Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008
Był szary świt, gdy Gruby Charlie wgramolił się na fotel pasażera furgonetki pani Higgler.
– Śpiący? – spytała.
– Niespecjalnie, tylko dziwnie się czuję.
– Gdzie mam cię zawieźć? Do mnie? Do domu twojego taty? Do motelu?
– Sam nie wiem.
Wrzuciła bieg i wjechała na drogę.
– Dokąd jedziemy?
Nie odpowiedziała. Siorbiąc głośno, pociągnęła łyk kawy z megakubka.
– Może to, co zrobiliśmy dzisiaj, wyjdzie ci na dobre, a może nie – powiedziała. – Czasami sprawy rodzinne lepiej pozostawić rodzinie. Ty i twój brat jesteście zbyt podobni do siebie. Pewnie dlatego się kłócicie.
– Zakładam, że chodzi tu o nietypowe karaibskie znaczenie słowa „podobny”, w sensie „całkowicie różny”?
– Nie zaczynaj z tą brytyjską gadką. Wiem co mówię. Ty i on, obaj jesteście ulepieni z tej samej gliny. Pamiętam, jak twój ojciec mówił do mnie: „Callyanne, te moje chłopaki są głupsze niż…”. No wiesz, nieważne co dokładnie powiedział, ale chodzi o to, że mówił o was obu. – Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. – Hej, gdy odwiedziłeś miejsce, w którym mieszkają starzy bogowie, widziałeś tam swojego ojca?
– Chyba nie. Pamiętałbym.
Skinęła głową i dalej jechała już w milczeniu.
Zatrzymała samochód, wysiedli.
O świcie na Florydzie panował chłód. Ogród Spoczynku wyglądał jak dekoracje filmowe. Tuż nad ziemią wznosiła się mgiełka, rozmazująca wszystkie kształty. Pani Higgler otworzyła furtkę, ruszyli przez cmentarz. Na grobie jego ojca, na którym jeszcze niedawno piętrzył się kopczyk świeżej ziemi, teraz rosła trawa. U szczytu umieszczono metalową tabliczkę z zamocowanym do niej metalowym wazonem. W wazonie tkwiła samotna róża z żółtego jedwabiu.
– Panie, miej litość nad grzesznikiem, który spoczywa w tym grobie – powiedziała z uczuciem pani Higgler. – Amen, amen, amen.
Mieli widownię – dwa czerwonogłowe żurawie, które Gruby Charlie zauważył podczas poprzedniej wizyty, ruszyły ku nim, kiwając głowami, niczym dwaj arystokraci zwiedzający więzienie.
– Sio – rzuciła pani Higgler. Ptaki spojrzały na nią obojętnie; ale nie odeszły.
Jeden z nich schylił się błyskawicznie, zanurzając dziób w trawie, a gdy się wyprostował, trzymał w nim wijącą się jaszczurkę. Zarzucił głową, przełknął i po jaszczurce pozostało już tylko wybrzuszenie na jego szyi.
Słyszeli poranny chór: wilgowrony, wilgi i drozdy śpiewały na powitanie dnia wśród drzew rosnących za płotem Ogrodu Spoczynku.
– Dobrze będzie wrócić do domu – oznajmił Gruby Charlie. – Przy odrobinie szczęścia Kobieta Ptak przepędzi go i wszystko znów będzie w porządku. Wyjaśnię wszystko Rosie.
Poczuł, jak wzbiera w nim pogodny nastrój. Zapowiadał się dobry dzień.
* * *
W dawnych historiach Anansi żyje tak jak ty czy ja we własnym domu. Jest oczywiście chciwy, kłótliwy, podstępny i strasznie kłamie. Ma też dobre serce, szczęście, a czasem nawet zdarzają mu się chwile uczciwości. Czasami gra po dobrej stronie, czasem po złej, lecz sam nigdy nie jest zły. Zazwyczaj trzymamy stronę Anansiego. To dlatego że do niego należą wszystkie historie. Mawu podarował mu je u zarania dziejów. Odebrał historie Tygrysowi i oddał Anansiemu, który umie tak pięknie tkać ich nić.
W historiach Anansi jest pająkiem, ale też człowiekiem. Nietrudno uporządkować to sobie w głowie, nawet dziecko to potrafi.
Historie o Anansim opowiadają babki i ciotki na zachodnim wybrzeżu Ameryki i Wyspach Karaibskich, i na całym świecie. Historie te trafiły do książek dla dzieci – wielki, stary, uśmiechnięty Anansi płatający wesołe figle światu. Kłopot w tym, że babki, ciotki i autorzy książeczek dla dzieci mają zwyczaj opuszczać pewne fakty. Istnieją historie, które nie nadają się już dla najmłodszych.
Oto opowieść, której nie znajdziecie w zbiorach bajek. Zatytułowałem ją
Anansi i Ptak
Anansi nie lubił Ptaka, bo gdy Ptak czuła głód, zjadała mnóstwo różnych rzeczy, między innymi pająki. A Ptak wciąż czuła głód.
Kiedyś byli przyjaciółmi, ale przestali nimi być.
Pewnego dnia Anansi szedł sobie i ujrzał dziurę w ziemi, a jej widok podsunął mu pewien pomysł. Zebrał zatem drewno na dnie dziury, rozpalił ogień, powiesił nad nim kocioł i wrzucił do środka korzenie i zioła. A potem zaczął biegać wokół, tupiąc, tańcząc, krzycząc, nawołując i powtarzając: „Czuję się dobrze, tak dobrze się czuję, do licha, wszystkie moje bóle i troski minęły i nigdy nie czułem się tak dobrze w całym moim życiu!”.
Ptak, słysząc jego głos, sfruwa z nieba, żeby sprawdzić co się dzieje.
– O czym ty śpiewasz? – pyta. – Czemu zachowujesz się jak wariat, Anansi?
– Bolała mnie szyja – śpiewa Anansi – lecz teraz ból minął. Bolał mnie brzuch i już nie boli. Trzeszczały mi stawy, ale teraz jestem giętki jak młoda palma, gładki niczym wąż rankiem, kiedy zrzuci skórę. Jestem ogromnie szczęśliwy i odtąd będę doskonały, poznałem bowiem sekret i nikt inny go nie zna.
– Jaki sekret? – pyta Ptak.
– Mój sekret – powiada Anansi. – Wszyscy będą mi dawać swoje ulubione rzeczy, najcenniejsze skarby, tylko po to, by poznać mój sekret. U-ha, jak dobrze się czuję!
Ptak podskakuje nieco bliżej i przekrzywia głowę.
– A ja mogę poznać twój sekret? – pyta.
Anansi przyjrzał się jej z podejrzliwą miną i przesunął tak, by zasłonić bulgoczący w dziurze kociołek.
– Raczej nie – mówi. – Może nie wystarczyć dla wszystkich. Nie zawracaj sobie tym głowy.
– Ależ Anansi – mówi Ptak – wiem, że nie zawsze byliśmy przyjaciółmi, ale powiem ci coś. Jeśli podzielisz się ze mną swym sekretem, przyrzeknę, że żaden ptak nigdy więcej nie zje pająka. Będziemy przyjaciółmi aż po kres dni.
Anansi podrapał się po brodzie i pokręcił głową. – To ogromnie wielki sekret – mówi. – Przywraca ludziom młodość i gibkość, i chuć, i uwalnia od bólu.
Ptak puszy się. Ptak mówi:
– Och, Anansi, wiesz chyba, że zawsze uważałam, iż powabny z ciebie człek. Może legnijmy razem przy drodze na jakiś czas? Z pewnością sprawię, że zapomnisz o wątpliwościach i zdradzisz mi swój sekret.
Legli zatem przy drodze i zaczęli ściskać się i zaśmiewać, i zabawiać niemądrze. A gdy Anansi dostał co chciał, Ptak pyta:
– A teraz, Anansi? Co z twoim sekretem?
– No cóż – powiada Anansi. – Nie zamierzałem nikomu mówić, ale tobie powiem. To kąpiel ziołowa w tej dziurze w ziemi. Zobacz, wrzucam tam te liście i korzenie. Teraz każdy, kto wejdzie do kąpieli, będzie żyć wiecznie, nie czując bólu. Ja już się wykąpałem i teraz jestem rześki niczym młody kozioł. Ale nie powinienem chyba pozwolić na to nikomu innemu.
Ptak spojrzała na bulgoczącą wodę i szybko jak myśl wśliznęła się do kociołka.
– Jest okropnie gorąca, Anansi – mówi.
– Musi być, żeby zioła zrobiły swoje.
Anansi wziął przykrywkę i nakrył nią kociołek. To była ciężka przykrywka, a Anansi przygniótł ją jeszcze kamieniem, by ważyła więcej.
Barn, bim, bom – ze środka słychać stukanie.
– Jeśli cię teraz wypuszczę – woła Anansi – cały dobry wpływ gorącej kąpieli pójdzie na marne. Uspokój się i poczuj, jak wraca ci zdrowie.
Ale może Ptak go nie usłyszała, a może mu nie uwierzyła, bo pukanie i walenie trwało jeszcze jakiś czas. Aż w końcu ucichło.
Tego wieczoru Anansi i jego rodzina mieli na kolację pyszny ptasi rosół i gotowane ptasie mięso. Przez wiele dni nie cierpieli głodu.
Od tego czasu ptaki przy każdej okazji chwytają pająki. Ptaki i pająki nigdy nie będą przyjaciółmi.
Istnieje inna wersja tej historii, w której namawiają Anansiego, by także wskoczył do kotła. Wszystkie historie należą do Anansiego, ale nawet on nie zawsze wygrywa.
Jeśli cokolwiek miało przegnać Spidera, to Spider jakoś tego nie zauważył. Wprost przeciwnie, świetnie się bawił w roli Grubego Charliego. Tak dobrze, że zaczął się zastanawiać, czemu nigdy dotąd nie był Grubym Charliem. Uznał, że to lepsza zabawa niż beczka pełna małp [Kilka lat wcześniej Spider przeżył ogromny zawód z powodu beczki pełnej małp. Nie było w niej nic szczególnie zabawnego, ze środka dobiegały tylko ciekawe odgłosy. A w końcu, gdy odgłosy umilkły i małpy przestały robić cokolwiek – chyba że na poziomie organicznym – musiał pozbyć się ich cichcem w środku nocy.].
Najbardziej w byciu Grubym Charliem podobała mu się Rosie.
Do tej pory Spider traktował kobiety jak element tymczasowy. Oczywiście nigdy nie podawał im prawdziwego nazwiska, adresu ważniejszego dłużej niż tydzień i niczego poza numerem kolejnej komórki. Kobiety były miłe, dekoracyjne, stanowiły świetny dodatek, lecz zawsze mógł znaleźć kolejną. Pod tym względem przypominały miski z gulaszem przesuwające się po ruchomej taśmie. Kiedy skończył z jedną, po prostu brał sobie następną i doprawiał hojnie śmietaną.
Ale Rosie…
Rosie była inna.
Nie potrafił wyjaśnić, na czym polega ta inność. Próbował, ale bez powodzenia. Częściowo decydowało o tym to, jak się czuł w obecności Rosie. Zupełnie jakby, widząc się w jej oczach, stawał się kimś o niebo lepszym. To była część owej inności.
Spiderowi podobała się świadomość, że Rosie wie gdzie go szukać. Czuł się z tym dobrze. Zachwycały go jej miękkie okrągłości, to że pragnęła tylko czynić dobro, i sposób, w jaki się uśmiechała. Nie potrafił znaleźć w niej żadnej wady prócz tego, że czasami musieli się rozstawać i oczywiście, jak właśnie odkrył, drobnej kwestii matki Rosie. Tego szczególnego wieczoru, gdy Gruby Charlie czekał na lotnisku, gdzie właśnie zmieniano mu miejsce na pierwszą klasę, Spider był w mieszkaniu matki Rosie przy Wimpole Street i poznawał ów problem na własnej skórze.
Od dawna przywykł do tego, że potrafi nieco naginać rzeczywistość. Odrobinę, ale to zawsze wystarczyło. Trzeba po prostu pokazać rzeczywistości, kto jest szefem. Musiał jednak przyznać, że nie spotkał dotąd nikogo, kto trzymał się własnej rzeczywistości równie kurczowo jak matka Rosie.
– Kto to? – spytała podejrzliwie, gdy weszli.
– Jestem Gruby Charlie Nancy – oznajmił Spider.
– Czemu on tak mówi? – zapytała matka Rosie. – Kto to jest?
– Jestem Gruby Charlie Nancy, pani przyszły zięć, i darzy mnie pani ogromną sympatią – oznajmił z głębokim przekonaniem Spider.
Matka Rosie przełknęła ślinę i zamrugała, patrząc na niego.
– Może i jesteś Gruby Charlie – rzekła niepewnie. – Ale wcale nie darzę cię sympatią.
– A powinna pani – podsunął. – Jestem niewiarygodnie sympatyczny. Niewielu jest ludzi tak sympatycznych jak ja. Moja sympatyczność nie ma granic, ludzie gromadzą się w miejscach publicznych, by dyskutować o tym, jak wielką darzą mnie sympatią. Mam w domu kilka pucharów i medal przyznany przez władze małego państewka w Ameryce Południowej, doceniające moją ogromną sympatyczność i fakt, jaki jestem cudowny. Oczywiście nie zabrałem go ze sobą, przechowuję medale w szufladzie ze skarpetkami.
Matka Rosie pociągnęła mocno nosem. Nie wiedziała co się dzieje, ale cokolwiek to było, wcale jej się nie podobało. Do tej pory sądziła, że rozgryzła już Grubego Charliego. Może z początku źle wszystko rozegrałam, przyznała w duchu. Całkiem możliwe, że Rosie nie przywiązałaby się do Grubego Charliego z tak wielkim entuzjazmem, gdyby po pierwszym jego spotkaniu z matką ta nie wyraziła aż tak dobitnie swej opinii. „Słabeusz”, oznajmiła matka Rosie, potrafiła bowiem wyczuć strach, niczym rekin krew z drugiej strony zatoki. Nie zdołała jednak przekonać Rosie, żeby go rzuciła. Obecnie jej podstawowa strategia obejmowała przejęcie kontroli nad planami weselnymi, jak najczęstsze uprzykrzanie życia Grubemu Charliemu i przeglądanie z ponurą satysfakcją krajowych statystyk rozwodów.
Teraz jednak działo się coś innego i wcale jej się to nie podobało. Gruby Charlie przestał być łatwym, wrażliwym celem. Ten nowy błyskotliwy mężczyzna wyraźnie ją niepokoił.
Spider też nie miał łatwego zadania.
Większość ludzi nie dostrzega innych. Matka Rosie stanowiła wyjątek – zauważała wszystko. Teraz pociągnęła łyk gorącej wody z porcelanowej filiżanki. Wiedziała, że właśnie przegrała potyczkę, choć nie potrafiła wyjaśnić, jak ani o co toczy się bitwa. Przeniosła zatem kolejny atak na wyższy poziom.
– Charles, mój drogi – zagadnęła. – Opowiedz mi o swojej kuzynce Daisy. Martwię się, że twoja rodzina będzie zbyt słabo reprezentowana. Chciałbyś, żeby odegrała ważniejszą rolę w ceremonii?
– Kto?
– Daisy – powtórzyła słodko matka Rosie. – Młoda dama, którą spotkałam ostatnio w twoim domu nader skąpo odzianą. Jeśli, rzecz jasna, faktycznie była twoją kuzynką?
– Matko, skoro Charlie mówi, że to jego kuzynka…
– Pozwól mu mówić za siebie, Rosie. Matka przełknęła łyk gorącej wody.
– No tak – rzekł Spider. – Daisy – dodał.
Powrócił myślami do wieczoru wina, kobiet i śpiewu. Zabrał wówczas ze sobą do domu najładniejszą i najzabawniejszą z kobiet, wmawiając, że to jej pomysł, a potem potrzebował jej pomocy. Razem wtaszczyli po schodach półprzytomnego Grubego Charliego. Ponieważ w trakcie owego wieczoru kilka innych kobiet już wcześniej obdarzyło go swymi względami, zwabił tę zabawną niczym smakosz, który chce zakończyć posiłek miętową czekoladką. Lecz po powrocie do domu i położeniu w łóżku umytego Grubego Charliego odkrył, że nie jest już głodny. Ta Daisy.
– Słodka kuzyneczka Daisy – podjął bez chwili wahania. – Z pewnością byłaby zachwycona udziałem w naszym ślubie, gdyby przebywała w kraju. Niestety, pracuje jako kurierka i wciąż podróżuje. Jednego dnia jest tutaj, następnego przekazuje poufne dokumenty klientowi w Murmańsku.
– Nie masz jej adresu ani telefonu?
– Możemy poszukać go razem, pani i ja – zgodził się Spider. – Cały czas krąży po świecie. Pojawia się i znika.
– A zatem – rzekła matka Rosie tonem, jakim Aleksander Wielki mógł rozkazać swym wojskom złupić i splądrować niewielką perską wioskę – gdy następnym razem zjawi się w kraju, musisz ją do mnie zaprosić. Urocza z niej dziewczyna, Rosie z pewnością chętnie ją pozna.
– Tak – odparł Spider. – Muszę, naprawdę muszę.
* * *
Każdy człowiek, który kiedykolwiek żył, żyje bądź żyć będzie, ma swoją pieśń. Nie jest to pieśń napisana przez kogoś innego. Ma własną melodię, własne słowa. Niewielu ludziom przypadło w udziale zaśpiewać swą pieśń. Większość z nas obawia się, że nasz głos nie zdołałby oddać jej uroku albo że słowa są zbyt błahe, zbyt uczciwe, zbyt banalne. Zamiast więc śpiewać swe pieśni, ludzie je przeżywają.
Weźmy na przykład Daisy. Jej pieśń, przez większość życia kryjąca się w głębi umysłu, miała pogodny, marszowy rytm i słowa traktujące o ochronie słabszych, a także refren zaczynający się od hasła: „Złoczyńcy, strzeżcie się!”, i jak widać, Daisy była zbyt niemądra, by kiedykolwiek zaśpiewać ją głośno. Nuciła ją czasem pod prysznicem, puszczając w ruch mydło.
I to już mniej więcej wszystko, co musisz widzieć o Daisy. Reszta to szczegóły.
Ojciec Daisy urodził się w Hongkongu, jej matka pochodziła z Etiopii, z rodziny bogatych eksporterów dywanów. Mieli duży dom w Adis Abebie, a drugi, wraz ze sporym kawałkiem ziemi, pod Nazretem. Rodzice Daisy poznali się w Cambridge. On studiował informatykę, nim ktokolwiek uznał to za rozsądny krok na drodze do kariery, a ona pochłaniała wiedzę z zakresu chemii molekularnej i prawa międzynarodowego. Byli dwójką młodych ludzi oddanych nauce, z natury nieśmiałych i generalnie mało towarzyskich. Oboje tęsknili za domem, chociaż każde za czymś zupełnie innym. Oboje też grali w szachy. Poznali się w pewne środowe popołudnie w klubie szachowym. Jako nowicjuszy posadzono ich razem i podczas pierwszej partii matka Daisy z łatwością pokonała jej ojca.
W ojcu Daisy zagrała ambicja, dostatecznie mocna, by nieśmiało poprosił o rewanż w następną środę i każdą kolejną środę (pomijając wakacje i święta publiczne) przez następne dwa lata. W miarę jak nabierali ogłady i poprawiała się ich angielszczyzna, ich kontakty zaczęły się zacieśniać. Razem trzymali się za ręce jako część ludzkiego łańcucha protestującego przeciwko przybyciu wielkich ciężarówek z rakietami. Razem, choć w ramach znacznie większej grupy, wyjechali do Barcelony, by protestować przeciwko niepohamowanym zapędom międzynarodowego kapitalizmu i zgłosić stanowczy sprzeciw wobec hegemonii wielkich korporacji. Wówczas też zetknęli się z rozpylonym przez władze gazem łzawiącym, a pan Day zwichnął rękę w przegubie, gdy upadł odepchnięty przez hiszpańską policję.
A potem, pewnej środy na początku trzeciego roku studiów w Cambridge, ojciec Daisy wygrał z jej matką w szachy. Wygrana tak bardzo go uradowała, wbiła w tak wielką dumę, że poruszony i ośmielony zwycięstwem, oświadczył się, a matka Daisy, która w głębi ducha lękała się, że gdy tylko wygra z nią w szachy, całkowicie straci zainteresowanie, powiedziała: „Tak, oczywiście”.
Po ślubie pozostali w Anglii i na uczelni. Swej jedynej córce dali na imię Daisy, bo oboje (ku jej późniejszemu, niekłamanemu rozbawieniu) byli fanami filmu 2001 Odyseja kosmiczna. Przenosili się z uniwersytetu na uniwersytet. On wykładał informatykę, podczas gdy jego żona pisała książki o hegemonii międzynarodowych korporacji (których nikt nie chciał czytać) i o szachach, ich historii i strategii (które czytano chętnie), w dobrym roku zarabiając więcej niż on, choć nadal niezbyt wiele. Z upływem lat ich zaangażowanie w politykę słabło, aż w końcu wkraczając w wiek średni, stali się szczęśliwą parą, interesującą się wyłącznie sobą nawzajem, szachami, Daisy oraz rekonstrukcją i debugowaniem zapomnianych systemów operacyjnych.
Żadne z nich nie rozumiało Daisy, nawet odrobinę.
Obwiniali się za to, że nie ucięli w zarodku jej fascynacji policją, gdy ujawniła się po raz pierwszy – mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Daisy zaczęła mówić. Jako mała dziewczynka pokazywała palcami radiowozy z tym samym podnieceniem i radością, jakie inne dziewczynki okazują na widok kucyków. Z okazji jej siódmych urodzin rodzice urządzili kostiumowy kinderbal po to, by mogła włożyć kostium policjantki; w pudle na strychu rodziców wciąż leżą fotografie przedstawiające twarz Daisy promieniejącą perfekcyjną radością siedmiolatki na widok tortu urodzinowego – siedmiu świeczek otaczających błyskającego, niebieskiego koguta.
Daisy była pilną, wesołą, inteligentną nastolatką. Ogromnie uszczęśliwiła swych rodziców, gdy rozpoczęła studia na Uniwersytecie Londyńskim na wydziałach prawa i informatyki. Ojciec marzył, że córka będzie kiedyś wykładać prawo. Matka piastowała w duchu wizję Daisy w todze, może nawet na stanowisku sędziego, gdzie wykorzystując prawo, mogłaby miażdżyć każdy objaw hegemonii wielkich korporacji. A potem Daisy wszystko zniszczyła, zdając egzaminy i wstępując do policji, która powitała ją z otwartymi ramionami. Z jednej strony były naciski, by bardziej zróżnicować personel pod względem rasy i płci, z drugiej zaczynał się właśnie rozkwit przestępczości i oszustw komputerowych. Potrzebowali Daisy. Szczerze mówiąc, potrzebowali całego stada takich Daisy
Jak dotąd, po upływie czterech lat należy uczciwie przyznać, iż praca policjantki nie spełniła oczekiwań Daisy. Nie chodziło o to, że, jak nieustannie ostrzegali ją rodzice, policja okazała się instytucją z gruntu rasistowską i seksistowską, miażdżącą indywidualność Daisy i zatruwającą duszę; sprawiającą, że dziewczyna stała się pionkiem, trybikiem w aparacie ucisku, częścią kultury mundurowej na równi z kawą z automatu. Nie, najbardziej frustrowały ją próby przekonania innych gliniarzy, że ona też jest gliną. W końcu doszła do wniosku, że dla większości glin praca policjanta to coś, co służy ochronie porządnych Anglików przed strasznymi ludźmi z dolnych kręgów społecznych, którzy próbują kraść innym komórki. Z punktu widzenia Daisy praca ta polegała na czymś zupełnie innym. Daisy wiedziała, że zwykły chłopak siedzący w pokoiku w Niemczech może wysłać w świat wirusa, który sparaliżuje pracę szpitala, powodując więcej szkód niż bomba. Daisy uważała, że w dzisiejszych czasach prawdziwie groźni przestępcy umieją posługiwać się eftepami, wysokiej klasy programami szyfrującymi i jednorazowymi komórkami na kartę. Nie była pewna, czy o uczciwych ludziach można powiedzieć to samo.
Pociągnęła łyk kawy z plastikowego kubka i skrzywiła się. Podczas gdy Daisy przeglądała kolejne ekrany kawa zupełnie wystygła.
Sprawdziła wszystkie informacje, które przekazał jej Grahame Coats. Z pewnością całkiem sporo wskazywało na to, że coś tu było nie tak. Choćby czek na dwa tysiące funtów, który Charles Nancy najwyraźniej wystawił sam sobie tydzień wcześniej.
Tylko że.
Tylko że coś tu nie pasowało.
Wyszła na korytarz i zastukała do drzwi superintendenta.
– Wejść.
Camberwell przez trzydzieści lat palił przy biurku fajkę, póki w budynku nie wprowadzono całkowitego zakazu palenia. Teraz musiał się zadowolić bryłką plasteliny, którą ugniatał, wałkował, zginał i naciskał. W czasach, gdy jeszcze miał w ustach fajkę, był pogodny, wesoły, sympatyczny i wedle opinii podwładnych stanowił prawdziwą sól ziemi. Odkąd trzymał w dłoni bryłkę plasteliny, stał się stale poirytowany i drażliwy. Kiedy miał dobry dzień, umiał wkurzyć się na wszystko.
– Tak?
– Sprawa Agencji Grahame’a Coatsa.
– Hm?
– Nie jestem jej pewna.
– Nie jesteś jej pewna? A czego tu można nie być pewnym?
– Zastanawiam się, czy nie powinnam oddać tej sprawy.
Szef nie wydawał się poruszony, patrzył na nią bez słowa. Tymczasem na biurku jego palce ugniatały niebieską plastelinę w kształt fajki z morskiej pianki.
– Bo?
– Spotkałam podejrzanego na gruncie towarzyskim.
– I? Spędziliście razem wakacje? Jesteś matką chrzestną jego dzieci? Coś takiego?
– Nie. Spotkaliśmy się raz. Nocowałam u niego w domu.
– Twierdzisz zatem, że się zabawialiście?
Westchnął głęboko. Na to westchnienie złożyły się w równych częściach znużenie światem, irytacja i przemożna tęsknota za półuncją mieszanki Old Holborn.
– Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu tam spałam.
– I to już całe twoje zaangażowanie?
– Tak jest.
Jednym ruchem zgniótł plastelinową fajkę.
– Zdajesz sobie sprawę, że marnujesz mój czas?
– Tak jest. Przepraszam.
– Rób co masz robić i nie zawracaj mi głowy.
* * *
Maeve Livingstone wjechała sama windą na piąte piętro. W czasie wypełnionej podskokami jazdy jeszcze raz powtórzyła sobie wszystko, co zamierza powiedzieć Grahame’owi Coatsowi.
W dłoni trzymała wąską brązową aktówkę, należącą kiedyś do Morrisa, wyjątkowo męski przedmiot. Była ubrana w białą bluzkę, niebieską dżinsową spódnicę i szary płaszcz. Miała bardzo długie nogi i niezwykle bladą cerę, a jej włosy z zaledwie minimalną pomocą chemii zachowały ten sam odcień blond, jak wówczas, gdy dwadzieścia lat wcześniej brała ślub z Morrisem Livingstonem.
Maeve bardzo kochała Morrisa. Po śmierci męża nie usunęła jego numeru z komórki, nawet gdy rozwiązała umowę Morrisa i zwróciła drugi aparat. Jej siostrzeniec zrobił zdjęcie Morrisa w telefonie i nie chciała go stracić. Pożałowała, że teraz nie może zadzwonić do męża i poprosić o radę.
Przez domofon uprzedziła o swoim przyjściu, toteż gdy stanęła przed recepcją, Grahame Coats już na nią czekał.
– Jak się miewamy? Jak się miewamy? – spytał.
– Musimy pomówić na osobności, Grahame – odparła Maeve. – Natychmiast.
Na ustach Grahame’a Coatsa zatańczył lekki uśmieszek. Co zabawne, wiele jego najbardziej skrywanych fantazji zaczynało się od Maeve mówiącej coś podobnego, po czym dodającej namiętnie: „Pragnę cię, Grahame, pragnę cię w tej chwili”. I „O, Grahame, byłam taką niegrzeczną dziewczynką, musisz nauczyć mnie posłuszeństwa”, a także, choć znacznie rzadziej: „Grahame, jedna kobieta to dla ciebie za mało, pozwól, że ci przedstawię moją identyczną, nagą siostrę-bliźniaczkę, Maeve II”.
Weszli do jego gabinetu.
Grahame z lekkim zawodem przyjął fakt, iż Maeve nie wspomniała ani słowem o tym, że pragnie go w tej chwili. Nie zdjęła nawet płaszcza. Zamiast tego otworzyła aktówkę i wyjęła z niej plik dokumentów, które położyła na biurku.
– Grahame, idąc za radą dyrektora mojego banku, przekazałam twoje rachunki i dokumenty z ostatniego dziesięciolecia niezależnej firmie audytorskiej. Dostali wszystko, od czasów gdy Morris jeszcze żył. Jeśli chcesz, możesz, to przejrzeć. Nic tu do siebie nie pasuje. Zupełnie nic. Pomyślałam, że ze względu na pamięć Morrisa najpierw pomówię o tym z tobą, a dopiero potem zawiadomię policję. Uznałam, że jestem ci to winna.
– Istotnie, jesteś – zgodził się Grahame Coats, gładko i ślisko niczym wąż w maselnicy. – Z całą pewnością.
– I co?
Maeve Livingstone uniosła idealnie wyskubaną brew. Wyraz jej twarzy nie budził otuchy. Grahame Coats wolał stanowczo Maeve ze swoich fantazji.
– Obawiam się, że od dłuższego czasu w Agencji Grahame’a Coatsa mieliśmy nieuczciwego pracownika. W zeszłym tygodniu osobiście zawiadomiłem o tym policję, bo zorientowałem się, że coś jest nie w porządku. Długa ręka sprawiedliwości prowadzi już śledztwo. Ze względu na wysoką pozycję społeczną kilkunastu klientów Agencji Grahame’a Coatsa – w tym także twoją – policja zachowuje dyskrecję i trudno mieć o to pretensje. – Wbrew jego nadziejom nie sprawiała wrażenia uspokojonej. Spróbował innej taktyki. – Twierdzą, że są spore szanse na odzyskanie większości, jeśli nie wszystkich pieniędzy.
Maeve skinęła głową. Grahame Coats odprężył się odrobinę.
– Mogę spytać, który to pracownik?
– Charles Nancy. Muszę dodać, że ufałem mu bez zastrzeżeń. Ta wiadomość dogłębnie mną wstrząsnęła.
– Ach. To słodki człowiek.
– Pozory – przypomniał Grahame Coats – mogą mylić.
Wówczas Maeve uśmiechnęła się z ogromną słodyczą.
– To się nie trzyma kupy, Grahame. Wszystko to trwało od dawna, zaczęło się na długo przedtem, nim Charles Nancy zatrudnił się u ciebie, zapewne nim jeszcze ja się tu zjawiłam. Morris ufał ci bez zastrzeżeń, a ty go okradałeś. Teraz zaś próbujesz mi powiedzieć, że masz nadzieję zwalić wszystko na niewinnego pracownika albo w najgorszym razie wspólnika. Nic z tego.
– Nie – odparł skruszonym tonem Grahame Coats. – Przepraszam.
Wzięła z biurka plik papierów.
– Tak z czystej ciekawości, ile zarobiłeś na mnie i Morrisie przez te wszystkie lata? Ja oceniam, że jakieś trzy miliony funtów.
– Ach. – Grahame Coats już się nie uśmiechał. Z pewnością było tego dużo więcej. – Mniej więcej tyle, owszem.
Spojrzeli na siebie. Jego umysł pracował szaleńczo. Musiał zyskać na czasie. Czas był tu najważniejszy.
– A gdybym… – zaczął. – A gdybym zwrócił ci wszystko gotówką, w tej chwili, z odsetkami? Powiedzmy pięćdziesiąt procent wzmiankowanej sumy?
– Proponujesz mi cztery i pół miliona funtów gotówką?
Grahame Coats uśmiechnął się do niej dokładnie tak, jak nie uśmiecha się atakująca kobra.
– Absowicie. Jeśli pójdziesz na policję, zaprzeczę wszystkiemu i wynajmę doskonałych adwokatów. W najgorszym razie po niezwykle długim procesie, podczas którego będę zmuszony na wszelkie możliwe sposoby oczerniać dobre imię Morrisa, zostanę skazany na maksymalnie dziesięć do dwunastu lat więzienia. Przy dobrym zachowaniu odsiedzę najwyżej pięć, a uprzedzam, że będę wzorowym więźniem. Biorąc pod uwagę przepełnienie więzień, większość wyroku odsiedzę w zakładzie otwartym czy nawet na przepustkach. Nie sprawi mi to zbytnich problemów. Z drugiej strony gwarantuję ci, że jeżeli pójdziesz na policję, nigdy nie zobaczysz nawet pensa z pieniędzy Morrisa. Alternatywa to trzymać gębę na kłódkę, zabrać kasę z solidnym naddatkiem i dać mi nieco czasu, abym… zrobił to co należy. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Maeve zastanowiła się chwilę.
– Chciałabym widzieć jak gnijesz w więzieniu – mruknęła, po czym westchnęła i skinęła głową. – Zgoda, wezmę pieniądze. I nigdy więcej nie chcę mieć z tobą do czynienia. W przyszłości wszystkie czeki mają trafiać bezpośrednio do mnie.
– Absowicie. Sejf jest tam – oznajmił.
Pod przeciwległą ścianą stała biblioteczka pełna identycznych, oprawnych w skórę edycji Dickensa, Thackeraya, Trollope’a i Austen, nowiutkich i nieczytanych. Grahame Coats sięgnął po jedną z książek i biblioteczka przesunęła się na bok, odsłaniając ukryte za nią drzwi, pomalowane tą samą farbą co ściana.
Maeve zastanawiała się, czy wyposażono je w zamek cyfrowy. Ale nie, dostrzegła tylko niewielką dziurkę. Grahame Coats wetknął w nią spory mosiężny klucz. Drzwi się otwarły.
Sięgnął do środka i zapalił światło. Ujrzała wąskie pomieszczenie, pełne dość amatorsko zbitych regałów. Naprzeciwko stała niewielka, ognioodporna szafka.
– Możesz wziąć gotówkę, biżuterię albo część w gotówce, a część w biżuterii – rzekł sucho. – Osobiście radziłbym to ostatnie. Mam tam sporo ładnych antyków, wybitnie przenośnych.
Otworzył kilka metalowych kasetek, demonstrując zawartość. W środku lśniły, migotały i błyszczały pierścienie, łańcuszki i medaliony.
Maeve otworzyła ze zdumieniem usta.
– Przyjrzyj się – rzekł, a ona przecisnęła się obok niego. To był prawdziwy skarbiec.
Wyciągnęła z kasetki złoty medalik na łańcuchu i przyjrzała mu się z podziwem.
– Przepiękny. Musi być wart…
W lśniącej złotej powierzchni medalika dostrzegła jakiś ruch za plecami i odwróciła się, dzięki czemu młotek nie trafił jej prosto w tył głowy, gdzie celował Grahame Coats, lecz jedynie ześliznął się po policzku.
– Ty mały skurwielu! – zawołała i kopnęła go.
Maeve miała mocne nogi i umiała świetnie kopać, ale stali za blisko siebie.
Trafiła go w piszczel. Maeve sięgnęła po młotek. Grahame Coats zamachnął się z całych sił. Tym razem trafił i Maeve poleciała w bok, jej oczy zaszły mgiełką. Uderzył ją ponownie, prosto w czubek głowy. I jeszcze raz, i jeszcze. Upadła.
Grahame Coats pożałował, że nie ma pistoletu. Ładnego, porządnego pistoletu, z tłumikiem, tak jak na filmach. Gdyby kiedykolwiek przyszło mu do głowy, że będzie musiał zabić kogoś w biurze, przygotowałby się lepiej. Może nawet zgromadziłby zapas trucizny. To byłoby rozsądne i nie musiałby uciekać się do tak bzdurnej przemocy.
Obuch młotka oblepiła krew i jasne włosy. Odłożył go z niesmakiem i okrążywszy leżącą na ziemi kobietę, podniósł kasetki z biżuterią. Wysypał ich zawartość na biurko, puste schował do sejfu, z którego wyciągnął aktówkę pełną plików studolarówek i banknotów o nominale pięćset euro. Oprócz nich w aktówce tkwił mały woreczek z czarnego aksamitu, do połowy wypełniony surowymi diamentami. Wyciągnął z szafki parę teczek. Na samym końcu – choć fakt ten w niczym nie umniejszał zawartości – zabrał z tajemnego pomieszczenia niewielką skórzaną kosmetyczkę, kryjącą w sobie dwa portfele i dwa paszporty.
Potem zatrzasnął ciężkie drzwi, zamknął na klucz i przesunął z powrotem biblioteczkę. Przez chwilę stał lekko zdyszany, dochodząc do siebie.
Uznał, że może być z siebie dumny. Dobra robota, Grahame, dobrze się spisałeś, dobra nasza. Improwizował, wykorzystując to, co miał pod ręką, i zwyciężył. Blefował, okazał śmiałość, myślał twórczo, gotów, jak powiedziałby poeta, postawić wszystko na jedną kartę. Postawił zatem i wygrał. Był stawiającym. I wygrywającym. Pewnego dnia w tropikalnym raju napisze swe wspomnienia i ludzie dowiedzą się, jak pokonał niebezpieczną kobietę. Choć – dodał w myślach – byłoby lepiej, gdyby trzymała w ręku pistolet.
Być może, uznał po namyśle, faktycznie go miała. Był niemal pewien, że widział, jak po niego sięgała. Miał ogromne szczęście, że znalazł ów młotek i że trzymał go tam na wypadek, gdyby zaszła pilna potrzeba dokonania naprawy. W przeciwnym razie nie zdołałby zadziałać w samoobronie z taką szybkością i skutkiem.
Dopiero teraz przyszło mu do głowy, by zamknąć na klucz drzwi gabinetu.
Zauważył, że na koszuli, ręce i zelówce ma krew. Zdjął koszulę i wyczyścił nią but. Potem wrzucił ją do kosza pod biurkiem. Zaskoczył samego siebie, unosząc dłoń do ust i niczym kot zlizując krople krwi czerwonym językiem.
Później ziewnął, wziął z biurka dokumenty Maeve i przepuścił przez niszczarkę. W teczce miała drugi zestaw papierów, je także pociął na kawałki, a potem pociął kawałki.
W kącie gabinetu, w szafie przechowywał garnitur i zapasowe koszule, skarpety, bieliznę i tak dalej. Nigdy nie wiadomo kiedy wprost po pracy wypadnie jakaś premiera. Bądź gotów na wszystko, oto jego motto.
Ubrał się starannie.
W szafie stała też niewielka walizka na kółkach, z rodzaju tych, które zabiera się jako bagaż podręczny. Włożył do niej wszystkie swoje rzeczy.
Zadzwonił do recepcji.
– Annie – rzekł. – Zechciałabyś skoczyć i kupić mi kanapkę? Nie, nie od Pręta. Może w tej nowej knajpie przy Brewer Street. Właśnie kończę z panią Livingstone, może nawet zabiorę ją gdzieś na lunch, ale lepiej mieć coś pod ręką.
Przez kilka minut siedział przy komputerze, uruchamiając program czyszczący dyski, który wyszukuje wszystkie dane, nadpisuje je losowymi ciągami zer i jedynek, miele w drobny pył i w końcu topi na dnie Tamizy w cementowych butach. Potem ruszył korytarzem, ciągnąc za sobą walizkę.
Po drodze zajrzał do jednego z biur.
– Wychodzę na chwilę – oznajmił. – Gdyby ktoś pytał, wrócę koło trzeciej.
Recepcjonistka Annie jeszcze nie wróciła. Doskonale, pomyślał. Ludzie założą, że Maeve Livingstone opuściła agencję, a on sam lada chwila wróci. Idealnie. Kiedy naprawdę zaczną go szukać, będzie już daleko.
Zjechał na dół windą. Wszystko dzieje się trochę za wcześnie, pomyślał. Dopiero za ponad rok skończy pięćdziesiątkę. Lecz cały mechanizm ucieczki był już gotowy. Wystarczyło to uznać za złotą okazję, czy może złoty spadochron.
A potem, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, wyszedł frontowymi drzwiami na skąpaną w porannym słońcu ulicę, na zawsze opuszczając Agencję Grahame’a Coatsa.