Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008
– No dobra. Chcę wiedzieć dokładnie, gdzie on jest? Dokąd poszedł, co z nim zrobiłaś?
– Nic nie zrobiłam. Boże, dziecko – odparła pani Higgler – coś takiego nigdy wcześniej się nie stało.
– Wyglądał jakby przesyłano go na statek-matkę – wtrącił Benjamin. – Ale odlot, prawdziwe efekty specjalne.
– Chcę, żebyś sprowadziła go z powrotem – oznajmiła ostrym tonem Daisy. – W tej chwili.
– Nie wiem nawet gdzie jest – wyjaśniła pani Higgler. – I ja go tam nie posłałam, sam to zrobił.
– A zresztą – wtrąciła Clarissa – co, jeśli właśnie robi to co trzeba, a my zmusimy go do powrotu? Możemy wszystko zrujnować.
– Właśnie – przytaknął Benjamin. – Zupełnie jakbyśmy zabrali z planety zespół badawczy w połowie misji.
Daisy zastanowiła się i z irytacją zrozumiała, że to ma sens – jeśli w ogóle cokolwiek ostatnio miało jakikolwiek sens.
– Skoro nie dzieje się nic więcej – oznajmiła Clarissa – to chyba wrócę do restauracji. Muszę wszystkiego dopilnować.
Pani Higgler napiła się kawy.
– Tu nic się nie dzieje – zgodziła się.
Daisy walnęła ręką w stół.
– Przepraszam! Na zewnątrz czai się zabójca, a teraz Gruby Charlie został wysłany na statek-matkę.
– Przesłany – poprawił Benjamin. Pani Higgler zamrugała.
– W porządku – przyznała. – Powinniśmy coś zrobić. Co proponujesz?
– Sama nie wiem – wyznała Daisy. – Zabijemy jakoś czas. Wzięła egzemplarz „Kuriera Williamstown”, który wcześniej czytała pani Higgler, i zaczęła przewracać kartki.
Na trzeciej znalazła krótką informację o zaginionych turystkach, kobietach, które nie wróciły na swój statek wycieczkowy.
„Te dwie w domu”, zabrzmiał w jej głowie głos Grahame’a Coatsa. „Sądziłeś, że naprawdę uwierzę, że przypłynęły statkiem wycieczkowym?”.
W ostatecznym rozrachunku Daisy była jednak policjantką.
– Dajcie mi telefon – poleciła.
– Do kogo chcesz zadzwonić?
– Chyba zaczniemy od Ministerstwa Turystyki i szefa policji. A potem się zobaczy.
* * *
Szkarłatne słońce malało na horyzoncie. Spider, gdyby nie był Spiderem, wpadłby w rozpacz. Na wyspie w tym miejscu istniała wyraźna granica pomiędzy dniem a nocą i na jego oczach morze połykało ostatnie czerwone okruchy słońca. Miał tylko kamienie i dwa paliki.
Pożałował, że nie ma ognia.
Zastanawiał się, kiedy wzejdzie księżyc. Gdy zaświeci, może będzie miał szansę.
Słońce zaszło – ostatnia smuga czerwieni zatonęła w morzu i zapadła noc.
– Dziecko Anansiego – przemówił z ciemności głos. – Już niedługo się pożywię. Nie będziesz wiedział, że tam jestem, póki nie poczujesz mojego oddechu z tyłu głowy. Stałem nad tobą, gdy leżałeś rozpięty dla mnie na ziemi. Mogłem wtedy zmiażdżyć ci kark, ale nie chciałem. Zabicie cię we śnie nie dałoby mi przyjemności. Chcę poczuć jak umierasz. Chcę, żebyś wiedział, czemu odebrałem ci życie.
Spider cisnął kamieniem w stronę, z której jak mu się zdawało dobiegał głos, i usłyszał, jak nie czyniąc nikomu krzywdy, ląduje w trawie.
– Masz palce – ciągnął głos. – Ja jednak mam pazury ostrzejsze niż noże. Ty masz dwie nogi, ja cztery, które nigdy się nie męczą i potrafią biec dziesięć razy szybciej niż ty, dalej niż kiedykolwiek dotrzesz. Twoje zęby jedzą mięso, jeśli ogień zmiękczy je i pozbawi smaku, masz bowiem małe małpie zęby nadające się do żucia miękkich owoców i robactwa. Ja mam zęby, które szarpią i odrywają żywe mięso od kości; połykam je, gdy krew wciąż jeszcze tryska w niebo.
Wówczas Spider wydał z siebie pewien dźwięk. Był to odgłos, do którego nie trzeba języka, nie trzeba nawet otwierać ust, pełne pogardy i rozbawienia „meh”. Może i masz to wszystko, Tygrysie, zdawał się mówić. Ale co z tego? Wszystkie historie, jakie istnieją, należą do Anansiego. Nikt nie opowiada historii o Tygrysie.
Z ciemności dobiegł go ryk pełen wściekłości i frustracji.
Spider zaczął nucić melodię Tygrysich Strof. To stara piosenka, świetnie się nadaje do wyśmiewania tygrysów. Wstrzymajcie Tygrysa, brzmią jej słowa. Gdzie ten Tygrys?
Gdy głos odezwał się ponownie, wyraźnie się zbliżył.
– Mam twoją kobietę, dziecko Anansiego. Kiedy z tobą skończę, rozszarpię jej ciało. Jej mięso będzie słodsze niż twoje.
Spider wydał z siebie dźwięk „hmf”, jakim reagują ludzie, gdy wiedzą, że ktoś ich okłamuje.
– Ma na imię Rosie.
Wówczas Spider głośno przełknął ślinę. Z ciemności dobiegł go czyjś śmiech.
– A co do oczu, ty masz oczy, które widzą to co oczywiste, w blasku dnia, a i tak tylko wtedy, jeśli dopisze ci szczęście. Mój lud ma oczy, które dostrzegają włosy jeżące się na twoich rękach, grozę na twej twarzy; oczy, które widzą w nocy. Bój się mnie, dziecko Anansiego, i jeśli masz jakieś modły, które chcesz odmówić, zrób to teraz.
Spider nie miał modlitw, miał natomiast kamienie i mógł nimi rzucać. Może nawet mu się poszczęści i ciśnięty w mroku kamień dosięgnie celu? Wiedział, że potrzeba do tego cudu, ale przez całe życie polegał na cudach.
Sięgnął po kamień. Coś musnęło wierzch jego dłoni.
Witaj – odezwał się w jego umyśle mały, gliniany pająk.
Cześć – pomyślał Spider. Posłuchaj, jestem teraz trochę zajęty, staram się uniknąć pożarcia. Jeśli więc mógłbyś przez jakiś czas zaczekać z boku…
Ale ja ich przyprowadziłem – pomyślał pająk. Tak jak prosiłeś.
Tak jak p rosiłem ?
Kazałeś mi iść po pomoc. Przyprowadziłem ich ze sobą, podążyli za moją siecią. W tym Stworzeniu nie ma pająków, wróciłem zatem i utkałem sieć stamtąd tu i stąd tam. Sprowadziłem wojowników. Sprowadziłem śmiałków.
– Grosik za twoje myśli – rzekł w ciemności głos wielkiego kota. A potem z wyniosłym rozbawieniem dodał: – Co się stało? Kot ukradł ci język?
Samotny pająk jest bardzo cichy. Pająki pielęgnują ciszę. Nawet te, które wydają dźwięki, zazwyczaj jeśli tylko mogą, zachowują ciszę. I czekają. Spora część życia pająków polega na czekaniu.
W nocnym powietrzu powoli rozbrzmiewały cichutkie szelesty.
Spider przekazał w myślach swą wdzięczność i dumę małemu siedmionogiemu pająkowi, którego stworzył z własnej krwi, śliny i z ziemi. Pająk przebiegł po jego ręce aż na ramię.
Spider nie widział ich, ale wiedział, że są tu wszystkie: wielkie pająki i małe pająki, jadowite pająki, kąsające pająki, olbrzymie włochate pająki i eleganckie chitynowe pająki. Ich oczy wychwytywały nawet najsłabsze światło, naprawdę jednak widziały dzięki nogom i stopom, przekształcającym wibracje w wirtualny obraz otaczającego je świata.
Były jego armią.
– Kiedy zginiesz, dziecko Anansiego – przemówił z ciemności Tygrys – gdy cały twój ród umrze, historie znów będą moje. Raz jeszcze ludzie będą opowiadać historie Tygrysa, będą zbierać się i wychwalać mój spryt i mą siłę, okrucieństwo i radość. Każda historia będzie moja, każda pieśń będzie moja. Świat stanie się taki jak kiedyś. Surowy. Mroczny.
Spider nasłuchiwał szelestów swej armii.
Nie bez powodu siedział na skraju przepaści. Choć sam nie miał się gdzie wycofać, oznaczało to, że Tygrys nie może na niego skoczyć, może tylko się podkraść.
Zaczął się śmiać.
– I z czego się śmiejesz, dziecko Anansiego? Postradałeś rozum?
Słysząc to, Spider śmiał się coraz głośniej i głośniej.
I wtedy z ciemności dobiegł skowyt. Tygrys natknął się na armię Spidera.
Jad pająków miewa różne właściwości. Często trzeba długiego czasu, by odkryć pełne skutki ukąszenia. Naturaliści od lat zastanawiali się nad tym. Istnieją pająki, których ukąszenie sprawia, że ugryzione miejsce gnije i obumiera, czasem ponad rok po ugryzieniu. A co do tego, czemu pająki tak robią, odpowiedź jest prosta: dlatego że je to bawi i nie chcą, byśmy o nich zapominali.
Czarne wdowy kąsały poobijany nos Tygrysa, tarantule gryzły mu uszy. Po chwili wszystkie wrażliwe miejsca piekły i pulsowały, puchły i swędziały. Tygrys nie wiedział co się dzieje, czuł tylko pieczenie, ból i nagły strach.
Spider zaśmiewał się coraz głośniej, słuchając, jak wielkie zwierzę miota się w poszyciu, rycząc z bólu i zgrozy.
A potem usiadł i czekał. Wiedział, że Tygrys wróci. To jeszcze nie koniec.
Zdjął z ramienia siedmionogiego pająka i zaczął go głaskać, przesuwając palcami po szerokim grzbiecie stworzonka.
Nieco dalej, w dole zbocza zapłonęła zimna, zielona luminescencja. Ogniste punkciki zaczęły migotać niczym światła maleńkiego miasta, rozbłyskując w nocnym mroku. Poświata zbliżała się ku niemu.
Wkrótce ujrzał, że jej źródło stanowią setki tysięcy świetlików. A pośród jasnej świetlikowej chmury ujrzał ciemną postać, postać człowieka wędrującą powoli w górę zbocza.
Spider uniósł kamień, przywołując w myślach pajęczą armię do kolejnego ataku. Nagle zamarł. W zbliżającej się ku niemu skąpanej w poświacie świetlików postaci było coś znajomego. Na głowie miała zieloną fedorę.
* * *
Grahame Coats zdążył opróżnić niemal całą ćwiartkę rumu, którą znalazł w kuchni. Otworzył go, bo nie miał ochoty schodzić do piwnicy na wino i ponieważ uznał, że w ten sposób upije się szybciej. Niestety, tak się nie stało. Miał wrażenie, że rum w ogóle nie działa, a już na pewno nie spełnia roli emocjonalnego wyłącznika, którego Grahame potrzebował. Krążył po domu z butelką w jednej ręce i wypełnioną do połowy szklanką w drugiej. Czasami pociągał łyk z prawej, czasem z lewej. Przechodząc, dostrzegł w lustrze swoje odbicie: spocone, z miną winowajcy.
– Uśmiechnij się – rzekł głośno. – Może to nigdy się nie stanie. Wszystko ma swoje dobre strony, deszcz życia musi spaść. Zbyt wiele kucharek. Zły to wiatr.
Rum zdecydowanie się kończył.
Grahame wrócił do kuchni, otworzył kilka szafek, aż w końcu znalazł wciśniętą w kąt butelkę sherry. Zabrał ją i z wdzięcznością przytulił niczym bardzo małego, starego przyjaciela, który właśnie powrócił po latach spędzonych na morzu.
Odkręcił butelkę. To było słodkie sherry do doprawiania potraw, a on wypił je jak lemoniadę.
Szukając alkoholu w kuchni, Grahame Coats zauważył też inne rzeczy. Na przykład noże. Niektóre bardzo ostre. W szufladzie czekała nawet niewielka stalowa piła. Grahame Coats z entuzjazmem skinął głową – to bardzo eleganckie rozwiązanie problemu w piwnicy.
– Habeas corpus – rzekł. – Albo może habeas delicti? Któreś z tych. Jeśli nie ma zwłok, nie ma zbrodni. Ergo. Quod erat demonstrandum.
Wyjął z kieszeni marynarki pistolet i położył go na kuchennym stole. Wokół rozmieścił noże, tak że przypominały szprychy koła.
– No cóż – rzekł tym samym tonem, którym niegdyś przekonywał naiwne boysbandy, że powinny podpisać z nim kontrakt i przywitać się ze sławą, choć niekoniecznie z fortuną. – Nie odkładajmy na jutro tego, co można zrobić dziś.
Wsadził za pasek trzy kuchenne noże, do kieszeni marynarki wcisnął piłę, po czym z pistoletem w dłoni zszedł po schodach do piwnicy. Zapalił światło i mrugając gwałtownie, powiódł wzrokiem po stojakach z butelkami pełnymi wina, leżącymi grzecznie na boku i pokrytymi grubą warstwą kurzu, po czym stanął przed żelaznymi drzwiami piwnicy na mięso.
– W porządku! – zawołał. – Z pewnością ucieszy was wiadomość, że nie zamierzam zrobić wam krzywdy. Zaraz wypuszczę was obie. Doszło do pewnego nieporozumienia. Bez urazy, zgoda? Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Stańcie przy ścianie naprzeciwko, przyjmijcie pozycje i żadnych sztuczek.
Fakt, że istniało tak wiele gotowych komunałów przydatnych dla kogoś, kto ma w ręku broń, dodał mu otuchy. Grahame Coats poczuł się nagle członkiem większego bractwa: obok niego stali Bogart i Cagney, i wszyscy ludzie wrzeszczący na siebie w programie „Gliny”.
Zapalił światło i szarpnięciem otworzył drzwi. Matka Rosie stała pod ścianą, zwrócona do niego plecami. Gdy wszedł, uniosła spódnicę i poruszyła energicznie zdumiewająco kościstym, brązowym tyłkiem.
Opadła mu szczęka i w tym momencie Rosie z całych sił rąbnęła go zardzewiałym łańcuchem w przegub. Broń wypadła z ręki Grahame’a Coatsa i poleciała na drugą stronę piwnicy.
Z entuzjazmem i celnością znacznie młodszej kobiety matka Rosie kopnęła go w krocze. A gdy zgiął się wpół, przyciskając ręce do podbrzusza i wydając odgłosy tak wysokie, że usłyszeć je mogły wyłącznie psy i nietoperze, Rosie i jej matka wypadły z piwnicy na mięso.
Zatrzasnęły za sobą drzwi, Rosie zaciągnęła jeden z rygli. Uścisnęły się.
Wciąż były w piwnicy na wino, gdy zgasły wszystkie światła.
– To tylko korki – rzekła Rosie pocieszająco. Nie była pewna czy sama w to wierzy, ale nie miała innego wyjaśnienia.
– Trzeba było zamknąć tamte drzwi na klucz – odparła matka, a potem jęknęła, bo w ciemności uderzyła o coś palcem u nogi. Zaklęła.
– Z drugiej strony – mruknęła Rosie – on też nie widzi w ciemności. Zdaje mi się, że schody są tam.
Gdy zgasły światła, Grahame Coats stał na czworakach na betonowej podłodze piwnicy na mięso, w ciemności. Coś gorącego ściekało mu po nodze. Przez krótką niezręczną chwilę pomyślał, że może się zmoczył. Potem jednak zrozumiał, iż ostrze jednego z noży wetkniętych za pasek wbiło mu się głęboko w udo.
Przestał się wiercić i położył się na podłodze. Uznał, że bardzo rozsądnie postąpił, pijąc tak dużo. Alkohol zadziałał jak środek znieczulający. Postanowił zasnąć.
Nie był sam w piwnicy na mięso. Ktoś mu towarzyszył. Coś poruszającego się na czterech nogach.
Ktoś warknął.
– Wstawaj.
– Nie mogę wstać. Jestem ranny, chcę spać.
– Jesteś żałosnym, małym stworzeniem i niszczysz wszystko, czego się tkniesz. A teraz wstawaj.
– Uczyniłbym to z wielką przyjemnością – rzekł Grahame Coats rozsądnym tonem człowieka pijanego – ale nie mogę, poleżę trochę na podłodze. A zresztą. Ona zaryglowała drzwi, słyszałem.
Z drugiej strony drzwi dobiegł go zgrzyt jakby powoli przesuwanego rygla.
– Drzwi są otwarte. Teraz słuchaj. Jeśli tu zostaniesz, umrzesz. – Niecierpliwy szelest, machnięcie ogona, stłumiony ryk w głębi gardła. – Podaj mi rękę. Daj rękę na znak oddania. Zaproś mnie do swego wnętrza.
– Nie rozu…
– Daj mi rękę albo wykrwaw się na śmierć.
W nieprzeniknionej ciemności piwnicy na mięso Grahame Coats wyciągnął rękę. Ktoś – coś – ujęło ją i przytrzymało mocno, stanowczo.
– A teraz? Chcesz mnie zaprosić?
Wówczas Grahame Coats na moment otrzeźwiał. Ogarnął go chłód. Już i tak posunął się za daleko; nic, co jeszcze zrobi, nie pogorszy sytuacji.
– Absowicie – wyszeptał. I gdy to powiedział, zaczął się zmieniać.
Widział w ciemności równie wyraźnie jak w słońcu. Przez chwilę, i tylko przez chwilę, wydało mu się, że dostrzega coś obok siebie, coś większego niż człowiek, o ostrych, jakże ostrych zębach. Potem to coś zniknęło, a Grahame Coats poczuł się cudownie. Krew nie tryskała już z jego nogi.
Widział wyraźnie w mroku. Wyciągnął zza pasa noże i rzucił na podłogę. Ściągnął buty. Na ziemi leżał pistolet, zostawił go jednak. Narzędzia są dla małp, kruków i słabeuszy. On nie był małpą.
Był łowcą.
Uniósł się na rękach i kolanach i wybiegł na czworakach do piwnicy na wina. Natychmiast ujrzał kobiety. Znalazły schody wiodące do domu i wspinały się po nich na oślep w mroku, trzymając się za ręce.
Jedna była stara i żylasta, druga młoda i miękka. Do ust czegoś, co tylko częściowo było Grahame’em Coatsem, napłynęła ślina.
* * *
Gruby Charlie zszedł z mostu, odsunął z czoła zieloną fedorę ojca i ruszył naprzód w półmroku. Wędrował kamienistą plażą, ślizgając się na kamieniach, z pluskiem pokonując kałuże. Potem nadepnął na coś, co się poruszyło. Potknął się i cofnął.
To coś uniosło się w powietrze i unosiło się dalej. Cokolwiek to było, było olbrzymie. Z początku sądził, że rozmiarami dorównuje słoniowi, ale cały czas rosło.
Światło, pomyślał Gruby Charlie. Zaśpiewał w głos i wszystkie świetliki, robaczki świętojańskie z owego miejsca, zebrały się wokół niego, połyskując zimnym, zielonym, luminescencyjnym blaskiem. W ich świetle ujrzał dwoje oczu większych niż półmiski, spoglądających na niego z dumnej, gadziej twarzy.
Nie odwrócił wzroku.
– Dobry wieczór – rzekł radośnie.
Stwór odezwał się głosem śliskim niczym olej z masłem.
– Halo – rzekł. – Ding-dong. Wyglądasz zupełnie jak obiad.
– Jestem Charlie Nancy – przedstawił się Charlie Nancy. – A ty?
– Ja jestem Smok – odparł Smok. – I połknę cię na jeden kęs, mały człowieczku w kapeluszu.
Charlie zamrugał. Co zrobiłby mój ojciec? – zastanawiał się. Co zrobiłby Spider? Nie miał bladego pojęcia. No dalej, ostatecznie Spider to w pewnym sensie część mnie. Potrafię zrobić dokładnie to, co on.
– Ee, znudziła cię rozmowa ze mną i pozwolisz mi przejść bez przeszkód – poinformował Smoka z jak największym przekonaniem.
– Pvany, nieźle, całkiem nieźle, ale obawiam się, że nie – odparł Smok z entuzjazmem. – Prawdę mówiąc, zamierzam cię pożreć.
– Nie boisz się chyba limonek? – spytał Charlie, nim jeszcze przypomniał sobie, że oddał limonkę Daisy.
Stwór zaśmiał się pogardliwie.
– Ja? Wiesz czego się boję? Niczego.
– Niczego?
– Niczego – powtórzył.
– A co cię przeraża? Nic? – spytał Charlie.
– Zdecydowanie nic – przyznał Smok.
– Wiesz – rzekł Charlie – co mam w kieszeniach? Nic. Chciałbyś zobaczyć?
– Nie – rzekł Smok niepewnie. – Z całą pewnością nie.
Rozległ się łopot wielkich jak żagle skrzydeł i Charlie został sam na plaży.
– To było aż za łatwe – rzekł głośno.
Ruszył dalej. Po drodze ułożył piosenkę. Charlie zawsze miał ochotę układać piosenki, ale nigdy tego nie zrobił, głównie dlatego, iż wierzył święcie, że jeśli kiedykolwiek napisze piosenkę, to ktoś poprosi, by ją zaśpiewał, co nie byłoby dobre, mniej więcej w ten sam sposób, w jaki śmierć przez powieszenie trudno nazwać dobrą. Teraz jednak przejmował się coraz mniej i mniej, toteż zaśpiewał swoją piosenkę świetlikom, które podążały z nim w górę zbocza. Była to piosenka o spotkaniu z Kobietą Ptakiem i odnalezieniu brata. Miał nadzieję, że świetlikom się podoba; ich blask zdawał się pulsować i migotać w rytm.
Kobieta Ptak czekała na niego na szczycie wzgórza.
Charlie zdjął kapelusz, wyjął pióro.
– Proszę. To chyba należy do ciebie.
Ani drgnęła.
– Rozwiązuję naszą umowę – oznajmił Charlie. – Przyniosłem ci pióro, chcę dostać mojego brata. Zabrałaś go, chcę go odzyskać. Nie do mnie należy ród Anansiego; nie mogę nikomu go oddać.
– A jeśli nie mam już twego brata?
W blasku świetlików Charlie nie widział dokładnie, lecz odniósł wrażenie, że jej usta się nie poruszyły. Słowa Kobiety Ptaka otoczyły go jednak, rozbrzmiewając krzykami lelków kozodojów i pohukiwaniami sów.
– Chcę dostać mojego brata – oznajmił. – Całego, zdrowego i nietkniętego. Natychmiast. Albo to, co działo się między tobą i twoim ojcem przez te wszystkie lata, okaże się tylko preludium. No wiesz, uwerturą.
Charlie nigdy wcześniej nikomu nie groził. Nie miał pojęcia, jak spełni swoje groźby, ale nie wątpił, że tego dokona.
– Miałam go – oznajmiła odległym buczeniem bąka. – Ale zostawiłam go pozbawionego języka w świecie Tygrysa. Nie potrafiłam skrzywdzić potomka twojego ojca. Tygrys mógł to zrobić, gdy zdobył się na odwagę.
Cisza. Nocne żaby i nocne ptaki umilkły. Patrzyła na niego obojętnie, jej twarz rozpływała się wśród cieni. Dłoń powędrowała do kieszeni płaszcza.
– Daj mi pióro – rzekła. Charlie wsunął je w jej rękę.
I wówczas poczuł się lżej, jakby wzięła od niego coś więcej niż stare piórko.
A potem oddała mu coś w zamian: coś zimnego i wilgotnego. Przypominało bryłkę mięsa i Charlie z trudem zwalczył odruch nakazujący to wyrzucić.
– Oddaj mu go – rzekła głosem nocy. – Nie ma między nami wrogości.
– Jak się dostanę do świata Tygrysa?
– A jak się dostałeś tutaj? – spytała niemal z rozbawieniem, a potem nastała noc i Charlie został sam na wzgórzu.
Rozchylił palce i spojrzał na leżący na dłoni kawałek mięsa, miękki i prążkowany. Wyglądał jak język. Charlie wiedział, do kogo należy.
Z powrotem wcisnął na głowę fedorę i pomyślał: Oto zakładam czapkę mądrości. Jakoś jednak nie zabrzmiało to zabawnie. Zielona fedora nie była czapką mądrości, była natomiast kapeluszem, który może przywdziać ktoś nie tylko mądry, ale też umiejący wyciągać ważne, podstawowe wnioski.
Wyobraził sobie światy jako sieć. Rozbłysła w jego umyśle, łącząc go ze wszystkimi, których znał. Nić między nim i Spiderem była silna i jasna, płonęła zimnym ogniem niczym świetlik bądź gwiazda.
Spider był kiedyś jego częścią. Charlie zatrzymał w umyśle tę wiedzę, pozwalając, by sieć wypełniła mu głowę. W dłoni trzymał język swego brata, do niedawna stanowiący część Spidera i bardzo pragnący znów się z nim połączyć. Wszystko, co żyje, pamięta.
Szalona, świetlista sieć płonęła wokół niego. Wystarczyło, by Charlie podążył za nią…
Uczynił to, a świetliki zbite w ciasny obłok podróżowały wraz z nim.
– Hej – rzekł – to ja.
Spider wydał z siebie cichy, straszny odgłos. W migotliwym blasku świetlików wyglądał okropnie, znękany, obolały. Jego twarz i pierś pokrywały strupy.
– To chyba należy do ciebie – powiedział Charlie.
Spider z przesadnym gestem wyrażającym wdzięczność wziął od brata swój język, wsunął go do ust, wepchnął i przytrzymał. Charlie patrzył i czekał, aż język się zakorzeni. Wkrótce Spider, zadowolony, poruszył eksperymentalnie ustami, przesuwając język na boki, oblizując górną wargę, jakby szykował się do zgolenia wąsów, otwierając szeroko usta i wysuwając go jak najdalej. Potem zamknął je, wstał i wreszcie wciąż jeszcze lekko niepewnym głosem rzekł:
– Fajny kapelusz.
* * *
Rosie pierwsza dotarła na szczyt schodów i otwarła drzwi piwnicy na wino. Potykając się, weszła do domu. Zaczekała na matkę, po czym zatrzasnęła i zaryglowała drzwi piwnicy. Tu też nie było prądu, lecz księżyc wisiał wysoko na niebie, bliski pełni, i po nieprzeniknionej ciemności jego blask wpadający przez kuchenne okna oświetlał wszystko niczym reflektor.
Chłopcy i dziewczęta, nadszedł zabaw czas, pomyślała Rosie. Księżyc jasno świeci niczym słońca blask…
– Zadzwoń na policję – zaproponowała matka.
– Gdzie znajdę telefon?
– Skąd, do diabła, mam wiedzieć? On wciąż siedzi na dole.
– Jasne – odparła Rosie, zastanawiając się, czy ma poszukać telefonu i wezwać policję, czy też po prostu wydostać się z domu. Nim jednak podjęła decyzję, było już za późno.
Coś huknęło tak głośno, że zabolały ją uszy, i drzwi do piwnicy otwarły się gwałtownie. Z piwnicy wyszedł cień.
Był prawdziwy. Wiedziała, że jest prawdziwy, patrzyła na niego. Ale przecież to niemożliwe. To był cień wielkiego kota, olbrzymiego, kudłatego kota. Co dziwne, gdy padły na niego promienie księżyca, cień stał się jeszcze ciemniejszy. Rosie nie widziała jego oczu, wiedziała jednak, że patrzy na nią – i że jest głodny.
Zamierzał ją zabić. Taki będzie koniec.
– On chce ciebie, Rosie – powiedziała jej matka.
– Wiem.
Rosie chwyciła najbliższy duży przedmiot, drewniany blok, w którym kiedyś tkwiły noże, i z całych sił cisnęła nim w cień, po czym, nawet nie sprawdziwszy, czy trafiła, jak najszybciej wypadła z kuchni do holu. Wiedziała gdzie są drzwi frontowe.
Jednakże coś ciemnego, czworonożnego, poruszało się szybciej. Przeskoczyło nad głową Rosie, lądując niemal bezszelestnie przed nią.
Rosie cofnęła się pod ścianę, zaschło jej w ustach.
Bestia czekała między nią i drzwiami. Powoli ruszyła w stronę Rosie, jakby miała cały czas tego świata.
I wtedy z kuchni wypadła jej matka. Minęła Rosie i chwiejnym krokiem biegła oświetlonym promieniami księżyca korytarzem w stronę wielkiego cienia, wymachując rękami. Drobnymi piąstkami zaczęła bić stwora w żebra. Wszystko znieruchomiało, jakby świat wstrzymał oddech, a potem potwór ją zaatakował. Poruszał się tak szybko, że stanowił tylko rozmazaną plamę. Minęła sekunda i matka Rosie leżała już na ziemi; cień chwycił ją w zęby i potrząsnął, jak pies szmacianą lalką.
Zadźwięczał dzwonek.
Rosie pragnęła zawołać o pomoc, zamiast tego odkryła jednak, że krzyczy głośno, przenikliwie. Po zetknięciu z przypadkowym pająkiem w wannie potrafiła wrzeszczeć, niczym aktorka z filmów klasy B w obliczu człowieka w gumowym kostiumie monstrum, a teraz znalazła się w ciemnym domu, w towarzystwie cienia tygrysa i potencjalnego seryjnego mordercy, i jeden z nich, a może nawet obaj, atakowali jej matkę. W jej myślach pojawiło się parę możliwych scenariuszy postępowania (Pistolet. Pistolet został w piwnicy, powinna tam zejść i go przynieść. Albo drzwi. Może przemknęłaby obok matki i cienia i otworzyła drzwi frontowe?), lecz płuca i usta były w stanie wyłącznie krzyczeć.
Coś zaczęło walić do drzwi. Próbują je wyłamać, pomyślała. Nie uda im się.
Jej matka leżała na podłodze w plamie srebrzystego światła. Cień przykucnął nad nią, odchylił głowę i ryknął ogłuszająco. W jego głosie dźwięczał strach, wyzwanie i opętanie.
To halucynacje, pomyślała Rosie. Przez dwa dni siedziałam zamknięta w piwnicy, a teraz mam halucynacje. Nie ma żadnego tygrysa.
Ta sama logika podpowiadała, że nie ma żadnej bladej kobiety, choć widziała ją w blasku księżyca idącą korytarzem. Kobietę o jasnych włosach i długich, bardzo długich nogach oraz wąskich biodrach tancerki. Kobieta zatrzymała się, dotarłszy do cienia tygrysa.
– Witaj, Grahame – powiedziała.
Cienista bestia uniosła olbrzymią głowę i warknęła.
– Nie myśl, że ukryjesz się przede mną w tym głupim zwierzęcym kostiumie – dodała kobieta. Nie sprawiała wrażenia zadowolonej.
Rosie uświadomiła sobie, że przez jej tors widzi okno, i cofnęła się, aż w końcu jej plecy zderzyły się ze ścianą. Bestia znów warknęła, tym razem nieco niepewnie.
– Ja nie wierzę w duchy, Grahame – oznajmiła kobieta. – Przez całe życie, całe moje życie nie wierzyłam w duchy. A potem spotkałam ciebie. Pozwoliłeś, by kariera Morrisa się załamała. Okradałeś nas, zamordowałeś mnie i w końcu, co jeszcze gorsze, zmusiłeś mnie, bym uwierzyła w duchy.
Wielki koci cień jęczał cicho, cofając się w głąb korytarza.
– Niech ci się nie wydaje, że zdołasz mi się wymknąć, ty marny człowieczku. Możesz udawać, że jesteś tygrysem, skoro chcesz. Ale nie jesteś. Jesteś szczurem. Nie, to obraza dla szlachetnych płodnych gryzoni. Jesteś czymś gorszym niż szczurem. Jesteś łasicą. Skunksem. Tchórzem.
Rosie puściła się pędem, przebiegła obok cienistej bestii, obok leżącej na podłodze matki. Przebiegła przez bladą kobietę, czując na skórze zimny dotyk mgły. Dotarła do drzwi i zaczęła je macać, szukając zasuwy.
Gdzieś wewnątrz swej głowy, czy może na zewnątrz, w świecie, Rosie słyszała kłótnię. Ktoś mówił.
– Nie zwracaj na nią uwagi, idioto, nie może cię dotknąć. To tylko duppy. Jest niemal nierzeczywista. Łap dziewczynę! Zatrzymaj ją!
A ktoś inny odpowiadał:
– Niewątpliwie masz sporo racji, ale nie jestem do końca przekonany, czy uwzględniliśmy wszystkie okoliczności. Vis-a-vis, jak wiesz, rozsądek bywa nieraz ważniejszy niż rozwaga. Jeśli mnie słuchasz…
– Ja kieruję, ty słuchasz.
– Ale…
– Chciałabym wiedzieć – oznajmiła blada kobieta – do jakiego stopnia jesteś w tej chwili niematerialny. Ludzi nie mogę dotykać, nie mogę dotykać rzeczy. Mogę natomiast dotknąć duchów.
Blada kobieta wymierzyła potężnego kopniaka wprost w pysk bestii. Utkany z cieni kot syknął i cofnął się, stopa chybiła o niecały cal.
Następny kopniak dosięgnął celu; bestia zaskowyczała. Kolejny kopniak trafił w miejsce, gdzie powinien być nos cienistego stwora, i bestia wydała z siebie odgłos mytego szamponem kota, samotny pisk pełen grozy, oburzenia, wstydu i świadomości klęski.
W korytarzu zadźwięczał śmiech martwej kobiety, pełen radości i zachwytu.
– Tchórz – zadrwił jej głos. – Grahame tchórz.
W domu powiał zimny wiatr.
Rosie odciągnęła ostatnią zasuwę, przekręciła zamek. Drzwi otwarły się gwałtownie i oślepiły ją promienie latarek. Ludzie. Samochody. Kobiecy głos.
– To jedna z zaginionych turystek. – A potem. – Mój Boże.
Rosie odwróciła się.
W świetle latarki widziała swoją matkę, skuloną na wyłożonej kafelkami podłodze. Obok niej spoczywał Grahame Coats – bosy, nieprzytomny i niewątpliwie w ludzkiej postaci. Wokół nich ujrzała rozbryzgi czerwonej cieczy. Przez jedno uderzenie serca Rosie nie potrafiła odgadnąć, co to. Jakaś kobieta coś do niej mówiła.
– Ty jesteś Rosie Noah – powtarzała. – Nazywam się Daisy. Znajdźmy jakieś miejsce, gdzie będziesz mogła usiąść. Chciałabyś usiąść?
Ktoś musiał znaleźć bezpieczniki, bo w tym samym momencie w całym domu rozbłysły światła.
Rosły mężczyzna w mundurze policyjnym pochylał się nad ciałami. Uniósł wzrok.
– To niewątpliwie pan Finnegan. Nie oddycha.
– Tak, proszę – powiedziała Rosie. – Bardzo chciałabym usiąść.
* * *
Charlie siedział obok Spidera nad przepaścią w blasku księżyca, machając nogami.
– Wiesz – powiedział – kiedyś byłeś częścią mnie. W dzieciństwie.
Spider przekrzywił głowę.
– Naprawdę?
– Tak mi się zdaje.
– No, to sporo wyjaśnia. – Wyciągnął rękę. Na jego palcach siedział siedmionogi gliniany pająk smakujący powietrze. – I co teraz? Przyjmiesz mnie z powrotem, czy jak?
Charlie zmarszczył czoło.
– Myślę, że wyrosłeś na lepszego człowieka, niż gdybyś pozostał częścią mnie. No i znacznie lepiej się bawiłeś.
– Rosie – rzekł Spider. – Tygrys wie o Rosie. Musimy coś zrobić.
– Oczywiście, że musimy.
To zupełnie jak księgowość, pomyślał Charlie. Zapisujemy wpływy w jednej kolumnie, wydatki w drugiej, odejmujemy i jeśli nigdzie się nie pomylimy, suma zawsze się zgadza. Ujął dłoń brata.
Wstali, postąpili krok naprzód, w przepaść…
…i wszystko pojaśniało…
Między światami wiał zimny wiatr.
– Nie jesteś wcale magiczną częścią mnie, wiesz? – powiedział Charlie.
– Nie jestem?
Spider postąpił kolejny krok naprzód. Gwiazdy spadały dziesiątkami, kreśląc świetliste linie na ciemnym niebie. Gdzieś ktoś wygrywał na flecie słodką melodię.
Kolejny krok. Usłyszeli odległe wycie syren.
– Nie – wyjaśnił Charlie. – Pani Dunwiddy tak myślała. Rozdzieliła nas, ale nie rozumiała, co dokładnie zrobiła. Bardziej przypominamy dwie połówki rozgwiazdy. Wyrosłeś na kompletną osobę. I – dodał, uświadamiając sobie, że to prawda – ja także.
Świtało. Stali razem na skale. Drogą zbliżała się właśnie karetka z migoczącym kogutem, za nią następna. Zaparkowały na poboczu obok grupki radiowozów policyjnych.
Wyglądało na to, że Daisy wszystkimi komenderuje.
– Nie zostało zbyt wiele do zrobienia, nie teraz – rzekł Charlie. – Chodź.
Ostatnie świetliki odleciały i przygasły, zapadając w sen. Pierwszym porannym minibusem wrócili do Williamstown.
* * *
Maeve Livingstone siedziała na górze w bibliotece domu Grahame’a Coatsa, otoczona jego dziełami sztuki, książkami, płytami DVD. Wyglądała przez okno. W dole służby alarmowe wyspy wynosiły Rosie i jej matkę do jednej karetki, Grahame’a Coatsa do drugiej.
Uznała, że kopnięcie bestii, w którą zamienił się Grahame Coats, sprawiło jej autentyczną przyjemność. Była to najbardziej zadowalająca rzecz, jakiej dokonała od chwili morderstwa – choć gdyby miała być zupełnie szczera, musiałaby przyznać, iż taniec z panem Nancy był bardzo, bardzo blisko. Pan Nancy okazał się niezwykle gibkim i zręcznym partnerem.
Ogarnęło ją zmęczenie.
– Maeve?
– Morris? – Rozejrzała się wokół. Pokój był pusty.
– Nie chciałbym ci przeszkadzać, jeśli wciąż jesteś zajęta, skarbie.
– To bardzo słodkie z twojej strony, ale chyba już skończyłam.
Ściany biblioteki zaczęły blaknąć, traciły barwę i kształty. Ujrzała leżący za nimi świat i w jego blasku dostrzegła czekającą na nią drobną postać w eleganckim garniturze.
Podała mu dłoń.
– Dokąd teraz, Morrisie?
Powiedział jej.
– Och, to będzie miła odmiana – rzekła. – Zawsze chciałam tam pójść.
I poszli, trzymając się za ręce.
Charliego obudziło walenie do drzwi. Zdezorientowany, rozejrzał się. Był w pokoju hotelowym, a w jego głowie tłoczyło się mnóstwo nieprawdopodobnych wydarzeń, wirujących niczym ćmy wokół żarówki. Próbując znaleźć w nich jakiś sens, pozwolił stopom ponieść się do drzwi. Mrugając, przyjrzał się planikowi, informującemu, gdzie ma się udać w razie pożaru. Próbował przypomnieć sobie, co działo się poprzedniej nocy. Potem przekręcił zamek i otworzył szeroko drzwi.
Daisy spojrzała na niego.
– Spałeś w tym kapeluszu?
Charlie uniósł rękę i pomacał głowę. Niewątpliwie tkwił na niej kapelusz.
– Tak – rzekł. – Najwyraźniej.
– A niech mnie. Ale przynajmniej zdjąłeś buty. Wiesz, że ominęła cię cała zabawa?
– Naprawdę?
– Umyj zęby – poleciła radośnie – i zmień koszulę. Owszem, podczas gdy byłeś… – Zawahała się. Po zastanowieniu musiała stwierdzić, że jego zniknięcie w trakcie seansu wykraczało poza granice prawdopodobieństwa. Takie rzeczy się nie zdarzały. Nie w świecie rzeczywistym. – Podczas gdy cię nie było, zmusiłam szefa policji, by pojechał do domu Grahame’a Coatsa. Coats więził w nim turystki.
– Turystki?
– Przypomniałam sobie, co mówił podczas kolacji, coś o tym, że posłaliśmy do niego dwie osoby. Te w domu. To była twoja narzeczona i jej matka. Zamknął je w piwnicy.
– Nic im się nie stało?
– Obie są teraz w szpitalu.
– Ach.
– Matka jest w kiepskim stanie. Twojej narzeczonej chyba nic nie będzie.
– Przestaniesz ją tak nazywać? Nie jest moją narzeczoną, zerwała zaręczyny.
– Owszem, ale ty nie, prawda?
– Ona mnie nie kocha – oznajmił Charlie. – Kocha mojego brata, a on kocha ją. Teraz umyję zęby, zmienię koszulę i potrzeba mi do tego odrobinę prywatności.
– Powinieneś też wziąć prysznic – dodała. – A ten kapelusz śmierdzi cygarami.
– To pamiątka rodzinna – rzekł, po czym pomaszerował do łazienki.
Szpital znajdował się dziesięć minut drogi spacerkiem od hotelu. Spider siedział w poczekalni i trzymał w dłoniach wymiętoszony egzemplarz „Entertainment Weekly”, jakby naprawdę go czytał.
Charlie poklepał go po ramieniu; Spider podskoczył. Czujnie uniósł wzrok i na widok brata odprężył się nieco.
– Powiedzieli, że muszę tu zaczekać. Bo nie jestem krewnym ani nikim takim.
Charlie zdumiał się.
– To czemu im po prostu nie odpowiedziałeś, że jesteś krewnym albo lekarzem?
Spider poruszył się niezręcznie.
– Wiesz, łatwo jest robić takie rzeczy, jeśli cię to nie obchodzi. Jeżeli nie ma znaczenia, czy wejdę, czy nie, wchodzę bez problemu. Ale teraz to ma znaczenie. Nie chciałbym wejść komuś w drogę, zrobić coś nie tak. A poza tym, co, gdybym spróbował, a oni by odmówili, i wtedy… Czemu szczerzysz zęby?
– Nic, nic – mruknął Charlie. – Po prostu brzmi to trochę znajomo. Chodź, poszukajmy Rosie. Wiesz – wyjaśnił Daisy, gdy wędrowali losowo wybranym korytarzem – istnieją dwa sposoby pozwalające przejść przez szpital. Albo wyglądasz jak ktoś na miejscu – proszę, Spider, masz tu biały fartuch, akurat twój rozmiar, włóż go – albo tak bardzo nie na miejscu, że nikt nie poskarży się na twoją obecność, bo będzie wolał zostawić to innym. – Zaczął nucić.
– Co to za piosenka? – spytała Daisy.
– Nazywa się Yellow Bird – odparł Spider.
Charlie odsunął kapelusz na tył głowy. Razem weszli do pokoju Rosie.
Siedziała właśnie na łóżku, czytała kolorowe pismo i wyraźnie się martwiła. Na widok trójki gości jej twarz przybrała wyraz jeszcze większej troski. Powiodła wzrokiem od Spidera do Charliego i z powrotem.
– Znaleźliście się daleko od domu – rzekła jedynie.
– I to wszyscy – odparł Charlie. – Spidera już znasz. To jest Daisy, służy w policji.
– Nie wiem, czy to nadal aktualne – mruknęła Daisy. – Raczej się nie zasłużyłam.
– To ty byłaś tam wczoraj w nocy? Ty zmusiłaś miejscową policję, żeby tam przyjechała? – pytała Rosie. – Wiecie coś o Grahamie Coatsie?
– Leży na intensywnej terapii, tak jak twoja mama.
– Jeśli pierwsza odzyska przytomność – mruknęła Rosie – to pewnie go zabije. – A potem dodała: – Nie chcą mi powiedzieć, w jakim jest stanie. Mówią tylko, że w bardzo poważnym i że zawiadomią mnie, gdy będą coś wiedzieć. – Spojrzała na Charliego błyszczącymi oczami. – Nie jest taka zła, jak sądzisz, naprawdę. Nie, kiedy poznasz ją bliżej. Miałyśmy mnóstwo czasu na rozmowy, siedząc tam zamknięte w ciemności. Jest w porządku.
Wydmuchnęła nos.
– Nie sądzą, że przeżyje. Nie powiedzieli mi tego wprost, ale dali do zrozumienia, tak oględnie. Zabawne. Sądziłam, że zdoła przeżyć wszystko.
– Ja też – odparł Charlie. – Uważałem, że nawet gdyby doszło do wojny nuklearnej, na świecie wciąż pozostałyby radioaktywne karaluchy i twoja mama.
Daisy przydepnęła mu stopę.
– Wiedzą już, co ją poraniło?
– Powiedziałam im – rzekła Rosie. – W tym domu było jakieś zwierzę, choć może to tylko Grahame Coats. To znaczy w pewnym sensie to był on, ale też ktoś inny. Odwróciła jego uwagę ode mnie i to coś rzuciło się na nią…
Tego ranka opisała to wszystko miejscowej policji. Uznała jednak, że lepiej nie wspominać o jasnowłosym duchu kobiety. Czasami umysły załamują się pod nieznośnym napięciem i stwierdziła, że woli się nie przyznawać, że jej także się to przydarzyło.
Umilkła. Patrzyła na Spidera, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, kim jest.
– Wciąż cię nienawidzę, wiesz? – oznajmiła.
Spider milczał; jego twarz przybrała żałosny, nieszczęśliwy wyraz. Nie wyglądał już jak lekarz, lecz jak ktoś, kto wypożyczył sobie bez pytania biały fartuch i boi się, że inni się zorientują.
W jej głosie zabrzmiała rozmarzona nuta.
– Tyle że – dodała – kiedy siedziałam tam w ciemności, zdawało mi się, że mi pomagasz. Że odciągasz ode mnie zwierzę. Co się stało z twoją twarzą? Jest cała podrapana.
– To było zwierzę – odparł Spider.
– Wiesz – ciągnęła – teraz, gdy widzę was obu razem, w ogóle nie jesteście do siebie podobni.
– Ja jestem ten przystojny – wtrącił Charlie i stopa Daisy po raz drugi opadła na jego palce.
– A niech mnie – rzekła cicho Daisy, po czym dodała nieco głośniej: – Charlie, musimy o czymś pomówić na zewnątrz, natychmiast.
Wyszli na korytarz, pozostawiając Spidera w środku.
– I co? – spytał Charlie.
– Co i co? – odparła Daisy.
– O czym chciałaś porozmawiać?
– O niczym.
– To czemu tu jesteśmy? Słyszałaś przecież, ona go nienawidzi. Nie powinniśmy zostawiać ich samych. Do tej pory już go pewnie zabiła.
Daisy spojrzała na niego z miną, którą mógłby przybrać Jezus, gdyby ktoś wyjaśnił mu właśnie, że ma chyba alergię na chleb i ryby, więc czy Zbawiciel zechciałby na boku stworzyć mu szybką sałatkę z kurczaka. Wyraz ten stanowił połączenie litości i niemal nieskończonego współczucia.
Przyłożyła palec do ust i pociągnęła Charliego w stronę drzwi. Zajrzał do pokoju szpitalnego. Rosie bynajmniej nie zabijała Spidera. Jeśli można tak rzec, wręcz przeciwnie.
– Ach – mruknął Charlie.
Całowali się. Jeśli ujmę to w ten sposób, założysz zapewne, że był to normalny pocałunek – wargi, skóra, może nawet nieco języka. Nie zgadniesz jednak, jak on się uśmiechał, jak lśniły jego oczy, a potem, gdy się rozłączyli, jak wstał – niczym człowiek, który właśnie odkrył sztukę stania i poznał ją lepiej niż ktokolwiek przed nim i po nim.
Charlie odwrócił się i spojrzał w głąb korytarza. Odkrył, że Daisy rozmawia z kilkoma lekarzami i poznanym poprzedniego wieczoru policjantem.
– Zawsze uważaliśmy, że to podejrzany gość – mówił policjant do Daisy. – Powiedzmy sobie szczerze, tylko cudzoziemcy zachowują się w taki sposób. Miejscowi nie byliby do tego zdolni.
– Niewątpliwie – przytaknęła Daisy.
– Jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni. – Szef policji poklepał ją po ramieniu gestem, który sprawił, że zacisnęła zęby. – Ta paniusia ocaliła życie tamtej kobiety – poinformował Charliego i jego także poklepał dobrotliwie po ramieniu, po czym odszedł wraz z lekarzami w stronę wyjścia.
– Co się dzieje? – spytał Charlie.
– Grahame Coats nie żyje – odparła. – Mniej więcej. I nie mają zbyt wielkich nadziei co do mamy Rosie.
– Rozumiem. – Charlie pogrążył się w myślach. Potem przestał myśleć i podjął decyzję. – Pozwolisz, że zamienię kilka słów z bratem? Chyba musimy porozmawiać.
– I tak zamierzałam wrócić do hotelu, sprawdzić e-maile. Pewnie będę musiała gęsto się tłumaczyć przez telefon i dowiem się, czy w ogóle mam do czego wracać.
– Ale przecież jesteś bohaterką?
– Nie sądzę, by za to mi płacili. – Jej głos zabrzmiał nieco słabo. – Kiedy skończysz, zajrzyj do mnie.
Spider i Charlie wędrowali główną ulicą Williamstown w promieniach porannego słońca.
– Wiesz, to naprawdę świetny kapelusz – powiedział Spider.
– Myślisz?
– Tak. Mogę przymierzyć?
Charlie podał Spiderowi zieloną fedorę. Jego brat założył ją, przejrzał się w witrynie, skrzywił i oddał mu kapelusz.
– Cóż – rzekł z nutką zawodu w głosie – na tobie wygląda świetnie.
Charlie z powrotem nasadził fedorę na głowę. Niektóre kapelusze można nosić tylko, jeśli człowiek jest gotów zachowywać się zawadiacko, przekrzywić je i stąpać sprężyście, niemal tańcząc. Wiele wymagają od swego właściciela. Ten kapelusz do nich należał i Charlie podjął wyzwanie.
– Mama Rosie umiera – oświadczył.
– No tak.
– Naprawdę szczerze jej nie znoszę.
– Ja nie znałem jej aż tak dobrze jak ty, ale gdybym miał dość czasu, z pewnością też dogłębnie bym ją znielubił.
– Musimy spróbować ocalić jej życie, prawda? – Słowom Charliego brakowało entuzjazmu; powiedział to jak ktoś przypominający, że czas już odwiedzić dentystę.
– Nie sądzę, byśmy to potrafili.
– Tato zrobił coś takiego dla mamy. Na jakiś czas wydobrzała.
– Ale to był on. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać.
– To miejsce na końcu świata – rzekł Charlie – z jaskiniami.
– Początku świata, nie końcu. Co z nim?
– Możemy się tam przenieść bez tych wszystkich bajerów ze świecami i ziółkami?
Spider przez chwilę milczał, po czym skinął głową.
– Chyba tak.
Skręcili razem w kierunku, którego zwykle nie było, i oddalili się od głównej ulicy Williamstown.
Teraz wschodziło słońce. Charlie i Spider maszerowali plażą zasłaną czaszkami. Nie były to prawdziwe ludzkie czaszki; pokrywały plażę niczym żółte kamyki. Charlie unikał ich jak tylko mógł, Spider miażdżył je pod stopami. Na końcu plaży skręcili w lewo, absolutnie ostateczne lewo. Nad ich głowami wznosiły się góry na początku świata, urwisko opadało.
Charlie przypomniał sobie, jak był tu poprzednio. Miał wrażenie, że od tego czasu minęło tysiąc lat.
– Gdzie są wszyscy? – spytał głośno i jego głos odbił się echem od skał. – Halo?! – zawołał.
I wtedy ich ujrzał. Obserwowali ich, byli tam wszyscy. Teraz wydawali się wspanialsi, mniej ludzcy, bardziej zwierzęcy, dziksi, i pojął, że poprzednio dostrzegał w nich ludzi, bo oczekiwał, że spotka ludzi. Ale to nie byli ludzie. Na skałach ponad nimi usadowili się Lew i Słoń, Krokodyl i Pyton, Królik, Skorpion i cała reszta. Były ich setki. Obserwowali ich pozbawionymi uśmiechu oczami: zwierzęta, które rozpoznawał i których nie zdołałby rozpoznać nikt żyjący, wszystkie zwierzęta, jakie kiedykolwiek pojawiły się w historiach. Wszystkie zwierzęta, o których ludzie śnili, którym oddawali cześć, którym składali ofiary…
Charlie ujrzał je wszystkie.
To zupełnie co innego, pomyślał, niż śpiewanie, od którego zależy twoje życie, w sali pełnej gości, pod wpływem chwili, z lufą wbitą w żebra dziewczyny, którą…
Którą…
Och.
No tak, pomyślał Charlie. O to będę się martwił później.
W tej chwili miał ogromną ochotę odetchnąć w brązową, papierową torebkę albo zniknąć.
– Muszą ich być setki. – W głosie Spidera zabrzmiał nabożny lęk.
W powietrzu nad pobliską skałą coś zawirowało i ujrzeli Kobietę Ptaka. Splotła ramiona na piersi, patrząc na nich.
– Cokolwiek zamierzasz zrobić – rzekł Spider – lepiej zrób to szybko. Nie będą tu czekać wiecznie.
Charliemu zaschło w ustach.
– Jasne.
– A zatem? – spytał Spider. – Uhm… co dokładnie mamy teraz zrobić?
– Zaśpiewać im – wyjaśnił z prostotą Charlie.
– Co?
– W ten sposób wszystko naprawiamy. Sam się tego domyśliłem. Po prostu śpiewamy razem.
– Ale co śpiewamy?
– Piosenkę. Tę piosenkę. Śpiewasz piosenkę, naprawiasz wszystko. – W jego głosie zadźwięczała desperacja. – Piosenkę.
Oczy Spidera przypominały kałuże po deszczu. Charlie dostrzegł w nich coś, czego nie widział wcześniej: patrzyły czule, pytająco i przede wszystkim przepraszająco.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Lew obserwował ich spod głazu, Małpa patrzył na nich z wierzchołka drzewa, a Tygrys…
Charlie ujrzał Tygrysa – stąpał ostrożnie na czterech łapach, twarz miał spuchniętą i posiniaczoną, lecz jego oczy błyszczały niebezpiecznie. Wyglądał, jakby miał wielką chęć wyrównać rachunki.
Charlie otworzył usta. Wydobył się z nich cichy pisk, jakby niedawno połknął wybitnie nerwową żabę.
– Nic z tego – szepnął do Spidera. – To był głupi pomysł, prawda?
– Ano.
– Myślisz, że możemy po prostu stąd zniknąć?
Powiódł nerwowym wzrokiem po zboczu góry i po jaskiniach, omiatając spojrzeniem setki totemowych istot sprzed zarania dziejów. Nagle dostrzegł kogoś, kogo poprzednim razem nie widział: drobnego mężczyznę w cytrynowożółtych rękawiczkach, z cieniutkim wąsikiem i rzednącymi włosami, których nie skrywała już zielona fedora.
Stary mężczyzna spojrzał na niego i mrugnął.
Nie było to wiele, ale wystarczyło.
Charlie napełnił płuca i zaczął śpiewać.
– Jestem Charlie – śpiewał. – Jestem synem Anansiego. Słuchajcie mojej pieśni. Słuchajcie mojego życia.
Śpiewał im piosenkę o chłopcu, który był półbogiem i został rozdzielony na dwóch przez zgorzkniałą staruchę. Śpiewał o swym ojcu i o matce.
Wyśpiewywał imiona i słowa, klocki, z których wzniesiono rzeczywistość, światy tworzące inne światy, prawdy leżące u podstaw wszystkiego. Śpiewał o właściwych zakończeniach, sprawiedliwych karach dla tych, którzy chcieli zranić jego i jego przyjaciół.
Wyśpiewywał świat.
To była dobra pieśń i należała do niego. Czasami miała słowa, czasami stawała się samą melodią.
I gdy tak śpiewał, wszystkie słuchające go stworzenia zaczęły klaskać, tupać i nucić do wtóru. Charlie miał wrażenie, jakby stał się przekaźnikiem wielkiej pieśni, obejmującej je wszystkie. Śpiewał o ptakach, o magicznym uczuciu, gdy unosi się wzrok i widzi je w locie. O promieniach słońca odbijających się rankiem od lśniących piór.
Stworzenia totemowe tańczyły tańce swych pobratymców. Kobieta Ptak wirowała w ptasim tańcu, szeroko rozkładając ogon, unosząc dziób.
Tylko jedna istota na zboczu nie tańczyła.
Tygrys machał gniewnie ogonem, nie klaskał, nie śpiewał. Jego twarz pokrywały fioletowe sińce, ciało pręgi i ślady ugryzień. Krok zą krokiem zbliżał się ku nim, aż w końcu znalazł się obok Charliego.
– Pieśni nie należą do ciebie – warknął.
Charlie spojrzał na niego i zaśpiewał o Tygrysie i o Grahamie Coatsie, o tych, którzy chwytają i pożerają niewinnych. Odwrócił się. Spider patrzył na niego z podziwem. Tygrys ryknął wściekle, a Charlie podchwycił ów ryk i utkał wokół niego pieśń. Potem sam ryknął, zupełnie jak Tygrys – to znaczy z początku.
Potem Charlie zmienił ryk, tak że stał się śmieszny, głupkowaty, i wszystkie stworzenia patrzące ze skał wybuchnęły śmiechem. Nie mogły się opanować. Charlie powtórnie wydał z siebie głupkowaty ryk. Podobnie jak naśladownictwo, doskonała karykatura, ryk ów sprawił, że to, co wyśmiewał, samo stało się okropnie śmieszne. Nikt już nie usłyszy ryku Tygrysa, jednocześnie nie słysząc w nim pobrzmiewającego ryku Charliego. Ludzie będą mówić: co za głupiutki ryk.
Tygrys odwrócił się plecami do Charliego, przebiegł przez tłum, wciąż rycząc. Zebrane stworzenia zaśmiały się jeszcze głośniej. Tygrys z wściekłością umknął do swej jaskini.
Spider machnął rękami.
Usłyszeli łoskot i wylot j askini Tygrysa zasypała niewielka lawina. Spider skinął głową z zadowoloną miną. Charlie śpiewał dalej.
Śpiewał teraz o Rosie Noah i o matce Rosie. Wyśpiewywał długie życie dla pani Noah i wszelkie szczęście, na które zasłużyła.
Śpiewał o swym życiu, o życiu ich wszystkich i w swej pieśni widział wzory ich życia. Przypominały sieć, w której uwięzła mucha. A on swą piosenką spowił ją ciasnym kokonem, pilnując, by nie uciekła, i naprawił sieć, snując nowe nici.
Piosenka dobiegła naturalnego kresu.
Bez zbytniego zaskoczenia Charlie uświadomił sobie, że podoba mu się śpiewanie innym, i zrozumiał, że odtąd tym właśnie będzie się zajmował, będzie śpiewał: nie wielkie magiczne pieśni tworzące światy, odtwarzające istnienie, lecz zwykłe piosenki, na moment uszczęśliwiające ludzi, sprawiające, że chce im się żyć, że na chwilę zapomną o swych problemach. Wiedział też, że przed występem zawsze będzie czuł strach, tremę, która nigdy go nie opuści. Ale pojął, że przypomina to skok do basenu – kilka chwil nieprzyjemnego chłodu, a potem chłód mija i czujesz się dobrze.
Nigdy aż tak dobrze, nigdy więcej. Ale dostatecznie dobrze.
Pieśń dobiegła końca. Charlie zwiesił głowę. Stworzenia na skałach pozwoliły, by ostatnie dźwięki ucichły w dali; przestały tupać, klaskać, tańczyć. Charlie zdjął zieloną fedorę ojca i powachlował nią twarz.
– To było niesamowite – szepnął Spider.
– Ty też mogłeś to zrobić – odparł Charlie.
– Wątpię. Co się działo pod koniec? Czułem, że coś robisz, ale nie potrafiłem stwierdzić co.
– Naprawiłem wszystko – wyjaśnił Charlie. – Dla nas. Sam nie jestem pewien… – Faktycznie nie był. Teraz, gdy pieśń dobiegła końca, jej treść rozpływała się niczym sen po przebudzeniu.
Wskazał zasypany kamieniami wylot jaskini.
– To twoja robota?
– Tak – mruknął Spider. – Uznałem, że przynajmniej tyle mogę zrobić. Tygrys w końcu się stamtąd wykopie. Żałuję, że nie mogłem zrobić nic gorszego niż zamknąć za nim drzwi.
– Nie martw się – odparł Charlie. – Ja zrobiłem coś znacznie, znacznie gorszego.
Patrzył, jak zwierzęta się rozchodzą. Nigdzie nie dostrzegł ojca, co wcale go nie zdziwiło.
– Chodź – rzekł. – Powinniśmy już wracać.
W porze odwiedzin Spider złożył wizytę Rosie. Miał ze sobą wielką bombonierkę, największą jaką sprzedawali w szpitalnym sklepiku.
– Dla ciebie – rzekł.
– Dzięki.
– Powiedzieli mi – dodała po chwili – że mama chyba jednak przeżyje. Niedawno otworzyła oczy i poprosiła o owsiankę. Lekarz twierdzi, że to cud.
– Pewnie. Twoja matka prosi o jedzenie. Prawdziwy cud, bez dwóch zdań.
Pacnęła go w rękę i zostawiła na niej dłoń.
– Wiesz – mruknęła – pomyślisz pewnie, że to niemądre, ale gdy siedziałam tam w ciemności z mamą, zdawało mi się, że mi pomagasz. Miałam wrażenie, że odciągasz bestię, że gdybyś nie robił tego co robisz, on by nas zabił.
– Uhm, pewnie faktycznie pomogłem.
– Naprawdę?
– Nie wiem. Tak sądzę. Ja też miałem kłopoty i myślałem o tobie.
– Poważne kłopoty?
– Ogromne, o tak.
– Zechcesz mi nalać szklankę wody?
Zrobił to.
– Spider? – spytała. – Co ty właściwie robisz?
– Robię?
– No wiesz, w sensie pracy.
– Cokolwiek, na co mam ochotę.
– Myślę – rzekła – że mogłabym tu zostać jakiś czas. Pielęgniarki opowiadały mi, że na wyspie potrzebują nauczycieli. Chciałabym spróbować coś zmienić.
– To może być zabawne.
– A jeśli to zrobię, co z tobą?
– No cóż, jeżeli tu zostaniesz, z pewnością znajdę sobie jakieś zajęcie.
Ich palce splotły się ciasno niczym węzeł.
– Myślisz, że nam się uda? – spytała.
– Tak sądzę – odparł trzeźwo Spider. – A jeśli mnie znudzisz, po prostu sobie pójdę i zajmę się czymś innym. Nie martw się.
– Och – mruknęła Rosie – wcale się nie martwię.
I rzeczywiście, w jej miękkim głosie zadźwięczała ukryta stal. Widać było, po kim miała ją jej matka.
Charlie znalazł Daisy na leżaku na plaży. Początkowo wydało mu się, że śpi. Gdy padł na nią cień, nie otwierając oczu, powiedziała:
– Cześć, Charlie.
– Skąd wiedziałaś, że to ja?
– Twój kapelusz śmierdzi cygarami. Pozbędziesz się go jakoś?
– Nie – rzekł. – Już mówiłem, to pamiątka rodzinna. Zamierzam go nosić aż do śmierci i przekazać w spadku dzieciom. A zatem wciąż masz pracę w policji?
– Mniej więcej. Mój szef stwierdził, iż uznano, że przeżyłam załamanie nerwowe z powodu przepracowania. Jestem na zwolnieniu, póki nie poczuję się dość dobrze, by wrócić do pracy.
– Aha. A kiedy to będzie?
– Sama nie wiem. Podasz mi olejek?
W kieszeni miał pudełeczko. Wyjął je teraz i położył na poręczy leżaka.
– Za minutkę. Ee – zawiesił głos. – Wiesz – rzekł – już raz to zrobiliśmy na oczach wszystkich, pod groźbą broni. Ale – otworzył pudełeczko – to jest ode mnie. Dla ciebie. Rosie mi go oddała i jeśli chcesz możemy go wymienić, wybrać jakiś inny. Pewnie nawet nie będzie pasował. Ale jest twój, jeśli chcesz. I, uhm. Ja też.
Sięgnęła do pudełeczka i wyjęła pierścionek zaręczynowy.
– Hm, zgoda. Pod warunkiem, że nie robisz tego tylko po to, by odzyskać limonkę.
Tygrys krążył niespokojnie. Jego ogon kołysał się z irytacją z boku na bok, gdy wędrował tam i z powrotem u wylotu jaskini. Oczy wśród cieni płonęły niczym szmaragdowe pochodnie.
– Cały świat, wszystko należało kiedyś do mnie – powiedział. – Księżyc i gwiazdy, i słońce. Wszystkie historie były moje.
– Czuję się w obowiązku zauważyć – wtrącił cichy głosik dobiegający z głębi jaskini – że już o tym wspominałeś.
Tygrys zamarł. Odwrócił się i ruszył w stronę głosu. Mięśnie grały mu pod skórą, wyglądał jak futrzany dywan rozpięty na sprężynach hydraulicznych. Zbliżył się do truchła wołu i przystanął.
– Co takiego mówiłeś? – spytał cicho.
Z wnętrza truchła dobiegło skrobanie, spomiędzy żeber wychynął czubek nosa.
– Właściwie – rzekł głos – w pewnym sensie zgadzałem się z tobą. To właśnie próbowałem rzec.
Małe, szare łapki oderwały cienkie pasmo suchego mięsa spomiędzy żeber, ukazując zwierzątko barwy brudnego śniegu. Mógł to być ichneurrion albinos albo może wyjątkowo nieciekawa odmiana łasicy w zimowym futrze. Miało oczy padlinożercy.
– Cały świat, wszystko należało kiedyś do mnie. Księżyc i gwiazdy, i słońce. Wszystkie historie były moje – powiedziało zwierzątko i dodało: – I znów mogły do mnie należeć.
Tygrys wpatrywał się przez chwilę w małe stworzenie, a potem bez ostrzeżenia potężna łapa opadła, miażdżąc żebra, roztrzaskując truchło na cuchnące kawałki i przyszpilając zwierzątko do ziemi. Stworzenie wiło się ze wszystkich sił, bez skutku.
– Jesteś tu. – Tygrys przysunął olbrzymią głowę do malutkiej główki jasnego stworzenia. – Jesteś tu tylko dlatego, że ci pozwalam. Rozumiesz? Bo jeśli jeszcze raz powiesz coś irytującego, odgryzę ci głowę.
– Uhmf – odparł stwór podobny do łasicy.
– Nie chciałbyś chyba, żebym odgryzł ci głowę?
– Ngk – odpowiedziało stworzenie. Oczy miało jasnoniebieskie jak dwa odłamki lodu. Zalśniły, gdy poruszyło się niespokojnie pod ciężarem wielkiej łapy.
– Czy zatem obiecasz mi, że będziesz się zachowywać i milczeć? – zagrzmiał Tygrys. Uniósł odrobinę łapę, pozwalając tamtemu przemówić.
– Istotnie – odparło małe, białe stworzenie niezwykle uprzejmym tonem, a potem jednym podstępnym ruchem obróciło się i zatopiło maleńkie ostre ząbki w łapie Tygrysa.
Tygrys ryknął z bólu. Gwałtownie uniósł łapę, wyrzucając stworzenie w powietrze. Zwierzątko uderzyło o kamienne sklepienie, odbiło się od półki i śmignęło w smudze brudnej bieli na sam koniec jaskini, gdzie sufit wisiał blisko podłogi i gdzie pozostało wiele kryjówek dla małego stworzenia, kryjówek, do których nie zdołałoby się przebić większe zwierzę.
Tygrys podszedł niespiesznie tak daleko, jak mógł.
– Myślisz, że nie umiem czekać? – spytał. – Wcześniej czy później będziesz musiał wyjść. A ja nigdzie się nie wybieram.
Położył się, zamknął oczy i wkrótce zaczął bardzo przekonująco chrapać.
Po półgodzinie tygrysiego chrapania brudnobiałe zwierzątko wykradło się spod kamieni i zaczęło przemykać od cienia do cienia w stronę dużej kości, na której pozostało sporo dobrego mięsa – jeśli tylko komuś nie przeszkadzała odrobina smrodu; a jemu wcale nie wadziła. Jednakże, by dostać się do kości, musiało minąć Tygrysa. Przycupnęło w cieniu i w końcu, stąpając bezszelestnie, zapuściło się nieco dalej.
Gdy przechodziło obok uśpionego kota, jedna z łap wystrzeliła naprzód i szpon opadł na ogon stworzenia, przygważdżając go do ziemi. Druga łapa chwyciła zwierzątko za kark. Wielki drapieżnik otworzył oczy.
– Szczerze mówiąc – rzekł – wygląda na to, że tkwimy w tym razem. Proszę tylko, byś się nieco postarał, obaj musimy się postarać. Wątpię, czy kiedykolwiek pozostaniemy przyjaciółmi, ale może nauczymy się tolerować siebie nawzajem.
– Przyznaję, mądrze mówisz – odparło stworzenie podobne do fretki. – Mus to mus, jak mawiają, gdy diabeł ogonem zamiata.
– Oto przykład tego, o czym wspominałem – rzekł Tygrys. – Musisz się nauczyć, kiedy lepiej trzymać gębę na kłódkę.
– Zły to wiatr – odparło małe stworzenie – który złe niesie wieści.
– Znów zaczynasz mnie drażnić – uprzedził Tygrys. – Próbuję ci powiedzieć: nie drażnij mnie, to nie odgryzę ci głowy.
– Wciąż używasz tej frazy: odgryźć moją głowę. Zakładam, że kiedy mówisz: „odgryzę ci głowę”, to czysta metafora, przenośnia sugerująca, że zaczniesz na mnie krzyczeć, może nawet ze złością.
– Odgryzę ci głowę. Potem zmiażdżę. Następnie schrupię. I połknę – odparł Tygrys. – Żaden z nas nie może stąd wyjść, póki dziecko Anansiego nie zapomni, że tu jesteśmy. Sukinsyn załatwił to w ten sposób, że nawet jeśli zabiję cię rankiem, po południu znów się odrodzisz w tej przeklętej jaskini. Zatem mnie nie drażnij.
– No cóż, ziarnko do ziarnka – zaczęło małe białe zwierzątko.
– Jeśli powiesz „a zbierze się miarka” – uprzedził Tygrys – to się zirytuję, co będzie miało poważne konsekwencje. Nie. Mów. Niczego. Irytującego. Zrozumiałeś?
W jaskini na końcu świata zapadła krótka cisza. Zakłócił ją cichy, łasicowaty głosik:
– Absowicie.
Zaczął też mówić „au”, lecz coś uciszyło go szybko i skutecznie. A potem w tym miejscu nie było już słychać nic prócz cichego chrupania.
W literaturze rzadko wspomina się o pewnej cesze trumien, bo szczerze mówiąc, niespecjalnie interesuje ona ludzi, którzy je kupują – trumny są bardzo wygodne.
Pan Nancy był niezwykle zadowolony ze swej trumny. Teraz, gdy wszystko się uspokoiło, wrócił do grobu i drzemał rozkosznie. Od czasu do czasu budził się, przypominał sobie gdzie jest, przekręcał się na drugi bok i znów zasypiał.
Grób, jak już wcześniej wspomniałem, to bardzo wygodne miejsce, a do tego zapewniające prywatność. Idealnie nadaje się, by trochę odpocząć. Sześć stóp pod ziemią; nie ma lepszego miejsca na odpoczynek. Jeszcze ze dwadzieścia lat, pomyślał, i zastanowi się nad tym, czy nie warto wstać.
Gdy zaczął się pogrzeb, otworzył jedno oko.
Słyszał ich wszystkich tam w górze: Callyanne Higgler i tę Bustamonte, i tę trzecią, chudą, nie mówiąc o sporym stadku wnucząt, prawnucząt i praprawnucząt, wzdychających, szlochających i wypłakujących oczy za świętej pamięci panią Dunwiddy.
Pan Nancy zastanawiał się, czy nie przebić ręką trawy i nie złapać Callyanne Higgler za kostkę. Miał na to ochotę odkąd trzydzieści lat wcześniej w kinie samochodowym obejrzał Carrie. Teraz jednak, gdy nadarzyła się sposobność, odkrył, że potrafi się jej oprzeć. Szczerze mówiąc, była niewarta zachodu. Callyanne Higgler wrzasnęłaby tylko, dostała ataku serca i umarła, a wówczas w cholernym Ogrodzie Spoczynku zrobiłoby się jeszcze tłoczniej.
A zresztą wymagało to zbyt wiele wysiłku. W świecie pod ziemią czekały na niego przyjemne sny. Dwadzieścia lat, pomyślał, może dwadzieścia pięć. Do tego czasu będzie już mieć wnuki. To będzie ciekawe, sprawdzić, co wyrosło z wnuków.
Słyszał dobiegające z góry szlochy Callyanne Higgler. W końcu udało jej się powstrzymać łzy dość długo, by oznajmić:
– Mimo wszystko miała jednak całkiem szczęśliwe i długie życie. Przeżyła wśród nas sto trzy lata.
– Sto cztery – poprawił rozdrażniony głos dobiegający obok, spod ziemi.
Pan Nancy wyciągnął bezcielesną rękę i postukał ostro w wieko nowej trumny.
– Ciszej tam, kobieto – warknął. – Niektórzy z nas próbują zasnąć.
Rosie dała Spiderowi jasno do zrozumienia, iż oczekuje, że on znajdzie sobie stałą pracę, z rodzaju tych, które wymagają porannego wstawania i opuszczania domu.
Toteż pewnego ranka, nim wypisano ją ze szpitala, Spider wstał wcześnie i poszedł do miejskiej biblioteki. Zalogował się do komputera, wszedł do Internetu i bardzo ostrożnie opróżnił wszystkie pozostałe konta Grahame’a Coatsa, te, których jak dotąd nie znalazły połączone siły policyjne z kilku kontynentów. Zarządził sprzedaż hodowli koni w Argentynie. Za uzyskane pieniądze kupił niewielką, gotową firemkę, przelał na jej konto mnóstwo kasy i wystąpił o status organizacji dobroczynnej. Potem w imieniu Rogera Bronsteina wysłał e-mail zatrudniający prawnika do administracji sprawami fundacji, zaproponował też, by prawnik odnalazł pannę Rosie Noah, mieszkankę Londynu, obecnie przebywającą na Saint Andrews, i zaangażował ją do Czynienia Dobra.
Rosie została zatrudniona. Jej pierwszym zadaniem było wynajęcie biura.
Następne cztery dni Spider poświęcił wędrówkom (i noclegom) po plaży otaczającej niemal całą wyspę. W każdej napotykanej knajpie kosztował jedzenia. W końcu dotarł do Baru Rybnego Dawsona. Spróbował smażonych latających ryb, gotowanych zielonych fig, grillowanego kurczaka i ciasta kokosowego, a potem wszedł na zaplecze, znalazł szefa kuchni, będącego jednocześnie właścicielem, i zaproponował mu mnóstwo pieniędzy w zamian za połowę udziałów i lekcje gotowania.
Bar Rybny Dawsona to obecnie restauracja. Pan Dawson przeszedł już na emeryturę. Czasami Spider zagląda na salę, czasami siedzi na zapleczu w kuchni. Kiedy tam pójdziesz, z pewnością go zastaniesz. Tutejsze jedzenie jest najlepsze na całej wyspie. Sam Spider wyraźnie przybrał na wadze, a jeżeli wciąż będzie próbował wszystkiego co gotuje, na tym się nie skończy.
Nie dlatego, że Rosie ma coś przeciwko temu.
Ona sama trochę uczy, trochę pomaga i generalnie Czyni Dobro. A jeśli nawet czasami tęskni za Londynem, nie daje tego po sobie poznać. Matka Rosie natomiast nieustannie głośno tęskni za Londynem, lecz każdą sugestię, że mogłaby tam wrócić, traktuje jako próbę rozdzielenia jej z jak dotąd nienarodzonymi (i co więcej, niespłodzonymi) wnukami.
Nic nie sprawiłoby autorowi niniejszej książki większej przyjemności niż zapewnienie Czytelnika, że po powrocie z doliny śmierci matka Rosie stała się zupełnie inną osobą, wesołą kobietą, dla każdego znajdującą miłe słowo, a jej nowo odkryty apetyt na jedzenie dorównywał jedynie apetytowi na życie i wszystko, co ono ze sobą niesie. Niestety, szacunek dla prawdy zmusza mnie do przyznania, że po wyjściu ze szpitala matka Rosie pozostała sobą, równie podejrzliwą i nieżyczliwą jak zawsze, choć wyraźnie kruchszą niż wcześniej i mającą w zwyczaju sypiać przy zapalonym świetle.
Oświadczyła, że sprzeda mieszkanie w Londynie i przeprowadzi się wszędzie, gdzie tylko osiądą Spider i Rosie, żeby być blisko wnuków. Z czasem czyniła coraz częstsze uwagi na temat braku rzeczonych wnuków, jakości i ruchliwości spermy Spidera, częstotliwości stosunków i pozycji wykorzystywanych w życiu seksualnym Spidera i Rosie, a także względnie niskich kosztów zapłodnienia in vitro, osiągając etap, na którym Spider zaczął poważnie zastanawiać się nad zaprzestaniem sypiania z Rosie, tylko po to by zrobić na złość jej matce. Zastanawiał się nad tym przez mniej więcej jedenaście sekund pewnego popołudnia, gdy matka Rosie wręczyła im kserokopię artykułu z pewnego pisma, który sugerował, że Rosie po każdym stosunku powinna pół godziny stać na głowie. Wieczorem wspomniał o tym Rosie, a ona roześmiała się i oznajmiła, że nie zamierza wpuszczać matki do sypialni i w żadnym razie nie będzie stała na głowie po kochaniu się z kimkolwiek.
Pani Noah ma mieszkanie w Williamstown w pobliżu domu Spidera i Rosie. Dwa razy w tygodniu jedna z licznych siostrzenic Callyanne Higgler zagląda do niej, odkurza, przeciera szklane owoce (owoce z wosku stopiły się podczas upałów), przyrządza kilka posiłków i zostawia je w lodówce. Matka Rosie czasami je zjada, a czasami nie.
Obecnie Charlie zarabia na życie śpiewem. Stracił wiele ze swej miękkości. Jest teraz szczupłym mężczyzną w nieodłącznej fedorze na głowie. Ma ich wiele, w najróżniejszych kolorach: jego ulubioną jest zielona.
Charlie ma też syna. Nazywa się Marcus, skończył cztery i pół roku i charakteryzuje się niezwykłą powagą i godnością, na jaką potrafią się zdobyć wyłącznie bardzo małe dzieci i goryle górskie.
Nikt już nie nazywa Charliego Grubym Charliem i, szczerze mówiąc, czasami mu tego brakuje.
Był wczesny letni ranek, zrobiło się już jasno. Z pokoju obok dobiegał jakiś hałas. Charlie pozwolił Daisy pospać. Ostrożnie wygramolił się z łóżka, złapał podkoszulek i szorty i przekroczywszy próg, ujrzał swego synka, klęczącego nago na podłodze i bawiącego się małą drewnianą kolejką. Obaj naciągnęli podkoszulki, szorty i klapki, Charlie założył kapelusz i wyszli na plażę.
– Tatusiu – zagadnął chłopczyk. Rezolutnie unosząc podbródek, wyraźnie nad czymś rozmyślał.
– Tak, Marcusie?
– Kto był najkrótszym prezydentem?
– Chodzi ci o wzrost?
– Nie. O, o dni. Kto był najkrótszy?
– Harrison. Podczas inauguracji nabawił się zapalenia płuc i umarł. Był prezydentem przez czterdzieści parę dni, większość tego czasu zajęło mu umieranie.
– Aha. No to kto był najdłuższy?
– Franklin Delano Roosevelt. Rządził trzy pełne kadencje. Zmarł na urzędzie w trakcie czwartej. Tu zdejmujemy buty.
Zostawili klapki na kamieniu i pomaszerowali ku falom. Ich palce zagłębiały się w mokry piasek.
– Skąd tyle wiesz o prezydentach?
– Bo kiedy byłem mały, mój ojciec uznał, że dobrze mi zrobi, jeśli dowiem się o nich jak najwięcej.
– Aha.
Brodzili w wodzie, kierując się ku głazowi widocznemu jedynie podczas odpływu. Po jakimś czasie Charlie dźwignął chłopca i posadził go sobie na barana.
– Tatusiu?
– Tak, Marcusie?
– Petunia mówi, że ty jesteś sławny.
– A kim jest Petunia?
– W przedszkolu. Mówi, że jej mama ma wszystkie twoje płyty. Mówi, że uwielbia jak śpiewasz.
– Ach.
– Jesteś sławny?
– Niespecjalnie. No, może trochę. – Posadził Marcusa na kamieniu i sam wdrapał się obok niego. – No dobrze, gotów do śpiewu?
– Tak.
– Co chcesz zaśpiewać?
– Moją ulubioną piosenkę.
– Nie wiem, czy jej się spodoba.
– Spodoba. – Marcus powiedział to z pewnością siebie godną murów i górskich szczytów.
– W porządku. Raz, dwa, trzy…
Zaśpiewali razem Yellow Bird, ulubioną piosenkę Marcusa w tym tygodniu, a potem Zombie Jamboree, drugą ulubioną i She’ll Be Coming Round the Mountain, ich trzecią ulubioną. Marcus, dysponujący wzrokiem lepszym niż Charlie, dostrzegł ją, gdy kończyli She’ll Be Coming Round the Mountain. Pomachał.
– Jest tam, tatusiu.
– Na pewno?
Poranna mgiełka sprawiała, że morze i niebo zlewały się razem w szarobiałej poświacie. Charlie zmrużył oczy, wpatrując się w horyzont.
– Ja nic nie widzę.
– Zanurkowała pod wodę. Zaraz tu będzie.
Usłyszeli plusk i wynurzyła się dokładnie pod nimi. Sięgnęła w górę, plusnęła, dźwignęła się i już siedziała obok nich. Koniuszek srebrnego ogona zanurzał się w Atlantyku. Na łuskach połyskiwały krople wody. Miała długie pomarańczowoczerwone włosy.
Teraz śpiewali już razem, mężczyzna, chłopiec i syrena. The Lady Is A Tramp, Yellow Submarine, a potem Marcus nauczył syrenę słów piosenki Jaskiniowców.
– Przypomina mi ciebie – powiedziała. – Kiedy byłeś mały.
– Znałaś mnie wtedy?
Uśmiechnęła się.
– Ty i twój ojciec spacerowaliście po plaży. Twój ojciec – dodała. – Prawdziwy był z niego dżentelmen. – Westchnęła. Syreny wzdychają lepiej niż ktokolwiek. A potem rzekła: – Powinniście już wracać. Zaczyna się przypływ. – Odrzuciła w tył długie włosy, zgięła się wpół i skoczyła do wody. Potem uniosła głowę, czubkami palców dotknęła ust, posłała Marcusowi całusa i zniknęła w głębinie.
Charlie posadził sobie synka na barana i brodząc w wodzie, wrócił na plażę, gdzie synek zsunął mu się z ramiona na piasek. Zdjął zieloną fedorę i wsadził małemu na głowę. Była o wiele za duża, ale sprawiła, że chłopczyk się uśmiechnął.
– Hej – powiedział Charlie. – Chcesz coś zobaczyć?
– Dobrze. Ale chcę dostać śniadanie. Naleśniki. Nie, owsiankę. Nie, naleśniki.
– Popatrz tylko. – Charlie zaczął tańczyć na bosaka taniec piasku, szurając stopami po plaży.
– Ja też tak potrafię – pochwalił się Marcus.
– Naprawdę?
– Patrz, tatusiu. – Rzeczywiście potrafił.
Razem, mężczyzna i chłopiec, wrócili w tańcu do domu, śpiewając pozbawioną słów, układaną na poczekaniu piosenkę, której dźwięki pozostały w powietrzu na długo po tym, jak weszli do środka zjeść śniadanie.