Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008
Na Florydzie był wczesny wieczór, co oznaczało, że w Londynie panowała głęboka noc. Leżąc w wielkim łóżku Rosie, którego Grubemu Charliemu nigdy nie było dane oglądać, Spider zadrżał.
Rosie przywarła do niego. Naga skóra zetknęła się z inną nagą skórą.
– Charles – powiedziała. – Nic ci nie jest? – Czuła występującą na jego rękach gęsią skórkę.
– Wszystko w porządku – odparł Spider. – Poczułem nagły dreszcz.
– Ktoś przeszedł po twoim grobie – mruknęła Rosie. Przyciągnął ją do siebie i pocałował.
Daisy siedziała w niewielkim wspólnym pokoju w domu w Hendon. Miała na sobie jaskrawozieloną nocną koszulę i puchate, soczyście różowe kapcie. Pochylała się nad ekranem komputera, kręcąc głową i klikając myszką.
– Długo jeszcze? – spytała Carol. – Wiesz, że w pracy jest cały dział komputerowy, który zajmuje się tymi sprawami. Nie ty.
Daisy wydała z siebie cichy odgłos. Nie było to ani „tak”, ani „nie”. Miał mniej więcej oznaczać: „Wiem, że właśnie ktoś coś do mnie powiedział, i jeśli odpowiem jakimś niezobowiązującym dźwiękiem, może sobie pójdzie”.
Carol słyszała go już kilka razy.
– Oho – rzuciła. – Gruby tyłku, długo jeszcze? Chcę popisać blog.
Umysł Daisy przetrawił zasłyszane słowa. Dwa z nich poruszyły jakąś strunę.
– Twierdzisz, że mam gruby tyłek?
– Nie – odparła Carol. – Twierdzę, że robi się późno, a ja chcę popisać blog. Zamierzam dzisiaj zrelacjonować, jak dmuchał supermodelkę w kiblu niezidentyfikowanego nocnego klubu w Londynie.
Daisy westchnęła.
– No dobra. Po prostu cała ta sprawa śmierdzi.
– Co śmierdzi?
– Sprzeniewierzenia. Tak myślę. No dobra, wylogowałam się, komputer jest twój. Wiesz, że możesz mieć kłopoty przez to udawanie członka rodziny królewskiej ?
– Spadaj.
Carol prowadziła blog, udając członka brytyjskiej rodziny królewskiej – młodego, szalejącego mężczyznę. W prasie toczyły się spory na temat tego, czy jej blog to autentyk. Wielu dziennikarzy podkreślało, że to, co pisze, mógłby wiedzieć jedynie prawdziwy członek brytyjskiej rodziny królewskiej – albo ktoś kto czytuje wszystkie plotkarskie pisma.
Daisy wstała od komputera, wciąż rozmyślając o problemach finansowych Agencji Grahame’a Coatsa.
Grahame Coats tymczasem spał w swojej sypialni w wielkim, lecz zdecydowanie nieostentacyjnym domu w Purley. Gdyby na tym świecie istniała jakakolwiek sprawiedliwość, jęczałby i pocił się we śnie, nękany koszmarami, a furie sumienia chłostałyby go niczym skorpiony. Muszę jednak z bólem przyznać, że Grahame Coats spał słodko niczym świetnie odkarmione, pachnące mlekiem dziecko i w ogóle o niczym nie śnił.
Gdzieś w jego domu stary zegar uprzejmie wybił godzinę, dwanaście razy. Północ w Londynie. Na Florydzie siódma wieczór.
Tak czy inaczej, nadeszła godzina czarów.
Pani Dunwiddy zdjęła ze stołu czerwono-białą ceratę w kratkę.
– Kto ma czarne świece? – spytała.
– Ja mam świece – odparła panna Noles.
U jej stóp stała torba z zakupami. Panna Noles pogrzebała w niej i wyciągnęła cztery niemal czarne świece – jedną wysoką, pozbawioną ozdób, pozostałe trzy w kształcie karykaturalnych, czarno-żółtych pingwinów z knotami sterczącymi z główek.
– Tylko takie mieli – dodała przepraszającym tonem – a i tak sprawdziłam w trzech sklepach, nim cokolwiek znalazłam.
Pani Dunwiddy nie powiedziała ani słowa, kręcąc głową. Rozstawiła cztery świece na czterech brzegach stołu, dla siebie zachowując jedynego niepingwina. Każdej za podstawkę służył plastikowy talerzyk piknikowy. Pani Dunwiddy wzięła do ręki duże opakowanie soli koszernej, otworzyła dziubek i wysypała kryształki na środek stołu. Przez chwilę wpatrywała się w nie gniewnie, potem zaczęła przesuwać po blacie powykrzywianym palcem, tworząc wzgórki i zawirowania.
Panna Noles wróciła z kuchni z dużą, szklaną miską. Ustawiła ją na stole. Odkręciła butelkę sherry i nalała do miski hojną porcję.
– A teraz – powiedziała pani Dunwiddy – diabelska trawa, korzeń Świętego Jana Zdobywcy i krwawnik miłosny.
Pani Bustamonte sięgnęła do swojej siatki i wyciągnęła niewielki szklany słoik.
– Zioła prowansalskie – wyjaśniła. – Pomyślałam, że się nadadzą.
– Zioła prowansalskie? – powtórzyła pani Dunwiddy. – Zioła prowansalskie!
– To jakiś problem? – spytała pani Bustamonte. – Zawsze ich używam, gdy w przepisie każą dosypać bazylii albo doprawić oregano. Nie mam do tego głowy. Moim zdaniem to wszystko zioła prowansalskie.
Pani Dunwiddy westchnęła.
– Wsyp je – poleciła.
W sherry wylądowało pół słoiczka ziół prowansalskich; suszone listki unosiły się na powierzchni płynu.
– A teraz – oznajmiła pani Dunwiddy – cztery ziemie. Mam nadzieję – dodała, starannie dobierając słowa – że nikt nie powie mi zaraz, iż nie mógł zdobyć czterech rodzajów ziemi i będziemy musiały zadowolić się kamykiem, zdechłą meduzą, magnesem z lodówki i kostką mydła.
– Ja mam ziemie – powiedziała pani Higgler.
Z brązowej papierowej torby wyjęła cztery zamykane na zatrzask foliowe woreczki. Tkwiło w nich coś przypominającego piasek bądź różnokolorową suszoną glinę. Opróżniła woreczki w czterech narożnikach stołu.
– Miło, że ktoś się przejmuje – mruknęła pani Dunwiddy. Panna Noles zapaliła świece, podkreślając przy okazji, jak ładnie palą się pingwiny i jak zabawnie wyglądają.
Pani Bustamonte napełniła resztką sherry cztery kieliszki i rozdała je towarzyszkom.
– A ja nie dostanę? – spytał Gruby Charlie, choć tak naprawdę nie miał ochoty. Nie lubił sherry.
– Nie – odparła stanowczo pani Dunwiddy. – Nie dostaniesz. Musisz zachować trzeźwą głowę. – Sięgnęła do torebki i wyciągnęła małe, złociste pudełeczko na pastylki.
Pani Higgler zgasiła światło.
Siedzieli w piątkę wokół stołu, oświetleni blaskiem świec.
– I co teraz? – spytał Gruby Charlie. – Mamy wziąć się za ręce i nawiązać kontakt z żywymi?
– Nie mamy – odszepnęła pani Dunwiddy. – I nie chcę słyszeć z twoich ust ani słowa więcej.
– Przepraszam – powiedział Gruby Charlie i natychmiast tego pożałował.
– Posłuchaj – oznajmiła pani Dunwiddy. – Udasz się tam, gdzie może ci pomogą. Mimo to jednak nie oddawaj niczego co do ciebie należy i nie składaj żadnych obietnic. Jeśli będziesz musiał coś komuś dać, dopilnuj, by dostać w zamian coś o tej samej wartości. Jasne?
Gruby Charlie o mało nie powiedział „tak”, ale w ostatniej chwili powstrzymał się i tylko pokiwał głową.
– To dobrze.
Pani Dunwiddy zaczęła nucić starczym głosem, załamującym się i trzęsącym.
Panna Noles również zaczęła nucić, bardziej melodyjnie. Głos miała wyższy i silniejszy.
Pani Bustamonte nie nuciła; zamiast tego syczała. Przerywane, wężowe syki starały się wtórować rytmicznie pomrukom, snuć się wokół nich i przez nie.
Pani Higgler dołączyła do chóru, nie nuciła jednak ani nie syczała. Zaczęła brzęczeć niczym mucha przy szybie, za pomocą języka i zębów produkując wibrujący dźwięk równie osobliwy co niesamowity, jakby trzymała w ustach parę wściekłych pszczół, próbujących wyrwać się na zewnątrz.
Gruby Charlie zastanawiał się, czy powinien do nich dołączyć, nie miał jednak pojęcia czy może. Zamiast tego skupił się na siedzeniu przy stole i przyjmowaniu wszystkiego bez zdziwienia.
Pani Higgler wrzuciła szczyptę czerwonej ziemi do miski z sherry i ziołami prowansalskimi. Pani Bustamonte dorzuciła szczyptę żółtej ziemi, panna Noles brązowej, a pani Dunwiddy pochyliła się boleśnie powoli i dodała grudkę czarnego błota.
Pani Dunwiddy pociągnęła łyk sherry, a potem, poruszając niezgrabnie artretycznymi palcami, wyjęła coś z pojemnika na pastylki i wrzuciła w płomyk świecy. Przez moment w pokoju zapachniało cytrynami, potem po prostu spalenizną.
Panna Noles zaczęła bębnić w stół, nie przestawała mruczeć. Płomyki świec zamigotały, rzucając na ściany wielkie roztańczone cienie. Pani Higgler także zaczęła stukać w blat, jej palce wybijały inny rytm niż panna Noles, szybszy, ostrzejszy. Owa rytmy zlewały się ze sobą, tworząc trzeci.
W umyśle Grubego Charliego wszystkie dźwięki zaczęły łączyć się w jeden niezwykły: pomruki, syki, brzęczenie i stukanie. Kręciło mu się w głowie, wszystko wydawało się dziwne, zabawne. Mało prawdopodobne. W głosach kobiet słyszał odgłosy lasu, trzask olbrzymich ognisk. Miał wrażenie, że jego palce rozciągają się i wyginają, a stopy znajdują niewiarygodnie daleko.
Potem wydało mu się, że znalazł się gdzieś w górze nad nimi, nad wszystkim, a pod sobą widzi pięcioro ludzi siedzących przy stole. Nagle jedna z kobiet machnęła ręką i wrzuciła coś do miski pośrodku, co rozbłysło tak jasno, że na moment oślepiło Grubego Charliego. Zamknął oczy i odkrył, że nic to nie dało. Nawet z zamkniętymi oczami wszystko wokół było zbyt jasne.
W świetle dnia potarł dłonią powieki i rozejrzał się.
Za jego plecami strzelała w górę pionowa skalna ściana wielkości góry. Przed sobą miał przepaść, urwiska opadające w dół. Podszedł na jej skraj i ostrożnie wyjrzał. Zobaczył coś białego. Z początku sądził, że to owce, potem jednak zrozumiał, iż widzi chmury: wielkie, białe, puchate chmury, bardzo daleko w dole. Pod chmurami zaś nie było już nic. Widział błękitne niebo i miał wrażenie, że jeśli wytęży wzrok, zobaczy czerń kosmosu, a za nią już nic prócz zimnego migotania gwiazd.
Cofnął się o krok od krawędzi.
A potem zawrócił w stronę gór wznoszących się coraz wyżej i wyżej, tak wysoko, że nie dostrzegał ich wierzchołków, tak wysoko, że ogarnął go irracjonalny strach przed tym, że zawalą się na niego, że lada moment runą i pogrzebią go na wieki. Zmusił się, by patrzeć w dół, nie odrywać wzroku od ziemi, i wówczas zauważył dziury w skalnej ścianie, niemal na poziomie gruntu. Wyglądały jak wyloty naturalnych jaskiń.
Miejsce pomiędzy górskim zboczem i urwiskami, w którym się znalazł, liczyło sobie najwyżej ćwierć mili szerokości – zasypana głazami piaszczysta dróżka, na której od czasu do czasu wyrastała kępa zieleni, a może nawet brązowe, zakurzone drzewo. Ścieżka ciągnęła się wzdłuż zbocza góry, jej koniec rozpływał się w porannej mgiełce.
Ktoś mnie obserwuje, pomyślał Gruby Charlie.
– Halo?! – zawołał, unosząc głowę i rozglądając się. – Halo, jest tu kto?
Mężczyzna, który wyszedł z najbliższego wylotu jaskini, miał skórę znacznie ciemniejszą niż Gruby Charlie, ciemniejszą nawet niż Spider, lecz jego długie włosy były płowożółte, okalały jego twarz niczym grzywa. Na biodrach nosił żółtą lwią skórę, z lwim ogonem zwisającym z tyłu. Nagle ogon machnął gwałtownie, przeganiając siedzącą na ramieniu muchę.
Mężczyzna zamrugał złotymi oczami.
– Kim jesteś?! – zagrzmiał. – I z czyjego upoważnienia wędrujesz w tym miejscu?
– Jestem Gruby Charlie Nancy – odparł Gruby Charlie. – Anansi Pająk był moim ojcem.
Olbrzymia głowa pochyliła się.
– A po cóż tu przybywasz, dziecko Compe Anansiego?
Z tego, co Gruby Charlie wiedział, byli sami na skałach, miał jednak wrażenie, jakby słuchało ich wiele osób. Wiele ust milczało, wiele uszu chwytało każdy dźwięk. Przemówił głośno, by dosłyszeli go wszyscy.
– Mój brat. Rujnuje mi życie. Brak mi mocy, by zmusić go do odejścia.
– Szukasz zatem naszej pomocy? – zapytał lew.
– Tak.
– A ten brat, czy jest z krwi Anansiego, jak ty?
– Zupełnie nie jest taki, jak ja – zaprotestował Gruby Charlie. – To jeden z was.
W jednym płynnym, złocistym ruchu człowiek-lew wyskoczył lekko, leniwie z wylotu jaskini i przebiegł po szarych skałach, w ciągu chwili pokonując pięćdziesiąt metrów. Teraz stał obok Grubego Charliego, jego ogon kołysał się niecierpliwie.
Splatając ręce na piersi, spojrzał w dół na Grubego Charliego.
– Czemu sam nie załatwisz tej sprawy? – spytał.
Grubemu Charliemu zaschło w ustach, miał wrażenie, że gardło wypełnia mu kurz. Stojący obok stwór, wyższy niż jakikolwiek człowiek, nie pachniał po ludzku. Szpiczaste zęby drapieżnika opierały się o dolną wargę.
– Nie mogę – wychrypiał Gruby Charlie.
Z wylotu sąsiedniej jaskini wychylił się olbrzymi człowiek. Skórę miał brązowoszarą, grubą i pomarszczoną, i okrągłe, jakże okrągłe, nogi.
– Jeśli spieracie się z bratem – oznajmił – musicie poprosić ojca, by was rozsądził. Poddajcie się woli głowy rodziny. Tak głosi prawo.
A potem odrzucił głowę w tył i zaryczał. Dźwięk wydobywał się z jego nosa i gardła, potężny ryk, trąbienie, i Gruby Charlie zrozumiał, że spogląda na Słonia.
Przełknął ślinę.
– Mój ojciec nie żyje – odparł. Jego głos znów zabrzmiał wyraźnie, wyraźniej i głośniej, niż oczekiwał. Odbił się echem od skalnej ściany, powracając z setki jaskiń, setki skalnych występów. Nie żyje, nie żyje, nie żyje, nie żyje, nie żyje – powtarzało echo. – Dlatego przyszedłem tutaj.
– Nie darzę miłością Anansiego Pająka – oznajmił Lew. – Kiedyś, dawno temu, przywiązał mnie do pnia, zaprzągł osła i zawlókł w pyle aż do siedziska Mawu, który stworzył cały świat. – Zaryczał na to wspomnienie i Gruby Charlie pożałował, że nie jest gdzie indziej. – Idź dalej – dodał Lew. – Może znajdzie się tu ktoś, kto zechce ci pomóc, ale nie ja.
– Ani ja – dodał Słoń. – Twój ojciec oszukał mnie i zjadł tłuszcz z mego brzucha. Powiedział, że zrobi mi buty, a potem mnie ugotował i śmiał się, napełniając żołądek. Ja nie zapominam.
Gruby Charlie ruszył dalej. W wylocie następnej jaskini stał mężczyzna w eleganckim zielonym garniturze i szykownym kapeluszu, opasanym przepaską z wężowej skóry. Na nogach miał buty z wężowej skóry, spodnie przytrzymywał wężowy pasek. Na widok Grubego Charliego syknął.
– Idź dalej, synu Anansiego. – Głos Węża przypominał suchy grzechot. – Cała twoja przeklęta rodzina przynosi tylko kłopoty. Nie zamierzam się mieszać w wasze sprawy.
Kobieta w następnej jaskini była bardzo piękna. Oczy miała czarne jak smoła, śnieżnobiałe wąsiki odcinały się wyraźnie od skóry. Z jej klatki piersiowej wyrastały dwa rzędy piersi.
– Znałam twojego ojca – oznajmiła. – Bardzo dawno temu. Ho, he.
Pokręciła głową, wspominając, i Gruby Charlie poczuł się, jakby właśnie przeczytał czyjś prywatny list. Posłała mu pocałunek, kiedy jednak spróbował podejść bliżej, znów pokręciła głową.
Szedł dalej. Z ziemi przed nim wyrosło suche drzewo podobne do stosu starych, szarych kości. Cienie stawały się coraz dłuższe, słońce powoli obniżało się na bezkresnym niebie, mijając miejsce, w którym ostre skały opadały w dół, znacząc koniec świata. Oko słońca było olbrzymią, złocistopomarańczową kulą, a wiszące pod nim obłoczki płonęły szkarłatem i złotem.
Assyrczyk na Judeę jako wilk się miota, pomyślał Gruby Charlie, przywołując fragment wiersza z dawno zapomnianej lekcji. Huf jego od szkarłatu połyska i złota. [George Byron: „Klęska Sennacheryba”, przeł. Feliks Chlibkiewicz (przyp. tłum.).] Próbował, bez powodzenia, przypomnieć sobie, co to jest huf. Pewnie rodzaj rydwanu, uznał w końcu.
Dostrzegł ruch tuż przy łokciu i pojął, że coś, co wziął za brązowy głaz pod martwym drzewem, było w istocie mężczyzną o złocistej skórze i plecach cętkowanych jak u lamparta. Włosy miał bardzo długie i bardzo czarne, a gdy się uśmiechał, odsłaniał zęby wielkiego kota. Uśmiechał się jednak rzadko, bez ciepła, rozbawienia czy sympatii.
– Jestem Tygrys – oznajmił. – Twój ojciec zranił mnie na sto sposobów i obraził po tysiąkroć. Tygrys nie zapomina.
– Przykro mi – odparł Gruby Charlie.
– Pójdę z tobą – rzekł Tygrys. – Przez jakiś czas. Mówisz, że Anansi nie żyje?
– Tak.
– No, no. No, no, no. Tak wiele razy wystrychnął mnie na dudka. Kiedyś wszystko należało do mnie, historie, gwiazdy, wszystko. Może teraz, gdy nie żyje, ludzie przestaną powtarzać jego przeklęte opowieści, wyśmiewać się ze mnie.
– Z pewnością – rzekł Gruby Charlie. – Ja nigdy się z ciebie nie śmiałem.
W twarzy mężczyzny błysnęły oczy barwy szlifowanych szmaragdów.
– Krew to krew – odparł jedynie. – Krew Anansiego to Anansi.
– Nie jestem moim ojcem – zaprotestował Gruby Charlie. Trygrys odsłonił zęby, były bardzo ostre.
– Nie wolno krążyć wśród ludzi i wyśmiewać się ze wszystkiego – wyjaśnił Tygrys. – Świat jest wielki i poważny, nie ma się z czego śmiać. Nigdy. Musisz nauczyć dzieci bać się, drżeć ze strachu. Naucz je okrucieństwa, naucz, jak stać się zagrożeniem w mroku, skryć się wśród cieni, a potem skoczyć, wyprysnąć, opaść i zabić, zawsze zabić. Wiesz, co jest prawdziwym sensem życia?
– Uhm – mruknął Gruby Charlie. – Kochać bliźniego swego?
– Sens życia to gorąca krew ofiary na języku, mięso pękające pod twymi zębami, trup wroga pozostawiony w słońcu dla padlinożerców. Oto, czym jest życie. Ja jestem Tygrys, silniejszy niż Anansi, większy, niebezpieczniejszy, potężniejszy, okrutniejszy, mądrzejszy…
Gruby Charlie zdecydowanie nie chciał być w tym miejscu i rozmawiać z Tygrysem. Nie chodziło o to, że Tygrys jest obłąkany. Po prostu święcie wierzył w to co mówił, a wszystko, co mówił, było bardzo nieprzyjemne. Poza tym kogoś Grubemu Charliemu przypominał, i choć Gruby Charlie nie potrafił stwierdzić kogo, wiedział, że zdecydowanie tego kogoś nie lubi.
– Pomożesz mi pozbyć się mojego brata?
Tygrys zakrztusił się, jakby w gardle uwięzło mu piórko, a może nawet cały ptak.
– Może przynieść ci wody? – zaproponował Gruby Charlie. Tygrys zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.
– Gdy ostatnio Anansi zaproponował mi wodę, skończyło się na tym, że próbowałem pożreć księżyc w stawie i utonąłem.
– Chciałem tylko pomóc.
– On też to mówił.
Tygrys pochylił się nad Grubym Charliem, patrząc mu prosto w oczy. Z bliska zupełnie nie przypominał człowieka – nos miał zbyt płaski, oczy inaczej rozstawione i cuchnął niczym klatka w zoo. Głos zagrzmiał mu w gardle.
– Oto, jak możesz mi pomóc, dziecko Anansiego, ty i cały twój ród. Trzymajcie się ode mnie z daleka. Zrozumiałeś? Jeśli chcesz zachować swe mięso na kościach.
Powoli oblizał wargi językiem czerwonym niczym świeżo zabita zdobycz i dłuższym niż jakikolwiek ludzki język.
Gruby Charlie wycofał się powoli, święcie przekonany, że gdyby się odwrócił lub odbiegł, poczułby na karku zęby Tygrysa. Stwór nie miał już w sobie nic ludzkiego. Wielkością dorównywał prawdziwemu tygrysowi. Był każdym wielkim kotem, który stał się ludojadem, każdym tygrysem, który złamał ludzki kark niczym domowy kociak igrający z myszą. Toteż Gruby Charlie wpatrywał się w Tygrysa i cofał ostrożnie, i wkrótce stwór odbiegł z powrotem pod swe martwe drzewo, gdzie wyciągnął się na skałach, znikając wśród plam cieni. Tylko niecierpliwy, rozkołysany ogon zdradzał jego obecność.
– Nie przejmuj się nim – powiedziała kobieta z wylotu jaskini. – Chodź tutaj.
Gruby Charlie nie potrafił zdecydować, czy jest piękna, czy potwornie brzydka. Zbliżył się do niej.
– Puszy się i nadyma, ale płoszy go jego własny cień. A jeszcze szybciej cień twojego taty. Jego szczękom brak siły.
W jej twarzy było coś psiego, nie, nie psiego…
– Ja natomiast – podjęła, gdy dotarł do niej – ja miażdżę kości. Tam właśnie kryje się to co najlepsze, tam tkwi najsłodsze mięso. I nikt tego nie wie prócz mnie.
– Szukam kogoś, kto pomógłby mi pozbyć się mojego brata.
Kobieta uniosła głowę i zaśmiała się, szaleńczo, głośno i dziko, i wówczas Gruby Charlie ją poznał.
– Nie znajdziesz tu nikogo, kto ci pomoże – odparła. – Każdy z nich ucierpiał w starciach z twoim ojcem. Tygrys nienawidzi ciebie i twojego rodu bardziej, niż ktokolwiek kiedykolwiek kogoś nienawidził. Ale nawet on nic nie zrobi, póki twój ojciec krąży po świecie. Posłuchaj: idź dalej tą ścieżką. Wierz mi, ukrywam za swym okiem kamień proroctwa. Nie znajdziesz nikogo, kto ci pomoże, póki nie odszukasz pustej jaskini. Wejdź do środka. Porozmawiaj z tym, kogo tam zastaniesz. Zrozumiałeś?
– Chyba tak.
Zaśmiała się, nie był to dobry śmiech.
– Chciałbyś najpierw zatrzymać się u mnie jakiś czas? Mógłbyś się wiele nauczyć. Wiesz co powiadają? Nikt się tak nie kłóci, nie zna takich chuci, jak Hiena.
Gruby Charlie pokręcił głową i szedł dalej, mijając jaskinie w skalnych ścianach na końcu świata. Przechodząc obok mrocznych otworów, zerkał do środka i widział ludzi najróżniejszych kształtów i rozmiarów, maleńkich i wysokich, mężczyzn i kobiety. A gdy ich mijał, a oni wyłaniali się z cieni, dostrzegał futra i łuski, rogi i szpony.
Czasami jego przybycie płoszyło ich i umykali w głąb jaskiń. Inni wychylali się z nich, patrząc wrogo bądź ciekawie. Coś zeskoczyło ze skał ponad kolejną jaskinią, przeleciało w powietrzu i wylądowało obok Grubego Charliego.
– Witaj – rzuciło zdyszanym głosem.
– Witaj – odparł Gruby Charlie.
Nowy przybysz był nadpobudliwy i włochaty. Coś było nie w porządku z jego rękami i nogami; Gruby Charlie próbował zrozumieć co. Pozostali ludzie – zwierzęta byli zwierzętami, owszem, a także ludźmi, i w żadnym razie nie kłóciło się to ze sobą – ich zwierzęcość i ludzkość łączyły się niczym pasy na skórze zebry, tworząc spójną całość. Ten stwór natomiast wydawał się jednocześnie ludzki i prawie ludzki, i jego osobliwość ogromnie raziła Grubego Charliego. Nagle zrozumiał.
– Małpa – powiedział. – Ty jesteś Małpa.
– Masz brzoskwinię? – spytał Małpa. – Może mango? Może figę?
– Niestety, nie – mruknął Gruby Charlie.
– Daj mi coś do jedzenia – powiedział Małpa. – Będę twoim przyjacielem.
Pani Dunwiddy ostrzegała go przed tym. Nie dawaj niczego, pomyślał. Nie składaj obietnic.
– Niestety, nie mogę niczego ci dać.
– Kim ty jesteś? – spytał Małpa. – Czym jesteś? Wydajesz się przepołowiony. Jesteś stąd czy stamtąd?
– Anansi był moim ojcem – wyjaśnił Gruby Charlie. – Szukam kogoś, kto pomógłby mi rozprawić się z moim bratem, pozbyć się go.
– To mogłoby rozzłościć Anansiego – zauważył Małpa. – Bardzo, bardzo zły pomysł. Jeśli rozzłościsz Anansiego, nigdy nie trafisz do opowieści.
– Anansi nie żyje – oznajmił Gruby Charlie.
– Tam nie żyje – rzekł Małpa. – Może. Ale tutaj? To zupełnie inna para pędraków.
– Chcesz powiedzieć, że wciąż może tu być?
Gruby Charlie czujnie zmierzył okiem zbocze góry. Myśl, że w jednej z jaskiń mógłby ujrzeć swojego ojca, kołyszącego się w fotelu bujanym z odsuniętą na tył głowy fedorą, sączącego z puszki ciemne piwo i tłumiącego ziewnięcie dłonią w cytryno – wożółtej rękawiczce, mocno go zaniepokoiła.
– Kto? Co?
– Myślisz, że tu jest?
– Kto?
– Mój ojciec.
– Twój ojciec?
– Anansi.
Przerażony Małpa uskoczył na szczyt głazu i przywarł do niego, rozglądając się gorączkowo, jakby w obawie przed nagłym tornadem.
– Anansi? Jest tutaj?
Małpa zakołysał się nagle i zawisł w powietrzu do góry nogami. Odwrócona twarz patrzyła wprost w oczy Grubego Charliego.
– Czasami wracam i odwiedzam świat – powiedział. – Mówią do mnie: Małpo, mądry Małpo, przyjdź, przyjdź, zjedz brzoskwinie, które ci damy. I orzechy. I pędraki. I figi.
– Czy mój ojciec jest tutaj? – pytał cierpliwie Gruby Charlie.
– Nie ma swojej jaskini – odparł Małpa. – Wiedziałbym, gdyby ją miał. Chybabym wiedział. Może miał jaskinię, a ja zapomniałem. Jeśli dasz mi brzoskwinię, przypomnę sobie.
– Nie mam nic przy sobie – rzekł Gruby Charlie.
– Żadnych brzoskwiń?
– Niestety, nic.
Małpa zakołysał się, wskoczył na szczyt skały i zniknął.
Gruby Charlie wędrował dalej kamienistą ścieżką. Słońce opadło jeszcze niżej, znalazło się teraz na poziomie ścieżki, płonąc ciemnym, pomarańczowym blaskiem. Jego stare światło wpadało wprost do jaskiń, ukazując ich mieszkańców. To musiał być Nosorożec – szaroskóry, spoglądający przed siebie krótkowzrocznymi oczami. A tam w płytkiej wodzie leżał Krokodyl z oczami czarnymi niczym szkło i ciałem barwy zgniłego pnia.
Nagle zza pleców dobiegł Grubego Charliego grzechot kamienia o kamień. Odwrócił się gwałtownie. Małpa patrzył na niego z dołu wsparty rękami o ścieżkę.
– Naprawdę nie mam żadnych owoców – powiedział Gruby Charlie. – Inaczej dałbym ci coś.
– Pożałowałem cię – oznajmił Małpa. – Może powinieneś wrócić do domu. To bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo zły pomysł. Tak?
– Nie – zaprzeczył Gruby Charlie.
– Ach – mruknął Małpa. – No tak, tak, tak, tak, tak.
Znieruchomiał, po czym w nagłym ataku energii popędził naprzód, mijając w podskokach Grubego Charliego, i zatrzymał się kawałek dalej przed jaskinią
– Nie wchodź tam! – zawołał. – Złe miejsce. – Wskazał wylot jaskini.
– Czemu nie? – spytał Gruby Charlie. – Kto tam jest?
– Nikogo tam nie ma – oznajmił triumfalnie Małpa. – Zatem to nie ta, której szukasz, prawda?
– Nieprawda – odparł Gruby Charlie. – Właśnie ta.
Małpa zaczął skrzeczeć i podskakiwać gwałtownie, lecz Gruby Charlie wyminął go i niezdarnie wspiął się po skałach do wylotu pustej jaskini. Tymczasem szkarłatne słońce zapadło za skały na końcu świata.
Gdy wędruje się ścieżką wśród gór na początku świata (góry te są na końcu świata tylko jeśli przybywamy z drugiej strony), rzeczywistość wydaje się dziwna i jakby rozciągnięta. Góry te i ich jaskinie są stworzone z materii najstarszych opowieści (działo się to rzecz jasna na długo przed pojawieniem się ludzi – ludzi. Czyżbyś sądził, że ludzie jako pierwsi opowiadali sobie historie?). I schodząc ze ścieżki w głąb jaskini, Gruby Charlie czuł się, jakby wkraczał w czyjąś inną rzeczywistość. Jaskinia była głęboka, skały pod jego stopami pokrywały białe rozbryzgi ptasich odchodów. Leżały tam też pióra oraz, tu i tam, wyschnięte i spłaszczone truchła ptaków, podobne do zapomnianych miotełek do kurzu.
W głębi jaskini ujrzał tylko ciemność.
– Halo?! – zawołał Gruby Charlie i echo jego głosu powróciło ze środka. „Halo, halo, halo, halo, halo”. Szedł dalej. Teraz panująca w jaskini ciemność wydawała się niemal namacalna, jakby coś cienkiego i czarnego zasłoniło mu oczy. Szedł powoli, ostrożnie stawiając kroki, z wyciągniętymi rękami.
Coś się poruszyło.
– Halo?
Jego oczy uczyły się wykorzystywać nawet odrobinę światła, i w końcu coś dostrzegł. To nic. Łachmany i pióra, nic więcej. Kolejny krok. Wiatr poruszył piórami, załopotał łachmanami leżącymi na ziemi w jaskini. Coś zatrzepotało wokół niego, zatrzepotało poprzez niego, bijąc powietrze z łopotem gołębich skrzydeł.
Zawirowanie. Kłąb pyłu obsypał mu twarz, oczy zapiekły. Gruby Charlie zamrugał w powiewach zimnego wiatru i cofnął się o krok, widząc przed sobą wir pyłu łachmanów i piór. A potem wiatr ucichł i w miejscu, gdzie tańczyły pióra, stała ludzka postać. Wyciągnęła rękę, przyzywając Grubego Charliego.
Cofnąłby się, lecz postać chwyciła go za rękaw. Dotyk miała lekki, suchy. Pociągnęła go ku sobie.
Postąpił krok w głąb jaskini…
…i znalazł się na otwartej przestrzeni, na pozbawionej drzew miedzianoczerwonej równinie, pod niebem barwy zsiadłego mleka.
Różne istoty mają różne oczy. Oczy ludzkie (w odróżnieniu od choćby oczu kota czy ośmiornicy) postrzegają tylko jedną wersję rzeczywistości naraz. Oczy Grubego Charliego widziały jedno, jego umysł coś zupełnie innego, a w otchłani między tymi dwiema rzeczami krył się obłęd. Poczuł, jak wzbiera w nim szaleńcza panika, toteż odetchnął głęboko i zatrzymał ją w sobie. Serce tłukło mu o żebra. Zmusił się do uwierzenia oczom, nie umysłowi.
Choć więc wiedział, że widzi ptaka, ptaka o szalonych oczach i postrzępionych piórach, większego niż orzeł, wyższego niż struś, o okrutnym, ostrym dziobie drapieżnika i piórach koloru łupku pokrytego cieniutką, oleistą warstwą, sprawiającą, że mieniły się ciemnymi tęczami fioletów i zieleni, wiedział to tylko przez ułamek sekundy gdzieś w głębi umysłu. Jego oczy natomiast ujrzały kobietę o kruczoczarnych włosach, stojącą w tym samym miejscu co idea ptaka. Kobieta nie była młoda ani stara. Zwróciła ku niemu twarz, która mogła zostać wyrzeźbiona z obsydianu w pradawnych czasach, gdy świat był jeszcze młody.
Obserwowała go bez ruchu. Na niebie barwy zsiadłego mleka kłębiły się chmury.
– Jestem Charlie – oznajmił Gruby Charlie. – Charlie Nancy. Niektórzy, no, prawie wszyscy, mówią mi: Gruby Charlie. Ty też możesz, jeśli chcesz.
Nie odpowiedziała.
– Anansi był moim ojcem.
Wciąż nic. Ani śladu ruchu czy oddechu.
– Chcę, żebyś mi pomogła pozbyć się brata.
Na te słowa przekrzywiła głowę, wystarczająco, by widział, że słucha, by pokazać, że żyje.
– Sam tego nie potrafię. On ma magiczne moce i inne takie. Rozmawiałem z pająkiem i ani się obejrzałem, kiedy zjawił się mój brat. Teraz nie mogę się go pozbyć.
Gdy przemówiła, jej głos zabrzmiał ochryple i nisko jak u wrony.
– I co miałabym z tym zrobić?
– Pomóc mi? – podsunął. Wyglądało na to, że się zastanawia.
Później Gruby Charlie próbował, bez skutku, przypomnieć sobie, w co była ubrana. Czasem sądził, że musiał to być płaszcz z piór. Innym razem wierzył, że okrywały ją jakieś łachmany. Może poszarpany płaszcz przeciwdeszczowy podobny do tego, w którym ujrzał ją później w parku, gdy wszystko zaczęło iść źle? W każdym razie nie była naga, co do tego miał niemal pewność. Pamiętałby chyba jej nagość, prawda?
– Pomóc ci – powtórzyła.
– Pomóc mi się go pozbyć.
Skinęła głową.
– Chcesz, żebym ci pomogła pozbyć się rodu Anansiego.
– Po prostu chcę, żeby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju. Nie mam na myśli tego, żebyś go skrzywdziła ani nic takiego.
– W takim razie przyrzeknij, że oddasz mi ród Anansiego.
Gruby Charlie stał na bezkresnej, miedzianoczerwonej równinie, która w jakiś sposób leżała w jaskini w górach na końcu świata, które z kolei w pewnym sensie znajdowały się w pachnącym fiołkami salonie pani Dunwiddy, i próbował zrozumieć, co właściwie usłyszał.
– Niczego nie mogę dać i nie mogę niczego obiecać.
– Chcesz, żeby odszedł – odparła. – Mów. Mój czas jest cenny. – Splotła ręce na piersi i spojrzała na niego obłąkanymi oczami. – Nie boję się Anansiego.
Przypomniał sobie głos pani Dunwiddy.
– Uhm – mruknął Gruby Charlie. – Nie mogę składać obietnic i muszę zażądać czegoś tej samej wartości. To musi być wymiana.
Kobieta Ptak sprawiała wrażenie niezadowolonej, ale skinęła głową.
– Zatem dam ci w zamian coś o tej samej wartości. Dam moje słowo. – Wyciągnęła rękę ponad jego dłonią, jakby coś mu podawała, a potem zacisnęła jego palce. – Teraz powiedz to.
– Oddaję ci ród Anansiego – oznajmił Gruby Charlie.
– To dobrze – oznajmił głos, po czym Kobieta Ptak dosłownie rozpadła się na kawałki.
W miejscu, gdzie stała przed sekundą, obecnie pojawiło się stado ptaków, które niczym spłoszone strzałem odfruwały na wszystkie strony. Niebo zapełniło się ptakami; było ich więcej, niż Gruby Charlie umiał sobie wyobrazić. Brązowe i czarne ptaki krążyły, śmigały i przepływały mu nad głową niczym chmury czarnego dymu, rozleglejsze niż potrafił ogarnąć jego umysł; chmary meszek ogromne jak świat.
– Teraz sprawisz, że sobie pójdzie?! – zawołał Gruby Charlie, kierując swe słowa w ciemniejące, mleczne niebo.
Ptaki poruszyły się odrobinę, zmieniając pozycję, każdy z nich przesunął się kawałeczek. Wciąż szybowały, nagle jednak Gruby Charlie odkrył, że z nieba spogląda na niego twarz, twarz zrobiona z roztańczonych ptaków. Była ogromna.
Wymówiła jego imię w krzykach, krakaniach i wrzaskach tysięcy, tysięcy, tysięcy ptaków. Usta wielkości największych budynków formowały słowa na niebie.
A potem twarz rozpadła się w szaleństwo i chaos. Tworzące ją ptaki opadły z jasnego nieba wprost ku niemu. Zakrył głowę rękami, próbując się osłonić. Ostry ból w policzku zaskoczył go całkowicie. Przez moment Gruby Charlie sądził, że jeden z ptaków dopadł go i rozszarpał skórę dziobem bądź szponami. A potem ujrzał, gdzie się znajduje.
– Proszę już mnie nie bić – rzucił. – Wszystko w porządku, nie musi już mnie pani bić.
Na stole pingwiny przygasały. Ich głowy i ramiona zniknęły, teraz płomyki migotały w bezkształtnych, czarno-białych bryłkach, niegdyś będących brzuchami. Stopy tkwiły w zastygłych kałużach ciemnej stearyny. Czuł na sobie wzrok trzech starych kobiet.
Panna Noles chlupnęła mu w twarz wodą ze szklanki.
– Tego też nie musiała pani robić – rzekł. – Jestem tu przecież.
Do pokoju weszła pani Dunwiddy, z triumfalną miną niosąc w dłoni małą buteleczkę z brązowego szkła.
– Sole trzeźwiące – oznajmiła. – Wiedziałam, że gdzieś je mam. Kupiłam je w sześćdziesiątym siódmym albo ósmym. Nie wiem, czy jeszcze do czegoś się nadają. – Zerknęła na Grubego Charliego i skrzywiła się. – Obudził się. Kto go obudził?
– Nie oddychał – odparła pani Bustamonte. – Więc go klepnęłam.
– A ja oblałam wodą – dodała panna Noles. – Co pomogło ściągnąć go tu do końca.
– Nie potrzebuję soli trzeźwiących – wtrącił Gruby Charlie. – I tak jestem cały mokry i obolały.
Lecz pani Dunwiddy odkręciła już starczymi dłońmi buteleczkę i podsunęła mu pod nos. Cofając głowę, odetchnął i wciągnął w płuca opar amoniaku. Do oczu napłynęły mu Łzy, miał wrażenie jakby dostał fangę w nos. Z twarzy ściekała mu woda.
– Proszę – oznajmiła pani Dunwiddy. – Już ci lepiej?
– Która godzina? – spytał Gruby Charlie.
– Dochodzi piąta rano – odparła pani Higgler i pociągnęła łyk kawy z olbrzymiego kubka. – Martwiłyśmy się o ciebie. Lepiej opowiedz nam co zaszło.
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć. Wydarzenia ostatnich kilku godzin nie uleciały mu z pamięci jak to się zdarza snom. Raczej zdawało mu się, że spotkały kogoś innego, kogoś kto nie był nim, a on sam nawiązał z tą osobą kontakt poprzez wcześniej nieznaną formę telepatii. W umyśle miał zamęt, magiczne wizje innego miejsca w technikolorze zastępowały obrazy rzeczywistego świata w wielu odcieniach sepii.
– Były tam jaskinie. Prosiłem o pomoc. Spotkałem mnóstwo zwierząt, zwierząt, które były ludźmi. Żadne z nich nie chciało mi pomóc. Wszyscy bali się mojego taty. W końcu jedna powiedziała, że mi pomoże.
– Jedna? – spytała pani Bustamonte.
– Niektórzy byli mężczyznami, inni kobietami – wyjaśnił Gruby Charlie. – To była kobieta.
– Wiesz o niej coś więcej? Czym była? Krokodylem, Hieną, Myszą?
Wzruszył ramionami.
– Może zdołałbym sobie przypomnieć, nim zaczęłyście mnie bić i oblewać wodą, i podtykać mi pod nos jakieś rzeczy. To dość skutecznie płoszy wspomnienia.
– Pamiętałeś, co ci mówiłam? – spytała pani Dunwiddy. – Żebyś niczego nie oddawał, tylko wymieniał.
– Tak – odparł, dumny z siebie. – Tak. Był tam Małpa, chciał, żebym coś mu dał, a ja odmówiłem. Chyba muszę się czegoś napić.
Pani Bustamonte wzięła ze stołu kieliszek napełniony jakimś płynem.
– Tak myślałyśmy, że przyda ci się drink, więc przelałyśmy sherry przez sitko. Mogło w niej zostać trochę ziół prowansalskich, ale to ci nie zaszkodzi.
Gruby Charlie mocno zaciskał leżące na kolanach dłonie. Teraz rozchylił prawą, żeby wziąć od staruszki kieliszek. Nagle zamarł, patrząc w dół.
– Co? – spytała pani Dunwiddy. – Co się stało?
Gruby Charlie trzymał w dłoni czarne, zgniecione, mokre od potu pióro. I wtedy sobie przypomniał. Przypomniał sobie wszystko.
– To była Kobieta Ptak – oznajmił.