Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008
Historie są niczym pajęcze sieci, połączone ze sobą pasemkami przędzy. Możemy podążać wzdłuż nich do środka opowieści, bo w środku znajduje się jej koniec. Każdy człowiek to nić jakiejś historii.
Weźmy na przykład Daisy.
Daisy nie przetrwałaby tak długo w policji, gdyby nie była z natury osobą rozsądną i trzeźwo myślącą. Większość łudzi nie dostrzegała w niej nic więcej. Daisy szanowała prawa i przepisy, rozumiała, że wiele z owych przepisów jest zupełnie arbitralnych – choćby decyzje o tym, gdzie można parkować czy o której godzinie otwiera się sklepy – lecz nawet one trzymały w ryzach cały świat. Zapewniały bezpieczeństwo ludziom.. Chroniły.
Jej współlokatorka Carol uznała, że Daisy oszalała.
– Nie możesz tak po prostu wyjechać, twierdząc, że wybierasz się na wakacje. To tak nie działa. Nie występujesz w telewizyjnym serialu policyjnym, wiesz? Nie możesz ot tak jeździć po świecie, podążając za tropem.
– Wcale tego nie robię – odparła Daisy – Po prostu jadę na wakacje.
Powiedziała to tak przekonująco, że rozsądna policjantka żyjąca gdzieś w głębi jej głowy umilkła wstrząśnięta i dopiero po chwili zaczęła tłumaczyć jej, co dokładnie robi nie tak, poczynając od przypomnienia, że zamierza udać się na całkowicie nieautoryzowany urlop, co równa się – wymamrotała rozsądna policjantka – zaniedbaniu obowiązków służbowych. A to dopiero początek.
Wyjaśniała jej to w drodze na lotnisko i przez cały Atlantyk, przypominała, że nawet jeśli zdoła uniknąć czarnej krechy w aktach, nie mówiąc już o dyscyplinarnym wyrzuceniu z policji, nawet jeśli znajdzie Grahame’a Coatsa, to gdy już tego dokona, nic nie będzie mogła zrobić. Służby Porządkowe Jej Królewskiej Mości nie spoglądały zbyt przychylnym okiem na porwania przestępców za granicą czy ich aresztowanie. A poważnie wątpiła, by Grahame Coats zgodził się z własnej woli powrócić do Anglii.
Dopiero gdy Daisy wysiadła z maleńkiego samolotu z Jamajki i skosztowała powietrza – ciężkiego, korzennego, wilgotnego, niemal słodkiego powietrza Saint Andrews – rozsądna policjantka przestała wypominać jej całkowite szaleństwo tego co robi. Stało się tak, ponieważ zagłuszył ją inny głos. „Złoczyńcy, strzeżcie się!”, śpiewał. „Czuwajcie, strzeżcie się! Złoczyńcy, idźcie precz!”. A Daisy maszerowała w rytm piosenki.
Grahame Coats zabił kobietę w swym biurze przy Aldwych i uszło mu to płazem. Uczynił to właściwie pod samym nosem Daisy.
Pokręciła głową, zabrała torbę, radośnie poinformowała urzędnika imigracyjnego, że przyjechała na wakacje, i ruszyła na postój taksówek.
– Poproszę do hotelu, niezbyt drogiego, ale nie paskudnego – powiedziała.
– Znam idealne miejsce, skarbie – odparł taksówkarz. – Wskakuj.
* * *
Spider otworzył oczy i odkrył, że leży na brzuchu. Ręce miał przywiązane do dużego, wbitego w ziemię palika. Nie mógł poruszyć nogami ani zbyt mocno przekręcić głowy, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja z tyłu, był jednak gotów się założyć, że tam również został podobnie skrępowany. Gdy się poruszył, próbując dźwignąć się z ziemi, skaleczenia zapiekły gwałtownie.
Otworzył usta i w pył spłynęła kropla ciemnej krwi.
Usłyszał jakiś dźwięk i spróbował maksymalnie odwrócić głowę. Z góry patrzyła na niego z zaciekawieniem biała kobieta.
– Nic ci nie jest? Głupie pytanie, wystarczy spojrzeć. Pewnie jesteś duppym, mam rację?
Spider zastanawiał się chwilę. Nie sądził, by był duppym. Pokręcił głową.
– Jeśli jesteś, nie ma się czego wstydzić. Najwyraźniej ja też jestem duppym. Nie słyszałam wcześniej tego określenia, lecz opowiedział mi o nim uroczy starszy dżentelmen w drodze tutaj. Zobaczmy, czy zdołam ci jakoś pomóc.
Przykucnęła obok i spróbowała rozluźnić więzy. Dłoń kobiety przeniknęła przez niego; czuł jej palce niczym pasemka mgły muskające skórę.
– Niestety, nie jestem w stanie cię dotknąć – oznajmiła. – Oznacza to jednak, że jeszcze nie umarłeś. To już jakaś pociecha.
Spider miał nadzieję, że kobieta duch wkrótce sobie pójdzie. Nie mógł zebrać myśli.
– W każdym razie, gdy się już zorientowałam, co się dzieje, postanowiłam pozostać na tej ziemi, póki nie zemszczę się na moim zabójcy. Wyjaśniłam to Morrisowi – mówił do mnie z ekranu telewizyjnego w Selfridges – a on odparł, że nie rozumiem, co to znaczy porzucić cielesną powłokę. Ja jednak twierdzę, że jeśli spodziewają się, że nadstawię drugi policzek, to lepiej niech to jeszcze przemyślą. Poza tym istnieje sporo precedensów i jestem pewna, że uda mi się odegrać Banka na uczcie u Makbeta, jeśli tylko będę miała szanse. Możesz mówić?
Spider pokręcił głową. Krew z czoła spłynęła mu do oczu, zapiekły. Zastanawiał się, jak długo potrwa, nim wyhoduje sobie nowy język. Prometeuszowi co dzień odrastała nowa wątroba, a Spider był niemal pewien, że wątroba to coś znacznie bardziej skomplikowanego niż język. W wątrobach następowały reakcje chemiczne – bilirubina, mocznik, enzymy i tak dalej. Wątroby rozkładały alkohol; już to samo w sobie musiało być ciężką pracą. Języki służą wyłącznie do mówienia, no i do lizania oczywiście.
– Nie mogę dłużej gawędzić – oznajmiła żółtowłosa kobieta – – duch. – Chyba czeka mnie długa droga.
Zaczęła się oddalać, z każdym krokiem blednąc. Spider uniósł głowę i patrzył, jak kobieta przepływa z jednej rzeczywistości do następnej, niczym zdjęcie płowiejące w blasku słońca. Próbował ją zawołać, lecz wydawane przez niego dźwięki brzmiały głucho, niespójnie. Brakowało mu języka.
Gdzieś z dali dobiegł go krzyk ptaka.
Spider sprawdził więzy; trzymały.
Odkrył, że powraca pamięcią do opowiadanej przez Rosie historii o kruku, który ocalił mężczyznę przed pumą. Tkwiła mu w głowie, irytując bardziej niż szramy po szponach na twarzy i piersi. Skup się. Mężczyzna leżał na ziemi, czytał czy może się opalał. Kruk zaczął krakać na drzewie, w poszyciu krył się wielki kot.
I wówczas elementy historii wskoczyły na miejsca i Spider zrozumiał. Nic się nie zmieniło. Wszystko polegało na tym, jak patrzy się na składniki.
A jeśli, pomyślał, ptak nie krzyczał, by ostrzec mężczyznę, że skrada się ku niemu wielki kot? Co, jeśli wrzeszczał, dając znak pumie, że na ziemi leży mężczyzna – martwy, śpiący, umierający?
Wystarczyło, by wielki kot go wykończył, a kruk pożywiłby się szczątkami.
Spider otworzył usta, by jęknąć. Wypłynęła z nich krew i zebrała się w kałużę na pylistej, gliniastej ziemi.
Rzeczywistość zaczęła rzednąć. Czas w tym miejscu płynął powoli.
Spider, wściekły i pozbawiony języka, obrócił głowę, przyglądając się krążącym nad nim rozkrzyczanym widmowym ptakom.
Zastanawiał się, gdzie właściwie jest. Nie był to miedziany wszechświat Kobiety Ptaka, ani jej jaskinia, ale też nie miejsce, które wcześniej uważał za świat rzeczywisty. Leżało jednak bliżej jego świata, tak blisko, że niemal czuł jego smak, a raczej czułby, gdyby w jego ustach nie panował niepodzielnie metaliczny posmak krwi. Tak blisko, że gdyby nie pęta, mógłby go dotknąć.
Gdyby nie był absolutnie pewien swego zdrowia psychicznego – pewien w stopniu, który zazwyczaj cechuje wyłącznie ludzi dochodzących do wniosku, że są bez wątpienia Juliuszem Cezarem i zostali zesłani, by ocalić świat – mógłby uznać, że zaczyna wariować. Najpierw zobaczył jasnowłosą kobietę, twierdzącą, że jest duppym. A teraz zaczął słyszeć głosy, no, w każdym razie jeden głos. Głos Rosie.
– Sama nie wiem – mówiła właśnie – sądziłam, że to będą przyjemne wakacje, lecz widok tych dzieci pozbawionych wszystkiego łamie mi serce. Tak wiele potrzebują. – A potem, podczas gdy Spider próbował ocenić znaczenie jej słów, dodała: – Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie siedzieć w wannie. Dobrze, że ma pan tu mnóstwo gorącej wody.
Spider zastanawiał się, czy słowa Rosie miały ukryte znaczenie, czy zawarto w nich klucz do ucieczki z obecnych tarapatów. Poważnie w to wątpił. Mimo wszystko wytężał słuch, zastanawiając się, czy wiatr wiejący między światami przyniesie ze sobą coś jeszcze. Lecz wśród huku fal rozbijających się daleko w dole nie słyszał nic prócz ciszy. Była to jednak szczególna cisza. Jak zauważył kiedyś Gruby Charlie, istnieją różne rodzaje ciszy. Groby mają własną ciszę, kosmos także, górskie szczyty również. To była cisza łowów, cisza skradania się do ofiary. W tej ciszy coś wędrowało na miękkich jak aksamit łapach, stalowe sprężyny mięśni napinały się pod jedwabistym futrem, coś barwy cieni w długiej trawie, co potrafiło zadbać, by nie usłyszał nic, czego sobie nie życzyło. Była to cisza, która wędrowała przed nim z boku na bok, powoli, nieubłaganie i z każdym łukiem zbliżała się coraz bardziej.
Spider odczytał to w owej ciszy i włoski na karku zjeżyły mu się gwałtownie. Wypluł krew w pył obok twarzy. Czekał.
* * *
W swoim domu na szczycie skał Grahame Coats krążył tam i z powrotem, miotając się między sypialnią i gabinetem. Potem zszedł na dół do kuchni i znów do biblioteki, a stamtąd do sypialni. Był na siebie wściekły. Jak mógł być tak głupi i założyć, że wizyta Rosie to czysty przypadek?
Uświadomił to sobie w chwili, gdy zadźwięczał dzwonek, on zaś spojrzał na ekran domofonu i ujrzał durną twarz Grubego Charliego. Nie było mowy o pomyłce, to spisek.
Naśladując gotującego się do ataku tygrysa, wsiadł do samochodu, pewien, że zdoła to załatwić i umknąć. Jeśli nawet znajdą połamanego rowerzystę, ludzie obwinią o to kierowcę minibusu. Niestety, nie spodziewał się, że Gruby Charlie będzie jechać tak blisko pobocza. Grahame Coats nie chciał podjeżdżać bliżej i teraz tego żałował. Nie, to Gruby Charlie przysłał kobiety zamknięte teraz w piwnicy na mięso. Szpiegowały dla niego, przeniknęły do domu Grahame’a Coatsa. Miał szczęście, że wykrył ich spisek. Wiedział, że coś jest z nimi nie tak.
Gdy tak myślał o kobietach, przyszło mu do głowy, że jeszcze ich nie nakarmił. Powinien dać im coś do jedzenia i wiadro. Po dwudziestu czterech godzinach będą raczej potrzebowały wiadra. Nikt nie powie, że zachowuje się jak zwierzę.
Tydzień wcześniej kupił w Williamstown pistolet. Na Saint Andrews można było łatwo kupić broń, była to tego rodzaju wyspa. Większość ludzi nie zawracała sobie tym głowy, bo była to tego rodzaju wyspa. Wyjął go teraz z szuflady przy łóżku i zszedł do kuchni. Spod zlewu wyciągnął plastikowe wiadro, wrzucił do niego kilka pomidorów, surowy jam, na wpół zjedzony kawałek sera cheddar i karton soku pomarańczowego. Na końcu, zadowolony, że o tym pomyślał, dołożył rolkę papieru toaletowego. Zszedł do piwnicy na wino. Z drugiej strony żelaznych drzwi nie dobiegał żaden odgłos.
– Mam pistolet – oznajmił – i nie zawaham się go użyć. Otworzę teraz drzwi. Proszę, podejdźcie do przeciwległej ściany, odwróćcie się i oprzyjcie o nią ręce. Przyniosłem wam jedzenie. Jeśli będziecie współpracować, obie wyjdziecie z tego z życiem. Współpracujcie, a nikomu nic się nie stanie. To znaczy – dodał zachwycony faktem, że może sięgnąć po batalion wcześniej niedostępnych komunałów – żadnych sztuczek.
Zapalił światło w piwnicy i odciągnął rygle. Ściany zbudowano z cegieł i kamienia. Z haków w suficie zwisały pordzewiałe łańcuchy.
Kobiety stały pod przeciwległą ścianą. Rosie wbijała wzrok w mur, jej matka oglądała się przez ramię niczym schwytany w pułapkę szczur, wściekła, kipiąca nienawiścią.
Grahame Coats powoli opuścił wiadro. Nie opuścił natomiast broni.
– Znakomite żarcie – oznajmił. – I wiadro, lepiej późno niż wcale. Widzę, że korzystałyście z kąta. Przyniosłem też papier toaletowy. Nie mówcie, że nic dla was nie zrobiłem.
– Zamierzasz nas zabić – powiedziała Rosie. – Prawda?
– Nie nastawiaj go przeciwko nam, ty głupia dziewczyno – warknęła matka, po czym z czymś w rodzaju uśmiechu na twarzy dodała: – Dziękujemy za jedzenie.
– Oczywiście, że nie zamierzam was zabić – oznajmił Grahame Coats i dopiero słysząc słowa padające z własnych ust, przyznał w duchu, że owszem, oczywiście zamierza je zabić. Czy miał inne wyjście? – Nie mówiłyście mi, że przysłał was tu Gruby Charlie.
– Przypłynęłyśmy statkiem wycieczkowym – powiedziała Rosie. – Tego wieczoru miałyśmy być w Barbados na smażeniu ryb. Gruby Charlie jest w Anglii; nie sądzę, by w ogóle wiedział dokąd wyjechałyśmy. Ja mu nie mówiłam.
– Nieważne co ty mówisz – oświadczył Grahame Coats. – Ja mam broń.
Zatrzasnął drzwi i zaryglował. Z drugiej strony dobiegł go głos matki Rosie:
– Zwierzę. Czemu nie zapytałaś go o zwierzę?
– Bo je sobie wyobrażasz, mamo. Wciąż ci to powtarzam, nie ma tu żadnego zwierzęcia. A poza tym to świr. Pewnie by się z tobą zgodził. Sam zapewne widuje niewidzialne tygrysy.
Urażony Grahame Coats zgasił im światło, zabrał ze stojaka butelkę czerwonego wina i wrócił na górę, zatrzaskując za sobą drzwi piwnicy.
W panujących pod domem ciemnościach Rosie rozłamała ser na cztery kawałki i zjadła jeden, starając się robić to jak najwolniej.
– O co mu chodziło z Grubym Charliem? – spytała matkę, gdy ser już rozpuścił się w jej ustach.
– Twój cholerny Gruby Charlie. Nie chcę nic słyszeć o Grubym Charliem – odparła matka. – To przez niego tu jesteśmy.
– Nie, jesteśmy tu, bo ten Coats to totalny świr, świr z bronią. To nie jest wina Grubego Charliego.
Starała się nie myśleć o Grubym Charliem, bo myślenie o Grubym Charliem oznaczało, że w sposób nieunikniony zaczynała myśleć o Spiderze.
– Wróciło – powiedziała matka. – Zwierzę wróciło. Słyszałam je, czuję jego zapach.
– Tak, mamo – mruknęła Rosie.
Siedziała na betonowej podłodze piwnicy na mięso i myślała o Spiderze. Tęskniła za nim. Kiedy Grahame Coats przejrzy na oczy i wypuści ją i matkę, spróbuje go znaleźć, postanowiła. Przekona się, czy nie ma miejsca na nowy porządek. Wiedziała, że to tylko niemądre marzenia, ale były dobre i dodawały jej otuchy.
Zastanawiała się, czy Grahame Coats zabije je jutro.
* * *
Odległy o płomień świecy Spider, przywiązany, leżał na ziemi jako ofiara dla bestii.
Było późne popołudnie i słońce wisiało nisko za nim.
Spider popychał coś nosem i wargami. To była sucha ziemia, nim wsiąkła w nią jego krew i ślina. Teraz zamieniła się w bryłkę błota, nierówną kulkę czerwonawej gliny. Ugniótł ją w mniej więcej sferyczny kształt. Obecnie usiłował ją podrzucić – wsuwał pod spód nos i szarpał głową. Nic to nie dało, tak jak poprzednich – ile to razy? Dwadzieścia? Sto? Nie liczył, po prostu próbował dalej. Wbił twarz głębiej w ziemię, wsunął nos mocniej pod kulkę gliny, szarpnął głową w górę i naprzód…
Nic to nie dało. I nic nie da.
Musiał wymyślić inny sposób.
Zacisnął wargi na kulce i wokół niej. Wciągnął powietrze przez nos, napełniając płuca, a potem wyrzucił je gwałtownie ustami. Kulka wyprysnęła spomiędzy warg, z odgłosem przypominającym wystrzał korka od szampana, i wylądowała jakieś czterdzieści pięć centymetrów dalej. Teraz przekręcił prawą rękę; była przywiązana w przegubie, sznur ciągnął ją w stronę palika. Spider próbował cofnąć dłoń, wykręcić ją. Jego palce sięgały po bryłkę krwawego błota, na próżno.
A było tak blisko…
Ponownie zaczerpnął głęboko tchu, przy okazji jednak wciągnął w płuca suchy pył i zaczął kasłać. Spróbował raz jeszcze, obracając głowę i napełniając płuca. Potem przekręcił się i zaczął dmuchać w stronę kulki, wypuszczając powietrze najmocniej, jak potrafił.
Gliniana kulka przetoczyła się – zaledwie parę centymetrów, ale wystarczyło. Naciągnął mięśnie i już trzymał ją w palcach. Zaczął ściskać ją z boku między kciukiem i palcem wskazującym i obracać. Dokładnie osiem razy.
Potem powtórzył cały proces, mocniej ściskając wypustki. Jedna z nich odpadła, pozostałe wytrzymały. Miał teraz w dłoni coś co przypominało małą kulkę z siedmioma promieniami, niczym dziecięcy model słońca.
Spojrzał na nią z dumą. Biorąc pod uwagę okoliczności, budziła w nim zachwyt równie wielki jak wszystkie przyniesione przez dziecko do domu skarby.
Słowo, to będzie najtrudniejsze. Stworzenie pająka czy czegoś podobnego z krwi, śliny i gliny to łatwizna. Bogowie, nawet ci pomniejsi bogowie zamętu, tacy jak Spider, umieją to robić. Lecz pozostał jeszcze ostatni, najtrudniejszy etap Tworzenia. Aby obdarzyć coś życiem, potrzeba słowa. Trzeba to nazwać. Rozchylił wargi.
– Hhahhhhohggh – powiedział pozbawionymi języka ustami.
Nic się nie stało. Spróbował ponownie.
– Hhahhohggh!
Glina leżała na jego dłoni ciężka i martwa.
Twarz Spidera opadła w pył. Był wyczerpany. Każdy ruch powodował, że strupy pokrywające twarz i pierś pękały, sączyła się z nich krew, piekły i, co gorsza, swędziały.
Myśl, napominał się w duchu, musi istnieć jakiś sposób… Mówić bez języka…
Na wargach wciąż miał warstewkę gliny. Wessał ją, próbując zwilżyć jak najlepiej umiał bez języka.
Potem odetchnął głęboko i wypchnął glinę z ust, kontrolując ten ruch starannie i mówiąc z taką pewnością, że nawet wszechświat nie mógłby się z nim spierać. Opisał trzymaną na dłoni rzecz, nadając jej swe własne imię, najlepszą magię, jaką znał:
– Hhssspphhhrrriiwwer. – Spider. Pająk.
I ujrzał, że na jego dłoni, gdzie jeszcze przed chwilą spoczywała bryłka krwawego błota, siedzi gruby pająk barwy czerwonej gliny, z siedmioma cienkimi nogami.
Pomóż mi, pomyślał Spider. Sprowadź pomoc.
Pająk spojrzał na niego; jego oczy lśniły w promieniach słońca. Zeskoczył z jego dłoni na ziemię i ruszył w bok, w trawę, stąpając chwiejnie, niepewnie.
Spider obserwował go, póki pająk nie zniknął wśród traw. Potem złożył głowę na ziemi i zamknął oczy.
W tym momencie zmienił się wiatr; niósł teraz ze sobą ostrą, amoniakową woń kocura. Bestia znaczyła terytorium.
Spider słyszał krążące wysoko w górze ptaki, krzyczące triumfalnie.
* * *
Grubemu Charliemu zaburczało w brzuchu. Gdyby dysponował zapasem gotówki, wybrałby się gdzieś na kolację tylko po to, by odpocząć od hotelu. Ale ponieważ był spłukany, a rachunek za hotel obejmował wieczorne posiłki, gdy tylko minęła siódma, zszedł do restauracji.
Szefowa sali, uśmiechając się promiennie, poinformowała, że otworzą za kilka minut. Musieli dać czas zespołowi, by rozstawił sprzęt. Potem spojrzała na niego; Gruby Charlie nauczył się już rozpoznawać to spojrzenie.
– Czy… – zaczęła.
– Tak – odparł. – Wziąłem ją ze sobą.
Wyjął z kieszeni limonkę i pokazał jej.
– Bardzo ładna – powiedziała. – To zdecydowanie limonka. Ja jednak zamierzałam spytać, czy chce pan kolację z karty, czy ze stołu szwedzkiego?
– Ze stołu szwedzkiego – odrzekł Gruby Charlie. Za kartę musiałby płacić.
Stał w holu przed restauracją, trzymając w dłoni limonkę.
– Jeszcze jedna chwilka – oznajmiła szefowa sali. Korytarzem za jego plecami zbliżyła się drobna kobieta.
Uśmiechnęła się do szefowej sali.
– Czy restauracja jest już otwarta? – spytała. – Konam z głodu.
Usłyszeli ostatnie trump-tung-dung gitary basowej i plim-plom pianina elektrycznego. Zespół odłożył instrumenty i pomachał do szefowej.
– Otwarte – oznajmiła. – Zapraszamy.
Drobna kobieta wpatrywała się w Grubego Charliego z ostrożnym zaskoczeniem.
– Cześć, Gruby Charlie – powiedziała. – Po co ci ta limonka?
– To długa historia.
– Cóż – odparła Daisy. – Mamy przed sobą całą kolację. Może mi opowiesz?
* * *
Rosie zastanawiała się, czy szaleństwo jest zaraźliwe. W nieprzeniknionej ciemności pod domem na skałach poczuła, jak coś przemyka obok niej – coś miękkiego i gibkiego, coś wielkiego, coś co warczało cicho, krążąc wokół nich obu.
– Też to słyszałaś? – spytała.
– Oczywiście, że słyszałam, niemądra dziewczyno – odparła matka, po czym zapytała: – Jest jeszcze sok pomarańczowy?
Rosie zaczęła macać w ciemności, poszukując kartonu. Podała go matce. Usłyszała odgłosy picia.
– Ale to nie zwierzę nas zabije – powiedziała matka. – On to zrobi.
– Grahame Coats. Tak.
– To zły człowiek. Coś nim kieruje niczym jeździec koniem, ale sam byłby złym koniem i jest złym człowiekiem.
Rosie ścisnęła kościstą dłoń matki. Nie odpowiedziała; nie musiała nic mówić.
– Wiesz – powiedziała matka po jakimś czasie – jestem z ciebie bardzo dumna. Byłaś dobrą córką.
– Och – mruknęła Rosie.
Świadomość, że nie sprawiła matce zawodu, była dla niej czymś nowym i sama nie wiedziała, jak się z nią czuje.
– Może powinnaś była wyjść za Grubego Charliego – dodała matka. – Wówczas nie znalazłybyśmy się tutaj.
– Nie – odparła Rosie. – Nie powinnam była wyjść za Grubego Charliego. Nie kocham Grubego Charliego. Czyli nie do końca się myliłaś.
Usłyszały trzaśniecie drzwi na górze.
– Wyszedł – stwierdziła Rosie. – Szybko, dopóki go nie ma, kopmy tunel.
Najpierw zaczęła chichotać, a potem rozpłakała się głośno.
* * *
Gruby Charlie próbował zrozumieć, co Daisy robi na wyspie. Daisy z pewnym wysiłkiem usiłowała pojąć, co robi na niej Gruby Charlie. Żadnemu z nich nie szło najlepiej. Odziana w długą, obcisłą, czerwoną suknię piosenkarka, stanowczo za dobra na piątkowy wieczorek w restauracji, stała na podwyższeniu po drugiej stronie sali, śpiewając I Got You Under My Skin.
– Szukasz starszej pani, która mieszkała obok was, gdy byłeś dzieckiem, ponieważ być może zdoła ci pomóc odnaleźć brata. Tak? – spytała Daisy.
– Dostałem pióro. Jeśli wciąż je ma, może zdołam wymienić je za brata. Warto spróbować.
Zamrugała powoli, z namysłem. Skubnęła sałatę.
– Ty natomiast – bronił się Gruby Charlie – jesteś tutaj, bo uważasz, że Grahame Coats przyleciał tu po tym, jak zabił Maeve Livingstone. Ale nie przyjechałaś jako policjantka. Wybrałaś się tu samowolnie, z nikłą nadzieją, że go znajdziesz, i jeśli nawet znajdziesz, absolutnie nic nie zdołasz z tym zrobić.
Daisy zebrała językiem z kącika ust nasionko pomidora i poruszyła się niespokojnie.
– Nie jestem tu jako policjantka – oznajmiła. – Przyjechałam jako turystka.
– Ale przecież rzuciłaś pracę i ścigałaś go aż tutaj. Mogą cię za to wsadzić do więzienia albo coś w tym stylu.
– A zatem – odparła sucho – dobrze się składa, że Saint Andrews nie podpisało z nikim umowy ekstradycyjnej.
– O Boże – jęknął Gruby Charlie.
Oto powód, dla którego Gruby Charlie jęknął „O Boże”: piosenkarka zeszła ze sceny i zaczęła krążyć po sali z bezprzewodowym mikrofonem. W tej chwili pytała dwójkę niemieckich turystów, skąd przyjechali.
– Po co miałby ukrywać się akurat tutaj? – spytał.
– Dyskretne banki. Tanie nieruchomości. Brak umów ekstradycyjnych. Może lubi cytrusy?
– Przez dwa lata śmiertelnie się bałem tego człowieka – oznajmił Gruby Charlie. – Dobiorę sobie jeszcze trochę tego czegoś z rybą i zielonymi bananami. Pójdziesz ze mną?
– Nie, dzięki – odparła Daisy. – Chcę sobie zostawić miejsce na deser.
Gruby Charlie podszedł do bufetu, nadkładając drogi, by uniknąć spotkania z piosenkarką. Była bardzo piękna; jej czerwona, naszywana cekinami suknia odbijała światło i migotała przy każdym ruchu. Solistka była lepsza niż zespół. Bardzo chciał, żeby wróciła na maleńką scenę i dalej śpiewała standardy – podobało mu się jej Night And Day i osobliwie soulowa wersja Spoonful of Sugar – i przestała rozmawiać z gośćmi, a przynajmniej z tymi po jego stronie sali.
Nałożył na talerz hojną porcję potraw, które smakowały mu poprzednio. Jazda rowerem po wyspie, pomyślał, nieźle wpływa na apetyt.
Gry wrócił do stołu, ujrzał Grahame’a Coatsa z czymś w rodzaju rzadkiej brody na dolnej części twarzy, siedzącego obok Daisy. Grahame Coats uśmiechał się szeroko niczym naćpana łasica.
– Gruby Charlie – rzekł i zachichotał nerwowo. – Zdumiewające, doprawdy. Przychodzę tutaj do ciebie, na małe tete-a-tete i co zastaję w ramach premii? Naszą piękną małą panią policjantkę. Siądź tam proszę i nie rób scen.
Gruby Charlie stał jak figura z wosku.
– Usiądź – powtórzył Grahame Coats. – Trzymam broń przy brzuchu panny Day.
Daisy spojrzała błagalnie na Grubego Charliego i skinęła głową. Dłonie przyciskała płasko do obrusa. Gruby Charlie usiadł.
– Ręce na widoku. Połóż je na stole, tak jak ona.
Gruby Charlie posłuchał.
Grahame Coats pociągnął nosem.
– Zawsze wiedziałem, że jesteś tajniakiem, Nancy – rzekł. – Agent provocateur, co? Zjawiłeś się u mnie, wystawiłeś i zrujnowałeś.
– Ja nie… – zaczął Gruby Charlie, ale widząc wyraz oczu Grahame’a Coatsa, zamknął się.
– Myślałeś, że jesteś taki sprytny? – ciągnął Grahame Coats. – Wszyscy sądziliście, że dam się nabrać. Dlatego właśnie przysłaliście do mnie te dwie, prawda? Te w domu. Sądziłeś, że naprawdę uwierzę, że przypłynęły statkiem wycieczkowym? Jeszcze się taki nie urodził, kto by mnie przechytrzył. Komu jeszcze powiedziałeś? Kto jeszcze wie?
– Nie jestem do końca pewna, o czym ty mówisz, Grahame – oznajmiła Daisy.
Piosenkarka kończyła właśnie Some of These Days; jej niski bluesowy głos owijał się wokół nich niczym aksamitny szal.
Któregoś dnia zatęsknisz za mną jeszcze, któregoś dnia
zapragniesz moich pieszczot, zapragniesz pocałunków,
samotność trudno znieść.
– Zapłacisz rachunek – oznajmił Grahame. – Potem odprowadzę ciebie i młodą damę do samochodu i pojedziemy do mnie, gdzie spokojnie porozmawiamy. Tylko bez żadnych sztuczek, bo zastrzelę was oboje. Capiche?
Gruby Charlie capichował. Capichował też, kto tego wieczoru kierował czarnym mercedesem i jak blisko otarł się wówczas o śmierć. Zaczynał capichować, jak totalnie świrnięty jest Grahame Coats i jak niewielkie mają z Daisy szanse, by ujść z tego z życiem.
Piosenkarka skończyła śpiewać i goście w restauracji nagrodzili ją oklaskami. Gruby Charlie trzymał dłonie na stole. Spojrzał ponad Grahame’em Coatsem, i okiem, którego tamten nie widział, mrugnął do niej. Miała już dość ludzi unikających jej wzroku, więc mrugnięcie Grubego Charliego niezwykle ją ucieszyło.
– Grahame – zaczęła Daisy – ja oczywiście przyjechałam tu z twojego powodu, ale Charlie… – Urwała i skrzywiła się z miną człowieka, któremu ktoś wbił właśnie mocniej lufę w brzuch.
– Posłuchajcie – rzekł Grahame Coats – na użytek niewinnych przechodniów będziemy udawać dobrych przyjaciół. Schowam broń do kieszeni, ale nadal będę w was celował. Wstaniemy razem, pójdziemy do mojego wozu, a wtedy…
Umilkł. W stronę ich stolika zmierzała kobieta w czerwonej, połyskliwej sukni, z mikrofonem w dłoni i olśniewającym uśmiechem na twarzy. Kierowała się wprost ku Grubemu Charliemu.
– Jak się nazywasz, skarbie? – spytała, mówiąc do mikrofonu, i podsunęła mu go.
– Charlie Nancy – odparł Gruby Charlie. Jego głos załamał się lekko.
– A skąd jesteś, Charlie?
– Z Anglii. Ja i moi przyjaciele, wszyscy jesteśmy z Anglii.
– Czym się zajmujesz, Charlie?
Wszystko nagle zwolniło bieg, zupełnie jakby zanurkował ze skał w ocean. To było jedyne wyjście. Odetchnął głęboko.
– Akurat zmieniam pracę – zaczął – ale tak naprawdę jestem piosenkarzem. Śpiewam. Tak jak ty.
– Jak ja? Jakie piosenki śpiewasz?
Gruby Charlie przełknął ślinę.
– A jakie masz?
Odwróciła się do pozostałej dwójki przy stoliku Grubego Charliego.
– Myślicie, że zdołamy go namówić, by dla nas zaśpiewał? – spytała, gestykulując mikrofonem.
– E. Nie sądzę. Nie. Absowicie nie. Nie ma mowy – oznajmił Grahame Coats.
Daisy wzruszyła ramionami, nie zdejmując dłoni ze stołu. Kobieta w czerwonej sukni zwróciła się do reszty gości:
– A co my na to? – spytała.
Zebrani przy stolikach zaklaskali nieśmiało, członkowie obsługi wtórowali im z entuzjazmem.
– Zaśpiewaj nam coś! – krzyknął barman.
Piosenkarka pochyliła się nad Grubym Charliem i zakryła mikrofon.
– Lepiej wybierz coś, co chłopcy znają.
– Znają Under the Boardwalk? – spytał Gruby Charlie, a ona przytaknęła, zapowiedziała go głośno i oddała mu mikrofon.
Zespół zaczął grać. Piosenkarka poprowadziła Grubego Charliego na maleńką scenę. Serce tłukło mu się szaleńczo w piersi.
Gruby Charlie zaczął śpiewać, a zebrani słuchać.
Chciał tylko zyskać nieco na czasie, ale czuł się świetnie i nikt niczym w niego nie rzucał. Znalazł w głowie dość miejsca, by się zastanowić. Czuł obecność każdego człowieka, turystów i obsługi, i ludzi przy barze. Widział wszystko – barmana odmierzającego składniki koktajlu, starszą kobietę w kącie napełniającą kawą wielki plastikowy kubek. Nadal był przerażony, wciąż wściekły, ale wykorzystał ową wściekłość i strach i przelał je w swój głos, pozwalając, by stały się piosenką o swobodzie i miłości. Śpiewając, rozmyślał.
Co zrobiłby Spider? Co zrobiłby mój tato?
– Pod pomostem – śpiewał – będziemy się kochać…
Piosenkarka w czerwonej sukni uśmiechała się, pstrykając palcami i kołysząc się w takt muzyki. Pochyliła się nad mikrofonem klawiszowca i zaczęła nucić do wtóru.
Naprawdę śpiewam przed publiką, pomyślał Gruby Charlie. Ja pierniczę.
Ani na moment nie spuszczał wzroku z Grahame’a Coatsa.
Intonując ostatni refren, uniósł ręce i zaczął klaskać nad głową. Wkrótce cała sala klaskała wraz z nim – goście, kelnerzy, kucharze, wszyscy prócz Grahame’a Coatsa, którego ręce tkwiły pod obrusem, i Daisy opierającej dłonie płasko na stole. Daisy wpatrywała się w niego, jakby nie tylko kompletnie oszalał, ale też wybrał wyjątkowo niesprzyjający moment na odkrycie w sobie duszy Driftersa.
Publiczność klaskała, Gruby Charlie uśmiechał się i śpiewał. I śpiewając, wiedział bez cienia wątpliwości, że wszystko będzie dobrze. Nikomu nic się nie stanie, ani jemu, ani Spiderowi czy Daisy, nawet Rosie, gdziekolwiek była. Wszyscy będą żyć szczęśliwie. Wiedział, co zamierza zrobić. Było to niemądre, wydumane, postępek godny idioty, ale zadziała. Gdy ostatnie dźwięki melodii ucichły, uniósł głowę.
– Przy stoliku, przy którym siedziałem, została młoda dama. Nazywa się Daisy Day. Ona także pochodzi z Anglii. Daisy, zechcesz pomachać wszystkim?
Daisy posłała mu przerażone spojrzenie, ale podniosła ze stołu rękę i pomachała.
– Jest coś, co chciałem jej powiedzieć. Daisy nie wie, że to planowałem. – Jeśli to nie zadziała, szepnął głos w głębi jego głowy, to ona już nie żyje, wiesz o tym? – Ale miejmy nadzieję, że powie „tak”. Daisy, wyjdziesz za mnie?
W restauracji zapadła cisza. Gruby Charlie wpatrywał się w Daisy, błagając ją w duchu, by zrozumiała, by podjęła grę.
Daisy skinęła głową.
Goście zaczęli wiwatować. To dopiero było przedstawienie. Piosenkarka, szefowa sali i kilka kelnerek podbiegły do stołu, dźwignęły Daisy z krzesła i zaciągnęły na środek parkietu.
Przyprowadziły ją Grubemu Charliemu. Zespół zagrał I Just Called To Say I Love You, a on objął ją ramieniem.
– Masz dla niej pierścionek? – spytała piosenkarka. Wsunął dłoń do kieszeni.
– Proszę – rzekł do Daisy – to jest dla ciebie.
Objął ją i pocałował.
Jeśli ktokolwiek ma dostać kulkę, pomyślał, to teraz. A potem pocałunek dobiegł końca, ludzie ściskali mu rękę i obejmowali go – jeden z mężczyzn, który, jak twierdził, przyjechał do miasta na festiwal muzyczny, nalegał, by Gruby Charlie wziął jego wizytówkę – a Daisy z bardzo dziwną miną trzymała w dłoni limonkę, którą jej wręczył. A kiedy obejrzał się na stolik, przy którym siedzieli, Grahame’a Coatsa już tam nie było.
który dla niektórych okazuje się pechowy
Ptaki zaczęły się niepokoić. Krzyczały, krakały i świergotały na wierzchołkach drzew. Nadchodzi, pomyślał Spider i zaklął. Był wykończony, nie miał już sił, nic w nim nie zostało. Nic prócz zmęczenia, nic prócz wyczerpania.
Zastanawiał się, czy po prostu nie lec na ziemi i nie dać się pożreć. Uznał jednak, że byłaby to parszywa śmierć. Nie miał nawet pewności, czy zdołałby wyhodować sobie nową wątrobę, a był dziwnie pewny, że cokolwiek krąży w pobliżu, nie zamierza ograniczyć się wyłącznie do niej.
Zaczął szarpać palik. Liczył do trzech, a potem najszybciej i najsilniej jak mógł szarpał obiema rękami, ciągnąc do siebie, tak by napięły sznur i pociągnęły palik. Potem liczył do trzech i powtarzał wszystko od nowa.
Miało to mniej więcej taki skutek, jakby próbował przeciągnąć górę na drugą stronę drogi. Raz, dwa, trzy… szarp. I jeszcze raz, i jeszcze.
Zastanawiał się, czy bestia szybko się zjawi.
Raz, dwa, trzy… szarp. Raz, dwa, trzy… szarp.
Gdzieś ktoś zaczął śpiewać. Słyszał jego głos. Piosenka sprawiła, że Spider uśmiechnął się i pożałował, że nie ma języka. Pokazałby go Tygrysowi, gdy ten w końcu się pojawi. Ta myśl dodała mu sił.
Raz, dwa, trzy… szarp.
I palik ustąpił, poruszając mu się w rękach.
Jeszcze jedno szarpnięcie i wysunął się z ziemi, gładko niczym miecz wyciągany z kamienia.
Spider pociągnął ku sobie sznury i ujął w ręce palik. Miał mniej więcej metr długości, jeden koniec zaostrzono, by wbić go w ziemię. Odrętwiałymi rękami wyplątał go z pętli sznurów, które zwisały mu teraz bezużytecznie z przegubów. Zważył palik w prawej dłoni. Nada się. I wówczas zrozumiał, że jest obserwowany, że to coś przyglądało mu się już jakiś czas niczym kot pilnujący mysiej dziury.
Nadciągnął w ciszy, czy też niemal ciszy, przemykając ku niemu niczym wędrujący po ziemi cień. Jedynym, co przyciągnęło uwagę Spidera, był rozkołysany, niecierpliwy ogon. Gdyby nie on, stwór przypominałby posąg, stertę piachu, która dzięki złudzeniu optycznemu wygląda jak olbrzymia bestia. Sierść miał barwy piasku, niemrugające oczy mieniły się zielenią zimowego morza. Oblicze było szerokim, okrutnym obliczem pantery. Na wyspach wszystkie wielkie koty nazywają mianem Tygrysa, a to był każdy wielki kot pod słońcem – tyle że większy, groźniejszy, bardziej niebezpieczny.
Spider wciąż miał związane kostki i z trudem chodził. W rękach i nogach czuł bolesne ukłucia powracającej krwi. Przeskakując z jednej stopy na drugą, starał się sprawiać wrażenie, że czyni to celowo; rozpoczął taniec zastraszania, a nie podskakiwał dlatego, że stanie bolało.
Bardzo chciał przykucnąć i uwolnić z więzów kostki, ale nie śmiał spuścić oka z bestii.
Palik był ciężki i gruby, lecz zbyt krótki jak na włócznię, zbyt masywny i niewygodny, by posłużyć za coś innego. Spider trzymał go za węższy koniec, tam gdzie został zaostrzony. Spoglądał w dal, w morze, świadomie nie patrząc w miejsce, w którym stało zwierzę, ufając, że dojrzy je kątem oka.
Co takiego powiedziała? Będziesz beczał. Będziesz jęczał. Twój strach go podnieci.
Spider zaczął jęczeć cicho, a potem zabeczał niczym raniona koza, zabłąkana, pulchna i samotna.
Błysk złocistego ruchu; ułamek sekundy wystarczający, by zarejestrować widok zębów i szponów pędzących ku niemu. Spider zamachnął się palikiem niczym kijem bejsbolowym, wkładając wszystkie siły w uderzenie, i usłyszał, jak kołek z wysoce zadowalającym łupnięciem trafia wprost w nos bestii.
Tygrys się zatrzymał. Przez moment patrzył na niego, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom, a potem warknął z wyrzutem w głębi gardła i odszedł na sztywnych nogach z powrotem w stronę, z której przybył, ku krzakom; jakby już wcześniej umówił się na spotkanie i żałował, że nie może się z niego wykręcić. Od czasu do czasu oglądał się i patrzył niechętnie na Spidera. W jego oczach krył się zwierzęcy ból, a także zapewnienie, że jeszcze tu wróci.
Spider odprowadził go wzrokiem.
Potem usiadł i rozplatał sznury okręcone wokół kostek. Nieco chwiejnym krokiem ruszył wzdłuż urwiska. Skała opadała lekko w dół, wkrótce drogę przeciął mu strumień spadający migotliwą kaskadą w przepaść. Spider ukląkł, złożył dłonie i zaczął pić zimną wodę.
Potem zajął się zbieraniem kamieni, solidnych kamieni wielkości pięści. Układał je w stos niczym kule śnieżne.
– Prawie nic nie zjadłaś – powiedziała Rosie.
– Ty jedz, musisz zachować siły – odparła matka. – Ja zjadłam trochę sera, wystarczy mi.
W piwnicy na mięso panował chłód i ciemność. Nie była to ta ciemność, do której z czasem przywykają oczy, lecz absolutny brak światła. Rosie okrążyła ich celę, cały czas muskając opuszkami bieloną ścianę z kamienia i kruszących się cegieł. Szukała czegoś, co mogłoby im pomóc. Nie znalazła.
– Kiedyś jadałaś – powiedziała głośno. – Gdy jeszcze żył tato.
– Twój ojciec – odparła matka – także jadał. Widzisz, do czego to doprowadziło? Atak serca w wieku pięćdziesięciu jeden lat. Co to za świat?
– Ale on kochał jeść.
– On kochał wszystko – powiedziała z goryczą matka. – Kochał jedzenie, ludzi, swoją córkę. Kochał gotować, kochał mnie. I dokąd go to doprowadziło? Do przedwczesnego grobu. Nie można tak wszystkiego kochać, mówiłam ci to zresztą.
– Tak – mruknęła Rosie. – Chyba tak.
Ruszyła w stronę głosu, wyciągając przed twarzą rękę, by nie wpaść na jeden z ciężkich łańcuchów wiszących pośrodku piwnicy. Namacała kościste ramię i objęła matkę.
– Nie boję się – oznajmiła Rosie w ciemności.
– To znaczy, że oszalałaś.
Rosie wypuściła matkę, wróciła na środek pomieszczenia. Nagle rozległo się donośne skrzypienie i trzask, z sufitu posypał się kurz i cząsteczki tynku.
– Rosie, co ty robisz?
– Huśtam się na łańcuchu.
– Tylko uważaj, bo jeśli łańcuch puści, nim zdążysz powiedzieć „Jack Robinson”, wylądujesz na podłodze z rozwaloną głową. – Córka nie odpowiedziała. – Mówiłam ci, oszalałaś – dodała pani Noah.
– Nie – nie zgodziła się Rosie. – Wcale nie. Po prostu już się nie boję.
Nad ich głowami w domu trzasnęły frontowe drzwi.
– Sinobrody wrócił – oznajmiła matka Rosie.
– Wiem. Słyszałam. Wciąż się nie boję.
* * *
Goście bezustannie klepali Grubego Charliego po plecach i stawiali mu drinki z papierowymi parasolkami. Oprócz tego zgromadził już pięć wizytówek od ludzi pracujących w świecie muzycznym, a przebywających na wyspie z powodu festiwalu.
Wszyscy wokół uśmiechali się do niego. Obejmując ramieniem Daisy, czuł, jak drży. Pochyliła mu się do ucha.
– Jesteś kompletnym świrem, wiesz?
– Ale przecież się udało.
Spojrzała na niego.
– Cały czas mnie zaskakujesz.
– Chodź – rzekł. – Jeszcze nie skończyliśmy.
Skierował się wprost do szefowej sali.
– Przepraszam, kiedy śpiewałem, widziałem pewną panią. Przyszła, napełniła kubek kawą z dzbanka, o tam, przy barze. Dokąd poszła?
Szefowa sali zamrugała i wzruszyła ramionami.
– Nie wiem – oznajmiła.
– Owszem, wiesz. – Gruby Charlie czuł się pewny i bardzo mądry. Wiedział, że wkrótce znów stanie się sobą, ale na razie zaśpiewał piosenkę przed widownią i świetnie się bawił. Zrobił to, by ocalić życie Daisy i swoje, i udało mu się. – Porozmawiajmy na zewnątrz.
To piosenka to sprawiła. Gdy śpiewał, ujrzał wszystko z absolutną jasnością i wciąż tak widział. Skierował się do holu; Daisy i szefowa sali podreptały za nim.
– Jak się nazywasz? – spytał szefową.
– Jestem Clarissa.
– Miło mi, Clarisso. Jak masz na nazwisko?
– Charlie – wtrąciła Daisy – nie powinniśmy wezwać policji?
– Za minutkę. Clarissa jak?
– Higgler.
– A co cię łączy z Benjaminem, konsjerżem?
– To mój brat.
– A jak dokładnie jesteście spokrewnieni z panią Higgler? Callyanne Higgler?
– To moja siostrzenica i siostrzeniec, Gruby Charlie – oznajmiła stojąca w drzwiach pani Higgler. – A teraz chyba powinieneś posłuchać narzeczonej i porozmawiać z policją. Nie sądzisz?
* * *
Spider siedział nad strumieniem na szczycie skały, plecami zwrócony do przepaści, twarzą do stosu przygotowanych do rzutu kamieni. Nagle ujrzał człowieka wyłaniającego się z długich traw. Człowiek ów był niemal nagi, ubrany jedynie w przepaskę z piaskowopłowego futra wokół pasa, z której z tyłu zwisał ogon.
Na szyi nosił naszyjnik z zębów – ostrych, białych i szpiczastych. Ruszył lekkim krokiem w stronę Spidera, jakby po prostu wybrał się na codzienny poranny spacer, a pojawienie się Spidera stanowiło dodatkową, miłą niespodziankę.
Spider wybrał kamień wielkości grejpfruta i zważył go w dłoni.
– Hej, ho, dziecko Anansiego. Właśnie tędy przechodziłem, zauważyłem cię i zastanawiałem się, czy mogę jakoś pomóc – rzekł nieznajomy. Miał dziwnie przekrzywiony i posiniaczony nos.
Spider pokręcił głową. Bardzo brakowało mu języka.
– Gdy cię tu zobaczyłem, pomyślałem: biedne dziecko Anansiego, musi być bardzo głodne. – Nieznajomy uśmiechnął się zbyt szeroko. – Proszę, mam dość jedzenia. Mogę się podzielić. – Zdjął z ramienia worek i otworzył go. Wyciągnął ze środka świeżo zabite jagnię o czarnym ogonie. Uniósł je za szyję, głowa zwierzęcia opadła bezwładnie. – Twój ojciec i ja posilaliśmy się razem wiele razy. Jest jakiś powód, dla którego nie moglibyśmy postąpić podobnie? Ty rozpalisz ognisko, ja oczyszczę jagnię i przygotuję rożen. Czy nie czujesz już tego smaku?
Spider był tak głodny, że kręciło mu się w głowie. Gdyby nadal miał w ustach język, być może zgodziłby się, pewien, że w razie czego zręczne słowa pozwolą mu wykaraskać się z każdej opresji. Ale go nie miał. Lewą ręką wybrał drugi kamień.
– Posilmy się zatem i zostańmy przyjaciółmi. Skończmy z nieporozumieniami – zaproponował nieznajomy.
A sęp i kruk oczyszczą moje kości, pomyślał Spider.
Nieznajomy postąpił kolejny krok w jego stronę i Spider uznał, że najwyższy czas cisnąć pierwszym kamieniem. Miał niezłe oko i celną rękę, i kamień trafił dokładnie tam, gdzie chciał, w prawą rękę nieznajomego, który upuścił jagnię. Następny pocisk uderzył obcego w bok głowy – Spider celował w miejsce dokładnie pomiędzy zbyt szeroko rozstawionymi oczami, tamten jednak się poruszył.
I wtedy obcy odbiegł w podskokach, ogon unosił się za him poziomo. Biegnąc, chwilami wyglądał jak człowiek, a chwilami jak zwierzę.
Kiedy zniknął, Spider podszedł do miejsca, w którym wcześniej stał tamten, aby zabrać czarnoogoniaste jagnię, i ujrzał, że się porusza. Przez ułamek sekundy wyobrażał sobie, że wciąż żyje, potem jednak zobaczył, że w ciele roi się od robaków. Jagnię cuchnęło i trupi smród pomógł mu zapomnieć o dotkliwym głodzie – przynajmniej na jakiś czas.
W wyciągniętej jak najdalej ręce zaniósł jagnię na skraj przepaści i wrzucił do morza. Potem umył ręce w strumieniu.
Nie wiedział, jak długo przebywa w tym miejscu. Tutejszy czas rozciągał się i kurczył. Słońce wisiało nisko nad horyzontem.
Po tym, jak zajdzie, i nim wzejdzie księżyc, pomyślał Spider. Wtedy bestia powróci.
* * *
Wesolutki przedstawiciel policji Saint Andrews usiadł w biurze hotelowym z Daisy i Grubym Charliem i wysłuchał wszystkiego, co mieli do powiedzenia. Z jego szerokiej twarzy ani na moment nie znikał pogodny, lecz niezbyt szczery uśmiech. Czasami unosił palec i drapał się po wąsach.
Poinformowali policjanta, że kiedy jedli obiad, dosiadł się do nich uciekinier Grahame Coats i zagroził Daisy pistoletem, którego, co musieli przyznać, nie widział nikt prócz samej Daisy. Następnie Gruby Charlie opowiedział mu o incydencie z czarnym mercedesem i rowerem, do którego doszło wcześniej tego popołudnia. Nie, nie widział, kto kierował samochodem, ale wiedział skąd przyjechał. Powiedział policjantowi o domu na skałach.
Mężczyzna z namysłem pogładził bujny, szpakowaty wąs.
– Istotnie, w miejscu, które pan opisuje, jest dom. Nie należy jednak do waszego Coatsa, bynajmniej. Opisuje pan dom Basila Finnegana, niezwykle szanowanego człowieka. Od wielu lat pan Finnegan interesuje się żywo prawem i porządkiem. Wielokrotnie przekazywał pieniądze na szkoły i co ważniejsze, podarował sporą sumę na budowę nowej komendy policji.
– Przyłożył mi broń do brzucha – odparła Daisy. – Powiedział, że jeśli z nim nie pójdziemy, zacznie strzelać.
– Jeśli to był faktycznie pan Finnegan, moja paniusiu – rzekł policjant – z pewnością istnieje jakieś proste wyjaśnienie. – Otworzył teczkę i wyjął gruby plik dokumentów. – Powiem wam coś. Przemyślcie wszystko dokładnie, prześpijcie się z tym. Jeśli rano wciąż będziecie przekonani, że to coś więcej niż zwykły dowcip, wypełnijcie ten formularz i podrzućcie trzy egzemplarze na komendę. Spytajcie o nową, tuż przy rynku; wszyscy wiedzą gdzie jest.
Uścisnął im dłonie i wyszedł.
– Trzeba było mu powiedzieć, że też jesteś policjantką – zasugerował Gruby Charlie. – Może wówczas potraktowałby cię poważniej.
– Wątpię, by to coś dało – odparła. – Każdy, kto nazywa cię paniusią, już wcześniej wyłączył cię ze zbioru ludzi, których warto wysłuchać.
Razem ruszyli do recepcji.
– Dokąd ona poszła? – spytał Gruby Charlie.
– Ciocia Callyanne? – zapytał Benjamin Higgler. – Czeka na was w sali konferencyjnej.
* * *
– No proszę – oznajmiła Rosie. – Wiedziałam, że się uda, jeśli nie przestanę się huśtać.
– On cię zabije.
– I tak nas zabije.
– To nic nie da.
– Mamo. Masz jakiś lepszy pomysł?
– Zobaczy cię.
– Mamo, przestań podchodzić do wszystkiego tak negatywnie. Jeśli masz jakieś propozycje, które mogłyby pomóc, to powiedz. W przeciwnym razie nie zadawaj sobie trudu, dobrze?
Cisza. A potem:
– Mogłabym pokazać mu tyłek.
– Co takiego?
– Słyszałaś.
– Eee. Zamiast?
– Oprócz.
Cisza.
W końcu Rosie odparła:
– Zaszkodzić to nie zaszkodzi.
* * *
– Witam, pani Higgler – powiedział Gruby Charlie. – Chcę odzyskać pióro.
– Niby czemu sądzisz, że mam twoje pióro? – Splotła ręce na rozłożystej piersi.
– Pani Dunwiddy mi powiedziała.
Po raz pierwszy w życiu Gruby Charlie zobaczył u pani Higgler zdumienie.
– Louella ci powiedziała, że mam pióro?
– Powiedziała, że ma pani pióro.
– Przechowuję je. – Pani Higgler machnęła kubkiem z kawą w stronę Daisy. – Nie sądzisz chyba, że zacznę o tym mówić w jej obecności? Nie znam jej.
– To jest Daisy. Może jej pani powiedzieć wszystko to, co mnie.
– Twoja narzeczona – dodała pani Higgler. – Słyszałam.
Gruby Charlie poczuł, jak pieką go policzki.
– Ona nie jest moją… my nie, nie tak naprawdę. Musiałem coś powiedzieć, żeby odciągnąć ją od człowieka z bronią. Uznałem to za najprostsze wyjście.
Pani Higgler spojrzała na niego; jej oczy za grubymi szkłami okularów rozbłysły.
– Wiem – rzekła. – To się działo podczas twojej piosenki, przed publicznością. – Pokręciła głową w sposób, w jaki czynią to starzy ludzie, ganiąc brak rozsądku u młodzieży. Otworzyła czarną torebkę, wyciągnęła kopertę i podała Grubemu Charliemu. – Obiecałam Louelli, że przechowam je bezpiecznie.
Gruby Charlie wyciągnął z koperty na wpół zgniecione pióro. To on je zgniótł w noc seansu.
– W porządku – rzekł. – Pióro, doskonale. A teraz – dodał, zwracając się do pani Higgler – co dokładnie mam z nim zrobić?
– Nie wiesz?
Gdy Gruby Charlie był jeszcze mały, matka powtarzała mu, by policzył do dziesięciu, nim wybuchnie. Umilkł zatem i policzył powoli do dziesięciu, po czym wybuchnął:
– Oczywiście, że nie wiem, co z nim zrobić, ty głupia, stara babo! W ciągu ostatnich dwóch tygodni zostałem aresztowany, straciłem narzeczoną i pracę, patrzyłem, jak na wpół wymyślony brat zostaje pożarty przez ścianę ptaków przy Picadilly Circus, latałem tam i z powrotem przez Atlantyk niczym oszalała transatlantycka piłeczka pingpongowa, a dziś stanąłem przed widownią i, i, i zaśpiewałem, ponieważ mój świrnięty były szef przyłożył broń do brzucha dziewczyny, z którą jadłem kolację. I cały czas próbuję uporządkować chaos, jaki zapanował w moim życiu, odkąd ty zaproponowałaś, żebym spotkał się z bratem. Czyli nie. Nie, nie wiem co zrobić z tym pieprzonym piórem. Spalić? Pokroić na kawałki i zjeść? Uwić z niego gniazdko? Unosząc je przed sobą, wyskoczyć przez okno?
Pani Higgler spojrzała na niego z nadąsaną miną.
– Musisz spytać Louellę Dunwiddy.
– Wątpię, żeby się to udało. Gdy ostatnio ją widziałem, nie wyglądała zbyt dobrze. A my nie mamy wiele czasu.
– Super – wtrąciła Daisy. – Odzyskałeś swoje pióro. Czy teraz możemy porozmawiać o Grahamie Coatsie?
– To nie jest zwykłe pióro. To pióro, na które wymieniłem mojego brata.
– To wymień się z powrotem i przejdźmy do ważniejszych spraw. Musimy coś zrobić.
– To nie takie proste. – Nagle Gruby Charlie umilkł. Zastanowił się nad tym, co właśnie powiedział i co ona powiedziała. Spojrzał z podziwem na Daisy. – Boże, naprawdę jesteś mądra.
– Staram się – odparła. – Co takiego powiedziałam?
Nie mieli na podorędziu czterech staruszek, mieli jednak panią Higgler, Benjamina i Daisy. Kolacja dobiegała już końca, toteż Clarissa, szefowa sali, chętnie zgodziła się do nich dołączyć. Nie mieli czterech różnych ziemi, ale zgromadzili biały piasek z plaży za hotelem, czarną glebę z grządki przed budynkiem, czerwone błoto z bocznej drogi i wielobarwny piasek sprzedawany w probówkach w sklepiku z pamiątkami. Świece wypożyczone z baru nad basenem były małe i białe, nie wysokie i czarne. Pani Higgler zapewniła, że zdoła znaleźć na wyspie zioła, których potrzebują, lecz Gruby Charlie polecił Clarissie wypożyczyć z kuchni torebkę ziołowej przyprawy do mięs.
– Myślę, że najważniejsza jest pewność siebie – wyjaśnił. – Szczegóły nie mają znaczenia. Trzeba po prostu zapewnić magiczną atmosferę.
W tym przypadku w zapewnieniu magicznej atmosfery nie pomagała tendencja Benjamina Higgiera do rozglądania się wokół i wybuchania przenikliwym chichotem ani ciągłe uwagi Daisy, że wszystko to jest okropnie głupie.
Pani Higgler wsypała przyprawę do mięs do miski pełnej zlewek białego wina. Potem zaczęła nucić. Zachęcająco uniosła ręce i pozostali dołączyli do niej, bucząc niczym pijane pszczoły. Gruby Charlie czekał, aż coś się stanie.
Nic się nie wydarzyło.
– Gruby Charlie – powiedziała pani Higgler. – Ty też nuć.
Przełknął ślinę. Nie ma się czego bać, upomniał się w duchu.
Śpiewał już przed całą salą ludzi, oświadczył się przed publicznością kobiecie, którą ledwie znał. Nucenie to przy tym drobiazg.
Odszukał ton, który nuciła pani Higgler, pozwolił, by zawibrował mu w gardle…
Uniósł pióro, skupił się i zaczął nucić.
Benjamin przestał chichotać. Jego oczy otwarły się szeroko, na twarzy pojawił się grymas przerażenia. Gruby Charlie chętnie przestałby nucić i dowiedział się, o co chodzi, lecz pomruk rozbrzmiewał teraz wewnątrz niego, a świece migotały…
– Spójrzcie na niego – rzucił Benjamin. – On…
…i Gruby Charlie zastanowił się, co właściwie on, ale było już jednak za późno.
Mgły się rozstąpiły.
Szedł po moście, długim białym moście ponad rozległymi, szarymi wodami. Nieco przed nim, pośrodku mostu na niewielkim, drewnianym krzesełku siedział człowiek. Ów człowiek łowił ryby. Jego oczy przesłaniała zielona fedora. Zdawało się, że drzemie, i nie poruszył się, gdy Gruby Charlie podszedł bliżej.
Gruby Charlie poznał go, położył mu dłoń na ramieniu.
– No proszę – powiedział – od początku wiedziałem, że tylko udajesz. Nie sądziłem, że naprawdę nie żyjesz.
Mężczyzna na krześle nie poruszył się. Jedynie się uśmiechnął.
– Od razu widać jak mało jeszcze wiesz – powiedział Anansi. – Nikt nie jest bardziej martwy ode mnie. – Przeciągnął się, wyjął zza ucha małą, czarną cygaretkę i przypalił zapałką. – O tak, nie żyję. Myślę, że pozostanę jeszcze trochę martwy. Jeśli od czasu do czasu nie umrzesz, ludzie zaczynają traktować twoją obecność jako coś oczywistego.
– Ale… – zaczął Gruby Charlie.
Anansi przyłożył palec do ust, nakazując mu ciszę. Podniósł wędkę i zaczął zwijać żyłkę. Wskazał ręką niewielki podbierak. Gruby Charlie podniósł go i wyciągnął. Jego ojciec opuścił do siatki długą, srebrną, szamoczącą się rybę. Wyjął jej z pyszczka haczyk i wrzucił ją do białego cebrzyka.
– Proszę – rzekł. – Dzisiejszy obiad mamy z głowy.
Po raz pierwszy Gruby Charlie uświadomił sobie, że kiedy zasiadł do stołu z Daisy i Higglerami, było ciemno, lecz w miejscu, w którym się znalazł, słońce, choć wisiało nisko nad horyzontem, jeszcze nie zaszło.
Jego ojciec złożył krzesełko i wręczył Grubemu Charliemu wraz z wiaderkiem. Ruszyli razem po moście.
– Wiesz – zaczął pan Nancy – zawsze sądziłem, że kiedy w końcu do mnie przyjdziesz, opowiem ci mnóstwo różnych rzeczy. Ale wygląda na to, że sam świetnie sobie radzisz. Co cię tu sprowadza?
– Nie jestem pewien. Próbowałem znaleźć Kobietę Ptaka. Chcę jej oddać pióro.
– Nie powinieneś zadawać się z takimi ludźmi – upomniał go z błogą miną ojciec. – To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Ptak kryje w sobie wiele uraz, ale jest tchórzem.
– Spider… – zaczął Gruby Charlie.
– To twoja wina. Pozwoliłeś, by ta wścibska starucha odprawiła połowę ciebie.
– Byłem tylko dzieckiem. Czemu ty czegoś nie zrobiłeś?
Anansi zsunął kapelusz na tył głowy.
– Stara Dunwiddy nie mogła ci zrobić niczego, na co jej nie pozwoliłeś – oznajmił. – Jesteś w końcu moim synem.
Gruby Charlie zastanawiał się chwilę.
– Ale czemu mi nie powiedziałeś? – spytał w końcu.
– Sam świetnie sobie radzisz, wszystkiego się domyślasz. Wiesz już o piosenkach, prawda?
Gruby Charlie znów poczuł się jak niezręczny, gruby dzieciak, sprawiający bolesny zawód swemu ojcu. Nie powiedział jednak po prostu „nie”. Zamiast tego rzekł:
– A jak myślisz?
– Myślę, że jesteś już blisko. W piosenkach najważniejsze jest to, że są podobne do historii. Nic nie znaczą, jeśli nie słuchają ich ludzie.
Zbliżali się do końca mostu. Mimo że nikt nic nie powiedział, Gruby Charlie rozumiał, że to ostatnia szansa rozmowy z ojcem. Tak wielu rzeczy musiał się dowiedzieć, tak wiele chciał usłyszeć.
– Tato – zaczął – kiedy byłem mały, czemu mnie tak upokarzałeś?
Stary mężczyzna zmarszczył brwi.
– Upokarzałem? Ja cię kochałem.
– Posłałeś mnie do szkoły przebranego za prezydenta Tafta. Ty to nazywasz miłością?
Z ust starca dobiegł przenikliwy pisk, który mógł być śmiechem. A potem pan Nancy zaciągnął się cygaretką; dym ulatywał z jego warg niczym upiorny komiksowy dymek.
– Twoja matka nieźle mi wtedy nagadała. Nie mamy zbyt wiele czasu, Charlie – dodał. – Chcesz go spędzić na kłótniach?
Gruby Charlie pokręcił głową.
– Chyba nie.
Dotarli do końca mostu.
– No tak – rzekł ojciec. – Kiedy zobaczysz się z bratem, chcę, żebyś coś mu ode mnie dał.
– Co?
Ojciec przyciągnął do siebie głowę Grubego Charliego i pocałował go lekko w czoło.
– To – powiedział.
Gruby Charlie wyprostował się. Ojciec patrzył na niego z miną, którą, gdyby ujrzał ją u kogoś innego, uznałby za dumę.
– Pokaż mi to pióro – polecił.
Gruby Charlie sięgnął do kieszeni. Pióro wciąż tam tkwiło, jeszcze bardziej wymięte i stłamszone niż wcześniej.
Ojciec zacmokał z dezaprobatą i uniósł je do światła.
– To piękne pióro – rzekł. – Nie chcesz go wytłamsić. Nie przyjmie go z powrotem w takim stanie. – Pan Nancy przesunął palcami po piórze i znów stało się doskonałe. Przyjrzał mu się, marszcząc brwi. – Nie, zaraz je znowu wymniesz. – Chuchnął na paznokcie i wypolerował je o rąbek marynarki. Potem wyraźnie podjął decyzję. Zdjął fedorę, wsunął piórko za otok. – Proszę. I tak przyda ci się elegancki kapelusz. – Wsadził go na głowę Grubego Charliego. – Pasuje do ciebie.
Gruby Charlie westchnął.
– Tato, ja nie noszę kapeluszy. Wyglądałbym głupio, jak kompletny palant. Czemu zawsze próbujesz narobić mi wstydu?
W gasnącym świetle stary mężczyzna spojrzał na syna.
– Myślisz, że bym cię okłamał? Synu, żeby nosić kapelusz, potrzeba tylko właściwego podejścia. A ty je masz. Sądzisz, że powiedziałbym ci, że wyglądasz dobrze, gdyby tak nie było? Wyglądasz świetnie. Nie wierzysz mi?
– Niespecjalnie – przyznał Gruby Charlie.
– Spójrz – polecił ojciec, wskazując na barierkę. Woda pod mostem była nieruchoma, gładka jak lustro, a spoglądający z niej na nich człowiek wyglądał naprawdę świetnie w swym nowym zielonym kapeluszu.
Gruby Charlie uniósł głowę, by powiedzieć ojcu, że może go źle osądził, lecz stary człowiek już zniknął. Zszedł z mostu w ciemność.