Przepisy kuchenne

Spider w akcji

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Spider spał spokojnie w swym olbrzymim łóżku, w wielkim pokoju mieszczącym się w zapasowej komórce Grubego Charliego. Powoli zaczynał zastanawiać się od niechcenia, czy Gruby Charlie zniknął na dobre, i postanowił zbadać tę sprawę, gdy tylko będzie miał ochotę poświęcić jej nieco czasu – chyba że akurat wyskoczy mu coś ciekawszego albo zapomni.
Wstał późno i planował właśnie lunch z Rosie – zamierzał zabrać ją do jakiejś dobrej knajpy. Był piękny, wczesnojesienny dzień, a Spider promieniał niezwykle zaraźliwą radością i entuzjazmem. To dlatego że w gruncie rzeczy był bogiem. Gdy jesteś bogiem, twoje emocje są zaraźliwe. Inni ludzie podchwytują je błyskawicznie. Kiedy ktoś stanął obok Spidera w podobnie radosny dzień, jego świat stawał się piękniejszy. Gdy Spider nucił pod nosem, inni także zaczynali nucić do wtóru niczym w musicalu. Oczywiście, jeżeli ziewnął, setka ludzi w pobliżu też ziewała, a gdy był nieszczęśliwy, jego smutek rozprzestrzeniał się niczym wilgotna, rzeczna mgła, sprawiająca, że świat stawał się jeszcze bardziej ponury. Nie robił tego świadomie – po prostu taki był.
W tej chwili byłby całkowicie szczęśliwy, gdyby nie jeden drobiazg: postanowił wyznać Rosie prawdę.
Spider niezbyt dobrze radził sobie z mówieniem prawdy. Uważał prawdę za coś wysoce płynnego, całkowicie zależnego od opinii. A on sam w razie potrzeby potrafił przywołać całe serie bardzo przekonujących opinii.
Udawanie kogoś, kim nie był, nie stanowiło problemu. Lubił udawać. Był w tym dobry. Pasowało to do jego planów, zwykle dość prostych i do tej pory sprowadzających się do mniej więcej trzech punktów: a) udać się gdzieś, b) dobrze się bawić i c) odejść, nim się znudzi. A w głębi duszy wiedział, że zdecydowanie nadszedł czas, by odejść. Świat był jego homarem, a on siedział już przy stole z serwetką pod szyją, w zasięgu ręki miał garnek ze stopionym masłem i cały zestaw groteskowych, lecz skutecznych narzędzi do jedzenia homarów.
Tyle że…
Tyle że nie chciał odchodzić.
Czuł, że powinien ponownie przemyśleć całą sprawę, i to uczucie budziło w nim niepokój. Zwykle nie potrzebował żadnych przemyśleń. Bezmyślne życie niezmiernie mu odpowiadało – do tej pory impulsy, odruchy i nieprzyzwoite pokłady szczęścia wystarczały aż nadto. Lecz nawet cuda nie załatwią wszystkiego.
Spider maszerował ulicą, a ludzie uśmiechali się do niego.
Ustalił z Rosie, że spotkają się u niej w domu, toteż z miłym zaskoczeniem ujrzał ją stojącą na końcu ulicy. Czekała na niego. Z ukłuciem czegoś, co wciąż jeszcze nie było prawdziwym wyrzutem sumienia, pomachał do niej.
– Rosie? Hej!
Ruszyła ku niemu chodnikiem, a on uśmiechnął się szeroko. Niedługo załatwią sprawę, wszystko się ułoży. Wszystko będzie dobrze.
– Wyglądasz jak księżniczka – oznajmił. – Może nawet jak królowa. Na co masz ochotę?
Rosie uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. Mijali właśnie grecką restaurację.
– Może być grecka?
Skinęła głową.
Zeszli po kilku stopniach i znaleźli się w środku. Restauracja była pusta i ciemna, dopiero co otwarta. Właściciel wskazał im zakątek, czy może zakamarek na tyłach.
Usiedli naprzeciwko siebie przy dwuosobowym stoliku.
– Jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać – oznajmił Spider. Nie odpowiedziała. – To nic złego – dodał. – To znaczy, nic dobrego. Ale. No cóż. Powinnaś o tym wiedzieć.
Właściciel spytał, czy są gotowi złożyć zamówienie.
– Poproszę kawę – rzekł Spider. Rosie skinęła głową. – Dwie kawy – poprawił. – I zechce pan dać nam jakieś pięć minut? Potrzebuję odrobinę prywatności.
Właściciel wycofał się.
Rosie spojrzała pytająco na Spidera.
Odetchnął głęboko.
– W porządku. Dobra. Tylko mi nie przerywaj, bo to niełatwe i nie wiem czy zdołam ci to… No dobrze. W porządku. Posłuchaj. Nie jestem Grubym Charliem. Wiem, że myślisz, że nim jestem, ale nie. Jestem jego bratem, mam na imię Spider. Bierzesz mnie za niego, bo jesteśmy trochę podobni.
Nie odpowiedziała.
– Choć tak naprawdę nie wyglądam jak on, ale… No wiesz. Wszystko to nie jest dla mnie łatwe. Dobra, uch, nie mogę przestać o tobie myśleć. Wiem, że jesteś zaręczona z moim bratem, ale, no wiesz, chciałbym spytać, czy może nie miałabyś ochoty go rzucić i zacząć spotykać się ze mną?
Na stole pojawił się dzbanek kawy na małej srebrnej tacy z dwiema filiżankami.
– Grecka kawa – oznajmił właściciel, który przyniósł ją osobiście.
– Tak, dziękuję. Prosiłem o parę minut.
– Bardzo gorąca – dodał właściciel. – Bardzo gorąca kawa, mocna. Grecka. Nie turecka.
– To świetnie. Proszę posłuchać, zechce pan? Pięć minut. Proszę.
Właściciel wzruszył ramionami i odszedł.
– Pewnie mnie nienawidzisz – powiedział Spider. – Na twoim miejscu zapewne sam bym się nienawidził, ale mówię szczerze, bardziej niż kiedykolwiek w życiu. – Rosie patrzyła na niego z twarzą bez wyrazu. – Proszę, powiedz coś. Cokolwiek.
Jej wargi poruszyły się, jakby szukała właściwych słów.
Spider czekał.
Jej usta się otwarły.
Najpierw pomyślał, że coś zjadła, bo dostrzegł między jej zębami coś brązowego, co z całą pewnością nie było językiem. Potem to coś poruszyło głową i spojrzała na niego. Spider ujrzał oczy, małe, czarne koraliki oczu. Rosie niewiarygodnie szeroko otworzyła usta i wyszedł z nich ptak.
– Rosie? – zagadnął Spider.
Nagle powietrze wypełniły dzioby, pióra i szpony, całe mnóstwo szponów. Z jej gardła wylewały się ptaki, każdy uwalniał się do wtóru cichego kaszlnięcia i wszystkie leciały wprost ku niemu.
Uniósł dłoń, osłaniając oczy, i coś skaleczyło mu przegub. Gwałtownie machnął ręką. Coś pofrunęło do jego twarzy, celując w oczy. Błyskawicznie cofnął głowę i dziób przebił mu policzek.
W jednej koszmarnej chwili jasności dostrzegł, że naprzeciwko niego wciąż siedzi kobieta, nie rozumiał tylko, jak mógł choć przez moment wziąć ją za Rosie. Po pierwsze, była starsza: wśród granatowoczarnych włosów lśniły pasemka siwizny. Nie miała brązowej skóry jak Rosie, lecz czarną jak obsydian. Ubrana była w poszarpany płaszcz koloru ochry. Uśmiechnęła się szeroko i znów otworzyła usta. Teraz ujrzał wewnątrz nich okrutne dzioby i obłąkane oczy mew…
Spider, nie zastanawiając się, przystąpił do działania. Chwycił rączkę dzbanka z kawą i zamachnął się jedną ręką, drugą zrywając pokrywkę. A potem chlusnął w stronę siedzącej naprzeciwko kobiety. Zawartość dzbanka, wrząca, czarna kawa zalała ją od stóp do głów.
Kobieta syknęła z bólu.
Ptaki obijały się i trzepotały pod sklepieniem piwnicy. Teraz jednak już nikt nie siedział naprzeciwko, a one latały bez celu, tłukąc się o ściany.
– Proszę pana – usłyszał głos właściciela. – Jest pan ranny? Bardzo przepraszam, musiały przylecieć tu z ulicy.
– Nic mi nie jest – odparł Spider.
– Pana twarz krwawi.
Mężczyzna wręczył mu serwetkę i Spider przycisnął ją do policzka. Skaleczenie zapiekło.
Spider zaproponował, że pomoże właścicielowi przegnać ptaki. Otworzył wiodące na ulicę drzwi, lecz ptaki zniknęły. Restauracja była pusta, tak jak wtedy, gdy się zjawił.
Wyciągnął z kieszeni banknot pięciofuntowy.
– Proszę – rzekł – to za kawę. Muszę już iść.
Właściciel skinął z wdzięcznością głową.
– Może pan zatrzymać serwetkę.
Spider zawahał się, coś przyszło mu do głowy.
– Kiedy przyszedłem, czy była ze mną kobieta? – spytał. Właściciel spojrzał na niego ze zdumieniem, może nawet z lękiem, Spider nie miał pewności.
– Nie pamiętam. – Mężczyzna zamrugał, oszołomiony. – Gdyby pan był sam, nie posadziłbym pana przy tamtym stoliku, ale teraz nie wiem.
Spider wyszedł na ulicę. Dzień wciąż był piękny, lecz słońce nie dodawało mu otuchy. Rozejrzał się wokół. Ujrzał gołębia dziobiącego porzucony wafel do lodów, wróbla na parapecie i, wysoko nad głową, biały kształt rozpostartych skrzydeł krążącej w górze mewy.

Szczęście Grubego Charliego w końcu zaczęło się odmieniać, czuł to. Na samolot, którym wracał do kraju, sprzedano za dużo biletów i odkrył, że przesadzono go do pierwszej klasy. Posiłek był znakomity. W połowie drogi nad Atlantykiem stewardesa poinformowała go, że wygrał darmową bombonierkę, i wręczyła mu ją. Gruby Charlie schował czekoladki do schowka na bagaż i zamówił drambuie z lodem.
Wkrótce wróci do domu, załatwi wszystko z Grahame’em Coatsem – ostatecznie, jeśli Gruby Charlie był czegoś pewien, to uczciwości własnych rachunków. Dogada się z Rosie. Wszystko będzie super.
Zastanawiał się, czy kiedy wróci do domu, nie zastanie już Spidera, czy też będzie miał satysfakcję osobistego wywalenia go za drzwi. Miał nadzieję na to drugie. Gruby Charlie chciał usłyszeć, jak brat przeprasza, może nawet się płaszczy. Zaczął sobie wyobrażać, co mu powie.
– Wynoś się – rzekł głośno – i zabierz ze sobą swoje słońce, jacuzzi i sypialnię!
– Słucham? – powiedziała stewardesa.
– Rozmawiam – wyjaśnił Gruby Charlie. – Ze sobą. Tylko. Uhm.

Lecz nawet wstyd, który go ogarnął, nie był aż taki zły. Ani przez moment nie marzył o tym, by samolot się rozbił i zakończył jego męki. Życie zdecydowanie się poprawiało.
Otworzył zestaw przydatnych drobiazgów, który dostał zaraz po wejściu na pokład, nałożył na oczy przepaskę i odchylił fotel jak najdalej, czyli prawie całkowicie. Pomyślał o Rosie, choć w jego wyobraźni zmieniała się, przekształcała w kogoś mniejszego, kto nie miał na sobie zbyt wiele ubrania. Z poczuciem winy Gruby Charlie wyobraził ją sobie ubraną i ze zgrozą odkrył, że ma na sobie mundur policyjny. To okropne, powtarzał w myślach, ale na niewiele się to zdało. Powinien się wstydzić. Powinien…
Gruby Charlie poprawił się w fotelu i wydał z siebie jedno ciche, zadowolone chrapnięcie.
Wciąż w świetnym nastroju wysiadł z samolotu na Heathrow i pociągiem ekspresowym pojechał na stację Paddington. Ucieszyło go odkrycie, że podczas jego krótkiej nieobecności w Anglii słońce postanowiło wynurzyć się zza chmur. Wszystko będzie dobrze, powtarzał sobie, w każdym najdrobniejszym szczególe.
Do jedynego dziwnego wydarzenia, które nadało lekko niepokojący posmak całemu porankowi, osobliwe wrażenie, że coś jest nie tak, doszło w połowie drogi. Charlie wyglądał przez okno wagonu, żałując, że nie kupił na Heathrow gazety. Pociąg mijał właśnie rozległą połać zieleni – może szkolne boisko – gdy wydało mu się, że niebo na moment pociemniało. Z piskiem hamulców ekspres zatrzymał się przed semaforem.
Wszystko to nie wzbudziło u Grubego Charliego najmniejszego niepokoju. W końcu to była Anglia, jesienna Anglia. Słońce z definicji pojawiało się tylko wtedy, gdy nie padał deszcz, a chmury akurat odpłynęły. Lecz na skraju pola obok kępy drzew stała jakaś postać.
Na pierwszy rzut oka wziął ją za stracha na wróble.
Wiedział, że to niemądre, to nie mógł być strach na wróble. Strachy na wróble stawia się na polach, nie boiskach piłkarskich, a już z całą pewnością nie na skraju zagajnika. A poza tym jeśli nawet był to strach na wróble, to bardzo kiepsko spełniał swe zadanie.
Bo wszędzie wokół krążyły wrony, wielkie czarne wrony.
I wtedy strach się poruszył.
Był zdecydowanie za daleko, by Gruby Charlie zdołał dostrzec coś więcej niż zarys sylwetki, drobną postać w poszarpanym, brązowym prochowcu. A jednak poznał ją. Wiedział, że gdyby znalazł się dość blisko, ujrzałby twarz wykutą z obsydianu, kruczoczarne włosy i oczy kryjące w sobie obłęd.
A potem pociąg szarpnął naprzód i ruszył z miejsca. Po sekundzie kobieta w brązowym płaszczu zniknęła mu z oczu.
Gruby Charlie poczuł się trochę niewyraźnie. Do tej pory zdążył już sobie wmówić, że to, co się stało – co zdawało mu się, że się stało – w saloniku pani Dunwiddy, stanowiło jedynie osobliwą halucynację, wysokooktanowy sen, prawdziwy na jakimś poziomie, ale nierzeczywisty; nie coś, co faktycznie nastąpiło, lecz raczej symbol głębszej prawdy. Nie mógł przecież chyba udać się w prawdziwe miejsce i dobić prawdziwego targu?
Wszystko to stanowiło jedynie przenośnię.
Nie zadawał sobie pytania, skąd bierze przekonanie, że odtąd wszystko zacznie się poprawiać. Jest rzeczywistość i rzeczywistość. Niektóre rzeczy są prawdziwsze niż inne.
Pociąg rozpędzał się z każdą chwilą. Coraz szybciej i szybciej wiózł go w głąb Londynu.

* * *

Po przygodzie w greckiej restauracji Spider dotarł już niemal do domu, przyciskając do policzka serwetkę, gdy ktoś dotknął jego ramienia.
– Charles? – spytała Rosie.
Podskoczył, a przynajmniej wzdrygnął się, wydając z siebie zduszony jęk.
– Charles, nic ci nie jest? Co ci się stało w policzek?
Przyglądał się jej uważnie.
– Czy ty to ty? – spytał.
– Słucham?
– Ty jesteś Rosie?
– Co to niby za pytanie? Oczywiście, że jestem Rosie. Co sobie zrobiłeś w policzek?
Przycisnął do niego serwetkę
– Skaleczyłem – wyjaśnił.
– Pokaż.
Oderwała mu dłoń od twarzy. Pośrodku białej serwetki widniała szkarłatna plama, jakby ją zakrwawił, lecz skóra była cała, nietknięta.
– Tu nic nie ma.
– Ach.
– Charles? Dobrze się czujesz?
– Tak, dobrze. Chyba żeby nie. Myślę, że powinniśmy wrócić do mnie. Tam będzie bezpieczniej.
– Mieliśmy zjeść razem lunch – zaprotestowała Rosie tonem osoby, która się obawia, że zrozumie, co się właściwie dzieje, dopiero gdy z krzaków wyskoczy prezenter telewizyjny i pokaże jej ukrytą kamerę.
– Tak – odparł Spider – wiem, ale mam wrażenie, że przed chwilą ktoś próbował mnie zabić. Ta osoba udawała ciebie.
– Nikt nie próbuje cię zabić. – Rosie bezskutecznie starała się, by nie zabrzmiało to jak nieudolna próba pocieszenia go.
– Nawet jeśli nikt nie próbuje mnie zabić, to czy możemy odpuścić sobie lunch i wrócić do mnie? Mam w domu coś do jedzenia.
– Oczywiście.
Rosie podążyła w ślad za nim ulicą, zastanawiając się, kiedy Gruby Charlie zdążył tak schudnąć. Wygląda dobrze, pomyślała, naprawdę świetnie. W milczeniu skręcili w Maxwell Gardens.
– Spójrz na to – rzekł Spider.
– Na co?
Pokazał jej. Świeża plama krwi zniknęła z serwetki. Materiał był teraz śnieżnobiały.
– To jakaś magiczna sztuczka?
– Jeśli nawet, ja jej nie zrobiłem – odrzekł. – Tym razem. – Wrzucił serwetkę do kubła.
W tym momencie przed dom Grubego Charliego zajechała taksówka, z której wysiadł Gruby Charlie we własnej osobie, w wymiętym ubraniu, mrugający gwałtownie i niosący w dłoni białą reklamówkę.

Rosie spojrzała na Grubego Charliego. Potem na Spidera. Potem znów na Grubego Charliego, który tymczasem otworzył torbę i wyciągnął olbrzymią bombonierkę.
– Dla ciebie – oznajmił.
Rosie wzięła czekoladki, bąknąwszy „dziękuję”. Widziała dwóch mężczyzn, mówili i wyglądali zupełnie inaczej, a mimo to nadal nie potrafiła stwierdzić, który z nich jest jej narzeczonym.
– Ja wariuję, prawda? – spytała z napięciem w głosie. Teraz, gdy zrozumiała co się dzieje, było już jakoś łatwiej.
Chudszy z dwóch Grubych Charliech, ten z kolczykiem, położył jej dłoń na ramieniu.
– Musisz wracać do domu – oznajmił. – Zdrzemnąć się. Gdy się obudzisz, zapomnisz o tym wszystkim.
No tak, pomyślała Rosie, to bardzo ułatwia życie. Lepiej jest mieć ścisły plan.
Sprężystym krokiem zawróciła i ruszyła w stronę swego domu, trzymając w dłoni bombonierkę.
– Co jej zrobiłeś? – spytał Gruby Charlie. – Zupełnie jakby się wyłączyła.
Spider wzruszył ramionami.
– Nie chciałem jej denerwować.
– Czemu nie powiedziałeś prawdy?
– To wydało mi się stosowniejsze.
– Bo niby ty wiesz, co jest stosowne, a co nie?
Spider dotknął drzwi frontowych, które otwarły się cicho.
– Wiesz, że mam klucze – przypomniał Gruby Charlie. – To moje drzwi.
Razem przeszli przez hol i w górę po schodach.
– Gdzie się podziewałeś? – spytał Spider.
– Nigdzie. Nie było mnie – odrzekł Gruby Charlie tonem godnym nastolatka.
– Dziś rano w restauracji zaatakowały mnie ptaki. Wiadomo ci coś o tym? Wiadomo, prawda?
– Raczej nie. Może. Po prostu już czas, żebyś sobie poszedł.
– Nie zaczynaj.
– Ja? Ja mam nie zaczynać? Przecież stanowiłem dotąd uosobienie opanowania. To ty wtargnąłeś w moje życie, wkurzyłeś mojego szefa, nasłałeś na mnie policję. Ty… całowałeś się z moją dziewczyną. Spieprzyłeś mi życie…
– Hej – przerwał mu Spider. – Jeśli chcesz znać moje zdanie, to tobie samemu świetnie szło rozpieprzanie własnego życia.
Gruby Charlie zacisnął pięść, zamachnął się i walnął Spidera w szczękę, jak to robią na filmach. Spider zachwiał się, bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Uniósł dłoń do ust i spojrzał na krew na swych palcach.
– Uderzyłeś mnie – rzekł.
– I mogę to zrobić jeszcze raz – odparł Gruby Charlie, nie do końca pewny, czy faktycznie może. Zabolała go ręka.
– Ach tak?
Spider rzucił się na Grubego Charliego, tłukąc go pięściami. Gruby Charlie runął na ziemię, chwytając Spidera w pasie i pociągając za sobą.
Tarzali się po podłodze korytarza, zasypując się ciosami. Gruby Charlie obawiał się w duchu, że Spider przypuści na niego magiczny kontratak albo okaże się nadnaturalnie silny, lecz wyglądało na to, że ich siły są całkiem zbliżone. Obaj walczyli bez ładu i składu, jak chłopcy – jak bracia – i gdy się tak tłukli, Grubemu Charliemu wydało się, że pamięta podobną bójkę. Działo się to dawno temu, Spider był mądrzejszy i szybszy, ale gdyby Gruby Charlie przycisnął go do ziemi i unieruchomił ręce…
Chwycił prawą dłoń Spidera, wykręcając mu ją za plecy, a potem usiadł na piersi brata.
– Poddajesz się? – spytał.
– Nie.
Spider zaczął się wić i kręcić, lecz Gruby Charlie trwał niewzruszenie na jego piersi.
– Chcę, żebyś obiecał – rzekł – że wyniesiesz się z mojego życia i na zawsze zostawisz nas z Rosie w spokoju.
Na te słowa Spider wierzgnął gniewnie, zrzucając Grubego Charliego, który wylądował na plecach na kuchennej podłodze.
– Posłuchaj – rzucił. – Uprzedzałem…
W tym momencie usłyszeli dobiegające z dołu pukanie do drzwi, władcze i stanowcze, świadczące o tym, że stukający pragnie pilnie wejść do środka. Gruby Charlie zmierzył Spidera wściekłym spojrzeniem. Ten skrzywił się i obaj powoli dźwignęli się z ziemi.
– Mam otworzyć? – spytał Spider.
– Nie – odparł Gruby Charlie. – To mój cholerny dom, i to ja zamierzam otworzyć moje własne cholerne drzwi. Piękne dzięki.
– Jak sobie chcesz.
Gruby Charlie wycofał się w stronę schodów.
– Kiedy już to załatwię – zapowiedział – załatwię ciebie. Spakuj się, niedługo wyjeżdżasz.
Ruszył na dół, po drodze poprawiając ubranie, otrzepując się z kurzu i próbując usunąć ślady podłogowej bójki.
Otworzył. Za progiem stało dwóch rosłych policjantów w mundurach i jedna drobna, egzotyczna policjantka w cywilnym, bardzo brzydkim stroju.
– Charles Nancy? – spytała Daisy. Patrzyła na niego jak na kogoś obcego, jej oczy nie zdradzały niczego.
– Glumpf – przytaknął Gruby Charlie.
– Panie Nancy – ciągnęła – jest pan aresztowany. Ma pan prawo…
Gruby Charlie odwrócił się, patrząc w górę. – Ty świnio! – krzyknął. – Świnio, świnio, świnio, świnio, świńska świnio!
Daisy poklepała go po ramieniu.
– Czy pójdzie pan spokojnie? – spytała cicho. – Bo jeśli nie, będziemy musieli najpierw pana uciszyć. Radzę się zastanowić, bo to bardzo entuzjastyczni uciszacze.
– Zachowam spokój – odparł Gruby Charlie.
– To dobrze.
Daisy wyprowadziła go na ulicę i zamknęła w czarnej policyjnej furgonetce.
Policjanci przeszukali mieszkanie. Wszystkie pokoje były puste. Na końcu korytarza mieściła się maleńka, zapasowa sypialnia. W środku stało kilka pudeł pełnych książek i samochodzików. Zajrzeli do nich, lecz nie znaleźli nic ciekawego.

* * *

Spider leżał nadąsany na kanapie w swej sypialni. Wrócił do niej, gdy Gruby Charlie poszedł otworzyć drzwi. Musiał pobyć sam. Niezbyt dobrze sobie radził w takich bezpośrednich starciach. Zazwyczaj na tym etapie znikał bez śladu. Spider wiedział, że już czas odejść, ale nie miał na to ochoty.
Nie był pewien, czy odesłanie Rosie do domu było najlepszym wyjściem.
Tak naprawdę pragnął – a Spiderem zawsze kierowały pragnienia, nigdy powinności – powiedzieć Rosie, że mu na niej zależy. Jemu, Spiderowi. Że nie jest Grubym Charliem, tylko kimś zupełnie innym. Samo w sobie nie stanowiło to problemu. Mógł po prostu poinformować ją z głębokim przekonaniem: „Tak naprawdę jestem Spider, brat Grubego Charliego, a tobie zupełnie to nie przeszkadza, ani trochę”, i wszechświat popchnąłby Rosie odrobinę we właściwym kierunku. Sprawiłby, że przyjęłaby jego słowa, tak jak dziś sprawił, że wróciła wcześniej do domu. Nic by się nie stało, zupełnie by jej to nie wadziło.
Tyle że gdzieś w głębi duszy wiedział, że wadziłoby.
Istoty ludzkie nie lubią, gdy manipulują nimi bogowie. Być może z zewnątrz wygląda to inaczej, lecz gdzieś w środku, w samej głębi, istoty wyczuwają to i przyjmują wrogo. Ludzie wiedzą. Spider mógł jej polecić, by nie przejęła się całą sytuacją, i faktycznie nie przejęłaby się nią. Byłoby to jednak równie prawdziwe jak namalowanie uśmiechu na jej twarzy – uśmiechu, w który szczerze by wierzyła i który uważałaby pod każdym istotnym względem za swój własny. Na krótką metę (a do tej pory Spider nigdy nie działał inaczej) nie miałoby znaczenia, lecz na dłuższą mogło powodować jedynie problemy. Nie pragnął kipiącej gniewem i odrazą istoty, kogoś, kto w głębi duszy go nienawidzi, a na zewnątrz przybiera maskę sztucznej, lalkowatej błogości. Pragnął Rosie.
A to przecież nie byłaby Rosie, prawda?
Wyjrzał przez okno na wspaniały wodospad i tropikalne niebo, i zaczął się zastanawiać, kiedy Gruby Charlie zastuka do jego drzwi. Tego ranka w restauracji coś się zdarzyło i z całą pewnością jego brat wiedział o tym więcej, niż po sobie pokazywał.
Po jakimś czasie Spidera znudziło czekanie i wrócił do mieszkania Grubego Charliego. Nikogo nie zastał. Wszędzie panował bałagan, zupełnie jakby zawodowcy wywrócili je do góry nogami. Spider uznał, że najprawdopodobniej Gruby Charlie sam wszystko porozrzucał, pokazując, jak bardzo wkurzyła go wygrana Spidera w walce.
Wyjrzał przez okno. Na zewnątrz, obok czarnej policyjnej furgonetki parkował radiowóz. Na jego oczach oba samochody odjechały.
Zrobił sobie grzankę, posmarował masłem i zjadł. A potem przeszedł się po mieszkaniu, sprawdzając, czy wszędzie dokładnie zaciągnął zasłony.
Zadźwięczał dzwonek. Spider zasunął ostatnią kotarę i zszedł na dół. Otworzywszy drzwi, ujrzał Rosie. Sprawiała wrażenie lekko oszołomionej. Patrzył na nią bez słowa.
– I co? Nie zaprosisz mnie?
– Oczywiście, wejdź.
Wspięła się po schodach.
– Co się tu stało? Mieszkanie wygląda jak po trzęsieniu ziemi.
– Tak.
– Czemu siedzisz tak po ciemku? – Podeszła do okna.
– Nie ruszaj zasłon! Zostaw je.
– Czego ty się boisz? – spytała Rosie. Spider wyjrzał przez okno.
– Ptaków – rzekł w końcu.
– Ale ptaki to nasi przyjaciele. – Rosie mówiła cierpliwie jak do małego dziecka.
– Ptaki – odrzekł Spider – to ostatni potomkowie dinozaurów. Maleńkie welociraptory ze skrzydłami, pożerające bezbronne, wijące się stworzonka, orzechy, rybki i, i, i inne ptaki. Nie sieją, nie orzą. Widziałaś kiedyś jedzącą kurę? Może i wyglądają niewinnie, ale ptaki są paskudne i wredne.
– Parę dni temu w dzienniku pokazywali materiał o ptaku, który uratował człowiekowi życie – oznajmiła Rosie.
– To nie zmienia faktu, że…
– To był kruk, albo może wrona, jeden z tych dużych, czarnych. Facet leżał na trawniku przed swym domem w Kalifornii, czytając gazetę. Nagle usłyszał wrzaski i krakanie. Kruk próbował zwrócić na siebie jego uwagę. Gość wstał, podszedł do drzewa, na którym siedział ptak, i zobaczył pod nim pumę szykującą się do skoku. Uciekł więc do domu. Gdyby kruk go nie ostrzegł, padłby ofiarą pumy.
– Nie sądzę, by to było zachowanie typowe dla kruka – odparł Spider. – A poza tym to, że jeden kruk uratował komuś życie, niczego nie zmienia. Ptaki wciąż chcą mnie dopaść.
– Jasne. – Rosie starała się, by nie zabrzmiało to fałszywie. – Ptaki chcą cię dopaść.
– Tak.
– A robią to dlatego, bo…?
– Uhm.
– Musi istnieć jakiś powód. Nie twierdzisz chyba, że wielkie rzesze ptaków tak po prostu bez żadnej przyczyny postanowiły potraktować cię jak atrakcyjną, olbrzymią przekąskę?
– Chyba mi nie wierzysz – rzekł i było widać, że mówi szczerze.
– Charlie, zawsze byłeś uczciwym, prawdomównym człowiekiem. Ufałam ci. Jeśli coś mi mówisz, staram się w to uwierzyć, naprawdę się staram. Kocham cię i wierzę w ciebie. Czemu zatem nie pozwolisz mi sprawdzić, czy w to uwierzę, czy nie?
Spider zastanowił się chwilę. Potem wyciągnął rękę i ujął jej dłoń.
– Chyba powinienem ci coś pokazać.
Poprowadził ją na koniec korytarza. Zatrzymali się przed drzwiami zapasowej sypialni Grubego Charliego.
– Coś tam jest – rzekł. – Myślę, że przekona cię bardziej niż słowa.
– Jesteś superbohaterem – oznajmiła – a tu przechowujesz Batmobil.
– Nie.
– Czy to coś nieprzyzwoitego? Lubisz przebierać się w kostiumik od Chanel i perły, i przedstawiać się jako Dora?
– Nie.
– To nie… elektryczna kolejka, prawda?
Spider pchnął drzwi zapasowego pokoju Grubego Charliego i jednocześnie drzwi swej sypialni. Za oknami na końcu szumiał wodospad wpadający do jeziora w dżungli. Niebo nad nim było bardziej niebieskie niż szafiry.
Rosie pisnęła cicho.
Zawróciła, przeszła przez korytarz do kuchni i wyjrzała przez okno na szare, ciastowate, wybitnie nieciekawe londyńskie niebo. Wróciła.
– Nie rozumiem – powiedziała. – Charlie, co się dzieje?
– Ja nie jestem Charlie – oznajmił Spider. – Spójrz na mnie, naprawdę spójrz na mnie. Nawet nie wyglądam jak on.
Nie starała się już dłużej go uspokajać. Oczy miała wielkie, przerażone.
– Jestem jego bratem – ciągnął Spider. – I wszystko schrza – niłem, wszystko. Najlepiej chyba byłoby, gdybym wyniósł się z waszego życia.
– To gdzie jest Gruby… gdzie jest Charlie?
– Nie mam pojęcia. Pobiliśmy się. Poszedł otworzyć drzwi, ja wróciłem do swojego pokoju, a on zniknął.
– Zniknął? A ty nie próbowałeś nawet sprawdzić, co się z nim stało?
– Eee, możliwe, że zabrała go policja. To tylko taka luźna hipoteza. Nie mam żadnych dowodów ani nic takiego.
– Jak się nazywasz? – spytała ostro.
– Spider.
– Spider – powtórzyła Rosie.
Na zewnątrz, poza zasięgiem wodnej piany wodospadu dostrzegła wiszące w powietrzu stado flamingów. W słońcu ich skrzydła mieniły się różem i bielą. Dostojne, niezliczone, przedstawiały sobą najpiękniejszy widok, jaki oglądała w swym życiu. Z powrotem popatrzyła na Spidera i patrząc na niego, nie mogła pojąć, jakim cudem kiedykolwiek brała go za Grubego Charliego. Gruby Charlie był ciepły, otwarty i niezgrabny, a ten mężczyzna przypominał stalową sprężynę, mocno naciągniętą i mogącą w każdej chwili pęknąć.
– Naprawdę nie jesteś nim, prawda?
– Powiedziałem przecież.
– No to. No to z kim. Z kim ja. Z którym z was. Z którym spałam?
– To byłem ja – odparł Spider.
– Tak też sądziłam.
Rosie z całej siły uderzyła go w twarz. Poczuł, że rana na wardze otwarła się i znów płynie z niej krew.
– Chyba na to zasłużyłem.
– Oczywiście, że zasłużyłeś – zawiesiła głos. – Czy Gruby Charlie o tym wiedział? O tobie? O tym, że się ze mną spotykasz?
– No tak, ale…
– Obaj jesteście chorzy – rzuciła. – Chore, obrzydliwe świnie. Mam nadzieję, że zgnijecie w piekle.
Po raz ostatni rozejrzała się ze zdumieniem po olbrzymiej sypialni. Potem spojrzała przez okno na gęstą dżunglę, ogromny wodospad i stado flamingów, odwróciła się na pięcie i wyszła.
Spider usiadł na podłodze, z dolnej wargi sączyła mu się strużka krwi. Czuł się okropnie głupio. Usłyszał trzaśniecie drzwi na dole. Podszedł do wanny i zanurzył w gorącej wodzie rożek włochatego ręcznika. Potem wykręcił go i przyłożył do ust.
– Nie potrzebuję tego wszystkiego – oznajmił. Powiedział to głośno; łatwiej jest się okłamywać, gdy mówi się głośno. – Tydzień temu nie potrzebowałem żadnego z was i nie potrzebuję was teraz. Nie obchodzi mnie to. Już z wami skończyłem.
Flamingi uderzyły o szyby niczym różowe, pierzaste kule armatnie. Szkło pękło, a jego odłamki poleciały w głąb pokoju, wbijając się w ściany, podłogę, łóżko. W powietrzu zaroiło się od rozpędzonych, jasnoróżowych ciał, łopoczących różowych skrzydeł i zakrzywionych czarnych dziobów. Cały pokój wypełnił ogłuszający huk wodospadu.
Spider wycofał się pod ścianę. Od drzwi odgradzało go stado flamingów, całe setki półtorametrowych ptaków, plątanina długich nóg i szyj. Dźwignął się z ziemi i postąpił kilka kroków przez pole minowe rozwścieczonych różowych flamingów, patrzących na niego gniewnie obłąkanymi różowym oczami. Z daleka mogły wyglądać pięknie. Jeden dziobnął go w rękę. Nie przebił skóry, ale i tak zabolało.
Sypialnia Spidera była naprawdę duża, lecz z każdą chwilą zapełniała się lądującymi w pędzie flamingami. A na błękitnym niebie nad wodospadem pojawiła się ciemna chmura – drugie stado, zmierzające w jego stronę.
Ptaki dziobały Spidera, atakowały nogami, tłukły skrzydłami. On jednak wiedział, że nie to stanowi problem. Prawdziwym problemem będzie uduszenie pod puszystym, różowym kłębowiskiem piór z doczepionymi do nich ptakami. Co za niewiarygodnie żałosna śmierć. Zmiażdżony przez ptaki, i to w dodatku niezbyt inteligentne ptaki.
Myśl, powtarzał sobie w duchu. To flamingi, ptasie móżdżki. Ty jesteś Spider, pająk.
I co z tego? – odpowiedział sobie w myślach z irytacją. Powiedz mi coś, czego nie wiem.
Flamingi na ziemi napierały na niego. Te w powietrzu nurkowały ku niemu. Naciągnął kurtkę na głowę i wtedy ptaki unoszące się w powietrzu zaczęły o niego uderzać. Zupełnie jakby ktoś ostrzeliwał go kurczakami. Zachwiał się i runął na ziemię.
Przechytrz je, durniu.
Spider podniósł się znowu i brodząc w morzu skrzydeł i dziobów, dotarł do okna, wielkiego otworu otoczonego ostrymi zębami szkła.
– Głupie ptaki – rzucił wesoło, podciągając się na parapet.
Flamingi nie słyną z inteligencji ani z umiejętności rozwiązywania problemów. W obliczu kawałka skręconego drutu i butelki z czymś jadalnym w środku kruk mógłby spróbować zrobić z drutu narzędzie i wyciągnąć zawartość. Flaming natomiast usiłowałby zjeść drut, gdyby ten wyglądał jak krewetka, a gdyby nie wyglądał, na wszelki wypadek też by go skosztował, bo może to nowa odmiana krewetki. Jeśli więc w człowieku stojącym na parapecie i obrzucającym je wyzwiskami było coś lekko zwiewnego i ulotnego, flamingi tego nie dostrzegły. Wpatrywały się w niego oszalałymi różowymi oczkami ogarniętych morderczym instynktem królików, a potem popędziły ku niemu.
Mężczyzna wyskoczył z okna wprost w chmurę pyłu wodnego, otaczającą wodospad, i tysiąc flamingów wystartowało za nim do lotu, biorąc zaś pod uwagę fakt, że flaming potrzebuje sporego rozpędu, wiele runęło na ziemię jak kamienie.
Wkrótce w sypialni pozostały już tylko ranne i martwe flamingi: te, które połamały sobie skrzydła, które zderzyły się ze ścianami, zostały zmiażdżone przez masy innych flamingów. Część z nich, wciąż jeszcze żywa, patrzyła, jak drzwi sypialni otwierają się same z siebie i znów zamykają. Ale że były flamingami, niespecjalnie się tym przejęły.
Spider stał na korytarzu mieszkania Grubego Charliego, usiłując złapać oddech. Skoncentrował się na odesłaniu sypialni w niebyt. Robił to wyjątkowo niechętnie, głównie dlatego, że był okropnie dumny ze swojego sprzętu grającego. A poza tym w środku przechowywał swoje rzeczy.
Zawsze jednak mógł zdobyć nowe rzeczy.
Jeśli jest się Spiderem, wystarczy tylko poprosić.

* * *

Matka Rosie nie miała w zwyczaju głośno okazywać swojego triumfu. Kiedy zatem Rosie rozpłakała się na sofie od Chippendale’a, jej matka powstrzymała chęć wydania radosnych okrzyków, śpiewu i zwycięskiego tańca połączonego z podskokami wokół salonu. Uważny obserwator dostrzegłby jednak triumfalny błysk w jej oku.
Podała Rosie dużą szklankę witaminizowanej wody mineralnej z jedną kostką lodu i wysłuchała płaczliwej litanii opisującej zdradę i zawód miłosny. Pod koniec triumfalny błysk zniknął, zastąpiony wyrazem zamętu. Czuła, że kręci się jej w głowie.
– A zatem Gruby Charlie nie był naprawdę Grubym Charliem? – spytała.
– Nie. To znaczy tak. Gruby Charlie to Gruby Charlie. Ale przez ostatni tydzień spotykałam się z jego bratem.
– Są bliźniakami?
– Nie, nie są nawet do siebie podobni. Sama nie wiem. Wszystko mi się miesza.
– To z którym właściwie zerwałaś?
Rosie wydmuchnęła nos.
– Zerwałam ze Spiderem. To brat Grubego Charliego.
– Ale przecież nie byłaś z nim zaręczona.
– Nie, ale myślałam, że jestem. Myślałam, że to Gruby Charlie.
– Zatem zerwałaś też z Grubym Charliem?
– W pewnym sensie. Po prostu jeszcze mu o tym nie powiedziałam.
– Czy on… czy on wiedział o tej sprawie z bratem? Czy to był jakiś paskudny, zboczony spisek przeciw mojej córeczce?
– Nie sądzę, ale to nie ma znaczenia. Nie mogę za niego wyjść.
– Nie – zgodziła się matka. – Z całą pewnością nie możesz, ani trochę. – W myślach odtańczyła radosny taniec i urządziła spory, lecz gustowny pokaz fajerwerków. – Znajdziemy ci porządnego chłopca. Nie martw się, ten Gruby Charlie od początku coś kombinował. Zrozumiałam to w chwili, gdy go zobaczyłam. Zjadł mój owoc z wosku. Wiedziałam, że sprawia tylko kłopoty. Gdzie jest teraz?
– Nie jestem pewna. Spider mówił, że być może aresztowała go policja.
– Ha! – rzuciła matka.
Fajerwerki w jej głowie przybrały rozmach godny obchodów nowego roku w Disneylandzie. Dodatkowo w myślach złożyła w ofierze tuzin pięknych, czarnych byków. Głośno powiedziała jedynie:
– Pewnie siedzi w więzieniu. Według mnie to dla niego najlepsze miejsce. Zawsze uważałam, że tam właśnie skończy.
Rosie zaczęła płakać jeszcze głośniej. Wyciągnęła z pudełka kolejną chusteczkę i trąbiąc głośno, wydmuchnęła nos. Z odważną miną przełknęła ślinę, potem znów zaczęła płakać. Matka poklepała ją po ręce, usiłując dodać otuchy.
– Oczywiście, że nie możesz za niego wyjść. Nie możesz poślubić skazańca. Ale skoro siedzi w więzieniu, z łatwością zerwiesz zaręczyny. – W kąciku jej ust pojawiło się widmo uśmiechu. – Mogę pójść do niego w twoim imieniu. Albo wybierz się sama w dniu odwiedzin i powiedz, że jest wstrętnym oszustem i nigdy więcej nie chcesz go widzieć. Mogłybyśmy też załatwić sądowy zakaz zbliżania się do ciebie – dodała z nadzieją.
– To nie dlatego nie mogę wyjść za Grubego Charliego – wyszlochała Rosie.
– Nie? – Matka uniosła nakreśloną ołówkiem brew.
– Nie – powiedziała Rosie. – Nie mogę wyjść za Grubego Charliego, bo go nie kocham.
– Oczywiście, że nie kochasz, zawsze to wiedziałam. To dziewczęce zauroczenie. Teraz jednak widzisz, jaki jest naprawdę…
– Kocham – ciągnęła Rosie, nie zwracając uwagi na słowa matki – Spidera, jego brata.
Wyraz twarzy jej matki przypominał chmarę os przybywających na piknik.
– Nie martw się – dodała Rosie – za niego też nie zamierzam wyjść. Powiedziałam mu, że nie chcę go znać.
Matka Rosie zacisnęła wargi.
– No cóż – oznajmiła – nie mogę udawać, że cokolwiek z tego rozumiem, ale z całą pewnością nie są to złe wieści.
Tryby w jej głowie poruszyły się, zapadnie przesunęły, przekładnie ustawiły, tworząc nowy, fascynujący układ. Sprężyny przeskoczyły, trzasnęły zatrzaski.
– Wiesz – dodała – co byłoby w tej chwili dla ciebie najlepsze? Nie masz ochoty na krótkie wakacje? Chętnie je opłacę, mam w końcu pieniądze, które przeznaczyłam na wesele…
Nie były to najszczęśliwsze słowa; Rosie znów zaczęła płakać w chusteczkę.
– W każdym razie ja stawiam – podjęła szybko matka. – Wiem, że możesz wziąć zaległy urlop, a mówiłaś, że w tej chwili nie ma dużo pracy. W takim momencie dziewczyna musi oderwać się od wszystkiego i odpocząć.
Rosie zastanawiała się, czy może nie oceniała źle matki przez te wszystkie lata. Pociągnęła nosem i przełknęła ślinę.
– To byłoby miłe – powiedziała w końcu.
– A zatem ustalone – oświadczyła matka. – Pojadę z tobą, żeby zadbać o moją córeczkę.
W myślach, przy wtórze imponującego pokazu fajerwerków, dodała: I by upewnić się, że odtąd moja córeczka będzie spotykała tylko właściwych mężczyzn.
– Dokąd się wybierzemy? – spytała Rosie.
– Wybierzemy się – odparła jej matka – w rejs.

* * *

Grubemu Charliemu nie założono kajdanek. To przynajmniej było dobre. Wszystko inne szło źle, ale przynajmniej go nie skuto. Świat wokół niego jakby się rozmazał, wypełniły go za to aż nadto wyraźne szczegóły: sierżant dyżurny drapiący się po nosie i wypełniający papiery – „Cela numer sześć jest wolna” – przejście przez zielone drzwi, a potem zapach więzienia. Niewyraźny odór, którego nie czuł nigdy wcześniej, lecz który natychmiast wydał mu się upiornie znajomy: uporczywy smród wymiocin, środków dezynfekujących, dymu, starych koców, niespłukanych toalet i rozpaczy. Była to woń, która zalega na samym dnie i tam właśnie najwyraźniej trafił Gruby Charlie.
– Kiedy będziesz chciał spuścić wodę w kiblu – oznajmił towarzyszący mu policjant – naciśnij guzik w celi. Któryś z nas wcześniej czy później zajrzy i sam pociągnie za łańcuszek. W ten sposób nie spuścisz dowodów.
– Dowodów czego?
– Daj sobie spokój, złociutki.
Gruby Charlie westchnął. Od najwcześniejszego dzieciństwa, gdy był jeszcze dumny z tego faktu, sam spłukiwał wodą swoje produkty przemiany materii i utrata tego prawa jeszcze dotkliwiej niż utrata wolności uświadomiła mu, że wszystko się zmieniło.
– To twój pierwszy raz? – spytał policjant.
– Tak. Przepraszam.
– Narkotyki? – naciskał policjant.
– Nie, dziękuję – odparł Gruby Charlie.
– To za nie siedzisz?
– Nie wiem, za co siedzę. Jestem niewinny.
– Przestępstwo urzędnicze, co? – Policjant pokręcił głową. – Powiem ci coś, co wie każdy robol. Im lepiej będziesz traktować nas, tym lepiej my potraktujemy ciebie. Wy, urzędasy, zawsze domagacie się swoich praw i tylko tym sobie szkodzicie.
Otworzył drzwi celi numer sześć.
– Nie ma to jak w domu.
W środku smród był mocniejszy. Celę pomalowano szorstką farbą, na której nie daje się rysować graffiti. W środku – stało jedynie niskie łóżko i pozbawiona klapy toaleta w kącie.
Gruby Charlie położył na łóżku wydany mu koc. . – No dobra – rzekł policjant. – Rozgość się. A jeśli zaczniesz się nudzić, proszę, nie zatykaj kibla kocem.
– Po co miałbym to robić?
– Często sam się nad tym zastanawiam – odparł policjant. – Faktycznie, po co? Może to jakaś odmiana w tej monotonii. Ja sam nie mam pojęcia. Jestem praworządnym obywatelem, czeka na mnie policyjna emerytura i nigdy nie musiałem siedzieć w żadnej celi.
– Wie pan, ja tego nie zrobiłem – powiedział Gruby Charlie. – Cokolwiek to było.
– To dobrze – odparł policjant.
– Przepraszam – spytał Gruby Charlie – dostanę coś do czytania?
– Czy to miejsce według ciebie wygląda jak biblioteka?
– Nie.
– Gdy byłem młodym gliną, facet poprosił mnie o książkę. Poszedłem i znalazłem mu coś, co wcześniej sam czytałem. J.T. Edsona czy może Louisa L’Amoura, a on tylko zatkał nią kibel. Drugi raz nie dam się nabrać.
A potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Gruby Charlie został w środku, a policjant na zewnątrz.

* * *

Najdziwniejsze, pomyślał Grahame Coats, zazwyczaj niespecjalnie skłonny do refleksji, było to, jak normalnie, pogodnie i ogólnie rzecz biorąc, dobrze się czuł.
Kapitan polecił im zapiąć pasy i wspomniał, że wkrótce wylądują na Saint Andrews. Saint Andrews była niewielką karaibską wysepką, która po ogłoszeniu niepodległości w 1962 postanowiła dowieść swej niezależności od władz kolonialnych na kilka sposobów, między innymi tworząc własny system sądowniczy, wyróżniający się całkowitym brakiem umów o ekstradycję z resztą świata.
Samolot wylądował. Grahame Coats wysiadł i ruszył przez skąpany w blasku słońca asfalt, ciągnąc za sobą torbę na kółkach.
Pokazał odpowiedni paszport – Basila Finnegana – poczekał, aż urzędnik imigracyjny przystawi pieczątkę, zebrał resztę bagażu z taśmy i wyszedł przez pustą salę odpraw celnych na maleńki terminal, a stamtąd na słoneczną ulicę. Miał na sobie podkoszulek, szorty i sandały, i wyglądał jak typowy Brytyjski Turysta Za Granicą.
Ogrodnik czekał na niego przed lotniskiem. Grahame Coats usiadł wygodnie na tylnym siedzeniu czarnego mercedesa.
– Do domu, proszę – rzekł.
Podczas jazdy drogą prowadzącą z Williamstown do majątku na szczycie skał spoglądał na wyspę z zadowolonym uśmiechem właściciela.
Przyszło mu do głowy, że wyjeżdżając z Anglii, zostawił za sobą potencjalnie martwą kobietę. Ciekawe, czy przeżyła. Poważnie w to wątpił. Świadomość, że kogoś zabił, nie przeszkadzała mu, wręcz przeciwnie, napełniła go ogromną satysfakcją, jakby dzięki temu czynowi osiągnął spełnienie. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie miał okazję to zrobić.
Zastanawiał się, czy nastąpi to szybko.

Gruby Charlie siedział na kocu na metalowej pryczy, czekając, aż coś się zdarzy. Nie zdarzyło się jednak nic, czas płynął powoli. Miał wrażenie, że minęło kilka miesięcy. Próbował zasnąć, ale nie pamiętał, jak to się robi.
Walnął pięścią w drzwi.
Ktoś wrzasnął: „Zamknij się!”; Gruby Charlie nie wiedział, czy to policjant, czy inny więzień.
Zaczął krążyć po celi. Oceniał ostrożnie, że trwało to co najmniej dwa lub trzy lata. Potem usiadł, pozwalając, by pochłonęła go wieczność. Przez gruby blok szkła w górze, pełniący obowiązki okna, widział światło dzienne, najwyraźniej to samo, które oglądał, gdy tego ranka zatrzasnęły się za nim drzwi.
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć, jak zabijają czas ludzie siedzący w więzieniach. Pamiętał jednak wyłącznie prowadzenie tajnych dzienników i ukrywanie przedmiotów w tyłku. Nie miał nic do pisania, uważał też, iż wyraźną oznaką tego, jak dobrze radzi sobie w życiu, jest brak konieczności chowania przedmiotów w tyłku.
Nic się nie działo. Wciąż nic się nie działo. Kolejne Nic. Powrót Niczego. Syn Niczego. Nic kontratakuje. Nic, Abbott i Costello spotykają Wilkołaka…
Na dźwięk szczęku zamka Gruby Charlie o mało nie zaczął wiwatować.
– W porządku, spacerniak. Jeśli chcesz, możesz zapalić.
– Nie palę.
– I słusznie. Paskudny nałóg.
Spacerniak okazał się dziedzińcem pośrodku posterunku policji, ze wszystkich stron otoczonym murami, a od góry zamkniętym metalową siatką. Gruby Charlie przechadzał się po nim, dochodząc do wniosku, że jeśli jest coś, co naprawdę mu się nie podoba, to pozostawanie pod nadzorem policyjnym. Nigdy nie żywił specjalnej sympatii dla policjantów, ale do tej pory pielęgnował w sobie podstawową ufność w naturalną kolej rzeczy; przekonanie, że istnieje jakaś siła – w czasach wiktoriańskich nazywano ją Opatrznością – pilnująca, by winni zostawali ukarani, a niewinni cieszyli się wolnością. W obliczu ostatnich wydarzeń wiara ta załamała się i zastąpiła ją rosnąca obawa, że przez resztę życia będzie próbował przekonać o swej niewinności całą serię niewzruszonych sędziów i prześladowców często podobnych do Daisy, i że zapewne następnego ranka obudzi się w celi numer sześć i odkryje, że zamienił się w olbrzymiego robaka. Bez wątpienia trafił do wrogiego wszechświata, w którym ludzie zamieniają się w robaki…
Nad jego głową coś opadło z nieba na drucianą siatkę, Gruby Charlie uniósł wzrok. Z góry z wyniosłą obojętnością spoglądał na niego kos. Kolejny trzepot skrzydeł i do kosa dołączyło kilka wróbli, a także coś, co Gruby Charlie wziął za drozda.
Patrzyły na niego, on patrzył na nie.
Co chwila przylatywały nowe ptaki.
Gruby Charlie nie potrafił określić, kiedy dokładnie zgromadzenie ptaków na siatce przestało wyglądać ciekawie i zaczęło go przerażać. Oceniał, że nastąpiło to, gdy było ich około setki. Być może sprawił to też fakt, że ptaki nie świergotały, nie krakały, nie śpiewały, nie ćwierkały. Po prostu lądowały na siatce i obserwowały go czujnie.
– Idźcie sobie – powiedział głośno.
Zlekceważyły go. Zamiast tego przemówiły chórem, jak jeden ptak. Wypowiedziały jego imię.
Gruby Charlie podszedł do drzwi w kącie i kilka razy uderzył w nie pięścią.
– Przepraszam – powtórzył parokrotnie, a potem zaczął krzyczeć. – Pomocy!
Brzęk, drzwi otwarły się i ze środka wyjrzał wyraźnie senny członek Służb Policyjnych Jej Królewskiej Mości.
– Oby to było coś ważnego – rzekł.
Gruby Charlie wskazał ręką w górę. Nic nie powiedział, nie musiał. Konstablowi opadła szczęka, jego usta otwarły się szeroko i tak już zostały. Matka Grubego Charliego poradziłaby, żeby je zamknął, nim coś wleci do środka.
Siatka uginała się pod ciężarem tysięcy ptaków. Maleńkie ptasie oczka bez jednego mrugnięcia spoglądały w dół.
– Chryste na motorze – mruknął policjant i bez dalszych ceregieli zaprowadził Charliego z powrotem do celi.

Kategorie

Archiwa