Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008
– Ładnie wyglądasz – zauważył.
– Dziękuję – odparła. – Czuję się paskudnie. Odebrali mi sprawę Grahame’a Coatsa. Teraz chodzi o morderstwo. Pewnie miałam szczęście, że pracowałam nad nią tak długo.
– Spójrz na to tak – odparł radośnie. – Gdybyś nie uczestniczyła w śledztwie, nie miałabyś przyjemności mnie aresztować.
– Fakt. – Miała w sobie dość przyzwoitości, by odwrócić wzrok.
– Znaleźliście jakieś tropy?
– Nawet gdybyśmy znaleźli, nie mogłabym o nich mówić. – Kelner przytoczył do ich stolika niewielki wózek i Daisy wybrała kilka potraw. – Istnieje teoria, że wyskoczył z promu płynącego przez Kanał. To był ostatni zakup na jego karcie kredytowej: bilet powrotny do Dieppe.
– Myślisz, że to prawdopodobne?
Chwyciła pałeczkami pierożek i wsunęła go do ust.
– Nie – odparła. – Osobiście przypuszczam, że wyjechał do jakiegoś kraju, z którym nie mamy umowy o ekstradycję. Pewnie do Brazylii. Zabójstwo Maeve Livingstone mogło wyniknąć niespodziewanie, ale wszystko inne przygotował bardzo starannie. Stworzył cały sprawny system. Pieniądze wpływały na rachunki klientów, Grahame pobierał z nich swoje piętnaście procent, a potem, po cichu, kasował część pozostałej sumy. Mnóstwo czeków z zagranicy w ogóle nie trafiało do banków klientów. Zdumiewające, jak długo udawało mu się uniknąć wykrycia.
Gruby Charlie przeżuł kulkę ryżową z czymś słodkim w środku.
– Myślę, że ty wiesz gdzie on jest.
Daisy zamarła z pierożkiem w ustach.
– To, jak powiedziałaś, że wyjechał do Brazylii. Jakbyś wiedziała, że go tam nie ma.
– To już sprawa policji – oznajmiła. – I obawiam się, że nie mogę odpowiedzieć. Jak się miewa twój brat?
– Nie wiem, chyba wyjechał. Gdy wróciłem do domu, jego pokoju już tam nie było.
– Jego pokoju?
– Jego rzeczy. Zabrał swoje rzeczy. Od tego czasu go nie widziałem. – Gruby Charlie pociągnął łyk herbaty jaśminowej. – Mam nadzieję, że nic mu nie jest.
– A co mogłoby mu być?
– Cierpi na tę samą fobię, co ja.
– Strach przed ptakami? Jasne. – Daisy ze współczującą miną pokiwała głową. – A co tam u twojej narzeczonej i przyszłej teściowej?
– Uhm, nie sądzę, by te określenia były wciąż aktualne.
– Ach.
– Wyjechały.
– Z powodu twojego aresztowania?
– O ile wiem, to nie.
Spojrzała na niego.
– Przykro mi.
– No cóż – mruknął. – W tej chwili nie mam pracy, nie mam życia prywatnego, a głównie dzięki waszym staraniom sąsiedzi wierzą święcie, że jestem bandziorem. Niektórzy zaczęli przechodzić na drugą stronę ulicy, by mnie uniknąć. Z drugiej strony mój kioskarz chce, bym dał nauczkę facetowi, z którym zaciążyła jego córka.
– Co mu powiedziałeś?
– Prawdę, ale chyba mi nie uwierzył. Wręczył mi torebkę chipsów serowo-cebulowych i opakowanie miętówek i powiedział, że dostanę ich więcej, gdy załatwię sprawę.
– To minie.
Gruby Charlie westchnął.
– Czuję się okropnie.
– Mimo wszystko – odparła – to jeszcze nie koniec świata.
Podzielili rachunek po połowie. Kelner wręczył im wraz z resztą dwa ciasteczka szczęścia.
– Co mówi twoje? – spytał Gruby Charlie.
– Wytrwałość się opłaci – przeczytała. – A twoje?
– Dokładnie to samo – rzekł. – Poczciwa, stara wytrwałość.
Zgniótł karteczkę w kulkę wielkości groszku i schował do kieszeni.
Odprowadził ją do stacji metra przy Leicester Square.
– To chyba twój szczęśliwy dzień? – zagadnęła Daisy.
– Dlaczego?
– Nie widać ptaków.
I gdy to powiedziała, Gruby Charlie uświadomił sobie, że to prawda. Wokół nie dostrzegał żadnych gołębi ani szpaków, ani nawet wróbli.
– Ale przecież na Leicester Square zawsze są ptaki.
– Nie dziś – odparła. – Może są czymś zajęte?
Zatrzymali się przy stacji i przez jedną niemądrą chwilę Gruby
Charlie odniósł wrażenie, że Daisy pocałuje go na pożegnanie. Nie zrobiła tego. Po prostu się uśmiechnęła i powiedziała: ,A niech mnie”. On pomachał jej niepewnym gestem, który mógł zostać zinterpretowany jako machnięcie albo równie dobrze jako zwykły tik. A potem zeszła po schodach i zniknęła mu z oczu.
Gruby Charlie przeciął z powrotem Leicester Square, kierując się w stronę Picadilly Circus.
Wyciągnął z kieszeni karteczkę z ciasteczka szczęścia i rozwinął. Spotkajmy się obok Erosa, przeczytał jeszcze raz. Obok liter widniał pośpiesznie nakreślony rysunek czegoś, co przypominało dużą gwiazdkę i mogło symbolizować pająka.
Po drodze rozglądał się po niebie i budynkach, nie dostrzegł jednak żadnych ptaków. Dziwne, w Londynie zawsze roiło się od ptaków. Wszędzie zawsze roiło się od ptaków.
Spider siedział pod pomnikiem, czytając „News Of The World”. Gdy Gruby Charlie się zbliżył, jego brat uniósł wzrok.
– Wiesz, że tak naprawdę to nie jest Eros? – zagadnął Gruby Charlie. – To posąg Chrześcijańskiego Miłosierdzia.
– Czemu więc jest nagi i trzyma w rękach łuk i strzałę? Według mnie nie wygląda to szczególnie chrześcijańsko ani miłosiernie.
– Po prostu powtarzam to, co czytałem. Gdzie się podziewałeś? Martwiłem się o ciebie.
– Nic mi nie jest. Po prostu unikałem ptaków i próbowałem połapać się w tym wszystkim.
– Zauważyłeś, że dziś nie widać tu żadnych ptaków? – spytał Gruby Charlie.
– Zauważyłem i sam nie wiem, co o tym myśleć. Ale zastanawiałem się i wiesz co? – dodał Spider. – W całej tej sprawie jest coś poważnie nie tak.
– Choćby wszystko – uzupełnił Gruby Charlie.
– Nie, jest coś nie tak z tym, że Kobieta Ptak próbuje nas zranić.
– Jasne. To złe, bardzo, bardzo, bardzo złe. Sam chcesz jej powiedzieć, czy ja mam to zrobić?
– Nie w tym sensie. Chodzi mi o to, że… Sam się zastanów. Nieważne co nakręcił Hitchcock, ptaki to nie najlepsze narzędzie, by kogoś zranić. Dla owadów są skrzydlatą śmiercią, ale atakowanie ludzi niespecjalnie im wychodzi. Miliony lat doświadczeń dowodzą, że zwykle to raczej ludzie jedzą ptaki. Instynkt nakazuje im zostawić nas w spokoju.
– Nie wszystkim – zaoponował Gruby Charlie. – Nie sępom. Ani krukom. Ale one zjawiają się tylko na polu bitwy, już po walce, i czekają aż umrzemy.
– Co takiego?
– Powiedziałem: oprócz sępów i kruków. Nie miałem na myśli nic złego.
– Nie. – Spider próbował się skupić. – Uciekło mi. Twoje słowa z czymś mi się skojarzyły, już prawie to miałem. Posłuchaj, skontaktowałeś się z panią Dunwiddy?
– Dzwoniłem do pani Higgler. Nie złapałem jej.
– To złóż im wizytę.
– Łatwo ci mówić, ale ja jestem już spłukany. Bez grosza przy duszy. Bez kasy. Nie mogę latać tam i z powrotem przez Atlantyk, nie mam już nawet pracy i…
Spider sięgnął do kieszeni czarno-czerwonej kurtki i wyciągnął portfel. Wyjął z niego plik banknotów z najróżniejszych krajów i wetknął do ręki Grubemu Charliemu.
– Proszę, to powinno wystarczyć na lot tam i z powrotem. Po prostu zdobądź to pióro.
– Posłuchaj – powiedział Gruby Charlie. – Czy przyszło ci do głowy, że może jednak tato wcale nie umarł?
– Co takiego?
– Tak tylko pomyślałem. Może to wszystko to jeden z jego dowcipów? Przypomina trochę jego kawały. Nie sądzisz?
– No nie wiem – odparł Spider. – Możliwe.
– Ja jestem tego pewien. To pierwsza rzecz, którą zrobię. Wybiorę się na jego grób i…
Nie dodał nic więcej, bo w tym momencie pojawiły się ptaki.
Były to miejskie ptaki: wróble i szpaki, gołębie i wrony, tysiące tysięcy ptaków. W locie falowały i krążyły wokół siebie niczym gobelin, tworząc ścianę zbliżającą się ku Grubemu Charliemu i Spiderowi z głębi Regent Street. Pierzasta falanga, wysoka niczym drapacz chmur, idealnie płaska, całkowicie nieprawdopodobna, bezlitosna w swym trzepocie i falowaniu; Gruby Charlie zobaczył ją, ale nie potrafił ogarnąć umysłem. Jej obraz w głowie nieustannie falował, przesuwał się, malał. Patrzył na nią i próbował zrozumieć co właściwie widzi.
Spider pociągnął go za łokieć.
– Uciekaj! – krzyknął.
Gruby Charlie odwrócił się, by uciec. Spider tymczasem metodycznie składał swą gazetę, położył ją na koszu.
– Ty też uciekaj!
– To coś ciebie nie chce. Jeszcze nie teraz. – Spider uśmiechnął się szeroko. Był to uśmiech, który w swoim czasie przekonał więcej ludzi, niż potrafisz sobie wyobrazić, by zrobili coś, czego nie chcą, i Gruby Charlie naprawdę zapragnął uciec. – Znajdź pióro. Znajdź też tatę, jeśli naprawdę sądzisz, że wciąż żyje. Znikaj stąd!
Gruby Charlie zniknął.
Ściana ptaków poruszyła się i uległa przemianie. Teraz stała się wirem ptaków kierującym się prosto na posąg Erosa i siedzącego pod nim człowieka. Gruby Charlie wbiegł w bramę; stamtąd patrzył, jak podstawa czarnego tornada uderza w Spidera. Wydało mu się, że wśród ogłuszającego łopotu skrzydeł słyszy krzyk swojego brata. Może faktycznie go usłyszał.
A potem ptaki się rozproszyły. Ulica była pusta. Wiatr pędził po szarym chodniku garstkę piór.
Gruby Charlie stał tam i patrzył ze zgrozą. Jeśli nawet ktoś z przechodniów zauważył, co się stało, nie zareagował. Z jakiegoś powodu Gruby Charlie był jednak pewien, że nikt tego nie widział prócz niego.
Pod posągiem, tuż obok miejsca, w którym siedział jego brat, stała kobieta. Jej obszarpany brązowy płaszcz łopotał na wietrze. Gruby Charlie podszedł do niej.
– Posłuchaj – rzekł. – Kiedy powiedziałem, żebyś zmusiła go do odejścia, chodziło mi wyłącznie o moje życie. Nie o to, co z nim zrobiłaś.
Spojrzała mu w twarz; milczała. W oczach niektórych drapieżnych ptaków można dostrzec obłęd, groźne napięcie, które potrafi wzbudzić lęk w sercu człowieka. Gruby Charlie starał się zwalczyć ów lęk.
– Popełniłem błąd – dodał. – Chętnie za niego zapłacę. Weź mnie zamiast niego. Sprowadź go z powrotem.
Wciąż na niego patrzyła.
– Nie obawiaj się, twoja kolej także nadejdzie, dziecko Compe Anansiego – powiedziała w końcu. – W swoim czasie.
– Po co ci on?
– Po nic – odparła. – Czemu miałabym go potrzebować? Byłam coś winna komuś innemu. Teraz oddam go i spłacę swój dług.
Gazeta zaszeleściła. Gruby Charlie został sam.
Gruby Charlie spojrzał na grób ojca.
– Jesteś sam? – spytał głośno. – Jeśli tak, to wyjdź, muszę z tobą pomówić.
Podszedł do nagrobka z samotnym kwiatem, spojrzał w dół. Nie był pewien, czego się spodziewa – może ręki przebijającej ziemię i chwytającej go za nogę? Ale nic takiego się nie zdarzyło.
A taki był pewien.
Gruby Charlie przeszedł z powrotem przez Ogród Spoczynku. Czuł się okropnie głupio, niczym uczestnik teleturnieju, który właśnie postawił milion dolarów na to, że Missisipi jest dłuższa niż Amazonka. Powinien był wiedzieć; jego ojciec był martwy jak głaz, a on zmarnował pieniądze Spidera na pościg za złudzeniami. Usiadł na ziemi obok wiatraczków Krainy Dzieci i zapłakał. Gnijące zabawki wyglądały jeszcze smutniej i bardziej samotnie, niż je zapamiętał.
Czekała na niego na parkingu, oparta o swój samochód. Paliła papierosa. Sprawiała wrażenie niespokojnej.
– Witam, pani Bustamonte – powiedział Gruby Charlie.
Zaciągnęła się po raz ostatni, po czym rzuciła niedopałek na asfalt i rozdeptała. Miała na sobie czarny strój, wyglądała na zmęczoną.
– Witaj, Charles.
– Jeśli już kogoś się tu spodziewałem, to pani Higgler. Albo pani Dunwiddy.
– Callyanne wyjechała. Pani Dunwiddy mnie przysyła. Chce się z tobą widzieć.
Zupełnie jak mafia, pomyślał Gruby Charlie. Mafia po menopauzie.
– Chce mi złożyć propozycję nie do odrzucenia?
– Wątpię. Nie czuje się najlepiej.
– Ach.
Wsiadł do wynajętego samochodu i ruszył za toyotą camry pani Bustamonte ulicami Florydy. Był tak pewien co do ojca, pewien, że znajdzie go żywego, że ojciec pomoże…
Zaparkowali przed domem pani Dunwiddy. Gruby Charlie zerknął do ogródka, zmierzył wzrokiem wyblakłe plastikowe flamingi, krasnale i czerwoną, lustrzaną kulę tkwiącą na niewielkiej betonowej kolumience niczym olbrzymia bombka choinkowa. Podszedł do kuli, takiej samej jak ta, którą stłukł w dzieciństwie, i ujrzał spoglądające na niego własne zniekształcone odbicie.
– Do czego to służy? – spytał.
– Do niczego. Po prostu jej się podoba.
W domu wisiał w powietrzu ciężki, słodki zapach fiołków. Ciotka Grubego Charliego Alanna trzymała zawsze w torebce paczkę dropsów fiołkowych i nawet jako pulchny, uwielbiający słodycze dzieciak Gruby Charlie jadł je tylko wtedy, jeśli nie było nic innego. Dom pani Dunwiddy pachniał dokładnie tak, jak smakowały owe dropsy. Od dwudziestu lat Gruby Charlie nie myślał o dropsach fiołkowych; zastanawiał się, czy wciąż jeszcze je produkują i po co w ogóle ktokolwiek zaczął je produkować.
– Jest na końcu korytarza. – oznajmiła pani Bustamonte, zatrzymując się i wskazując ręką.
Gruby Charlie wszedł do sypialni pani Dunwiddy.
Łóżko nie było zbyt wielkie, lecz leżąca w nim pani Dunwiddy przypominała dużą lalkę. Na nosie miała okulary, a nad nimi coś, co, jak pojął Gruby Charlie, było pierwszym oglądanym przez niego nocnym czepkiem, pożółkłym, pikowanym ustrojstwem wykończonym koronką. Głowę opierała na całej stercie poduszek, usta miała otwarte i gdy wszedł, pochrapywała cicho.
Zakasłał.
Pani Dunwiddy gwałtownie uniosła głowę, otworzyła oczy i spojrzała na niego. Pokazała palcem nocny stolik obok łóżka. Gruby Charlie wziął z niego szklankę wody i podał jej. Ujęła szklankę w obie dłonie niczym wiewiórka trzymająca orzeszek, pociągnęła długi łyk i oddała mu.
– Okropnie zaschło mi w ustach. Wiesz, ile mam lat?
– Uhm. – Uznał, że żadna odpowiedź nie zabrzmi tu dobrze. – Nie.
– Sto cztery.
– Zdumiewające. Jest pani w świetnej formie. To znaczy, to prawdziwy cud.
– Zamknij jadaczkę, Gruby Charlie.
– Przepraszam.
– I nie mów przepraszam, jak psiak skarcony za to, że nabrudził w kuchni. Unieś głowę, patrz światu prosto w oczy. Słyszysz mnie?
– Tak, przepraszam. To znaczy, tak.
Westchnęła.
– Chcą mnie zabrać do szpitala. Mówię im, że kiedy ma się sto cztery lata, człowiek zasłużył sobie na prawo do śmierci we własnym łóżku. Dawno, dawno temu robiłam w tym łóżku dzieci, a potem rodziłam je w tym łóżku. I niech mnie diabli, jeśli zgodzę się umrzeć gdziekolwiek indziej. I jeszcze jedno… – Umilkła, zamknęła oczy i odetchnęła – powoli, głęboko. W chwili, gdy Gruby Charlie uznał, że znów zasnęła, jej powieki uniosły się. – Gruby Charlie, jeśli ktoś kiedyś cię spyta, czy chciałbyś dożyć stu czterech lat, powiedz nie. Wszystko człowieka boli, wszystko. Bolą mnie miejsca, których inni jeszcze nawet nie odkryli.
– Zapamiętam to sobie.
– Nie rezonuj mi tu.
Gruby Charlie spojrzał na drobną staruszkę leżącą w białym drewnianym łożu.
– Czy mam powiedzieć przepraszam? – spytał.
Pani Dunwiddy z miną winowajczyni odwróciła wzrok.
– Źle cię potraktowałam – oznajmiła. – Dawno, dawno temu źle cię potraktowałam.
– Wiem – odparł Gruby Charlie.
Pani Dunwiddy może i umierała, ale mimo to obdarzyła Grubego Charliego spojrzeniem z rodzaju tych, które sprawiają, że dzieci poniżej lat pięciu zaczynają wrzeszczeć, wzywając mamę.
– Co to znaczy, że wiesz?
– Domyśliłem się – wyjaśnił Gruby Charlie. – Pewnie nie wszystkiego, ale części na pewno. Nie jestem głupi.
Staruszka przyjrzała mu się chłodno przez grube soczewki okularów.
– Nie, nie jesteś. To akurat prawda.
Wyciągnęła sękatą rękę.
– Oddaj mi wodę. Tak lepiej. – Sączyła wodę, zanurzając w niej mały, fioletowy język. – Dobrze, że zjawiłeś się dzisiaj. Jutro w całym domu zaroi się od zrozpaczonych wnuków i prawnuków próbujących mnie namówić, żebym umarła w szpitalu, podlizujących się w nadziei, że coś im zostawię. Oni mnie nie znają. Przeżyłam wszystkie moje dzieci, co do jednego.
– Opowie mi pani o tym, co złego mi zrobiła?
– Nie powinieneś był stłuc mojej lustrzanej ogrodowej kuli.
– Na pewno.
I wówczas przeszłość powróciła, tak jak powracają zdarzenia z dzieciństwa – częściowo jako wspomnienia, częściowo jako wspomnienia wspomnień: pobiegł za piłką tenisową na podwórko pani Dunwiddy, a gdy już się tam znalazł, eksperymentalnie uniósł lustrzaną kulę, by się w niej przejrzeć. Ujrzał swoje odbicie, zniekształcone i powiększone, a potem poczuł, jak kula spada na kamienną ścieżkę i na jego oczach roztrzaskuje się na tysiąc maleńkich, szklanych odłamków. Pamiętał silne, starcze palce chwytające go za ucho i ciągnące z dworu do domu…
– Odprawiła pani Spidera – rzekł. – Prawda?
Jej szczęki zacisnęły się jak u mechanicznego buldoga. Skinęła głową.
– Rzuciłam czar przegnania – oznajmiła. – Nie chciałam, żeby tak wyszedł. W tamtych czasach każdy znał choćby odrobinę magii. Nie mieliśmy tych wszystkich DVD, telefonów komórkowych i mikrofalówek, ale i tak wiedzieliśmy swoje. Chciałam tylko dać ci nauczkę. Byłeś taki pewny siebie, psotliwy, wyszczekany, niegrzeczny. Wyciągnęłam więc z ciebie Spidera, żeby dać ci nauczkę.
Gruby Charlie usłyszał słowa, ale ich nie zrozumiał.
– Wyciągnęła go pani?
– Odłączyłam go od ciebie: całą złośliwość, całą psotliwość, wszystkie podstępy. To wszystko. – Westchnęła. – Mój błąd. Nikt mnie nie uprzedził, że jeśli używa się magii w pobliżu ludzi takich, jak ród twojego taty, wszystko staje się potężniejsze. I większe. – Kolejny łyk wody. – Twoja matka nigdy w to nie wierzyła, nie do końca. Ale ten Spider jest gorszy od ciebie. Twój ojciec nigdy nie wspominał o tym ani słowem, aż do dnia gdy go przegoniłam. Nawet wtedy rzekł tylko, że jeśli nie zdołasz tego naprawić, to nie jesteś jego synem.
Chciał się z nią kłócić, powiedzieć, że to wszystko bzdury, że Spider nie jest jego częścią, tak jak on, Gruby Charlie, nie jest częścią morza czy ciemności. Zamiast tego spytał:
– Gdzie jest pióro?
– O jakim piórze mówisz?
– Kiedy wróciłem z tamtego miejsca. Miejsca na skałach wśród jaskiń. Miałem w ręku pióro. Co pani z nim zrobiła?
– Nie pamiętam – odparła. – Jestem już stara, mam sto cztery lata.
– Gdzie ono jest? – naciskał Gruby Charlie.
– Zapomniałam.
– Proszę mi powiedzieć.
– Nie mam go.
– A kto ma?
– Callyanne.
– Pani Higgler?
Pochyliła się ku niemu.
– Pozostałe dwie – rzekła konfidencjonalnym tonem – to jeszcze dziewczyny. Trzpiotki.
– Przed przylotem tutaj dzwoniłem do pani Higgler, a zanim wybrałem się na cmentarz, zatrzymałem się przy jej domu. Pani Bustamonte mówi, że wyjechała.
Pani Dunwiddy poruszyła się lekko w swym łóżku, jakby chciała się ukołysać do snu.
– Nie pożyję już zbyt długo. Po twoim ostatnim wyjeździe przestałam jeść stały pokarm. Skończyłam. Tylko wodę. Niektóre kobiety mówią, że kochały twojego ojca, ale ja znałam go na długo przed nimi. W czasach, gdy jeszcze byłam ładna, zabierał mnie na tańce. Mógł mnie podnieść i obrócić w powietrzu. Już wtedy był stary, ale umiał sprawić, by dziewczyna poczuła się jak królowa. Zapominała… – Urwała i napiła się wody. Trzęsły się jej ręce. Gruby Charlie zabrał pustą szklankę. – Sto cztery lata – rzekła. – I ani dnia w łóżku oprócz połogu. A teraz to już koniec.
– Z pewnością dożyje pani sto piątych urodzin – rzekł niezbyt przekonująco Gruby Charlie.
– Nie waż się! – Spojrzała na niego niespokojnie. – Nie waż się tego mówić. Twoja rodzina i tak już dość biedy napytała. Niczego nie zmieniaj.
– Nie jestem taki jak mój tato – zaprotestował. – Nie mam w sobie magii. To wszystko odziedziczył Spider. Pamięta pani?
Pani Dunwiddy nie słuchała go.
– Gdy chodziliśmy na tańce przed drugą wojną, twój tato rozmawiał z szefami zespołów i wiele razy zapraszali go, żeby z nimi zaśpiewał. Wszyscy ludzie śmiali się i klaskali. W ten sposób zmieniał różne rzeczy, śpiewając.
– Gdzie jest pani Higgler?
– Wróciła do domu.
– Jej dom jest pusty. Nie ma samochodu.
– Wróciła do domu.
– Uhm, chce pani powiedzieć, że umarła?
Stara kobieta w białej pościeli zaczęła rzęzić i chwytać powietrze; najwyraźniej nie była już w stanie mówić. Wezwała go gestem.
– Mam sprowadzić pomoc? – spytał Gruby Charlie. Skinęła głową, nadal krztusząc się i dusząc. Ruszył szybko na poszukiwanie pani Bustamonte. Siedziała w kuchni, oglądając w bardzo małym przenośnym telewizorku program Ophrah Winfrey.
– Chce, żeby pani przyszła – oznajmił.
Pani Bustamonte wyszła. Po chwili wróciła, niosąc pusty dzbanek po wodzie.
– Co takiego powiedziałeś, że doprowadziłeś ją do tego stanu?
– Miała jakiś atak czy co?
Pani Bustamonte spojrzała na niego dziwnie.
– Nie, Charles, ona się z ciebie śmiała. Mówi, że przy tobie czuje się lepiej.
– Ach. Wspomniała, że pani Higgler wróciła do domu. Spytałem, czy to znaczy, że umarła?
Wówczas pani Bustamonte uśmiechnęła się.
– Saint Andrews – odparła. – Callyanne wyjechała na Saint Andrews.
Napełniła dzbanek nad zlewem.
– Kiedy to wszystko się zaczęło, sądziłem, że muszę walczyć ze Spiderem, a wy cztery jesteście po mojej stronie. A teraz Spider został porwany, a ja walczę z waszą czwórką.
Stara kobieta zakręciła wodę i popatrzyła na niego niechętnie.
– Nikomu już nie wierzę – dodał Gruby Charlie. – Pani Dunwiddy pewnie udaje chorobę. Zapewne gdy tylko wyjdę, wyskoczy z łóżka i zatańczy w sypialni charlestona.
– Ona nie je. Mówi, że jedzenie sprawia, że czuje się źle w środku. Odmawia zjedzenia i wypicia czegokolwiek poza wodą.
– Dokąd na Saint Andrews pojechała? – spytał Gruby Charlie.
– Idź już sobie – odparła pani Bustamonte. – Twoja rodzina dość wszystkim zaszkodziła.
Gruby Charlie spojrzał na nią tak, jakby zamierzał coś powiedzieć, zmienił jednak zdanie i wyszedł bez słowa.
Pani Bustamonte zaniosła dzbanek z wodą pani Dunwiddy, leżącej spokojnie w łóżku.
– Syn Nancy nas nienawidzi – oznajmiła. – Co właściwie mu powiedziałaś?
Pani Dunwiddy milczała. Pani Bustamonte nasłuchiwała przez chwilę, a gdy upewniła się, że staruszka wciąż oddycha, zdjęła z jej nosa grube okulary, położyła obok łóżka i naciągnęła pani Dunwiddy kołdrę na ramiona.
Potem zaczęła po prostu czekać, aż nadejdzie koniec.
* * *
Gruby Charlie jechał, niepewny co zamierza dalej. Po raz trzeci w ciągu dwóch tygodni przeleciał przez Atlantyk, a pieniądze, które dał mu Spider, już się kończyły. Siedział w samochodzie, a że był sam, nucił.
Mijając skupisko kilku jamajskich restauracji, dostrzegł napis na jednej z wystaw: OBNIŻKA CEN LOTÓW NA WYSPY. Zatrzymał się i wszedł do środka.
– Biuro turystyczne Al pomoże panu rozwiązać wszystkie problemy podróżne – oznajmił agent cichym, przepraszającym tonem, którym zazwyczaj posługują się lekarze, gdy informują ludzi, że będą musieli amputować chorą kończynę.
– Eee. Tak. Dzięki. Eee. Jak najtaniej można się dostać na Saint Andrews?
– Wybiera się pan na wakacje?
– Nie do końca. Po prostu chcę tam zajrzeć na jeden dzień. No, może dwa.
– Kiedy wylot?
– Dziś po południu.
– Zakładam, że żartuje pan sobie ze mnie.
– Ależ nie.
Ponure spojrzenie na monitor komputera. Stukot klawiatury.
– Wygląda na to, że nie ma nic tańszego niż tysiąc dwieście dolarów.
– Ach. Ach tak. – Gruby Charlie zgarbił się. Następna seria klików. Mężczyzna pociągnął nosem.
– Niemożliwe. – Apo chwili: – Momencik. – Krótki telefon. – Czy ta taryfa wciąż obowiązuje? – Zapisał kilka liczb na kartce z notatnika i spojrzał na Grubego Charliego. – Jeśli pojedzie pan na tydzień i zatrzyma się w hotelu „Delfin”, mogę panu sprzedać tygodniowe wakacje za pięćset dolarów. Koszt obejmuje posiłki w hotelu. Co do lotu, pokrywa pan tylko opłaty lotniskowe.
Gruby Charlie zamrugał.
– Jaki jest haczyk?
– To promocja turystyki na wyspach. Ma coś wspólnego z festiwalem muzycznym. Nie sądziłem, że jeszcze trwa, ale wie pan, dostajemy to, za co zapłaciliśmy. Jeśli będzie pan chciał jadać gdzie indziej, to się wiąże z kosztami.
Gruby Charlie wręczył agentowi pięć wymiętych studolarówek.
* * *
Daisy zaczynała się czuć jak gliniarz występujący wyłącznie w filmach: twardy, zgorzkniały i gotów zagrać na nosie całemu systemowi. Gliniarz, który chce wiedzieć, czy czujesz się szczęściarzem, czy chcesz mu ubarwić dzień; który powtarza, że jest już za stary na to wszystko. Miała dwadzieścia sześć lat i ogromną ochotę poinformować ludzi, że jest już za stara na to wszystko. I owszem, była świadoma jak idiotycznie to brzmi. Piękne dzięki.
W tej chwili stała w gabinecie detektywa superintendenta Camberwella i mówiła:
– Tak jest, Saint Andrews.
– Byłem tam na wakacjach parę lat temu z przyszłą panią Camberwell. Urocza wyspa. Świetne ciastka rumowe.
– Wygląda na to, że to właśnie to miejsce. Zdjęcia z kamery z lotniska Gatwick bez wątpienia przedstawiają jego. Podróżuje pod nazwiskiem Bronstein. Roger Bronstein leci do Miami, przesiada się na lot do Saint Andrews.
– To na pewno on?
– Na pewno.
– No to załatwił nas bez mydła – rzekł Camberwell. – Nie mamy umowy o ekstradycję.
– Musi być coś, co da się zrobić.
– Mhm. Możemy zamrozić resztę jego rachunków, zlicytować majątek i zrobimy to. I to pomoże tak samo, jak rozpuszczalna parasolka na deszczu, bo z pewnością ma mnóstwo gotówki w miejscach, do których nie dotrzemy.
– Ale to oszustwo.
Superintendent spojrzał na nią, jakby nie był pewien, co właściwie widzi.
– My tu nie gramy w berka na podwórku. Gdyby tamci trzymali się reguł, graliby po naszej stronie. Jeśli wróci, aresztujemy go. – Zgniótł małego plastelinowego człowieczka w plastelino – wą kulkę i zaczął wałkować ją na blacie, przytrzymując między kciukiem i palcem wskazującym. – W dawnych czasach można było prosić o sanktuarium w kościele. Póki tkwiłaś w kościele, prawo nie mogło cię tknąć, nawet jeśli zabiłaś człowieka. Oczywiście nie mogłaś wówczas prowadzić ożywionego życia towarzyskiego. No i tak.
Spojrzał na nią, jakby oczekiwał, że wstanie i wyjdzie.
– On zabił Maeve Livingstone – przypomniała. – Przez wiele lat oszukiwał swoich klientów.
– I?
– Powinniśmy postawić go przed obliczem sprawiedliwości.
– Nie przejmuj się tak – poradził.
Za stara już jestem na to wszystko, pomyślała Daisy. Nie otwierała jednak ust, a słowa odbijały się echem w jej głowie.
– Nie przejmuj się tak – powtórzył. Zgniótł plastelinę w nieco krzywy sześcian, po czym z całych sił ścisnął w palcach. – Ja nie przejmuję się tak niczym. Pomyśl o tym, jakbyś kierowała ruchem. Grahame Coats to samochód, który zaparkował na podwójnej żółtej, ale odjechał, nim zdążyłaś wypisać mu mandat. Tak?
– Jasne – odparła Daisy. – Oczywiście, przepraszam.
– Świetnie.
Wróciła za swoje biurko, weszła na wewnętrzne strony policji w sieci i przez parę godzin rozważała wszystkie opcje. W końcu wróciła do domu. Caroll siedziała przed telewizorem, oglądając Coronation Street i zajadając kurczaka korma z mikrofalówki.
– Robię sobie przerwę – oznajmiła Daisy. – Jadę na wakacje.
– Nie masz już urlopu – przypomniała jej Caroll.
– Trudno – odparła Daisy. – Jestem już na to za stara.
– Och. Dokąd się wybierasz?
– Złapać pewnego przestępcę – wyjaśniła Daisy.
* * *
Gruby Charlie natychmiast polubił Caribbair. Może i byli międzynarodową linią lotniczą, ale przypominali raczej lokalnego przewoźnika autobusowego. Stewardesa mówiła mu „kochaniutki” i powiedziała, że może usiąść, gdzie dusza zapragnie.
Wyciągnął się na trzech siedzeniach i zasnął. W swoim śnie wędrował pod miedzianym niebem milczącego, nieruchomego świata. Szedł w stronę Ptaka, większego niż miasto, Ptaka o płonących oczach i rozdziawionym dziobie. Gruby Charlie wmaszerował wprost w ów dziób i w głąb gardła olbrzyma.
A potem, jak to bywa w snach, znalazł się w pomieszczeniu o ścianach pokrytych miękkimi piórami i oczami okrągłymi niczym wytrzeszczone oczy sów.
Pośrodku pomieszczenia czekał Spider. Rozciągnięte ręce i nogi oplatały łańcuchy zrobione z kości podobnych do kostek z kurzej szyi. Łańcuchy wybiegały z kątów pokoju, przytrzymując go niczym muchę w pajęczej sieci.
– A – rzekł Spider. – To ty.
– Tak – odparł Gruby Charlie w swoim śnie.
Kościane łańcuchy napięły się i wpiły w ciało Spidera. Gruby Charlie dostrzegł ból na jego twarzy.
– No tak – rzekł. – Chyba mogło być gorzej.
– Nie sądzę, żeby to był koniec – odparł jego brat. – Myślę, że ma co do mnie pewne plany. Co do nas obu. Po prostu nie wiem jeszcze, jakie.
– To tylko ptaki – przypomniał Gruby Charlie. – Nie mogą być aż tak złe.
– Słyszałeś kiedyś o Prometeuszu?
– Eee…
– Przekazał ludziom ogień, został ukarany przez bogów, przykuty do skały. Co dzień przylatywał do niego sęp i wyszarpywał mu wątrobę.
– I nie zabrakło mu jej?
– Codziennie odrastała, jak to u bogów.
Zapadła cisza. Dwaj bracia patrzyli na siebie.
– Jakoś to załatwię – oznajmił Gruby Charlie. – Naprawię to.
– Tak jak naprawiłeś resztę swojego życia? – Spider uśmiechnął się bez cienia rozbawienia.
– Przepraszam.
– Nie, to ja przepraszam. – Spider westchnął. – Posłuchaj, masz jakiś plan?
– Plan?
– Rozumiem, że to znaczy nie. Po prostu zrób to co trzeba. Wyciągnij mnie stąd.
– Czy ty jesteś w piekle?
– Nie wiem gdzie jestem. Jeśli gdziekolwiek, to w ptasim piekle. Musisz mnie stąd wyciągnąć.
– Jak?
– Jesteś przecież synem taty, prawda? I moim bratem. Wymyśl coś. Po prostu mnie stąd wydostań.
Gruby Charlie zbudził się, wstrząsany dreszczem. Stewardesa przyniosła mu kawę. Wypił z wdzięcznością. Teraz, gdy się obudził, nie miał ochoty więcej spać, zaczął zatem czytać magazyn Caribbair i uzyskał wiele użytecznych informacji na temat Saint Andrews.
Dowiedział się, że Saint Andrews nie jest najmniejszą z Wysp Karaibskich, ale jedną z tych, o których ludzie zapominają najczęściej. Odkryli ją Hiszpanie około roku 1500, była wówczas bezludnym wierzchołkiem wulkanu, tętniącym życiem i oczywiście porośniętym bujną roślinnością. Powiadano, że cokolwiek posadzi się na Saint Andrews, z pewnością wyrośnie.
Wyspa należała do Hiszpanów, potem do Brytyjczyków, potem do Holendrów, potem znów do Brytyjczyków, a potem na krótki czas, po uzyskaniu niepodległości w 1962, do majora F.E. Garretta, który przejął władzę, zerwał stosunki dyplomatyczne ze wszystkimi krajami prócz Albanii i Konga i rządził krajem żelazną ręką aż do swej pechowej śmierci po wypadnięciu z łóżka kilkanaście lat temu. Wypadł dość nieszczęśliwie, łamiąc sobie mnóstwo kości, mimo obecności w sypialni całego oddziału żołnierzy, którzy zeznali zgodnie, że próbowali bezskutecznie uratować majora Garretta przed upadkiem. Pomimo ich wysiłków major zmarł przed dotarciem do jedynego szpitala na wyspie. Od tego czasu Saint Andrews rządził łagodny, wybierany przez obywateli rząd i wyspa była przyjacielem wszystkich.
Na wyspie były całe mile piaszczystych plaż. Jej środek porastał niezwykle mały las deszczowy. Rosły na niej banany i trzcina cukrowa, szczyciła się też systemem bankowym zachęcającym do inwestycji zagranicznych i zamiejscowych lokat oraz absolutnym brakiem umów ekstradycyjnych ze wszystkimi państwami, prócz być może Konga i Albanii.
Jeśli Saint Andrews z czegoś słynęła, to ze swej kuchni. Mieszkańcy wyspy twierdzili, że smażyli pasemka z kurczaka wcześniej od Jamajczyków, przyrządzali curry z kozy wcześniej niż Trynidadczycy, smażyli latające ryby jeszcze przed Bajanami.
Na Saint Andrews leżały dwa miasta – Williamstown po wschodniej stronie wyspy i Newcastle po północnej. Na ulicznych targowiskach można było kupić wszystko co rośnie na wyspie. Kilka supermarketów oferowało dokładnie te same towary za dwukrotnie wyższą cenę. Saint Andrews zamierzało dorobić się kiedyś prawdziwego lotniska międzynarodowego.
Wśród mieszkańców panowały podzielone opinie na temat tego, czy głęboki port w Williamstown to coś dobrego, czy niekoniecznie. Niewątpliwie ściągał on na wyspę statki wycieczkowe, pływające wyspy pełne ludzi, którzy odmienili gospodarkę i naturę Saint Andrews, tak jak wielu innych karaibskich wysepek. W szczycie sezonu w zatoce Williamstown cumowało naraz do pół tuzina statków wycieczkowych. Tysiące ludzi czekały, by zejść na ląd, rozprostować kości i zrobić zakupy. A mieszkańcy Saint Andrews narzekali, marudzili, lecz witali gości z otwartymi ramionami, sprzedawali im różne rzeczy, karmili ich do wypęku i odsyłali z powrotem na statki.
Samolot Caribbair wylądował z szarpnięciem, które sprawiło, że Gruby Charlie upuścił magazyn. Wsunął go z powrotem do kieszeni na plecach fotela i zszedł po schodkach na asfalt.
Było późne popołudnie.
Gruby Charlie pojechał taksówką do swego hotelu. Podczas jazdy dowiedział się kilku rzeczy, o których nie wspominano w magazynie Caribbair. Na przykład, że muzyka, prawdziwa muzyka, właściwa muzyka na wyspie to country and western. Na Saint Andrews nawet rastamani zdawali sobie z tego sprawę. Johnny Cash był bogiem, Willie Nelson półbogiem.
Usłyszał też, że nie ma żadnych powodów, by ktokolwiek chciał opuszczać Saint Andrews. Taksówkarz długo się nad tym zastanawiał i sam nie widział absolutnie żadnych powodów. Na wyspie była jaskinia, góra i las deszczowy. Hotele? Dwadzieścia. Restauracje? Kilkadziesiąt. Było tam też duże miasto, trzy mniejsze i garść wiosek. Jedzenie? Wszystko tu rosło: pomarańcze, banany, gałka muszkatołowa.
– A nawet – dodał taksówkarz – limonki.
– Niemożliwe! – rzucił Gruby Charlie głównie po to, by wziąć udział w rozmowie.
Kierowca potraktował to jako wyzwanie rzucone jego prawdomówności. Gwałtownie nadepnął pedał hamulca, tak mocno, że samochodem zarzuciło i zjechał na pobocze. Taksówkarz wyskoczył z wozu, sięgnął ponad ogrodzeniem, zerwał coś z drzewa i wrócił.
– Spójrz pan – powiedział. – Nikt nie będzie mówił, że kłamię. Co to jest?
– Limonka? – spytał Gruby Charlie.
– Właśnie.
Taksówkarz z powrotem wjechał na drogę. Poinformował Grubego Charliego, że „Delfin” to znakomity hotel. Czy Gruby Charlie ma na wyspie rodzinę, znajomych?
– Prawdę mówiąc – odparł Gruby Charlie – szukam tu kogoś. Kobiety.
Taksówkarz uznał, że to wspaniały pomysł, bo Saint Andrews jest świetnym miejscem, jeśli chce się znaleźć kobietę. A to dlatego, że kobiety z Saint Andrews mają bujniejsze kształty niż kobiety z Jamajki i rzadziej łamią męskie serca niż Trynidadki. Do tego są piękniejsze niż kobiety z Dominikany i gotują lepiej niż jakiekolwiek inne na całej Ziemi. Jeśli Gruby Charlie naprawdę szuka kobiety, to przyjechał we właściwe miejsce.
– Nie chodzi mi o byle jaką kobietę, lecz jedną, szczególną – wyjaśnił Gruby Charlie.
Taksówkarz poinformował go, że to jego szczęśliwy dzień, bo on sam, taksówkarz, szczyci się tym, że zna każdego na całej wyspie. Jeśli spędza się gdzieś całe życie, dodał, to całkiem możliwe. Był gotów się założyć, że Gruby Charlie nie zna z widzenia wszystkich mieszkańców Anglii, i Gruby Charlie przyznał, iż tak jest w istocie.
– To przyjaciółka rodziny – powiedział. – Nazywa się pani Higgler. Callyanne Higgler. Słyszał pan o niej?
Taksówkarz przez chwilę milczał, najwyraźniej się zastanawiając. W końcu odparł, że nie, nigdy o niej nie słyszał. Po chwili zajechał przed hotel „Delfin” i Gruby Charlie mu zapłacił. Wszedł do środka. W recepcji siedziała młoda kobieta; pokazał jej paszport i numer rejestracji. Położył limonkę na ladzie.
– Ma pan jakiś bagaż?
– Nie – rzekł przepraszającym tonem Gruby Charlie.
– Nic?
– Nic, tylko tę limonkę.
Wypełnił kilka formularzy i otrzymał klucz oraz wskazówki jak znaleźć pokój.
Siedział właśnie w wannie, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Owinął się w pasie ręcznikiem. To był chłopiec na posyłki.
– Zostawił pan w recepcji limonkę – oznajmił i wręczył ją Grubemu Charliemu.
– Dzięki.
Gruby Charlie wrócił do wanny. Potem położył się do łóżka i osunął w otchłań nieprzyjemnych snów.
* * *
W swym domu na szczycie skał Grahame Coats także śnił niezwykłe sny, mroczne, niepokojące, choć nie do końca nieprzyjemne. Po przebudzeniu nie pamiętał ich dokładnie, lecz rankiem otwierał oczy z dziwnym wrażeniem, że w nocy polował na małe stworzenia wśród wysokich traw, mordował je uderzeniem łapy, rozszarpywał ciała zębami.
W snach jego zęby były narzędziem zniszczenia.
Budził się z tych snów niespokojny, lekko podładowany. Gotów na nowy dzień.
I nowy dzień zaczynał się każdego ranka. Zaledwie po tygodniu rozstania ze starym życiem Grahame Coats zaczynał doświadczać frustracji uciekiniera. Owszem, miał basen, a także drzewa kakaowe, grejpfruty i muszkatołowce. Miał pełną piwnicę na wino i pustą piwnicę na mięso oraz skomplikowany sprzęt grający. Miał telewizję satelitarną, dużą kolekcję DVD, nie mówiąc już o sztuce – dziełach sztuki, wartych tysiące dolarów i wiszących na wszystkich ścianach. Miał kucharkę, która zjawiała się każdego ranka i gotowała mu posiłki, gosposię i ogrodnika (małżeństwo, przychodzące co dzień na parę godzin). Jedzenie było świetne, klimat, jeśli ktoś lubi ciepłe, słoneczne dni, idealny – i nic z tego nie cieszyło Grahame’a Coatsa tak, jak według niego powinno. Od wyjazdu z Anglii nie golił się, nie zdołał jednak wyhodować brody, a zaledwie cieniutką warstwę rzadkiego zarostu, która nadaje mężczyznom podejrzany wygląd. Jego oczy tkwiły w oczodołach ciemnych jak u pandy, a worki pod nimi miał tak wyraźne, że przypominały sińce.
Co dzień pływał rano w basenie, poza tym jednak unikał słońca. Powtarzał sobie często, że nie po to, uciekając się do nielegalnych metod, zgromadził fortunę, by stracić ją z powodu raka skóry. Czy też czegokolwiek innego.
Za dużo myślał o Londynie. W Londynie w każdej z jego ulubionych restauracji czekał szef sali, który zwracał się do niego po nazwisku i pilnował, by niczego mu nie zabrakło. W Londynie żyli ludzie, którzy byli mu coś winni, i bez żadnych problemów zdobywał bilety na premiery. Nie mówiąc już o tym, że w Londynie były teatry, do których można było chodzić na premiery. Zawsze uważał, że będzie z niego świetny wygnaniec. Teraz zaczynał podejrzewać, że się mylił.
Ponieważ potrzebował kogoś, kogo mógłby obwiniać, doszedł do wniosku, że wszystko to jest winą Maeve Livingstone. To ona go podpuściła. Próbowała go okraść. Była intrygantką, dziwką i ladacznicą, zasłużyła na wszystko co ją spotkało. I tak potraktował ją łagodnie. Wyobraził sobie, że udziela wywiadu w telewizji, i usłyszał własny głos, głos zranionej niewinności, wyjaśniający, że bronił tylko swojego majątku i honoru przed niebezpieczną wariatką. Szczerze mówiąc, tylko cud sprawił, że zdołał ujść z tego z życiem…
Poza tym lubił być Grahame’em Coatsem. Teraz, jak zawsze na wyspie, stał się Basilem Finneganem, i to go wkurzało. Zupełnie nie czuł się jak Basil. Jego basilowatość stanowiła efekt ciężkiej pracy. Oryginalny Basil zmarł w niemowlęctwie; przyszedł na świat mniej więcej w tym samym czasie co Grahame. Wystarczyła kopia aktu urodzenia i list od nieistniejącego pastora, by Grahame zdobył paszport i nową tożsamość. Utrzymywał ją przy życiu – Basil miał znakomitą historię kredytową, Basil podróżował do egzotycznych krajów, Basil kupił luksusową posiadłość na Saint Andrews, nie oglądając jej nawet wcześniej. Lecz w umyśle Grahame’a Basil cały czas pracował dla niego, a teraz sługa stał się panem. Basil Finnegan pożarł go żywcem.
– Jeśli tu zostanę – powiedział Grahame Coats – oszaleję.
– Co pan mówił? – spytała gospodyni, zaglądając z miotełką w dłoni przez drzwi sypialni.
– Nic – odparł Grahame Coats.
– Coś jakby, że jeśli pan tu zostanie, oszaleje pan. Powinien pan pójść na spacer. Spacery są dobre dla zdrowia.
Grahame Coats nie chodził na spacery – miał ludzi, którzy robili to dla niego. Ale, pomyślał, być może Basil Finnegan lubi spacerować. Założył zatem kapelusz z szerokim rondem, zamienił sandały na wygodne buty, wziął komórkę, polecił ogrodnikowi, by odebrał go, gdy zadzwoni, i wyruszył z domu nad przepaścią w stronę najbliższego miasteczka.
Świat jest bardzo mały. Nie trzeba żyć na nim zbyt długo, by się o tym przekonać. Istnieje teoria, że na całym świecie żyje zaledwie pięćset prawdziwych osób (coś w rodzaju obsady; reszta ludzi na świecie, sugeruje teoria, to jedynie statyści), a co więcej, wszyscy ci ludzie się znają. I rzeczywiście to prawda, przynajmniej w pewnym sensie. W istocie świat tworzą tysiące tysięcy grup liczących po pięćset osób, które przez całe życie wpadają na siebie, próbują się unikać i nagle spotykają się zupełnie nieoczekiwanie w herbaciarni w Vancouver. Proces ten jest nieunikniony, to nie kwestia przypadku. Tak po prostu działa świat, nie przejmując się przyzwoitością i pragnieniami jednostek.
I tak Grahame Coats wmaszerował do niewielkiej kawiarenki przy drodze do Williamstown, zamierzając kupić sobie coś do picia i usiąść na chwilę, by zadzwonić po ogrodnika, który go stąd odbierze.
Zamówił fantę i siadł przy stoliku. Lokal był w zasadzie pusty; w najdalszym kącie dostrzegł tylko dwie kobiety, młodszą i starszą. Popijały kawę i wypisywały pocztówki.
Grahame Coats wyjrzał na zewnątrz na plażę po drugiej stronie drogi. To raj, pomyślał. Może powinien zaangażować się bardziej w miejscową politykę, zacząć sponsorować artystów? Przekazał już kilka sporych dotacji wyspiarskiej policji, a warto chyba dopilnować, by…
W tym momencie usłyszał dobiegający zza pleców pełen podniecenia głos, pytający z wahaniem.
– Pan Coats? – Serce zabiło mu gwałtownie. Obok niego usiadła młodsza z kobiet. Miała czarujący, ciepły uśmiech. – Zabawne, że tu pana spotykam – rzekła. – Też jest pan na wakacjach?
– Coś w tym guście. – Nie miał pojęcia co to za kobieta.
– Pamięta mnie pan, prawda? Rosie Noah. Kiedyś spotykałam się z Charliem Nancy. Tak?
– Witaj, Rosie. Tak, oczywiście.
– Jestem w rejsie, razem z mamą. Mama wciąż jeszcze pisze kartki do domu.
Grahame Coats obejrzał się przez ramię na tył małej kawiarenki i poczuł na sobie nieprzychylny wzrok czegoś przypominającego południowoamerykańską mumię w sukience w kwiaty.
– Szczerze mówiąc – ciągnęła Rosie – chyba nie jestem wielbicielką rejsów. Dziesięć dni pływania od wyspy do wyspy. Miło zobaczyć znajomą twarz, prawda?
– Absowicie – odparł Grahame Coats. – Czy mam założyć, że ty i Charles nie jesteście już, no wiesz, parą?
– Tak – odparła. – Chyba tak. To znaczy, nie jesteśmy.
Grahame Coats uśmiechnął się współczująco. Zabrał swoją fantę i wraz z Rosie podszedł do stolika w kącie. Matka Rosie promieniowała głęboką niechęcią, niczym stary, żelazny kaloryfer chłodem w letnim pomieszczeniu. Lecz Grahame Coats był niezwykle czarujący, usłużny i zgadzał się z nią we wszystkim.
Istotnie, to oburzające, na co pozwalają sobie w dzisiejszych czasach firmy wycieczkowe. Okropne, jak nieuważna stała się administracja statków. Szokujące, jak niewiele jest do roboty na wyspach. I bez cienia wątpliwości skandaliczne, na co muszą zgadzać się pasażerowie. Dziesięć dni bez wanny, w kabinie z jedynie maleńkim prysznicem? Skandal.
Matka Rosie opowiedziała mu o paru dość imponujących waśniach, do jakich zdołała doprowadzić z kilkoma amerykańskimi pasażerami. Z tego, co zrozumiał Grahame Coats, ich podstawową zbrodnią było nakładanie zbyt wielkich porcji na talerze przy szwedzkim stole na pokładzie „Ataku skikania” oraz opalanie się w miejscu na pokładzie rufowym, które matka Rosie już pierwszego dnia uznała za swoją wyłączną własność.
Grahame Coats przytakiwał i wydawał współczujące pomruki, a witriol spływał po nim do wtóru cmoknięć i chrząknięć, aż w końcu matka Rosie uznała, że tym razem może zapomnieć o niechęci do zarówno nieznajomych, jak i ludzi w jakikolwiek sposób powiązanych z Grubym Charliem, i gadała, gadała, gadała. Grahame Coats ledwo ją słuchał. Grahame Coats rozmyślał.
Byłoby wielce niefortunne, myślał, gdyby ktoś akurat teraz wrócił do Londynu i poinformował władze, że spotkał Grahame’a Coatsa na Saint Andrews. Któregoś dnia zostanie rozpoznany, to nieuniknione, ale może nieuniknione da się jakoś opóźnić.
– Pozwólcie – rzekł głośno – że zaproponuję rozwiązanie przynajmniej jednego problemu. Niedaleko stąd mam letni dom, całkiem ładny dom, przynajmniej według mnie. A jeśli jest w nim czegoś nadmiar, to właśnie wanien. Może odwiedzicie mnie i zażyjecie kąpieli?
– Nie, dziękuję – odparła Rosie.
Gdyby się zgodziła, można uznać za pewnik, iż jej matka przypomniałaby, że muszą wracać do portu w Williamstown, skąd nieco później łódź zabierze je na statek, a następnie upomniała Rosie, że przyjmuje podobne zaproszenia od kompletnie obcej osoby. Ale Rosie odmówiła.
– To niezwykle uprzejme z pańskiej strony – powiedziała jej matka. – Będzie nam bardzo miło.
Wkrótce potem przed kawiarnię zajechał czarnym mercedesem ogrodnik. Grahame Coats otworzył tylne drzwiczki przed Rosie i jej matką. Zapewnił, że absowicie dostarczą je do portu przed odpłynięciem ostatniej łodzi.
– Dokąd, panie Ferguson? – spytał ogrodnik.
– Do domu – rzekł.
– Panie Ferguson? – zdziwiła się Rosie.
– To stare nazwisko rodowe – wyjaśnił Grahame Coats z absolutnym przekonaniem: w końcu gdzieś musiała istnieć taka rodzina.
Zamknął drzwi i przeszedł na przód wozu.
* * *
Maeve Livingstone zabłądziła. A zaczęło się tak obiecująco: chciała wrócić do domu, do Pontefract. Coś zamigotało, zerwał się potężny wiatr i w jednym szarpnięciu ektoplazmy znalazła się na miejscu. Po raz ostatni przeszła się po domu, a potem wyszła na dwór, na jesienny deszcz. Zapragnęła odwiedzić siostrę w Rye i nim zdołała o tym pomyśleć, stała już w jej ogrodzie, patrząc, jak siostra wyprowadza na spacer spaniela.
Wydawało jej się to takie łatwe.
W tym momencie postanowiła, że chce zobaczyć Grahame’a Coatsa, i wtedy wszystko poszło nie tak. Przez moment znalazła się z powrotem w biurze przy Aldwych, potem w pustym domu w Purley, który pamiętała z niewielkiego przyjęcia, jakie Grahame Coats urządził dziesięć lat wcześniej, i…
I wtedy zabłądziła. A każda kolejna próba dotarcia gdziekolwiek tylko pogarszała sprawę.
Maeve Livingstone nie miała pojęcia, gdzie jest teraz. Wyglądało to jak jakiś ogród.
Krótka, gwałtowna ulewa zmoczyła wszystko prócz niej; teraz ziemia parowała i Maeve zrozumiała, że nie jest w Anglii. Zaczynało zmierzchać. Usiadła na ziemi i pociągnęła nosem.
Daj spokój, upomniała się w duchu. Maeve Livingstone, pozbieraj się dziewczyno. Lecz wkrótce pociąganie nosem zmieniło się w szlochanie.
– Może chusteczkę? – usłyszała czyjś głos.
Maeve uniosła głowę. Starszy dżentelmen w zielonym kapeluszu i z małym wąsikiem podsuwał jej chusteczkę. Pokiwała głową.
– Pewnie i tak zda się na nic. Nie zdołam jej dotknąć.
Uśmiechnął się współczująco i wręczył jej chustkę. Nie przeniknęła przez palce, toteż Maeve wydmuchnęła nos i otarła oczy.
– Dziękuję. Przepraszam za to. To dla mnie trochę za wiele.
– Bywa – odparł mężczyzna, mierząc ją uważnym spojrzenie. – Czym ty jesteś? Duppym?
– Nie – odparła. – Chyba nie. Co to jest duppy?
– Duch – wyjaśnił.
Cienki wąsik sprawiał, że przypominał Caba Callowaya albo może Dona Ameche, jedną z tych gwiazd, które się starzeją, lecz nie przestają być gwiazdami. Kimkolwiek był ów starszy mężczyzna, nadal pozostawał gwiazdą.
– Ach, no tak. Jasne. Owszem, jestem jednym z nich. Uhm. A pan?
– Mniej więcej. W każdym razie nie żyję.
– Och. Mogłabym spytać, gdzie jestem?
– Jesteśmy na Florydzie – odparł – na cmentarzu. Dobrze, że mnie znalazłaś. Wybierałem się właśnie na spacer. Pójdziesz ze mną?
– Nie powinien pan leżeć w grobie? – spytała z wahaniem.
– Nudziło mi się – wyjaśnił. – Pomyślałem, że przejdę się trochę i może złapię jakąś rybkę.
Zawahała się, ale w końcu skinęła głową. Dobrze było z kimś pogadać.
– Chcesz posłuchać historii? – spytał starszy mężczyzna.
– Niespecjalnie – przyznała.
Pomógł jej wstać i razem wyszli z Ogrodu Spoczynku.
– Nie ma sprawy. W takim razie będę się streszczał, żeby nie trwała zbyt długo. Mógłbym opowiedzieć jedną z historii, które ciągną się tygodniami. Wszystko sprowadza się do szczegółów, tego co uwzględniasz i co pomijasz. Jeśli wyrzucisz pogodę i ubrania ludzi, możesz wykreślić połowę historii. Kiedyś opowiadałem taką…
– Proszę posłuchać – wtrąciła. – Jeśli zamierza pan opowiedzieć historię, to proszę po prostu to zrobić, dobrze?
Wędrówka o zmierzchu poboczem drogi zupełnie jej nie zachwycała. Co prawda, przypomniała sobie, że przejeżdżający samochód nic jej nie zrobi, ale w żaden sposób nie poczuła się przez to pewniej.
Starszy mężczyzna zaczął mówić – cicho, rytmicznie.
– Musisz zrozumieć – rzekł – że gdy mówię Tygrys, nie chodzi tylko o pasiastego kota z Indii. Ludzie nazywają tak wszystkie wielkie koty – pumy, rysie, jaguary, wszystkie. Rozumiesz?
– Oczywiście.
– To dobrze. A zatem… Dawno, dawno temu – zaczął – Tygrys miał wszystkie historie. Wszystkie historie, jakie kiedykolwiek istniały, były historiami Tygrysa, wszystkie pieśni były pieśniami Tygrysa. Dodałbym też, że wszystkie żarty były żartami Tygrysa, ale w czasach Tygrysa nie opowiadano żadnych żartów. W historiach Tygrysa liczy się tylko to, jak silne masz zęby, jak polujesz i jak zabijasz. Nie ma w nich miejsca na łagodność, spryt, podstępy i spokój.
Maeve próbowała sobie wyobrazić, jakie historie mógłby opowiadać wielki kot.
– To znaczy, że były pełne przemocy?
– Czasami, ale w większości były po prostu złe. Czasy, kiedy wszystkie historie i pieśni należały do Tygrysa, były złe dla wszystkich. Ludzie przybierają kształty otaczających ich pieśni i historii, zwłaszcza jeśli nie mają własnych pieśni. A w czasach Tygrysa wszystkie pieśni były mroczne. Zaczynały się we łzach, kończyły we krwi, a ludzie z całego świata znali wyłącznie te opowieści. A potem zjawił się Anansi. Pewnie wiesz wszystko o Anansim.
– Raczej nie – wtrąciła Maeve.
– Cóż, gdybym zaczął ci dziś opowiadać, jak sprytny, przystojny, uroczy i przebiegły był Anansi, nie skończyłbym do przyszłego czwartku – oznajmił starszy mężczyzna.
– To nie zaczynaj – ucięła Maeve. – Uwierzę ci na słowo. I co zrobił ów Anansi?
– Anansi zdobył historie. Zdobył? Nie, zasłużył na nie. Odebrał je Tygrysowi i sprawił, że Tygrys nie może już wkraczać do świata rzeczywistego, nie w postaci cielesnej. Historie, które opowiadali ludzie, stały się historiami Anansiego. Działo się to dziesięć, nie, piętnaście tysięcy lat temu. Historie Anansiego są pełne dowcipu, sprytu i mądrości. Na całym świecie ludzie przestali myśleć wyłącznie o byciu myśliwym bądź ofiarą. Zaczęli używać rozumu do rozwiązania kłopotów, choć czasem rozum wpędzał ich w jeszcze większe kłopoty. Wciąż muszą napełniać brzuchy, ale teraz próbują wymyślić, jak to zrobić bez pracy – i dzięki temu ludzie zaczęli posługiwać się rozumem. Niektórzy twierdzą, że pierwsze narzędzia służyły jako broń, ale to nieprawda. Było zupełnie odwrotnie. Najpierw ludzie wymyślili narzędzia; to laska stała się pałką, nigdy odwrotnie. Bo teraz ludzie opowiadają historie Anansiego i myślą o tym, jak zakosztować pocałunków, jak dostać coś za nic dzięki sprytowi i dowcipowi. To wtedy zaczęli naprawdę tworzyć świat.
– To tylko ludowa bajka – zauważyła Maeve. – Ludzie sami stworzyli wszystkie opowieści.
– A czy to cokolwiek zmienia? – spytał stary mężczyzna. – Może Anansi to tylko postać z bajek wymyślona w Afryce, u zarania dziejów, przez chłopca o nodze dotkniętej czarną zgnilizną, wlokącego kulę w piachu i opowiadającego zabawne historyjki o człowieku ulepionym ze smoły? Czy to cokolwiek zmienia? Ludzie reagują na historie, sami je opowiadają. Historie rozprzestrzeniają się, a gdy ktoś je opowiada, zmieniają opowiadającego. I nagle lud, który dotąd myślał tylko o tym jak uciekać przed lwami i trzymać się dość daleko od rzeki, by krokodyle nie miały uczty, zaczyna marzyć o zupełnie nowym miejscu pod słońcem. Świat nadal jest ten sam, ale zmieniło się tło. Rozumiesz? Ludzie wciąż mają tę samą historię, tę, w której się rodzą, robią różne rzeczy i umierają. Lecz obecnie ta historia znaczy co innego niż przedtem.
– Twierdzisz zatem, że przed historiami o Anansim świat był złym i dzikim miejscem?
– Owszem, mniej więcej.
Maeve przetrawiła jego słowa.
– No to – rzekła radośnie – musimy się cieszyć, że teraz historie należą do Anansiego.
Stary mężczyzna przytaknął.
– A czy Tygrys nie chce ich odzyskać?
Ponownie skinął głową.
– Chce je odzyskać od dziesięciu tysięcy lat.
– Ale ich nie dostanie?
Mężczyzna nie odpowiedział. Spojrzał w dal, w końcu wzruszył ramionami.
– Źle by było, gdyby je dostał.
– A co z Anansim?
– Anansi nie żyje – oznajmił stary mężczyzna. – A duppy niewiele może zdziałać.
– Sama jestem duppy – oznajmiła – i nie spodobała mi się ta uwaga.
– Duppy nie mogą dotknąć żywych istot. Pamiętasz?
Przez chwilę zastanawiała się.
– Co zatem mogę dotknąć? – spytała w końcu.
Wyraz, który przemknął po twarzy starszego mężczyzny, był jednocześnie łobuzerski i chytry.
– No – odparł – mogłabyś dotknąć mnie.
– Musisz wiedzieć – oznajmiła z udawaną urazą – że jestem mężatką.
Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Był to słodki uśmiech, łagodny, jednocześnie ciepły i niebezpieczny.
– Ogólnie rzecz biorąc, tego rodzaju kontrakty trwają jedynie, dopóki śmierć nas nie rozłączy.
Maeve nie dała się przekonać.
– Chodzi o to – ciągnął – że jesteś niematerialna. Możesz dotykać wyłącznie rzeczy niematerialnych. Takich jak ja. Na przykład, gdybyś chciała, moglibyśmy wybrać się na tańce. Niedaleko stąd jest takie miejsce. Nikt nie zauważy pary duppych na parkiecie.
Maeve zastanowiła się. Od bardzo dawna nie była na tańcach.
– Dobrze tańczysz? – spytała.
– Nikt się nigdy nie skarżył – odparł starszy mężczyzna.
– Chcę znaleźć człowieka, żywego człowieka. Grahame’a Coatsa. Pomożesz mi?
– Z pewnością zdołam wskazać ci właściwy kierunek. To co, zatańczysz?
Na jej wargach zaigrał leciutki uśmiech.
– A prosisz?
Łańcuchy wiążące Spidera opadły; ból, ciągły, przeszywający niczym paskudny ból zęba, tyle że ogarniający całe ciało, zaczął słabnąć.
Spider postąpił krok naprzód.
Przed sobą ujrzał coś, co przypominało rozdarcie w niebie. Ruszył ku niemu.
W dali widział wyspę. Dostrzegał niewielką górę pośrodku wyspy, a także czyste, błękitne niebo, rozkołysane palmy, szybującą wysoko białą mewę. Lecz na jego oczach świat zaczął się cofać, zupełnie jakby oglądał go z niewłaściwej strony lunety. Wyspa malała, wymykała mu się i im szybciej ku niej biegł, tym stawała się odleglejsza.
W końcu zamieniła się w odbicie w kałuży wody, a potem zniknęła zupełnie.
Był w jaskini. Wszystkie krawędzie wydawały się bardzo ostre – ostrzejsze i wyraźniejsze niż gdziekolwiek indziej. To było zupełnie inne miejsce.
Stała w wylocie jaskini, między nim i otwartą przestrzenią. Znał ją, patrzyła mu w twarz w greckiej restauracji w południowym Londynie, a z jej ust wylatywały ptaki.
– Wiesz – rzekł Spider – muszę stwierdzić, że masz dość osobliwe pojęcie o gościnności. Gdybyś przybyła do mego świata, przyrządziłbym kolację, otworzył butelkę wina, włączył dyskretną muzykę, zapewnił ci niezapomniany wieczór.
Twarz miała obojętną, wyrzeźbioną z czarnej skały. Wiatr szarpał rąbek starego brązowego płaszcza. A potem odezwała się i jej głos zabrzmiał wysoko, samotnie, niczym krzyk odległej mewy.
– Zabrałam cię – oznajmiła. – Teraz go wezwiesz.
– Wezwę? Kogo?
– Będziesz beczał – powiedziała. – Będziesz jęczał. Twój strach go podnieci.
– Spider nie beczy – oznajmił, nie do końca pewien, czy to prawda.
Spojrzały na niego oczy, czarne i lśniące niczym kawałki obsydianu. Przypominały czarne dziury, nie wypuszczały niczego, nawet informacji.
– Jeśli mnie zabijesz – oznajmił Spider – spadnie na ciebie moja klątwa.
Zastanawiał się, czy faktycznie ma klątwę. Pewnie tak. A jeśli nawet nie, z pewnością zdołałby coś zaimprowizować.
– To nie ja cię zabiję.
Uniosła dłoń, tyle że nie była to dłoń, lecz szpon drapieżnego ptaka. Przejechała mu po twarzy i piersi; ostre pazury wbijały się w ciało, rozdzierały skórę.
Nie bolało, choć Spider wiedział, że ból wkrótce nadejdzie.
Na jego piersi rozkwitły szkarłatne plamy krwi, czerwone krople ściekały mu z twarzy. Zapiekły go oczy, na wargach poczuł własną krew, czuł jej smak i metaliczny zapach w powietrzu.
– Teraz – oznajmiła odległym krzykiem ptaków – teraz zaczyna się twoja śmierć.
– Oboje jesteśmy rozsądnymi istotami – powiedział szybko Spider. – Pozwól, że przedstawię ci być może bardziej atrakcyjny, alternatywny scenariusz, który mógłby okazać się zyskowny dla nas obojga.
Cały czas uśmiechał się pogodnie, jego słowa zabrzmiały bardzo przekonująco.
– Za dużo gadasz – oświadczyła i pokręciła głową. – Koniec z gadaniem.
A potem sięgnęła do jego ust ostrymi szponami i jednym gwałtownym szarpnięciem wyrwała mu język.
– Proszę – dodała. A po chwili, jakby go żałując, dotknęła twarzy Spidera niemal delikatnym gestem i szepnęła: – Śpij.
Zasnął.
* * *
Matka Rosie, już wykąpana, wyglądała na odświeżoną, ożywioną i niemal promieniała.
– Zanim odwiozę panie do Williamstown, czy mógłbym oprowadzić was szybko po mym domu? – spytał Grahame Coats.
– Dzięki, ale musimy już wracać na statek – rzekła Rosie, której nie udało się przekonać samej siebie, że chce wziąć kąpiel w jego domu.
Jej matka spojrzała na zegarek.
– Mamy jeszcze półtorej godziny, powrót do portu potrwa najwyżej kwadrans. Okaż trochę wdzięczności, Rosie. Z przyjemnością obejrzymy pański dom.
Zatem Grahame Coats pokazał im salon, gabinet, bibliotekę, pokój telewizyjny, jadalnię, kuchnię i basen. Otworzył drzwi pod schodami, które wyglądały, jakby wiodły do schowka na szczotki, i poprowadził obie kobiety po drewnianych stopniach do kamiennej piwnicy na wino. Pokazał im samo wino, niemal w całości kupione razem z domem. Ruszył na drugi koniec piwnicy na wino, do pustego pomieszczenia, które w czasach przed istnieniem lodówek służyło jako piwnica na mięso. Zawsze panował w nim chłód, z sufitu zwisały ciężkie łańcuchy zakończone pustymi hakami, na których kiedyś wieszano trupy zwierząt. Grahame Coats uprzejmie przytrzymał ciężkie żelazne drzwi, przepuszczając swych gości.
– Wiecie – rzekł nagle – właśnie coś sobie uświadomiłem. Włącznik światła jest po tamtej stronie. Chwileczkę.
Wyszedł i zatrzasnął za nimi drzwi, a następnie błyskawicznie zasunął rygle.
Ze stojaka zabrał zakurzoną butelkę Chablis Premier Cru rocznik 1995.
Energicznym krokiem wrócił na górę i poinformował całą trójkę służby, że daje im wolny tydzień.
Gdy wędrował schodami do gabinetu, miał wrażenie, jakby coś bezdźwięcznie stąpało za nim. Kiedy jednak odwrócił głowę, niczego nie dostrzegł. Dodało mu to dziwnej otuchy. Znalazł korkociąg, otworzył butelkę i nalał sobie kieliszek wina. Wypił je, i choć dotąd nie przepadał za czerwonym winem, odkrył, że żałuje, że trunek nie jest bogatszy, cięższy, ciemniejszy. Powinien mieć barwę krwi, pomyślał.
Wysączywszy drugi kieliszek chablis, uświadomił sobie, że obwiniał za swe nieszczęście niewłaściwą osobę. Zrozumiał, że Maeve Livingstone była tylko pionkiem. Nie, człowiekiem, który doprowadził do tego wszystkiego, był w sposób oczywisty i niewątpliwy Gruby Charlie. Bez jego wścibstwa, karygodnego wtargnięcia do systemu komputerowego Grahame’a Coatsa on sam, Grahame Coats, nie przebywałby tu teraz, na wygnaniu, niczym jasnowłosy Napoleon na cudownej, słonecznej Elbie. Nie znalazłby się w niebezpiecznych opałach z dwiema kobietami uwięzionymi w piwnicy na mięso. Gdyby tu był Gruby Charlie, pomyślał, rozszarpałbym mu gardło zębami. Ta myśl wstrząsnęła nim, lecz jednocześnie dziwnie go podnieciła. Nikt nie powinien zadzierać z Grahame’em Coatsem.
Nadszedł wieczór, Grahame Coats patrzył ze swego okna na „Atak skikania” przepływający pod urwiskiem i niknący w zachodzącym słońcu. Zastanawiał się, jak szybko na statku zorientują się, że brakuje im dwóch pasażerek. Pomachał mu nawet na pożegnanie.
W hotelu „Delfin” był nawet konsjerż, młody człowiek w okularach, zatopiony w lekturze książki z różą i pistoletem na okładce.
– Próbuję kogoś znaleźć – oznajmił Gruby Charlie. – Na wyspie.
– Kogo?
– Pewną panią, Callyanne Higgler. Przyjechała tu z Florydy. To stara przyjaciółka mojej rodziny.
Młody człowiek zamknął z namysłem książkę, a potem zmierzył Grubego Charliego spojrzeniem zmrużonych oczu. Kiedy ludzie robią to w książkach, ich twarze natychmiast przybierają wyraz niebezpiecznej czujności. W rzeczywistości jednak konsjerż wyglądał, jakby walczył z gwałtownym atakiem senności.
– Pan jest ten człowiek z limonką?
– Słucham?
– Człowiek z limonką.
– Tak, chyba tak.
– Mogę ją zobaczyć, nuh?
– Moją limonkę?
Młody mężczyzna przytaknął z powagą.
– Nie może pan. Zostawiłem ją w pokoju.
– Ale jest pan człowiekiem z limonką?
– Pomoże mi pan znaleźć panią Higgler? Czy na wyspie są jacyś Higglerowie? Macie może książkę telefoniczną, w której mógłbym sprawdzić? Liczyłem, że znajdę ją w hotelu.
– To dość popularne nazwisko, wie pan – odparł konsjerż. – Książka telefoniczna raczej nie pomoże.
– Jak bardzo popularne?
– Ujmijmy to w ten sposób – rzekł tamten. – Ja na przykład nazywam się Benjamin Higgler. Ta dziewczyna w recepcji to Amerila Higgler.
– Ach, no tak. Mnóstwo Higglerów na wyspie. Rozumiem.
– Przyjechała tu na festiwal muzyczny?
– Słucham?
– Będzie trwał przez cały tydzień.
Wręczył Grubemu Charliemu ulotkę informującą, że Willie Nelson (występ odwołany) będzie gwiazdą festiwalu muzycznego Saint Andrews.
– Czemu odwołał występ?
– Z tego samego powodu, z jakiego w zeszłym roku odwołał Garth Brooks. Nikt mu w ogóle o nim nie powiedział.
– Nie sądzę, by przyjechała na festiwal. Naprawdę muszę ją znaleźć, ma coś czego szukam. Będąc na moim miejscu, jak by się pan zabrał do poszukiwań?
Benjamin Higgler sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął mapę wyspy.
– Jesteśmy tutaj, na południe od Williamstown – zaczął, stawiając flamastrem kropkę na papierze.
Następnie naszkicował szybko plan kampanii dla Grubego Charliego. Podzielił wyspę na fragmenty, które można z łatwością objechać w ciągu dnia na rowerze, zaznaczył krzyżykami wszystkie sklepy z rumem i kawiarenki. Zakreślił kółka wokół atrakcji turystycznych.
Potem wypożyczył Grubemu Charliemu rower.
Gruby Charlie popedałował na południe.
Na Saint Andrews istniały kanały przepływu informacji, których Gruby Charlie (w głębi ducha wierzący święcie, że palmy kokosowe i telefony komórkowe powinny wykluczać się nawzajem) w ogóle się nie spodziewał. Nieważne z kim rozmawiał – starcami grającymi w cieniu w warcaby, kobietami o piersiach jak arbuzy, pośladkach jak poduszki i melodyjnym śmiechu, rozsądną, młodą dziewczyną w biurze turystycznym, brodatym rastamanem w czapeczce w narodowych barwach Jamajki i czymś co przypominało wełnianą minispódniczkę – wszyscy odpowiadali to samo.
– To pan jest ten z limonką?
– Chyba tak.
– Niech pan pokaże limonkę.
– Zostawiłem ją w hotelu. Posłuchajcie, próbuję odnaleźć Callyanne Higgler. Ma około sześćdziesiątki, Amerykanka, zawsze trzyma w ręce wielki kubek z kawą.
– Nigdy o niej nie słyszałem.
Gruby Charlie odkrył wkrótce, że jazda na rowerze po wyspie wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem. Podstawowy środek transportu na Saint Andrews stanowiły minibusy: nielicencjonowane, niebezpieczne, zawsze przepełnione, pędziły po drogach, trąbiąc donośnie i hamując z piskiem, pokonując zakręty na dwóch kołach i ufając, że pasażerowie przeważą i nie pozwolą im się wywrócić. Gruby Charlie kilkanaście razy był o włos od śmierci i uniknął jej tylko dzięki łoskotowi perkusji i basów grzmiących w głośnikach każdego autobusu. Wyczuwał je w głębi żołądka, jeszcze nim usłyszał ryk silnika, i miał dość czasu, by zjechać na pobocze.
Choć żaden z ludzi, z którymi rozmawiał, nie zdołał mu pomóc, wszyscy zachowywali się niezwykle przyjaźnie. Gruby Charlie kilka razy podczas swej ekspedycji na południe zatrzymywał się i napełniał butelkę z wodą w kawiarenkach i prywatnych domach. Wszyscy ogromnie cieszyli się na jego widok, choć nie słyszeli o pani Higgler. W porze kolacji wrócił do hotelu „Delfin”.
Następnego dnia pojechał na północ. Późnym popołudniem, w drodze powrotnej do Williamstown, zatrzymał się na szczycie skał, zsiadł i podprowadził rower do furtki luksusowego samotnego domu stojącego nad zatoką. Nacisnął przycisk domofonu i powiedział „Dzień dobry?”, ale nikt nie zareagował. Na podjeździe parkował wielki czarny samochód. Gruby Charlie zastanawiał się, czy może dom nie stoi pusty, lecz w oknie na piętrze poruszyła się zasłona. Ponownie nacisnął przycisk.
– Witam – rzekł. – Chciałem tylko spytać, czy mógłbym dostać trochę wody?
Nie otrzymał odpowiedzi. Może wyobraził sobie, że w oknie ktoś stoi? Z niewiadomych przyczyn wyobrażał tu sobie różne rzeczy. Miał na przykład wrażenie, że jest obserwowany – nie przez kogoś w domu, lecz przez kogoś lub coś ukrytego w krzakach rosnących na poboczu.
– Przepraszam za kłopot – rzekł do domofonu i wsiadł z powrotem na rower.
Z willi aż do Williamstown droga biegła w dół, był pewien, że po drodze mijał kawiarenkę albo nawet dwie: miłe, przyjazne miejsca.
Jechał tam właśnie – skały obniżały się, opadając stromym zboczem ku morzu – gdy za jego plecami pojawił się czarny samochód i przyśpieszył z rykiem silnika. Gruby Charlie zbyt późno uświadomił sobie, że kierowca go nie zauważył, usłyszał bowiem długi zgrzyt: to samochód trącił kierownicę, a on sam poleciał wraz z rowerem w dół zbocza. Czarny wóz odjechał, nie zwalniając.
Gruby Charlie pozbierał się z ziemi w połowie wzgórza.
– Mogło być naprawdę paskudnie – rzekł głośno.
Kierownicę miał beznadziejnie pogiętą. Wciągnął rower z powrotem na górę i na drogę. Niski, basowy pomruk uprzedził go o zbliżaniu się minibusu. Pomachał na niego.
– Mógłbym postawić rower z tyłu?
– Nie ma miejsca – odparł kierowca, wyciągnął jednak spod siedzenia kilka linek do skoków na bungee. Szybko przymocowali nimi rower do dachu. Uśmiechnął się szeroko. – Ty musisz być ten Anglik z limonką.
– Nie mam jej przy sobie. Została w hotelu.
Gruby Charlie wcisnął się do busu. Grzmiący bas podjął przerwaną melodię i zaskoczony Gruby Charlie rozpoznał w niej Smoke on the Water Deep Purple. Usiadł z trudem na fotelu obok kobiety trzymającej na kolanach kurę. Za ich plecami dwie białe dziewczyny szczebiotały o imprezach, na których bawiły się poprzedniej nocy, i wadach tymczasowych chłopaków, kolekcjonowanych podczas wakacji.
Gruby Charlie zauważył czarny samochód – mercedes – nadjeżdżający ku nim drogą. Z jednej strony karoserię przecinała długa rysa. Ogarnęły go wyrzuty sumienia; miał nadzieję, że rower nie zadrapał zbyt głęboko lakieru. Okna samochodu były tak mocno przyciemnione, że wyglądało to, jakby wóz prowadził się sam.
A potem jedna z białych dziewczyn poklepała Grubego Charliego po ramieniu i spytała, czy wiadomo mu o jakichś fajnych, wieczornych imprezach na wyspie, a gdy odparł, że nie, zaczęła opowiadać o zabawie w jaskini dwie noce wcześniej, na której był basen i sprzęt nagłaśniający, i światła, i w ogóle, i Gruby Charlie nie zauważył nawet, że czarny mercedes jechał teraz za minibusem aż do Williamstown, i zniknął dopiero gdy Gruby Charlie zabrał rower z dachu minibusu („Następnym razem zabierz limonkę”) i wniósł do hotelu.
Dopiero wtedy samochód wrócił do domu na skałach.
Konsjerż Benjamin obejrzał rower. Powiedział Grubemu Charliemu, żeby się nie martwił, do jutra wszystko naprawią i będzie jak nowy.
Gruby Charlie wrócił do swego pokoju barwy świata pod powierzchnią wody. Na blacie szafki tkwiła limonka – mały, zielony Budda.
– Zupełnie mi nie pomagasz – rzekł do niej.
Zachował się niesprawiedliwie. To była tylko limonka, nie miała w sobie nic szczególnego. Starała się, jak umiała.