Przepisy kuchenne

Spider

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Stefan zaplanował, że pokłóci się ze Spiderem, gdy tylko Spider wróci do domu. Wielokrotnie odgrywał tę scenę w swej głowie i za każdym razem wygrywał, zdecydowanie i uczciwie.
Spider jednak tej nocy nie wrócił do domu i Gruby Charlie zasnął w końcu przed telewizorem, bezmyślnie oglądając dość śmiały teleturniej dla cierpiących na bezsenność napaleńców, który chyba nosił tytuł „Pokaż nam swój tyłek!”
Obudził się na kanapie, gdy Spider rozsunął zasłony.
– Piękny dzień – rzekł.
– Ty – powiedział Gruby Charlie. – Całowałeś Rosie. Nie próbuj zaprzeczać.
– Musiałem – odparł Spider.
– Co to znaczy: musiałeś? Nic nie musiałeś.
– Myślała, że jestem tobą.
– Ale wiedziałeś, że nie jesteś mną. Nie powinieneś jej całować.
– Ale gdybym odmówił, pomyślałaby, że to ty jej nie całujesz.
– Ale to nie byłem ja.
– Ona o tym nie wiedziała. Po prostu chciałem pomóc.
– Pomaganie – odparł z kanapy Gruby Charlie – to coś, co zazwyczaj wiąże się z niecałowaniem mojej narzeczonej. Mogłeś powiedzieć, że boli cię ząb.
– To – rzekł z miną świętoszka Spider – byłoby kłamstwo.
– Ale i tak już przecież kłamałeś. Udawałeś, że jesteś mną.
– W takim razie powiększyłbym jeszcze kłamstwo – wyjaśnił Spider. – Początkowo skłamałem tylko dlatego, że nie bardzo nadawałeś się rano do pracy. Nie – dodał – nie mógłbym kłamać dalej. Czułbym się z tym okropnie.
– Za to ja czułem się okropnie, kiedy musiałem patrzeć, jak ją całujesz.
– Ach – mruknął Spider. – Ale ona sądziła, że całuje ciebie.
– Przestań to powtarzać!
– Powinno ci to pochlebiać. Masz ochotę na lunch?
– Oczywiście, że nie mam. Która godzina?
– Pora lunchu – wyjaśnił Spider. – I znów spóźniłeś się do pracy. Dobrze, że tym razem cię nie kryłem, wziąwszy pod uwagę, jak mi dziękujesz.
– Nie ma sprawy – rzucił Gruby Charlie. – Dostałem dwa tygodnie wolnego i premię.
Spider uniósł brwi.
– Posłuchaj. – Gruby Charlie miał wrażenie, że czas już przejść do drugiej rundy kłótni. – Nie chodzi o to, że chcę się ciebie pozbyć ani nic takiego. Ale zastanawiałem się, kiedy zamierzasz wyjechać?
– Gdy tu przyjechałem, planowałem zostać najwyżej dzień czy dwa. Spotkać się z braciszkiem i znów ruszyć w drogę. Jestem człowiekiem zajętym.
– A zatem dziś wyjeżdżasz?
– Taki był mój plan – odparł Spider. – Ale potem poznałem ciebie. Nie mogę uwierzyć, że przeżyliśmy niemal całe życie, nie znając się, mój bracie.
– Ja mogę.
– Więzy krwi – rzekł Spider. – Krew jest gęstsza niż woda.
– Woda nie jest gęsta – zaprotestował Gruby Charlie.
– Zatem gęstsza niż zupa. Albo lawa. Albo sos. Albo piżmo. Chodzi mi o to, że spotkanie z tobą to zaszczyt. Nie byliśmy ze sobą blisko, ale to już przeszłość. Stwórzmy dziś nowe jutro. Zostawmy za sobą wczoraj i wykujmy nowe więzy – więzy braterstwa.
– Lecisz na Rosie, aż się kurzy – podsumował Gruby Charlie.
– Lecę – zgodził się Spider. – I co zamierzasz z tym zrobić?
– Zrobić? To moja narzeczona.
– Nie ma sprawy. Bierze mnie za ciebie.
– Przestaniesz o tym mówić?
Spider rozłożył ręce w geście urażonej niewinności, po czym zrujnował cały efekt, oblizując wargi.
– A zatem – upierał się Gruby Charlie – co zamierzasz dalej? Poślubić ją, udając, że jesteś mną?
– Poślubić? – Spider zastanawiał się przez moment. – Co za. Straszny. Pomysł.
– Ja sam nie mogę się już doczekać.
– Spider się nie żeni. Nie nadaje się na męża.
– Chcesz więc powiedzieć, że moja Rosie nie jest dla ciebie dość dobra, tak?
Spider nie odpowiedział. Wyszedł z pokoju.
Gruby Charlie poczuł się tak, jakby zdobył punkt w dyskusji. Wstał z kanapy, zebrał wyściełane folią pudełka, które poprzedniego wieczoru kryły w sobie chow mein z kurczaka i chrupiące wieprzowe kulki, i wrzucił do kosza. Poszedł do sypialni, zdjął ubranie, w którym spał, po to by włożyć świeże. Odkrył, że nie ma czystych rzeczy, bo nie zrobił prania, więc wyszczotkował energicznie wczorajsze ciuchy, pozbywając się paru zbłąkanych okruchów chow mein, i włożył ponownie.
Wrócił do kuchni.
Spider siedział przy stole, zajadając się stekiem, który zaspokoiłby apetyt dwóch osób.
– Skąd go wziąłeś? – spytał Gruby Charlie, choć znał odpowiedź.
– Pytałem, czy masz ochotę na lunch – przypomniał łagodnym tonem Spider.
– Skąd wziąłeś stek?
– Był w lodówce.
– To – oznajmił Gruby Charlie, kiwając palcem niczym prokurator ruszający do ostatniego ataku – to był stek, który kupiłem na dzisiejszą kolację. Na kolację dla mnie i Rosie. Kolację, którą sam miałem przyrządzić. A ty siedzisz tu jak człowiek jedzący stek i jesz go i…
– To nie problem – wtrącił Spider.
– Co to znaczy nie problem?
– No, zadzwoniłem już dziś rano do Rosie i zabieram ją na kolację. Czyli i tak nie potrzebujesz tego steku.
Gruby Charlie otworzył usta, po czym je zamknął.
– Chcę, żebyś się wyniósł – oznajmił.
– Dobrze jest, gdy pragnienia człeka przerastają jego coś tam, coś tam – zasięg albo możliwości, czy coś w tym stylu. W przeciwnym razie po cóż istniałoby niebo? – rzucił wesoło Spider, przeżuwając kolejne kęsy kupionego przez Grubego Charliego steku.
– Co to do diabła ma znaczyć?
– To znaczy, że nigdzie się nie wybieram. Podoba mi się tutaj. – Odkroił kolejny kawałek steku i wepchnął do ust.
– Wynoś się – rzekł Gruby Charlie.
W tym momencie zadzwonił telefon. Gruby Charlie westchnął i przeszedł do holu.
– O co chodzi?
– A, Charles. Dobrze słyszeć twój głos. Wiem, że obecnie rozkoszujesz się swymi ciężko zarobionymi pieniędzmi, ale czy sądzisz, że istnieje szansa, byś zajrzał tu jutro rano na jakieś pół godziny? Powiedzmy około dziesiątej.
– Tak, jasne – odparł Gruby Charlie. – To żaden problem.
– Niezmiernie się cieszę. Potrzebny mi twój podpis na paru dokumentach. No to do jutra.
– Kto to był? – spytał Spider. Zjadł już wszystko i wycierał sobie właśnie usta papierowym ręcznikiem.
– Grahame Coats. Chce, żebym wpadł jutro do biura.
– To drań – rzucił Spider.
– I co z tego? Ty też jesteś draniem.
– Ale innym draniem. Ten facet to nic dobrego. Powinieneś znaleźć sobie inną pracę.
– Ja uwielbiam moją pracę.
Gruby Charlie mówił całkiem szczerze. Zdołał już całkowicie zapomnieć o tym, jak bardzo nie znosił swojej pracy, Agencji Grahame’a Coatsa i upiornej, wiecznie przyczajonej obecności samego Grahame’a Coatsa.
Spider wstał.
– Niezły stek. A przy okazji, zostawiłem moje rzeczy w zapasowej sypialni.
– Co takiego?
Gruby Charlie pobiegł na sam koniec korytarza, gdzie mieścił się pokój, dzięki któremu agencje nieruchomości mogły umieszczać jego mieszkanie w działce „dwie sypialnie”. Przechowywał w nim kilka kartonów książek, pudło ze starym torem do wyścigów samochodowych, dużą puszkę pełną resoraków (w większości z brakującymi kołami) i inne, mocno sfatygowane pamiątki z dzieciństwa. Mogła to być całkiem niezła sypialnia dla ogrodowego krasnala albo drobnego karła, lecz dla zwykłego człowieka nadawała się wyłącznie na szafę z oknem.
A przynajmniej kiedyś. Ale nie teraz, już nie.
Gruby Charlie otworzył drzwi i zamarł w progu.
Owszem, za nimi wciąż mieścił się pokój, ale ów pokój był olbrzymi. Wspaniały. W przeciwległej ścianie tkwiły okna – wielkie okna, wychodzące na jakby… wodospad. Za nim tropikalne słońce chyliło się nisko nad horyzontem, zalewając wszystko złocistym blaskiem. Był tam też kominek dość duży, by upiec na nim parę wołów; na palenisku płonęły wesoło trzy wielkie kłody. W kącie wisiał hamak, obok stała nieskazitelnie biała sofa i łoże z baldachimem. Przy kominku Gruby Charlie ujrzał coś, co oglądał dotąd tylko w kolorowych magazynach, i podejrzewał, że to pewnie jacuzzi. Na podłodze leżała skóra zebry, na jednej ze ścian wisiało niedźwiedzie futro, pod nim ustawiono supernowoczesny sprzęt audio składający się z czarnego kawałka lśniącego plastiku, nad którym macha się ręką. Na drugiej ścianie tkwił płaski telewizor, szerokości poprzedniego pokoju. A to nie wszystko…
– Co ty zrobiłeś? – spytał Gruby Charlie, wciąż stojąc w progu.
– No cóż – odparł zza jego pleców Spider. – Biorąc pod uwagę fakt, że zamierzam zostać tu parę dni, pomyślałem, że ściągnę swoje rzeczy.
– Ściągniesz rzeczy? Zwykle rzeczy to parę toreb pełnych brudnych ciuchów, kilka gier na playstation i kwiatek w doniczce. Ale to… to… – Zabrakło mu słów.
Spider przecisnął się obok, klepiąc go po ramieniu.
– Gdybyś mnie potrzebował – oznajmił – będę w swoim pokoju. – I zamknął za sobą drzwi.
Gruby Charlie nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz.
Wrócił do pokoju telewizyjnego, wziął z holu telefon i wybrał numer pani Higgler.
– Kto, do diabła, wydzwania tak wcześnie rano? – spytała.
– To ja, Gruby Charlie. Przepraszam.
– No i? Po co dzwonisz?
– Chcę prosić o radę. Bo widzi pani, mój brat tu jest.
– Twój brat.
– Spider. Opowiadała mi pani o nim. Mówiła pani, że gdybym chciał go zobaczyć, powinienem poprosić pająka. I zrobiłem to, i jest tutaj.
– No cóż – rzekła obojętnie – to dobrze.
– Wcale nie.
– Czemu nie? W końcu należy do rodziny.
– Proszę posłuchać, nie mogę o tym teraz mówić. Chcę tylko, żeby sobie poszedł.
– Próbowałeś grzecznie go poprosić?
– Właśnie o tym rozmawialiśmy. Mówi, że nigdzie nie pójdzie. W mojej garderobie urządził sobie coś w rodzaju pałacu rozkoszy Kubla Khana, a w tej dzielnicy jest potrzebna zgoda rady, nawet jeśli chce się założyć podwójne okna. Ma tam też wodospad, nie tam, po drugiej stronie okna. I chce uwieść moją narzeczoną.
– Skąd wiesz?
– Sam powiedział.
– Nie myślę zbyt jasno, nim nie wypiję kawy – oznajmiła pani Higgler.
– Chcę tylko wiedzieć, jak się go pozbyć.
– Nie mam pojęcia – oznajmiła. – Pomówię o tym z panią Dunwiddy. – Odłożyła słuchawkę.
Gruby Charlie wrócił na koniec korytarza i zapukał do drzwi.
– Co znowu?
– Chcę pogadać.
Drzwi szczęknęły i otwarły się, Gruby Charlie wszedł do środka. Nagi Spider leżał rozwalony w wannie. Trzymał w dłoni wysoką, oszronioną szklankę i popijał coś mniej więcej koloru prądu elektrycznego. Olbrzymie okna stały otworem, ryk wodospadu mieszał się z cichym, melodyjnym jazzem, sączącym się z ukrytych głośników.
– Posłuchaj – zaczął Gruby Charlie. – Musisz zrozumieć, że to mój dom.
– To? – powtórzył Spider. – To jest twój dom?
– No, nie do końca, ale zasada pozostaje ta sama. Mieszkasz w moim pokoju zapasowym i jesteś moim gościem. Uhm.
Sącząc drinka, Spider zanurzył się głębiej w gorącej wodzie.
– Mówią – rzekł – że goście są jak ryby. Po trzech dniach zaczynają śmierdzieć.
– Dobrze powiedziane – zauważył Gruby Charlie.
– Ale to takie trudne. Trudne, gdy przeżyłeś całe życie, nie znając swego brata. Trudne, bo on nawet nie wiedział, że istniejesz. Jeszcze trudniejsze, kiedy w końcu go spotykasz i dowiadujesz się, że dla niego nie jesteś wcale lepszy niż zdechła ryba.
– Ale… – zaczął Gruby Charlie. Spider wyciągnął się w wannie.
– Powiem ci coś. Nie mogę tu zostać wiecznie. Spoko, zanim się obejrzysz, już mnie nie będzie. A ze swej strony obiecuję, że nigdy nie będę o tobie myślał jak o zdechłej rybie. Rozumiem, że obaj przeżywamy potężny stres. Nie mówmy już o tym. Może wybierzesz się gdzieś na lunch? Zostaw klucz do drzwi wejściowych. A potem idź do kina.
Gruby Charlie włożył marynarkę i wyszedł na ulicę. Klucz do drzwi położył obok zlewu. Świeże powietrze było cudowne, choć z szarego nieba siąpiła szara mżawka. Po drodze kupił gazetę. Zatrzymał się w barze i poprosił o dużą porcję frytek i mortadelę w cieście. Przestało mżyć, usiadł więc na ławce przed kościołem i czytając gazetę, zjadł na lunch mortadelę z frytkami.
Bardzo chciał obejrzeć jakiś film.
Zaszedł do Odeonu, kupił bilet na najbliższy seans, przygodowy film akcji. Gdy wszedł na salę, film już się zaczął. Na ekranie rozbłyskiwały wybuchy. Było super.
W połowie filmu Gruby Charlie uświadomił sobie nagle, że o czymś zapomniał. To coś kryło się gdzieś w zakamarkach jego głowy, niczym swędzenie w głębi oczodołów, i nie pozwalało mu się skupić.
Film dobiegł końca.
Gruby Charlie zorientował się, że choć bawił się świetnie, prawie nic nie zapamiętał z seansu. Kupił zatem największy popcorn i drugi bilet. Za drugim razem film wydał mu się jeszcze lepszy.
Podobnie za trzecim.
Potem zastanowił się, czy nie powinien przypadkiem wracać do domu, ale zobaczył zapowiedź podwójnego nocnego pokazu Głowy do wycierania i True Stories. A że żadnego z tych filmów dotąd nie widział, obejrzał oba, choć skręcało go z głodu, co oznaczało, że pod koniec nie był pewien, o czym jest Głowa do wycierania i co robiła kobieta w kaloryferze. Zastanawiał się, czy pozwolą mu zostać i obejrzeć je jeszcze raz, ale wyjaśnili bardzo cierpliwie, powtarzając to wielokrotnie, że muszą zamknąć na noc, i spytali czy nie ma własnego domu, i czy już nie pora, by się położył.
A on oczywiście miał i owszem, była już ta pora, choć ów fakt jakoś mu umykał. Gruby Charlie wrócił zatem piechotą na Maxwell Gardens i zaskoczony, ujrzał światło w oknie swej sypialni.
Gdy dotarł do domu, zasłony były zaciągnięte. Jednak w oknie wciąż widział poruszające się sylwetki. Wydało mu się, że je rozpoznaje.
Sylwetki złączyły się, zlały w jeden cień.
Gruby Charlie wydał z siebie głęboki, przeszywający skowyt.

W domu pani Dunwiddy stało mnóstwo plastikowych zwierząt. Drobinki kurzu poruszały się wolno w powietrzu, jakby przywykły do promieni słonecznych dawnych leniwych lat i nie miały ochoty na kontakt z ostrym, nowoczesnym światłem. Sofę okrywał foliowy pokrowiec, krzesła trzeszczały, gdy się na nich siadało.
W domu pani Dunwiddy był szorstki papier toaletowy o zapachu sosnowym. Pani Dunwiddy wyznawała zasadę oszczędzania, a szorstki papier toaletowy o zapachu sosnowym stanowił jedno z kółeczek mechanizmu oszczędnościowego. Jeśli człowiek poszukał dość długo i gotów był zapłacić więcej, wciąż mógł dostać szorstki papier toaletowy o zapachu sosnowym.
Dom pani Dunwiddy pachniał wodą fiołkową. Był to stary dom. Ludzie zapominają, że dzieci pierwszych osadników, którzy przybyli na Florydę, były już starcami i staruszkami, gdy surowi purytanie wylądowali w Plymouth Rock. Dom nie pamiętał aż tak dawnych czasów, zbudowano go w latach dwudziestych w ramach projektu rozwoju Florydy. Miał być domem pokazowym, reprezentować hipotetyczne domy, których inni nabywcy nie mieli w końcu zbudować na nabywanych okazyjnie działkach moczarów ukochanych przez aligatory. Dom pani Dunwiddy przetrwał niezliczone huragany, nie tracąc ani jednej dachówki.
Gdy zadźwięczał dzwonek, pani Dunwiddy nadziewała właśnie niewielkiego indyka. Zacmokała, umyła ręce i przeszła korytarzem do drzwi frontowych, spoglądając na świat przez bardzo grube szkła okularów. Lewą dłoń przesuwała po oklejonej tapetą ścianie.
Uchyliła lekko drzwi i wyjrzała.
– Louello, to ja.
To była Callyanne Higgler.
– Wejdź.
Pani Higgler podążyła za panią Dunwiddy do kuchni. Pani Dunwiddy wsunęła dłonie pod kran i wróciła do wpychania wilgotnego nadzienia z chleba kukurydzianego głęboko w korpus indyka.
– Spodziewasz się gości?
Pani Dunwiddy mruknęła coś pod nosem.
– Zawsze warto się przygotować – oznajmiła. – A teraz może powiesz mi, co się dzieje?
– Chodzi o chłopaka Nancy, Grubego Charliego.
– Co z nim?
– Gdy był tu tydzień temu, opowiedziałam mu o bracie.
Pani Dunwiddy wyciągnęła rękę z indyka.
– To nie koniec świata – zauważyła.
– Powiedziałam mu, jak może się z nim skontaktować.
– Ach – mruknęła pani Dunwiddy. Potrafiła znakomicie wyrazić swą dezaprobatę za pomocą zaledwie jednej sylaby. – I?
– Zjawił się w Hanglii. Chłopak wychodzi z siebie.
Pani Dunwiddy nabrała pełną garść mokrego chleba i wepchnęła w indyka z siłą, od której ptakowi napłynęłyby łzy do oczu, gdyby jeszcze jakieś miał.
– Nie może się go pozbyć?
– Nie.
Bystre oczy spojrzały przez grube soczewki.
– Już raz to zrobiłam – oznajmiła pani Dunwiddy. – Nie uda mi się po raz drugi. Nie w ten sposób.
– Wiem, ale musimy coś zrobić.
Pani Dunwiddy westchnęła.
– To prawda co mówią. Jeśli pożyjesz dość długo, wszystkie twoje ptaki wrócą na grzędę.
– Nie ma innego sposobu?
Pani Dunwiddy skończyła nadziewać indyka. Wzięła długą szpilkę i zamocowała płat skóry. Potem owinęła ptaka w folię aluminiową.
– Myślę – oznajmiła – że nastawię go jutro późnym rankiem. Do popołudnia będzie gotowy. Potem, wieczorem, wsadzę go do pieca, zagrzeję na kolację.
– Spodziewasz się kogoś na kolacji? – spytała pani Higgler.
– Ciebie – odparła pani Dunwiddy. – Zorah Bustamonte, Belli Nolles. I Grubego Charliego Nancy. Nim chłopak tu dotrze, będzie konał z głodu.
– On tu jedzie? – spytała pani Higgler.
– Nie słuchałaś, dziewczyno? – Tylko pani Dunwiddy mogła bezkarnie nazwać panią Higgler dziewczyną, w innych ustach zabrzmiałoby to głupio. – A teraz pomóż mi wsadzić indyka do lodówki.

Można uczciwie powiedzieć, że dla Rosie był to jeden z najwspanialszych wieczorów jej życia: magiczny, doskonały, absolutnie cudowny. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby przestać się uśmiechać. Jedzenie było przepyszne, a gdy zjedli, Gruby Charlie zabrał ją na tańce, i to na prawdziwy dancing z niewielką orkiestrą i przemykającymi po parkiecie parami w pastelowych strojach. Czuła się, jakby razem cofnęli się w czasie, do minionej, spokojniejszej epoki. Odkąd skończyła pięć lat, Rosie chodziła na lekcje tańca, ale nigdy dotąd nie miała z kim wykorzystać nabytych umiejętności.
– Nie wiedziałam, że umiesz tańczyć.
– Jest tak wiele rzeczy, których o mnie nie wiesz – odparł.
Te słowa ją ucieszyły. Wkrótce poślubi tego mężczyznę. Wciąż czegoś o nim nie wie? Cudownie! Będzie miała całe życie na odkrywanie kolejnych tajemnic. Najróżniejszych tajemnic.
Idąc u boku Grubego Charliego, zauważyła, jak patrzą na niego inne kobiety i inni mężczyźni, i cieszyła się, że to ją trzyma pod rękę.
Przeszli przez Leicester Square; Rosie widziała lśniące na niebie gwiazdy. Jakimś cudem dostrzegała je jasno migoczące na niebie mimo blasku ulicznych latarni.
Przez krótką chwilę zastanawiała się, czemu nigdy wcześniej nie czuła się tak przy Grubym Charliem. Czasami gdzieś w głębi serca Rosie podejrzewała, że być może spotyka się z nim dlatego, bo jej matka tak bardzo go nie lubi. Że powiedziała „tak”, gdy poprosił ją o rękę, bo matka bardzo chciała, żeby powiedziała „nie…
Wcześniej Gruby Charlie raz jeden zabrał ją na West End. Poszli do teatru. To była niespodzianka urodzinowa. Ale w kasie pomieszali coś z biletami i okazało się, że zostały wydane na poprzedni dzień. Kierownictwo okazało zrozumienie i głęboką wolę współpracy. W końcu Grubemu Charliemu znaleziono miejsce za filarem, a Rosie posadzono w górnym rzędzie za plecami gromadki rozchichotanych dziewcząt z Norwich. Zdecydowanie nie można było określić tego wieczoru mianem sukcesu.
Ten jednak – o, ten był naprawdę magiczny. Rosie nie przeżyła w swym życiu zbyt wielu doskonałych chwil, lecz z całą pewnością ich suma wzrosła właśnie o jeden.
Uwielbiała to uczucie, które ogarniało ją, gdy byli razem.
A kiedy skończyli tańczyć i wypadli w noc, oszołomieni obrotami i szampanem, Gruby Charlie – i czemu właściwie myślała o nim jako o Grubym Charliem, przecież wcale nie był gruby? – objął ją.
– Teraz pójdziemy do mnie – rzekł.
Miał głos tak głęboki, że poczuła dreszcz w brzuchu i nie wspomniała nawet o tym, że następnego dnia musi iść do pracy, ani o tym, że będą mieli na to dość czasu po ślubie; w ogóle o niczym nie wspomniała, bo cały czas myślała o tym, że tak bardzo nie chce, by ten wieczór dobiegł końca, i tak bardzo pragnie, nie, musi pocałować tego mężczyznę w usta i objąć go mocno.
A potem, przypomniawszy sobie, że wypada coś odpowiedzieć, powiedziała „tak”.
W taksówce gładziła jego dłonie, tuliła się do niego i wpatrywała się w jego twarz oświetlaną reflektorami mijanych samochodów i latarni.
– Masz przekłute ucho – rzekła. – Czemu nigdy wcześniej nie zauważyłam, że masz przekłute ucho?
– Hej – odparł z uśmiechem niskim, wibrującym głosem. – Jak sądzisz, jak ja się czuję, wiedząc, że nie dostrzegłaś takiego drobiazgu, choć spotykamy się, ile to już?
– Półtora roku – podsunęła Rosie.
– Półtora roku – odparł jej narzeczony.
Wtuliła się w niego, głęboko wciągnęła nosem powietrze.
– Uwielbiam twój zapach – oznajmiła. – To woda kolońska?
– To po prostu ja – rzekł.
– Powinieneś go opatentować.
Zapłaciła taksówkarzowi, a tymczasem Gruby Charlie otworzył drzwi domu. Razem weszli po schodach. Gdy znaleźli się na górze, ruszył korytarzem w stronę zapasowego pokoju na tyłach.
– Sypialnia jest tutaj, głuptasie – rzuciła. – Dokąd idziesz?
– Donikąd. Wiedziałem – odrzekł.
Gdy znaleźli się w sypialni Grubego Charliego, Rosie zaciągnęła zasłony. Potem spojrzała na niego, promieniejąc szczęściem.
– I co? – spytała po chwili. – Nie zamierzasz mnie pocałować?
– Chyba tak – rzekł, wcielając słowa w czyn.
Czas rozpłynął się, rozciągał, zaginał. Nie wiedziała, czy całują się krótką chwilę, godzinę czy całe życie. A potem…
– Co to było?
– Niczego nie słyszałem – odparł.
– To brzmiało, jakby ktoś cierpiał.
– Może pobiły się koty?
– Brzmiało jak człowiek.
– Może to miejski lis? Podobno mają głosy podobne do ludzkich.
Rosie stała bez ruchu, przekrzywiając głowę i nasłuchując.
– Ucichło. Hm, chcesz wiedzieć, co jest najdziwniejsze?
– Mhm. – Musnął ustami jej kark. – Jasne, powiedz mi co jest najdziwniejsze. Ale sprawiłem, że już sobie poszło. Nie będzie nam więcej przeszkadzać.
– Najdziwniejsze jest to – oznajmiła Rosie – że to brzmiało zupełnie jak ty.

Gruby Charlie wędrował ulicami, próbując oczyścić umysł. Najoczywistszym wyjściem z sytuacji było zacząć walić we własne drzwi frontowe, póki Spider nie zejdzie i nie wpuści go, a potem nagadać Spiderowi i Rosie. To było oczywiste, absolutnie, całkowicie oczywiste.
Musiał po prostu wrócić do siebie, wyjaśnić wszystko Rosie i zawstydzić Spidera tak, że sobie pójdzie. Nic więcej. To nie mogło być przecież takie trudne?
Jednakże okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Nie był pewien, czemu właściwie oddalił się od domu ani jak ma tam trafić z powrotem. Ulice, które znał – a przynajmniej zdawało mu się, że zna – jakby się nagle odmieniły. Odkrył, że skręca w ślepe alejki, zwiedza niekończące się zaułki, błądzi w labiryncie nocnych, londyńskich ulic.
Czasami dostrzegał drogę główną, a na niej światła latarni i wystawy barów szybkiej obsługi. Wiedział, że kiedy wyjdzie na drogę, zdoła trafić z powrotem do domu. Ale za każdym razem, gdy ruszał w jej stronę, lądował gdzie indziej.
Zaczynały go boleć nogi, w brzuchu burczało gwałtownie. Był wściekły i z każdym krokiem stawał się coraz bardziej wściekły.
W końcu wściekłość sprawiła, że zaczął jasno myśleć. Pajęczyny spowijające jego umysł zniknęły, otaczająca go sieć ulic wyprostowała się. Skręcił za róg i znalazł się na głównej drodze obok całonocnego baru „Pieczone kurczaki z New Jersey”. Zamówił porcję dla całej rodziny, po czym usiadł i spałaszował ją bez pomocy żadnego członka rodziny. Kiedy skończył, stanął na chodniku i czekał. W końcu na ulicy pojawił się przyjazny, pomarańczowy kogut z napisem WOLNA doczepiony do dużej, czarnej taksówki. Machnął ręką. Gdy do niego podjechała, kierowca opuścił szybę.
– Dokąd?
– Maxwell Gardens – oznajmił Gruby Charlie.
– Naćpałeś się pan czy co? – spytał kierowca. – To przecież za rogiem.
– Zawiezie mnie pan? Dorzucę piątaka, poważnie.
Taksówkarz odetchnął głośno przez zaciśnięte zęby. Był to odgłos, jaki wydaje mechanik samochodowy, nim zada pytanie, czy jesteś jakoś uczuciowo związany ze swoim silnikiem.
– To pański pogrzeb – rzekł w końcu. – Wskakuj pan.
Gruby Charlie wskoczył. Kierowca ruszył, zaczekał na zmianę świateł, skręcił za róg.
– Dokąd chciał pan jechać? – spytał.
– Maxwell Gardens – odparł Gruby Charlie. – Numer trzydzieści cztery, tuż obok monopolowego.
Miał na sobie wczorajsze ubranie i nie czuł się z tym najlepiej. Matka zawsze mu powtarzała, żeby wkładał czystą bieliznę, na wypadek gdyby wpadł pod samochód, i żeby mył co dzień zęby, bo może ktoś będzie go musiał zidentyfikować po karcie dentystycznej.
– Wiem, gdzie to jest – oznajmił taksówkarz. – Tuż przed skrętem w Park Crescent.
– Zgadza się – przytaknął Gruby Charlie, przysypiając na tylnym siedzeniu.
– Chyba gdzieś źle skręciłem. – W głosie taksówkarza zabrzmiała nuta irytacji. – Wyłączę licznik, dobra? Zapłacisz pan piątaka, zgoda?
– Jasne – odparł Gruby Charlie i skulił się na tylnym siedzeniu, po czym zasnął.
Taksówka jechała dalej w noc, próbując skręcić za róg.

Detektyw konstabl Day, obecnie oddelegowana na dwanaście miesięcy do wydziału oszustw, zjawiła się w biurze Agencji Grahame’a Coatsa o dziewiątej trzydzieści. Grahame Coats powitał ją w recepcji i zaprowadził do gabinetu.
– Napije się pani kawy, herbaty?
– Nie, dziękuję. – Wyciągnęła notes i usiadła, patrząc na niego wyczekująco.
– Nie potrafię wyrazić, jak ważne jest, by całe dochodzenie toczyło się w aurze dyskrecji. Agencja Grahame’a Coatsa cieszy się reputacją uczciwej i godnej zaufania. W Agencji Grahame’a Coatsa pieniądz klienta to rzecz święta. Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz zacząłem żywić podejrzenia co do osoby Charlesa Nancy, odrzuciłem je jako niegodne porządnego człowieka i pracownika. Gdyby zapytała mnie pani tydzień temu, co sądzę o Charlesie Nancy, odparłbym, że to sól tej ziemi.
– Z pewnością. Kiedy zatem zorientował się pan, że z rachunków klientów mogą znikać pieniądze?
– Wciąż nie jestem tego pewien. Waham się przed rzucaniem podejrzeń. I pierwszych kamieni. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.
W telewizji, pomyślała Daisy, w takich chwilach mówią: „Proszę przejść do faktów”. Pożałowała, że sama nie może tego powiedzieć. Nie podobał jej się ten człowiek.
– Wydrukowałem tu wszystkie anormalne transakcje – oznajmił. – Jak pani widzi, bez wyjątku dokonano ich z komputera Nancy. Ponownie muszę podkreślić, że dyskrecja to podstawa. Wśród klientów Agencji Grahame’a Coatsa znajduje się kilka ważnych osobistości publicznych. I, jak już wspominałem pani przełożonemu, uznałbym za osobistą przysługę, gdyby sprawę załatwiono możliwie najciszej. Dyskrecja, oto pani hasło. Gdybyśmy na przykład zdołali przekonać pana Nancy do dobrowolnego zwrotu nieprawnie zdobytych funduszy, byłbym absolutnie rad i gotów wycofać wszelkie oskarżenia. Nie łaknę zemsty.
– Dołożę wszelkich starań, lecz w ostatecznym rozrachunku my gromadzimy tylko informacje i przekazujemy je prokuraturze. – Zastanawiała się, jakie chody ma ten człowiek u superintendenta. – Co wzbudziło pańskie podejrzenia?
– A tak. Szczerze i z pełną uczciwością były to pewne osobliwości zachowania. Pies, który nie szczekał nocą. Głębokość, na jaką pietruszka zapadła się w masło. My, detektywi, odczytujemy ukryte znaczenia nawet najmniejszych drobiazgów. Prawda, pani detektyw Day?
– Zechce pan zatem oddać mi wydruki? – powiedziała. – A także wszelkie inne dokumenty, rejestry bankowe i tak dalej. Będziemy też zapewne musieli zabrać jego komputer i sprawdzić twardy dysk.
– Absowicie – odparł. W tym momencie na jego biurku zadzwonił telefon. – Pozwoli pani? – Podniósł słuchawkę. – Jest tutaj? Dobry Boże, powiedz, żeby zaczekał na mnie w recepcji. Zaraz do niego zejdę. – Odłożył słuchawkę.
– Oto – rzekł, zwracając się do Daisy – coś, co w kręgach policyjnych nazywacie obiecującym zwrotem w sprawie.
Uniosła brwi.
– Wzmiankowany już Charles Nancy przyszedł właśnie zobaczyć się ze mną. Może go wpuścimy? Jeśli będzie trzeba, może go pani przesłuchać w jednym z biur. W razie potrzeby będę też mógł użyczyć pani magnetofonu.
– To nie będzie konieczne – odparła Daisy. – Najpierw muszę sprawdzić wszystkie papiery.
– Jasna sprawa. Jakież to niemądre z mojej strony. Chciałaby… chciałaby pani go zobaczyć?
– Nie wiem, w czym miałoby to pomóc – oznajmiła Daisy.
– Och, nie powiem przecież, że prowadzi pani dochodzenie w jego sprawie – zapewnił ją Grahame Coats. – W przeciwnym razie odleciałby na Costa del Mafia, nim zdążylibyśmy powiedzieć prima facie. Prawdę mówiąc, lubię uważać się za człowieka żywiącego niezwykłą wyrozumiałość dla problemów współczesnych dochodzeń policyjnych.
Daisy przyłapała się na myśli, że ktoś, kto okrada tego człowieka, nie może być aż taki zły. Wiedziała, że to myśl niegodna policjantki.
– Odprowadzę panią – oznajmił.
W poczekalni siedział mężczyzna, wyglądał jakby spał w ubraniu. Był nieogolony i wyraźnie rozkojarzony. Grahame Coats szturchnął łokciem Daisy i skinieniem głowy wskazał mężczyznę.
– Charles – rzekł głośno. – Dobry Boże, człowieku, spójrz tylko na siebie. Wyglądasz okropnie.
Gruby Charlie popatrzył na niego przekrwionymi oczami.
– Nie dotarłem w nocy do domu – wyjaśnił. – Kłopoty z taksówką.
– Charles – oznajmił Grahame Coats. – To jest detektyw konstabl Day z policji metropolitalnej. Załatwia rutynowe sprawy.
W tym momencie Gruby Charlie uświadomił sobie, że obok Grahame’a Coatsa ktoś stoi. Skupił wzrok, dostrzegł mundur, a potem twarz.
– Eee – mruknął.
– Dzień dobry – powiedziała Daisy, a przynajmniej wypowiedziały to jej usta. W głowie natomiast powtarzała: Niechtoszlag, niechtoszlag, niechtoszlag.
– Miło mi panią poznać. – Zaskoczony Gruby Charlie zrobił coś, co nie zdarzało mu się nigdy wcześniej: wyobraził sobie policjantkę w cywilu bez ubrania i odkrył, że wyobraźnia przekazuje mu całkiem dokładny portret młodej damy, obok której obudził się rankiem po stypie ojca. Stonowany strój sprawił, że wydawała się nieco starsza, bardziej surowa i dużo straszniejsza. Ale to nadal była ona.
Podobnie jak wszystkie istoty rozumne, Gruby Charlie miał swój limit zdziwienia. Czasami wskazówka wychylała się aż na czerwone pole, od czasu do czasu osiągała granicę. Teraz mechanizm trzasnął. Gruby Charlie przypuszczał, że od tej chwili nic na świecie już go nie zaskoczy. Nie można go więcej zadziwić. To koniec.
Oczywiście mylił się.
Gruby Charlie odprowadził wzrokiem Daisy, po czym ruszył za Grahame’em Coatsem do gabinetu.
Grahame Coats zamknął starannie drzwi, potem usadowił tyłek na biurku i uśmiechnął się jak łasica, która właśnie odkryła, że przypadkiem zamknięto ją na noc w kurniku.
– Mówmy otwarcie – oznajmił – karty na stół, koniec z krążeniem wokół tematu. Nazwijmy rzeczy po imieniu.
– W porządku – odparł Gruby Charlie – nazwijmy. Mówił pan, że mam coś podpisać?
– Stwierdzenie to nie jest już aktualne. Wyrzuć je z pamięci. Teraz pomówmy o czymś, co wskazałeś mi parę dni temu. Uświadomiłeś mi, że dochodzi tu do pewnych nieortodoksyjnych transakcji.
– Tak?
– Dwóch, jak się uważa, Charles, dwóch może grać w tę grę. Naturalnie, w pierwszym odruchu rozpocząłem dochodzenie, stąd właśnie dzisiejsza wizyta detektyw konstabl Day. I podejrzewam, że to, co odkryłem, wcale cię nie zaskoczy.
– Nie?
– Owszem, nie. Jak sam zauważyłeś, istnieją wyraźne ślady wskazujące na anomalie finansowe, Charles. Ale, niestety, jest tylko jedno miejsce, które wskazuje surowy palec podejrzenia.
– Tak? – Tak. Gruby Charlie spojrzał na niego nic niepojmującym wzrokiem.
– A jakie?
Grahame Coats próbował przyjąć zatroskaną minę, a przynajmniej minę świadczącą o tym, że stara się wyglądać na zatroskanego. Zamiast tego jego twarz przybrała wyraz, który u niemowląt oznacza, że muszą beknąć.
– Ty, Charles. Policja podejrzewa ciebie.
– No tak – mruknął Gruby Charlie. – Oczywiście. To już taki dzień.
I wrócił do domu.

Kategorie

Archiwa