, a mój taksówkarz zamieniał się w Travisa Bickle’a. Wygłaszał monolog. Powiedziałem mu, że równie dobrze może zrezygnować z szukania Maxwell Gardens, że to najwyraźniej nie najlepsza noc na znalezienie Maxwell Gardens, i w końcu się zgodził. Pojechaliśmy na śniadanie w jedno z tych miejsc, gdzie jadają taksówkarze. Jajka, fasolka, kiełbaski i grzanki, i herbata tak mocna, że można w niej postawić łyżeczkę. Gdy powiedział pozostałym taksówkarzom, że jeździliśmy całą noc, szukając Maxwell Gardens… Cóż, miałem wrażenie, że zaraz poleje się krew. Nie polała się, ale przez minutę było blisko.
Gruby Charlie urwał, by zaczerpnąć tchu. Spider słuchał z miną winowajcy.
– Po – oznajmił Gruby Charlie. – Po mojej kąpieli. – Zamknął drzwi łazienki.
Wszedł do wanny.
Wydał z siebie cichy, żałosny jęk.
Wyszedł z wanny.
Zakręcił krany.
Owinął biodra ręcznikiem i otworzył drzwi.
– Nie ma ciepłej wody – oznajmił z przesadnym spokojem. – Orientujesz się może, czemu nie mamy ciepłej wody?
Spider wciąż stał w korytarzu. Nie poruszył się.
– Moje jacuzzi – rzekł. – Przepraszam.
– Przynajmniej Rosie nie – rzekł Gruby Charlie. – To znaczy ona by nie…
I wówczas dostrzegł wyraz twarzy Spidera.
– Chcę, żebyś się stąd wyniósł – oznajmił. – Wynoś się z mojego życia. Z życia Rosie. Znikaj.
– Mnie się tu podoba – oświadczył Spider.
– Rujnujesz moje cholerne życie.
– Trudno.
Spider pomaszerował korytarzem i otworzył drzwi zapasowego pokoju Grubego Charliego. Na moment korytarz zalało złociste światło tropikalnego słońca, a potem drzwi się zamknęły.
Gruby Charlie umył włosy w zimnej wodzie. Wymył zęby. Pogrzebał w koszu z praniem, aż w końcu znalazł parę dżinsów i podkoszulek. Z faktu, iż leżały na samym dnie, wynikało, że właściwie są znów czyste. Naciągnął fioletowy sweter z misiaczkiem; kiedyś podarowała mu go matka, a on nigdy nie włożył tego swetra, nie mógł jednak zdobyć się na to, by go wyrzucić.
Ruszył w głąb korytarza.
Przez drzwi przenikało basowe bum-czagga-bum.
Gruby Charlie kilka razy nacisnął klamkę. Bez skutku.
– Jeśli nie otworzysz tych drzwi – oznajmił – wyłamię je.
Drzwi otwarły się bez ostrzeżenia i Gruby Charlie wpadł wprost do pustego pokoiku na końcu korytarza. Za oknem ujrzał tylną ścianę sąsiedniego domu, rozmazaną w zalewających szybę strugach deszczu.
A jednak gdzieś zza ściany dobiegał dźwięk ze zbyt głośno ustawionej wieży. W pomieszczeniu wszystko wibrowało w rytm odległego bum-czagga-bum.
– No tak – rzekł spokojnie Gruby Charlie. – Oczywiście zdajesz sobie sprawę z tego, że to oznacza wojnę.
Był to tradycyjny okrzyk wojenny przypartego do muru królika. W niektórych miejscach ludzie wierzą, że Anansi był sprytnym królikiem. Oczywiście się mylą. On był pająkiem. Można by sądzić, że te dwa stworzenia łatwo od siebie odróżnić, ale wciąż bywają mylone, częściej niż się wydaje.
Gruby Charlie wrócił do swej sypialni. Z szuflady przy łóżku wyjął paszport. Znalazł portfel tam gdzie go zostawił, w łazience.
Wyszedł w deszczu na środek ulicy i zatrzymał taksówkę.
– Dokąd?
– Na Heathrow – odparł Gruby Charlie.
– Nie ma sprawy – rzucił taksówkarz. – Który terminal?
– Nie mam pojęcia. – Gruby Charlie wiedział, że tak naprawdę powinien je mieć; ostatecznie minęło zaledwie kilka dni. – Z którego odlatują samoloty na Florydę?

Grahame Coats zaczął przygotowywać plan opuszczenia poczciwego biura Agencji Grahame’a Coatsa, gdy premierem był jeszcze John Major. Ostatecznie nic co dobre nie trwa wiecznie. Wcześniej czy później – Grahame Coats sam chętnie by o tym przypomniał – nawet kura znosząca złote jajka trafia do piekarnika. A choć przygotował świetny plan – nigdy nie wiadomo, kiedy może pojawić się potrzeba natychmiastowego zniknięcia – i wyczuwał wydarzenia gromadzące mu się nad głową niczym szare chmury, pragnął jak najdłużej opóźniać ów nieunikniony moment, póki nie da się go dalej odsuwać.
Już dawno uznał, że najważniejszy jest nie sam wyjazd, lecz zniknięcie, wyparowanie, rozpłynięcie się bez śladu.
W ukrytym w gabinecie sejfie – w tajnym pomieszczeniu, z którego był niezmiernie dumny – na półce zainstalowanej przez niego własnoręcznie i niedawno zmontowanej na nowo, bo runęła – spoczywała skórzana kosmetyczka, zawierająca dwa paszporty, jeden na nazwisko Basil Finnegan, drugi – Roger Bronstein. Obaj mężczyźni przyszli na świat mniej więcej pięćdziesiąt lat temu, dokładnie tak jak Grahame Coats, lecz w odróżnieniu od niego zmarli w pierwszym roku życia. Oba zdjęcia w paszportach przedstawiały Grahame’a Coatsa. W kosmetyczce leżały też dwa portfele, każdy z kompletem kart kredytowych i dokumentów ze zdjęciem na nazwisko figurujące w paszporcie. Każde z nazwisk miało własne przejściowe konta na Kajmanach, z których pieniądze spływały na kolejne konta na brytyjskich Wyspach Dziewiczych, w Szwajcarii i Lichtensteinie.
Grahame Coats planował swój wyjazd na pięćdziesiąte urodziny, przypadające za nieco ponad rok. Teraz zastanawiał się nad kwestią Grubego Charliego.
Nie przypuszczał, by Gruby Charlie został aresztowany czy uwięziony, choć gdyby któryś z tych scenariuszy się sprawdził, zbytnio by nie protestował. Chciał jedynie wystraszyć go, zdyskredytować i pozbyć się raz na zawsze.
Grahame Coats uwielbiał doić klientów swej agencji i był w tym bardzo dobry. Przyjemnie zaskoczyło go odkrycie, że póki starannie dobiera klientów, sławy i artyści, których reprezentuje, bardzo kiepsko orientują się w swych finansach. Z ogromną ulgą zatrudniają kogoś, kto przyjmie na siebie to brzemię, będzie wszystko kontrolował i pilnował, by nie musieli się martwić. A jeśli czasem wyciągi bądź czeki spóźniały się albo widniały na nich sumy inne, niż klienci oczekiwali, albo jeśli z rachunków klientów dokonywano niezidentyfikowanych wypłat, cóż… Personel w Agencji Grahame’a Coatsa zmieniał się nieustannie, zwłaszcza w dziale księgowości, i zawsze można było przypisać błędy niekompetencji poprzednich pracowników. Czasami Grahame Coats posyłał klientom w ramach przeprosin skrzynkę szampana i czek na sporą sumę.
Ludzie niezbyt lubili Grahame’a Coatsa i nie ufali mu. Nawet jego klienci twierdzili, że przypomina łasicę. Wierzyli jednak, że jest ich łasicą, i tu się mylili.
Grahame Coats był swoją własną łasicą.
Telefon na jego biurku zabrzęczał.
– Tak?
– Panie Coats, dzwoni Maeve Livingstone. Wiem, że kazał ją pan przełączyć do Grubego Charliego, ale on w tym tygodniu ma wolne i nie wiedziałam co mówić. Mam powiedzieć, że pan wyszedł?
Grahame Coats zastanawiał się chwilę. Nim powalił go nagły atak serca, Morris Livingstone był kiedyś najulubieńszym, niskim komikiem z Yorkshire w kraju, gwiazdą takich seriali telewizyjnych, jak „Małe jest piękne”, a także własnego sobotniego programu „Morris Livingstone, jak sądzę?”. W latach osiemdziesiątych zdołał nawet umieścić w pierwszej dziesiątce listy przebojów singiel z piosenką (Schowaj zabawkę) Niegrzeczna to gra. Pogodny, przyjacielski, nie tylko pozostawił swe finanse w rękach Agencji Grahame’a Coatsa, lecz idąc za radą samego Grahame’a Coatsa, uczynił go głównym zarządcą masy spadkowej.
Byłoby zbrodnią nie ulec takiej pokusie.
I jeszcze Maeve Livingstone. Należy tu wyjaśnić, że Maeve Livingstone, choć sama o tym nie wiedziała, występowała w głównych i drugoplanowych rolach w niezliczonych, ściśle prywatnych i ulubionych fantazjach Grahame’a Coatsa.
– Proszę – rzekł teraz – przełącz ją – po czym dodał uprzejmie: – Maeve, jakże miło cię słyszeć. Jak się miewasz?
– Nie jestem pewna – odparła.
Gdy Maeve poznała Morrisa Livingstone’a, pracowała jako tancerka. Przewyższała swego męża o głowę. Uwielbiali się oboje.
– Może mi o tym opowiesz?
– Parę dni temu rozmawiałam z Charlesem i zastanawiałam się, to znaczy mój dyrektor banku się zastanawiał. Chodzi o pieniądze ze spadku po Morrisie. Powiedziano nam, że powinny już do nas dotrzeć.
– Maeve – odparł Grahame głosem, który lubił uważać za mroczny i aksamitny, taki, na który reagują kobiety. – Problemu nie stanowią same pieniądze, lecz jedynie kwestia płynności twoich funduszy. Jak już ci wspominałem, pod koniec życia Morris poczynił cały szereg niezbyt szczęśliwych inwestycji. I choć posłuchał mojej rady i część pieniędzy zainwestował mądrze, musimy pozwolić tym inwestycjom dojrzeć. Nie możemy wycofać się teraz, nie tracąc niemal wszystkiego. Ale nie troskaj się, nie troskaj, wszystko dla dobra ulubionej klientki. Wypiszę ci czek z mojego własnego rachunku, żebyś nie musiała się martwić. Ile potrzebuje dyrektor twojego banku?
– Mówi, że będzie musiał przestać realizować czeki – odparła. – A w BBC twierdzą, że przesłali ci pieniądze za wydanie starych programów na DVD. Tego przecież nie zainwestowałeś, prawda?
– Tak mówią w BBC? W istocie to my naciskamy na nich, domagając się pieniędzy. Ale nie chciałbym obciążać całą winą BBC Worldwide. Nasza księgowa jest w ciąży i wszystko idzie jak po grudzie. A Charles Nancy, z którym rozmawiałaś, był mocno rozkojarzony. Umarł mu ojciec, sporo czasu spędził poza krajem i…
– Gdy rozmawialiśmy ostatnio – przypomniała – instalowaliście właśnie nowy system komputerowy.
– Istotnie, instalowaliśmy, i nie chcesz nawet, bym ci opowiedział całą epopeję dotyczącą programów księgowych. Jak to mówią, błądzić jest rzeczą ludzką, ale by naprawdę wszystko spieprzyć, potrzeba komputera. Coś w tym stylu. Sprawdzę wszystko dokładnie, jeśli trzeba, osobiście, po staremu, własnoręcznie i twoje pieniądze trafią do ciebie. Tego właśnie chciałby Morris.
– Mój dyrektor banku mówi, że potrzebuje natychmiast dziesięć tysięcy funtów, by opędzić najpilniejsze wydatki.
– Dziesięć tysięcy funtów jest twoje. Właśnie wypisuję czek. – Narysował w notesie kółko z wyrastającą z góry kreską. Trochę przypominało jabłko.
– Bardzo dziękuję – powiedziała Maeve i Grahame Coats napuszył się. – Mam nadzieję, że nie zawracałam ci głowy.
– Nigdy nie zawracasz mi głowy – odparł Grahame Coats. – Ani trochę.
Odłożył słuchawkę. Najbardziej bawiła go myśl, że komediowe alter ego Morrisa, twardogłowy mieszkaniec Yorkshire, szczyciło się tym, iż orientuje się w swych finansach co do pensa.
To była niezła gra, pomyślał Grahame Coats i dorysował jabłku dwoje oczu i parę uszu. Uznał, że teraz przypomina kota. Wkrótce nadejdzie czas, by porzucić dojenie kapryśnych sław i zamienić je na życie pełne słońca, basenów, świetnych posiłków, dobrych win i, jeśli to możliwe, mnóstwa seksu oralnego. Grahame Coats święcie wierzył, że najlepsze rzeczy w życiu można kupić, płacąc twardą gotówką.
Uzupełnił portret kota o pysk pełen ostrych zębów, tak że rysunek przywodził teraz na myśl małą pumę. Rysując, zaczął śpiewać piskliwym tenorem:
Gdy byłem mały, ojciec mówił mi: wyjmij zabawki, grzecznie baw się dziś. Teraz, gdym starszy, panie szepczą wraz: schowaj zabawkę, to niegrzeczna gra.
Morris Livingstone zapłacił twardą gotówką za penthause Grahame’a Coatsa w Copacabanie i za instalację basenu na wyspie Saint Andrews. I nikt nie powie, że Grahame Coats nie jest za to wdzięczny.
Schowaj zabawkę, to niegrzeczna gra.

Spider czuł się dziwnie.
Coś się działo: osobliwe uczucie zasnuwające jego życie niczym mgła rujnowało mu dzień. Nie potrafił go zidentyfikować i zupełnie mu się to nie podobało.
Jeśli jednak było coś, czego z całą pewnością nie czuł, to wyrzuty sumienia. Stanowiły dla niego coś zupełnie obcego, nieznanego. Czuł się znakomicie. Był super. Nie czuł się winny. Nie czułby się winny nawet, gdyby schwytano go na gorącym uczynku podczas napadu na bank.
A jednak w tej chwili otaczały go słabiutkie miazmaty niepokoju.
Do tej pory Spider uważał, że bogowie są inni. Nie mają sumienia i go nie potrzebują. Związek boga ze światem, nawet światem, w którym przebywa, pod względem emocjonalnego zaangażowania przypominał gracza komputerowego dysponującego pełną znajomością gry i uzbrojonego w komplet kodów.
Spider dobrze się bawił. Oto, czym się zajmował. To było najważniejsze. Nie rozpoznałby poczucia winy, nawet gdyby dysponował ilustrowanym przewodnikiem opisującym dokładnie każdy jego element. Nie chodzi o to, że był beztroski. Po prostu opuścił dzień, gdy rozdawano troski innym. Ale coś się zmieniło – wewnątrz niego bądź na zewnątrz, nie miał pewności – i to właśnie budziło w nim niepokój. Nalał sobie kolejnego drinka, machnął ręką, zgłaśniając muzykę. Z Milesa Daviesa przerzucił się na Jamesa Browna. Nie pomogło.
Leżał w hamaku w tropikalnym słońcu, słuchając muzyki i napawając się tym, jak czadowo jest być nim. I po raz pierwszy w życiu nawet to nie wystarczyło.
Wygramolił się z hamaka. Podszedł do drzwi.
– Gruby Charlie?
Nikt nie odpowiedział. Mieszkanie wydawało się puste. Za oknami panowała szarość i deszcz. Spider lubił deszcz, wydawał mu się stosowny.
Nagle w ciszy zadźwięczał przenikliwy, słodki dzwonek telefonu. Spider podniósł słuchawkę.
– To ty? – spytała Rosie.
– Cześć, Rosie.
– Ostatnia noc – rzekła i zamilkła na chwilę. W końcu spytała: – Czy była dla ciebie równie cudowna, jak dla mnie?
– Nie wiem – odparł Spider. – Dla mnie była naprawdę cudowna, więc zapewne odpowiedź brzmi „tak”.
– Mhm – mruknęła.
Milczeli.
– Charlie? – zagadnęła Rosie.
– Uhum?
– Tak mi dobrze, nawet gdy milczę, bo wiem, że jesteś po drugiej stronie.
– Mnie też – odparł.
Jeszcze chwilę napawali się milczeniem, smakując je, przeciągając.
– Chciałbyś dziś do mnie wpaść? – spytała Rosie. – Moje współlokatorki są w Cairngorms.
– To może kandydować do tytułu najpiękniejszego zdania języka angielskiego. „Moje współlokatorki są w Cairngorms”. Poezja doskonała.
Rosie zachichotała.
– Wariat. Uhm. Zabierz szczoteczkę do zębów.
– Och. Ooch. Okej.
I po kilku minutach „rozłącz się” i „nie, to ty się rozłącz”, które przyniosłyby zaszczyt parze odurzonych hormonami nastolatków, w końcu się rozłączyli.
Spider uśmiechnął się niczym święty. Świat, póki zawierał w sobie Rosie, był absolutnie najlepszym ze światów. Mgła uniosła się, mrok minął.
Nie przyszło mu nawet do głowy, by się zastanowić, gdzie jest Gruby Charlie. Czemu miałyby obchodzić go takie drobiazgi? Współlokatorki Rosie były w Cairngorms. A dziś wieczór? Dziś wieczór zabierze do niej szczoteczkę do zębów.

Ciało Grubego Charliego przebywało w samolocie lecącym na Florydę. Tkwiło skulone w jednym z pięciu foteli w rzędzie i smacznie spało. I dobrze: toalety z tyłu zepsuły się, gdy tylko samolot wystartował. A choć stewardesy powiesiły na drzwiach tabliczki z napisem NIECZYNNE, w żaden sposób nie złagodziło to smrodu, który rozprzestrzeniał się powoli w ogonie samolotu: ostrego, chemicznego zaduchu. Niemowlęta płakały, dorośli narzekali, dzieci wrzeszczały. Grupa pasażerów wybierających się do Disney Worldu uznała, że ich wakacje rozpoczęły się w chwili startu, i gdy tylko zajęła miejsca, zaczęła śpiewać. Zaśpiewali Bibidi – Bobidi – Bu i Ma Tygrys powody do dumy, i Na morza dnie, i Hej – ho, hej – ho, do pracy by się szło, a nawet, w błędnym przekonaniu, że to piosenka Disneya We’re Off To See The Wizard z Oza.
Już po starcie odkryto, że z powodu błędu firmy cateringowej na pokład nie załadowano żadnych posiłków poza śniadaniem. Oznaczało to, że każdy pasażer dostanie paczkę płatków śniadaniowych i banana. Musieli je zjeść plastikowymi nożami i widelcami, bo niestety, zabrakło łyżek. Właściwie to nie był problem, gdyż okazało się, że mleka do płatków też zabrakło.
To był piekielny lot, a Gruby Charlie właśnie go przesypiał.
W swoim śnie Gruby Charlie stał w wielkiej sali. Miał na sobie elegancki garnitur. Obok niego stała Rosie w białej sukni ślubnej i, po drugiej stronie, na podwyższeniu, matka Rosie, co dziwne i nieco niepokojące, także ubrana w suknię ślubną, choć zakurzoną i pokrytą pajęczynami. Daleko na horyzoncie stanowiącym koniec sali jacyś ludzie strzelali z karabinów i wymachiwali białymi flagami.
– To tylko ludzie ze stołu H – oznajmiła matka Rosie. – Nie zwracaj na nich uwagi.
Gruby Charlie odwrócił się do Rosie. Uśmiechnęła się do niego miękkim, słodkim uśmiechem, a potem oblizała usta.
– Tort – oznajmiła Rosie z jego snu.
Stanowiło to sygnał dla orkiestry, by zaczęła grać. Nowoorleański jazzband zagrał marsza pogrzebowego.
Asystentka kucharza była policjantką i trzymała w dłoni parę kajdanek. Kucharz osobiście wwiózł na podest tort.
– Teraz – powiedziała do Grubego Charliego Rosie – pokrój tort.
Ludzie ze stołu B, którzy tak naprawdę nie byli ludźmi, lecz świętującymi hucznie rysunkowymi myszami, szczurami i zwierzętami domowymi wielkości ludzi, zaczęli śpiewać piosenki z kreskówek Disneya. Gruby Charlie wiedział, że chcą, by do nich dołączył.
Nawet we śnie ogarnęła go panika na samą myśl, że miałby zaśpiewać publicznie. Ręce i nogi mu zdrętwiały, poczuł mrowienie warg.
– Nie mogę z wami zaśpiewać – rzekł, desperacko szukając wymówki. – Muszę pokroić ten tort.
Na te słowa w sali zapadła cisza i w owej ciszy pojawił się szef kuchni, pchający niewielki wózek, na którym coś stało. Szef miał twarz Grahame’a Coatsa, a na wózku wiózł przepyszny, biały ślubny tort: bogato zdobiony, wielowarstwowy wypiek. Na szczycie najwyższej warstwy tkwiła przekrzywiona młoda para: maleńka panna młoda i maleńki pan młody, niczym dwójka ludzi próbujących utrzymać równowagę na dachu polukrowanego wieżowca Chryslera.
Matka Rosie sięgnęła pod stół i wyciągnęła długi nóż z drewnianą rączką – niemal maczetę. Ostrze noża pokrywała rdza. Wręczyła go Rosie, która chwyciła prawą rękę Grubego Charliego i położyła ją na swej dłoni. Razem przycisnęli zardzewiały nóż do grubej warstwy białego lukru na szczycie tortu, wsuwając go pomiędzy młodą parę. Z początku tort stawiał opór. Gruby Charlie nacisnął mocniej, całym swym ciężarem. Poczuł, jak tort ustępuje, pchnął jeszcze mocniej.
Ostrze zagłębiło się w najwyższą warstwę tortu ślubnego, wśliznęło się w nią i przekroiło tort aż do końca, przez wszystkie warstwy. Wówczas tort się otworzył.
W swoim śnie Gruby Charlie miał wrażenie, że tort jest pełen czarnych korali, korali z czarnego szkła bądź polerowanego dżetu. Potem jednak, gdy wysypały się z tortu, uświadomił sobie, że korale mają nogi, po osiem zręcznych nóżek każdy. Wysypały się z tortu niczym czarna fala. Pająki runęły naprzód, pokrywając biały obrus. Zakryły też matkę Rosie i samą Rosie, tak że ich białe suknie ślubne stały się czarne jak heban. A potem, niczym kontrolowane olbrzymią, złowieszczą inteligencją, popłynęły setkami w stronę Grubego Charliego. Odwrócił się, próbując uciec, lecz nogi uwięzły mu w gumowej melasie i runął na ziemię.
Teraz doścignęły go. Maleńkie nóżki wdrapywały się po nagiej skórze, a on próbował wstać, tonąc w morzu pająków.
Gruby Charlie chciał krzyknąć, lecz usta wypełniały mu pająki. Zakryły mu oczy i jego świat pociemniał.

Gruby Charlie otworzył oczy i ujrzał czerń. Zaczął krzyczeć. A potem uświadomił sobie, że zgaszono światła i zaciągnięto rolety, bo ludzie oglądali film.
Już wcześniej był to lot z piekła rodem. Gruby Charlie jedynie odrobinę go pogorszył.
Wstał i próbował dotrzeć do przejścia, potykając się o nogi kolejno mijanych osób. A gdy niemal dotarł na koniec, wyprostował się i uderzył czołem w skrytkę na bagaż, która się otworzyła i na głowę posypały mu się torby.
Ludzie w pobliżu, ci którzy nań patrzyli, wybuchnęli śmiechem. Był to wspaniały przykład slapsticku, który niezmiernie ich rozbawił.

Urzędniczka imigracyjna, mrużąc oczy, przyjrzała się amerykańskiemu paszportowi Grubego Charliego. Sprawiała wrażenie zawiedzionej faktem, że nie jest on obywatelem obcego państwa i nie może mu po prostu odmówić wstępu do kraju, a potem z westchnieniem przepuściła go przez bramkę.
Zastanawiał się, co zrobi, gdy przejdzie kontrolę celną. Chyba wynajmie samochód. I coś zje.
Zszedł z ruchomego chodnika i znalazł się w szerokim pasażu handlowym lotniska w Orlando. Zupełnie nie zdziwił go widok pani Higgler, badającej wzrokiem twarze nowo przybyłych i ściskającej w dłoni olbrzymi kubek kawy. Zobaczyli się mniej więcej w tym samym momencie; staruszka ruszyła ku niemu.
– Głodny? – spytała. Skinął głową.
– Dobrze – mruknęła. – Mam nadzieję, że lubisz indyka.

Gruby Charlie zastanawiał się, czy rdzawobrązowa furgonetka pani Higgler to ten sam wóz, który pamiętał z dzieciństwa. Przypuszczał, że tak. Logika podpowiadała, że kiedyś musiał być
nowy. Ostatecznie kiedyś wszystko było nowe. Siedzenia pokrywała popękana, obłażąca skóra, deskę rozdzielczą zakurzone drewno.
Między nimi tkwiła na siedzeniu brązowa papierowa torba.
W starusieńkim wozie pani Higgler brakowało uchwytu na kubek, toteż podczas jazdy ściskała swe ogromne naczynie z kawą między udami. Wóz najwyraźniej skonstruowano przed powstaniem klimatyzacji, więc otworzyła na oścież okna. Grubemu Charliemu to nie przeszkadzało. Po wilgotnym chłodzie Anglii z radością przyjął florydzki upał. Pani Higgler skierowała się na południe, w stronę płatnej autostrady. Po drodze cały czas mówiła: opowiadała o ostatnim huraganie i o tym, jak zabrała swojego siostrzeńca Benjamina do Sea Worldu i do Disney Worldu, i że ośrodki turystyczne nie są już takie jak kiedyś. Mówiła o przepisach budowlanych, cenie benzyny, co dokładnie powiedziała lekarzowi, który zaproponował jej wszczepienie sztucznego stawu biodrowego, czemu turyści karmią aligatory i dlaczego nowi przybysze budują domy na plażach, po czym nieodmiennie dziwią się, gdy morze pochłania dom bądź plażę albo aligatory zżerają im psy. Gruby Charlie wpuszczał jej słowa jednym uchem, a drugim wypuszczał. To była zwykła gadanina.
Pani Higgler zwolniła, wyjęła bilet otwierający rogatkę. Umilkła, najwyraźniej o czymś myśląc.
– A zatem – rzekła. – Poznałeś swojego brata.
– Mogła mnie pani ostrzec – powiedział Gruby Charlie.
– Uprzedzałam cię, że to bóg.
– Ale nie wspominała pani, jak potwornie upierdliwy.
Pani Higgler pociągnęła nosem i napiła się kawy ze swego kubka.
– Czy możemy gdzieś się zatrzymać i coś przegryźć? – poprosił Gruby Charlie. – W samolocie mieli tylko płatki śniadaniowe i banany. I żadnych łyżek. A zanim dotarli do mego rzędu, zabrakło im mleka. Powiedzieli, że bardzo im przykro, i dali nam kupony do restauracji.
Pani Higgler pokręciła głową.
– Mogłem skorzystać z kuponu i kupić na lotnisku hamburgera.

– Już mówiłam – odparła pani Higgler. – Louella Dunwiddy upiekła dla ciebie indyka. Jak sądzisz, jak by się czuła, gdybyśmy tam zajechali, a ty miałbyś brzuch pełen McDonalda i żadnego apetytu? Co?
– Ale ja konam z głodu, a jazda potrwa ponad dwie godziny.
– Nie – odparła stanowczo. – Nie tak, jak ja jeżdżę.
Po tych słowach nacisnęła pedał gazu. Gdy rdzawobrązowa furgonetka pędziła autostradą, Gruby Charlie od czasu do czasu mocno zaciskał powieki, jednocześnie lewą stopą nadeptując nieistniejący hamulec. Była to ciężka praca.
W czasie znacząco krótszym niż dwie godziny dotarli do zjazdu i skręcili na drogę lokalną. Jechali w stronę miasta. Minęli księgarnię Barnes and Nouble i Office Depot. Zostawili za sobą dzielnicę domów po parę milionów, z elektrycznymi, strzeżonymi bramkami. Przelecieli jak strzała przez serię starszych ulic, które Gruby Charlie zapamiętał z czasów dzieciństwa jako o wiele lepiej zadbane. Minęli bar na wynos z kuchnią z Indii Zachodnich i restaurację z wiszącymi na wystawie flagami Jamajki; ręcznie wypisane tabliczki zachęcały do nabycia ogona wołowego z ryżem, domowego piwa imbirowego i curry z kurczaka.
Grubemu Charliemu ślinka napłynęła do ust. Zaburczało mu w brzuchu.
Podskok, szarpnięcie.
Teraz mijali starsze domy i tym razem wszystko już wyglądało znajomo.
Różowe plastikowe flamingi wciąż przybierały dumne pozy przed domem pani Dunwiddy, choć przez lata róż wyblakł w promieniach słońca do niemal bieli. Stała tam także lustrzana kula i na jej widok Gruby Charlie przez moment poczuł ogromny lęk. Nigdy w życiu nie bał się tak bardzo.
– Jak źle jest ze Spiderem? – spytała pani Higgler. Maszerowali razem do drzwi frontowych pani Dunwiddy.
– Ujmijmy to w ten sposób – odparł Gruby Charlie. – Chyba sypia z moją narzeczoną. A to więcej, niż ja mógłbym powiedzieć o sobie.
– Ach – mruknęła pani Higgler. – Phi. – Nacisnęła dzwonek.

Przypomina to nieco Makbeta, pomyślał Gruby Charlie godzinę później. W istocie, gdyby czarownice z Makbeta były czterema drobnymi staruszkami i zamiast mieszać mikstury w kotłach i intonować złowieszcze zaklęcia, po prostu zaprosiły Makbeta do siebie i nakarmiły go indykiem, ryżem i fasolką podanymi na białych, porcelanowych talerzach na stole nakrytym kraciastą, czerwono-białą ceratą, a także puddingiem ze słodkich ziemniaków i kapustą na ostro, i zachęcały do pierwszej, drugiej i trzeciej dokładki, a potem, gdy Makbet by wydeklamował, że och nie, pełnym jest bowiem po wręby i przysiąc może, że zjeść więcej nie zdoła, czarownice podsunęłyby mu swój własny, specjalny pudding ryżowy i duży kawałek słynnego placka z ananasem pani Bustamonte, pieczonego do góry nogami – wyglądałoby to dokładnie jak w Makbecie.
– A zatem – zaczęła pani Dunwiddy, wycierając z kącika ust okruszek pieczonego do góry nogami placka z ananasem – rozumiem, że odwiedził cię brat.
– Rozmawiałem z pająkiem, więc to chyba moja wina. Nie sądziłem, że cokolwiek się stanie.
Wokół stołu rozległ się chór cmoknięć, syknięć i cmyknięć. Panie Higgler, Dunwiddy, Bustamonte i panna Noles zaklaskały językami i pokręciły głowami.
– Zawsze mawiał, że to ty jesteś ten głupi – oznajmiła pani Noles. – To znaczy, twój ojciec. Nigdy mu nie wierzyłam.
– Ale skąd miałem wiedzieć? – zaprotestował Gruby Charlie. – W końcu rodzice nigdy mi nie powiedzieli: “A przy okazji, synu, masz brata, o którego istnieniu nie wiesz. Zaproś go do swojego życia, a sprawi, że staniesz się przedmiotem policyjnego śledztwa, zacznie sypiać z twoją narzeczoną, nie tylko wprowadzi się do twojego domu, ale ściągnie do zapasowego pokoju cały dodatkowy dom. A także urządzi ci pranie mózgu, zmusi, byś poszedł do kina i przez całą noc bezskutecznie próbował wrócić do siebie i…”. – Urwał. Sprawił to sposób, w jaki na niego patrzyły.
Nad stołem rozległo się westchnienie. Najpierw uleciało z ust pani Higgler, potem panny Noles, potem pani Bustamonte i wreszcie pani Dunwiddy. Było to niezwykle niepokojące i dość niesamowite, ale pani Bustamonte beknęła i zepsuła cały efekt.
– To czego chcesz? – spytała pani Dunwiddy. – Powiedz wprost, czego chcesz.
Gruby Charlie zastanowił się, czego właściwe chce. Siedział w małej jadalni pani Dunwiddy, na zewnątrz światło dnia przygasało; zapadał zmierzch.
– Zamienił moje życie w koszmar – oznajmił Gruby Charlie. – Chcę go zmusić, żeby sobie poszedł. Po prostu odszedł. Możecie to zrobić?
Trzy młodsze kobiety milczały, spojrzały jedynie na panią Dunwiddy.
– Nie możemy go zmusić, by odszedł – oznajmiła gospodyni. – Już raz… – Umilkła gwałtownie, po czym dodała: – Bo widzisz, zrobiłyśmy już w tej sprawie wszystko, co się dało.
W tym momencie opowieści trzeba pogratulować Grubemu Charliemu, że nie zrobił tego, na co miał w głębi serca ogromną ochotę – to znaczy nie wybuchnął płaczem, nie zaczął zawodzić, nie zapadł się w sobie niczym nieudany suflet. Jedynie skinął głową.
– No tak – mruknął. – Przepraszam, że zawracałem paniom głowę. Dziękuję za obiad.
– Nie możemy zmusić go, by odszedł. – Brązowe oczy pani Dunwiddy za grubymi niczym denka butelek okularami wydawały się niemal czarne. – Ale możemy posłać cię do kogoś, kto to potrafi.

Kategorie

Archiwa