<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:geo="http://www.w3.org/2003/01/geo/wgs84_pos#" xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/"
	>

<channel>
	<title>Przepisy kuchenne</title>
	<atom:link href="http://superprzepisy.wordpress.com/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://superprzepisy.wordpress.com</link>
	<description>Blog o przepisach kuchennych</description>
	<lastBuildDate>Wed, 26 Nov 2008 14:02:25 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.com/</generator>
<cloud domain='superprzepisy.wordpress.com' port='80' path='/?rsscloud=notify' registerProcedure='' protocol='http-post' />
<image>
		<url>http://s2.wp.com/i/buttonw-com.png</url>
		<title>Przepisy kuchenne</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com</link>
	</image>
	<atom:link rel="search" type="application/opensearchdescription+xml" href="http://superprzepisy.wordpress.com/osd.xml" title="Przepisy kuchenne" />
	<atom:link rel='hub' href='http://superprzepisy.wordpress.com/?pushpress=hub'/>
		<item>
		<title>Koniec</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/koniec/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/koniec/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 14:02:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=103</guid>
		<description><![CDATA[– No dobra. Chcę wiedzieć dokładnie, gdzie on jest? Dokąd poszedł, co z nim zrobiłaś? – Nic nie zrobiłam. Boże, dziecko – odparła pani Higgler – coś takiego nigdy wcześniej się nie stało. – Wyglądał jakby przesyłano go na statek-matkę – wtrącił Benjamin. – Ale odlot, prawdziwe efekty specjalne. – Chcę, żebyś sprowadziła go z [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=103&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>– No dobra. Chcę wiedzieć dokładnie, gdzie on jest? Dokąd poszedł, co z nim zrobiłaś?<br />
– Nic nie zrobiłam. Boże, dziecko – odparła pani Higgler – coś takiego nigdy wcześniej się nie stało.<br />
– Wyglądał jakby przesyłano go na statek-matkę – wtrącił Benjamin. – Ale odlot, prawdziwe efekty specjalne.<br />
– Chcę, żebyś sprowadziła go z powrotem – oznajmiła ostrym tonem Daisy. – W tej chwili.<br />
– Nie wiem nawet gdzie jest – wyjaśniła pani Higgler. – I ja go tam nie posłałam, sam to zrobił.<br />
– A zresztą – wtrąciła Clarissa – co, jeśli właśnie robi to co trzeba, a my zmusimy go do powrotu? Możemy wszystko zrujnować.<br />
– Właśnie – przytaknął Benjamin. – Zupełnie jakbyśmy zabrali z planety zespół badawczy w połowie misji.<br />
Daisy zastanowiła się i z irytacją zrozumiała, że to ma sens – jeśli w ogóle cokolwiek ostatnio miało jakikolwiek sens.<br />
– Skoro nie dzieje się nic więcej – oznajmiła Clarissa – to chyba wrócę do restauracji. Muszę wszystkiego dopilnować.<br />
Pani Higgler napiła się kawy.<br />
– Tu nic się nie dzieje – zgodziła się.<br />
Daisy walnęła ręką w stół.<br />
– Przepraszam! Na zewnątrz czai się zabójca, a teraz Gruby Charlie został wysłany na statek-matkę.<br />
– Przesłany – poprawił Benjamin. Pani Higgler zamrugała.<br />
– W porządku – przyznała. – Powinniśmy coś zrobić. Co proponujesz?<br />
– Sama nie wiem – wyznała Daisy. – Zabijemy jakoś czas. Wzięła egzemplarz „Kuriera Williamstown”, który wcześniej czytała pani Higgler, i zaczęła przewracać kartki.<br />
Na trzeciej znalazła krótką informację o zaginionych turystkach, kobietach, które nie wróciły na swój statek wycieczkowy.<br />
„Te dwie w domu”, zabrzmiał w jej głowie głos Grahame&#8217;a Coatsa. „Sądziłeś, że naprawdę uwierzę, że przypłynęły statkiem wycieczkowym?”.<br />
W ostatecznym rozrachunku Daisy była jednak policjantką.<br />
– Dajcie mi telefon – poleciła.<br />
– Do kogo chcesz zadzwonić?<br />
– Chyba zaczniemy od Ministerstwa Turystyki i szefa policji. A potem się zobaczy.</p>
<p>* * *</p>
<p>Szkarłatne słońce malało na horyzoncie. Spider, gdyby nie był Spiderem, wpadłby w rozpacz. Na wyspie w tym miejscu istniała wyraźna granica pomiędzy dniem a nocą i na jego oczach morze połykało ostatnie czerwone okruchy słońca. Miał tylko kamienie i dwa paliki.<br />
Pożałował, że nie ma ognia.<br />
Zastanawiał się, kiedy wzejdzie księżyc. Gdy zaświeci, może będzie miał szansę.<br />
Słońce zaszło – ostatnia smuga czerwieni zatonęła w morzu i zapadła noc.<br />
– Dziecko Anansiego – przemówił z ciemności głos. – Już niedługo się pożywię. Nie będziesz wiedział, że tam jestem, póki nie poczujesz mojego oddechu z tyłu głowy. Stałem nad tobą, gdy leżałeś rozpięty dla mnie na ziemi. Mogłem wtedy zmiażdżyć ci kark, ale nie chciałem. Zabicie cię we śnie nie dałoby mi przyjemności. Chcę poczuć jak umierasz. Chcę, żebyś wiedział, czemu odebrałem ci życie.<br />
Spider cisnął kamieniem w stronę, z której jak mu się zdawało dobiegał głos, i usłyszał, jak nie czyniąc nikomu krzywdy, ląduje w trawie.<br />
– Masz palce – ciągnął głos. – Ja jednak mam pazury ostrzejsze niż noże. Ty masz dwie nogi, ja cztery, które nigdy się nie męczą i potrafią biec dziesięć razy szybciej niż ty, dalej niż kiedykolwiek dotrzesz. Twoje zęby jedzą mięso, jeśli ogień zmiękczy je i pozbawi smaku, masz bowiem małe małpie zęby nadające się do żucia miękkich owoców i robactwa. Ja mam zęby, które szarpią i odrywają żywe mięso od kości; połykam je, gdy krew wciąż jeszcze tryska w niebo.<br />
Wówczas Spider wydał z siebie pewien dźwięk. Był to odgłos, do którego nie trzeba języka, nie trzeba nawet otwierać ust, pełne pogardy i rozbawienia „meh”. Może i masz to wszystko, Tygrysie, zdawał się mówić. Ale co z tego? Wszystkie historie, jakie istnieją, należą do Anansiego. Nikt nie opowiada historii o Tygrysie.<br />
Z ciemności dobiegł go ryk pełen wściekłości i frustracji.<br />
Spider zaczął nucić melodię Tygrysich Strof. To stara piosenka, świetnie się nadaje do wyśmiewania tygrysów. Wstrzymajcie Tygrysa, brzmią jej słowa. Gdzie ten Tygrys?<br />
Gdy głos odezwał się ponownie, wyraźnie się zbliżył.<br />
– Mam twoją kobietę, dziecko Anansiego. Kiedy z tobą skończę, rozszarpię jej ciało. Jej mięso będzie słodsze niż twoje.<br />
Spider wydał z siebie dźwięk „hmf”, jakim reagują ludzie, gdy wiedzą, że ktoś ich okłamuje.<br />
– Ma na imię Rosie.<br />
Wówczas Spider głośno przełknął ślinę. Z ciemności dobiegł go czyjś śmiech.<br />
– A co do oczu, ty masz oczy, które widzą to co oczywiste, w blasku dnia, a i tak tylko wtedy, jeśli dopisze ci szczęście. Mój lud ma oczy, które dostrzegają włosy jeżące się na twoich rękach, grozę na twej twarzy; oczy, które widzą w nocy. Bój się mnie, dziecko Anansiego, i jeśli masz jakieś modły, które chcesz odmówić, zrób to teraz.<br />
Spider nie miał modlitw, miał natomiast kamienie i mógł nimi rzucać. Może nawet mu się poszczęści i ciśnięty w mroku kamień dosięgnie celu? Wiedział, że potrzeba do tego cudu, ale przez całe życie polegał na cudach.<br />
Sięgnął po kamień. Coś musnęło wierzch jego dłoni.<br />
Witaj – odezwał się w jego umyśle mały, gliniany pająk.<br />
Cześć – pomyślał Spider. Posłuchaj, jestem teraz trochę zajęty, staram się uniknąć pożarcia. Jeśli więc mógłbyś przez jakiś czas zaczekać z boku&#8230;<br />
Ale ja ich przyprowadziłem – pomyślał pająk. Tak jak prosiłeś.<br />
Tak jak p rosiłem ?<br />
Kazałeś mi iść po pomoc. Przyprowadziłem ich ze sobą, podążyli za moją siecią. W tym Stworzeniu nie ma pająków, wróciłem zatem i utkałem sieć stamtąd tu i stąd tam. Sprowadziłem wojowników. Sprowadziłem śmiałków.<br />
– Grosik za twoje myśli – rzekł w ciemności głos wielkiego kota. A potem z wyniosłym rozbawieniem dodał: – Co się stało? Kot ukradł ci język?<br />
Samotny pająk jest bardzo cichy. Pająki pielęgnują ciszę. Nawet te, które wydają dźwięki, zazwyczaj jeśli tylko mogą, zachowują ciszę. I czekają. Spora część życia pająków polega na czekaniu.<br />
W nocnym powietrzu powoli rozbrzmiewały cichutkie szelesty.<br />
Spider przekazał w myślach swą wdzięczność i dumę małemu siedmionogiemu pająkowi, którego stworzył z własnej krwi, śliny i z ziemi. Pająk przebiegł po jego ręce aż na ramię.<br />
Spider nie widział ich, ale wiedział, że są tu wszystkie: wielkie pająki i małe pająki, jadowite pająki, kąsające pająki, olbrzymie włochate pająki i eleganckie chitynowe pająki. Ich oczy wychwytywały nawet najsłabsze światło, naprawdę jednak widziały dzięki nogom i stopom, przekształcającym wibracje w wirtualny obraz otaczającego je świata.<br />
Były jego armią.<br />
– Kiedy zginiesz, dziecko Anansiego – przemówił z ciemności Tygrys – gdy cały twój ród umrze, historie znów będą moje. Raz jeszcze ludzie będą opowiadać historie Tygrysa, będą zbierać się i wychwalać mój spryt i mą siłę, okrucieństwo i radość. Każda historia będzie moja, każda pieśń będzie moja. Świat stanie się taki jak kiedyś. Surowy. Mroczny.<br />
Spider nasłuchiwał szelestów swej armii.<br />
Nie bez powodu siedział na skraju przepaści. Choć sam nie miał się gdzie wycofać, oznaczało to, że Tygrys nie może na niego skoczyć, może tylko się podkraść.<br />
Zaczął się śmiać.<br />
– I z czego się śmiejesz, dziecko Anansiego? Postradałeś rozum?<br />
Słysząc to, Spider śmiał się coraz głośniej i głośniej.<br />
I wtedy z ciemności dobiegł skowyt. Tygrys natknął się na armię Spidera.<br />
Jad pająków miewa różne właściwości. Często trzeba długiego czasu, by odkryć pełne skutki ukąszenia. Naturaliści od lat zastanawiali się nad tym. Istnieją pająki, których ukąszenie sprawia, że ugryzione miejsce gnije i obumiera, czasem ponad rok po ugryzieniu. A co do tego, czemu pająki tak robią, odpowiedź jest prosta: dlatego że je to bawi i nie chcą, byśmy o nich zapominali.<br />
Czarne wdowy kąsały poobijany nos Tygrysa, tarantule gryzły mu uszy. Po chwili wszystkie wrażliwe miejsca piekły i pulsowały, puchły i swędziały. Tygrys nie wiedział co się dzieje, czuł tylko pieczenie, ból i nagły strach.<br />
Spider zaśmiewał się coraz głośniej, słuchając, jak wielkie zwierzę miota się w poszyciu, rycząc z bólu i zgrozy.<br />
A potem usiadł i czekał. Wiedział, że Tygrys wróci. To jeszcze nie koniec.<br />
Zdjął z ramienia siedmionogiego pająka i zaczął go głaskać, przesuwając palcami po szerokim grzbiecie stworzonka.<br />
Nieco dalej, w dole zbocza zapłonęła zimna, zielona luminescencja. Ogniste punkciki zaczęły migotać niczym światła maleńkiego miasta, rozbłyskując w nocnym mroku. Poświata zbliżała się ku niemu.<br />
Wkrótce ujrzał, że jej źródło stanowią setki tysięcy świetlików. A pośród jasnej świetlikowej chmury ujrzał ciemną postać, postać człowieka wędrującą powoli w górę zbocza.<br />
Spider uniósł kamień, przywołując w myślach pajęczą armię do kolejnego ataku. Nagle zamarł. W zbliżającej się ku niemu skąpanej w poświacie świetlików postaci było coś znajomego. Na głowie miała zieloną fedorę.</p>
<p>* * *</p>
<p>Grahame Coats zdążył opróżnić niemal całą ćwiartkę rumu, którą znalazł w kuchni. Otworzył go, bo nie miał ochoty schodzić do piwnicy na wino i ponieważ uznał, że w ten sposób upije się szybciej. Niestety, tak się nie stało. Miał wrażenie, że rum w ogóle nie działa, a już na pewno nie spełnia roli emocjonalnego wyłącznika, którego Grahame potrzebował. Krążył po domu z butelką w jednej ręce i wypełnioną do połowy szklanką w drugiej. Czasami pociągał łyk z prawej, czasem z lewej. Przechodząc, dostrzegł w lustrze swoje odbicie: spocone, z miną winowajcy.<br />
– Uśmiechnij się – rzekł głośno. – Może to nigdy się nie stanie. Wszystko ma swoje dobre strony, deszcz życia musi spaść. Zbyt wiele kucharek. Zły to wiatr.<br />
Rum zdecydowanie się kończył.<br />
Grahame wrócił do kuchni, otworzył kilka szafek, aż w końcu znalazł wciśniętą w kąt butelkę sherry. Zabrał ją i z wdzięcznością przytulił niczym bardzo małego, starego przyjaciela, który właśnie powrócił po latach spędzonych na morzu.<br />
Odkręcił butelkę. To było słodkie sherry do doprawiania potraw, a on wypił je jak lemoniadę.<br />
Szukając alkoholu w kuchni, Grahame Coats zauważył też inne rzeczy. Na przykład noże. Niektóre bardzo ostre. W szufladzie czekała nawet niewielka stalowa piła. Grahame Coats z entuzjazmem skinął głową – to bardzo eleganckie rozwiązanie problemu w piwnicy.<br />
– Habeas corpus – rzekł. – Albo może habeas delicti? Któreś z tych. Jeśli nie ma zwłok, nie ma zbrodni. Ergo. Quod erat demonstrandum.<br />
Wyjął z kieszeni marynarki pistolet i położył go na kuchennym stole. Wokół rozmieścił noże, tak że przypominały szprychy koła.<br />
– No cóż – rzekł tym samym tonem, którym niegdyś przekonywał naiwne boysbandy, że powinny podpisać z nim kontrakt i przywitać się ze sławą, choć niekoniecznie z fortuną. – Nie odkładajmy na jutro tego, co można zrobić dziś.<br />
Wsadził za pasek trzy kuchenne noże, do kieszeni marynarki wcisnął piłę, po czym z pistoletem w dłoni zszedł po schodach do piwnicy. Zapalił światło i mrugając gwałtownie, powiódł wzrokiem po stojakach z butelkami pełnymi wina, leżącymi grzecznie na boku i pokrytymi grubą warstwą kurzu, po czym stanął przed żelaznymi drzwiami piwnicy na mięso.<br />
– W porządku! – zawołał. – Z pewnością ucieszy was wiadomość, że nie zamierzam zrobić wam krzywdy. Zaraz wypuszczę was obie. Doszło do pewnego nieporozumienia. Bez urazy, zgoda? Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Stańcie przy ścianie naprzeciwko, przyjmijcie pozycje i żadnych sztuczek.<br />
Fakt, że istniało tak wiele gotowych komunałów przydatnych dla kogoś, kto ma w ręku broń, dodał mu otuchy. Grahame Coats poczuł się nagle członkiem większego bractwa: obok niego stali Bogart i Cagney, i wszyscy ludzie wrzeszczący na siebie w programie „Gliny”.<br />
Zapalił światło i szarpnięciem otworzył drzwi. Matka Rosie stała pod ścianą, zwrócona do niego plecami. Gdy wszedł, uniosła spódnicę i poruszyła energicznie zdumiewająco kościstym, brązowym tyłkiem.<br />
Opadła mu szczęka i w tym momencie Rosie z całych sił rąbnęła go zardzewiałym łańcuchem w przegub. Broń wypadła z ręki Grahame&#8217;a Coatsa i poleciała na drugą stronę piwnicy.<br />
Z entuzjazmem i celnością znacznie młodszej kobiety matka Rosie kopnęła go w krocze. A gdy zgiął się wpół, przyciskając ręce do podbrzusza i wydając odgłosy tak wysokie, że usłyszeć je mogły wyłącznie psy i nietoperze, Rosie i jej matka wypadły z piwnicy na mięso.<br />
Zatrzasnęły za sobą drzwi, Rosie zaciągnęła jeden z rygli. Uścisnęły się.<br />
Wciąż były w piwnicy na wino, gdy zgasły wszystkie światła.<br />
– To tylko korki – rzekła Rosie pocieszająco. Nie była pewna czy sama w to wierzy, ale nie miała innego wyjaśnienia.<br />
– Trzeba było zamknąć tamte drzwi na klucz – odparła matka, a potem jęknęła, bo w ciemności uderzyła o coś palcem u nogi. Zaklęła.<br />
– Z drugiej strony – mruknęła Rosie – on też nie widzi w ciemności. Zdaje mi się, że schody są tam.<br />
Gdy zgasły światła, Grahame Coats stał na czworakach na betonowej podłodze piwnicy na mięso, w ciemności. Coś gorącego ściekało mu po nodze. Przez krótką niezręczną chwilę pomyślał, że może się zmoczył. Potem jednak zrozumiał, iż ostrze jednego z noży wetkniętych za pasek wbiło mu się głęboko w udo.<br />
Przestał się wiercić i położył się na podłodze. Uznał, że bardzo rozsądnie postąpił, pijąc tak dużo. Alkohol zadziałał jak środek znieczulający. Postanowił zasnąć.<br />
Nie był sam w piwnicy na mięso. Ktoś mu towarzyszył. Coś poruszającego się na czterech nogach.<br />
Ktoś warknął.<br />
– Wstawaj.<br />
– Nie mogę wstać. Jestem ranny, chcę spać.<br />
– Jesteś żałosnym, małym stworzeniem i niszczysz wszystko, czego się tkniesz. A teraz wstawaj.<br />
– Uczyniłbym to z wielką przyjemnością – rzekł Grahame Coats rozsądnym tonem człowieka pijanego – ale nie mogę, poleżę trochę na podłodze. A zresztą. Ona zaryglowała drzwi, słyszałem.<br />
Z drugiej strony drzwi dobiegł go zgrzyt jakby powoli przesuwanego rygla.<br />
– Drzwi są otwarte. Teraz słuchaj. Jeśli tu zostaniesz, umrzesz. – Niecierpliwy szelest, machnięcie ogona, stłumiony ryk w głębi gardła. – Podaj mi rękę. Daj rękę na znak oddania. Zaproś mnie do swego wnętrza.<br />
– Nie rozu&#8230;<br />
– Daj mi rękę albo wykrwaw się na śmierć.<br />
W nieprzeniknionej ciemności piwnicy na mięso Grahame Coats wyciągnął rękę. Ktoś – coś – ujęło ją i przytrzymało mocno, stanowczo.<br />
– A teraz? Chcesz mnie zaprosić?<br />
Wówczas Grahame Coats na moment otrzeźwiał. Ogarnął go chłód. Już i tak posunął się za daleko; nic, co jeszcze zrobi, nie pogorszy sytuacji.<br />
– Absowicie – wyszeptał. I gdy to powiedział, zaczął się zmieniać.<br />
Widział w ciemności równie wyraźnie jak w słońcu. Przez chwilę, i tylko przez chwilę, wydało mu się, że dostrzega coś obok siebie, coś większego niż człowiek, o ostrych, jakże ostrych zębach. Potem to coś zniknęło, a Grahame Coats poczuł się cudownie. Krew nie tryskała już z jego nogi.<br />
Widział wyraźnie w mroku. Wyciągnął zza pasa noże i rzucił na podłogę. Ściągnął buty. Na ziemi leżał pistolet, zostawił go jednak. Narzędzia są dla małp, kruków i słabeuszy. On nie był małpą.<br />
Był łowcą.<br />
Uniósł się na rękach i kolanach i wybiegł na czworakach do piwnicy na wina. Natychmiast ujrzał kobiety. Znalazły schody wiodące do domu i wspinały się po nich na oślep w mroku, trzymając się za ręce.<br />
Jedna była stara i żylasta, druga młoda i miękka. Do ust czegoś, co tylko częściowo było Grahame&#8217;em Coatsem, napłynęła ślina.</p>
<p>* * *</p>
<p>Gruby Charlie zszedł z mostu, odsunął z czoła zieloną fedorę ojca i ruszył naprzód w półmroku. Wędrował kamienistą plażą, ślizgając się na kamieniach, z pluskiem pokonując kałuże. Potem nadepnął na coś, co się poruszyło. Potknął się i cofnął.<br />
To coś uniosło się w powietrze i unosiło się dalej. Cokolwiek to było, było olbrzymie. Z początku sądził, że rozmiarami dorównuje słoniowi, ale cały czas rosło.<br />
Światło, pomyślał Gruby Charlie. Zaśpiewał w głos i wszystkie świetliki, robaczki świętojańskie z owego miejsca, zebrały się wokół niego, połyskując zimnym, zielonym, luminescencyjnym blaskiem. W ich świetle ujrzał dwoje oczu większych niż półmiski, spoglądających na niego z dumnej, gadziej twarzy.<br />
Nie odwrócił wzroku.<br />
– Dobry wieczór – rzekł radośnie.<br />
Stwór odezwał się głosem śliskim niczym olej z masłem.<br />
– Halo – rzekł. – Ding-dong. Wyglądasz zupełnie jak obiad.<br />
– Jestem Charlie Nancy – przedstawił się Charlie Nancy. – A ty?<br />
– Ja jestem Smok – odparł Smok. – I połknę cię na jeden kęs, mały człowieczku w kapeluszu.<br />
Charlie zamrugał. Co zrobiłby mój ojciec? – zastanawiał się. Co zrobiłby Spider? Nie miał bladego pojęcia. No dalej, ostatecznie Spider to w pewnym sensie część mnie. Potrafię zrobić dokładnie to, co on.<br />
– Ee, znudziła cię rozmowa ze mną i pozwolisz mi przejść bez przeszkód – poinformował Smoka z jak największym przekonaniem.<br />
– Pvany, nieźle, całkiem nieźle, ale obawiam się, że nie – odparł Smok z entuzjazmem. – Prawdę mówiąc, zamierzam cię pożreć.<br />
– Nie boisz się chyba limonek? – spytał Charlie, nim jeszcze przypomniał sobie, że oddał limonkę Daisy.<br />
Stwór zaśmiał się pogardliwie.<br />
– Ja? Wiesz czego się boję? Niczego.<br />
– Niczego?<br />
– Niczego – powtórzył.<br />
– A co cię przeraża? Nic? – spytał Charlie.<br />
– Zdecydowanie nic – przyznał Smok.<br />
– Wiesz – rzekł Charlie – co mam w kieszeniach? Nic. Chciałbyś zobaczyć?<br />
– Nie – rzekł Smok niepewnie. – Z całą pewnością nie.<br />
Rozległ się łopot wielkich jak żagle skrzydeł i Charlie został sam na plaży.<br />
– To było aż za łatwe – rzekł głośno.<br />
Ruszył dalej. Po drodze ułożył piosenkę. Charlie zawsze miał ochotę układać piosenki, ale nigdy tego nie zrobił, głównie dlatego, iż wierzył święcie, że jeśli kiedykolwiek napisze piosenkę, to ktoś poprosi, by ją zaśpiewał, co nie byłoby dobre, mniej więcej w ten sam sposób, w jaki śmierć przez powieszenie trudno nazwać dobrą. Teraz jednak przejmował się coraz mniej i mniej, toteż zaśpiewał swoją piosenkę świetlikom, które podążały z nim w górę zbocza. Była to piosenka o spotkaniu z Kobietą Ptakiem i odnalezieniu brata. Miał nadzieję, że świetlikom się podoba; ich blask zdawał się pulsować i migotać w rytm.<br />
Kobieta Ptak czekała na niego na szczycie wzgórza.<br />
Charlie zdjął kapelusz, wyjął pióro.<br />
– Proszę. To chyba należy do ciebie.<br />
Ani drgnęła.<br />
– Rozwiązuję naszą umowę – oznajmił Charlie. – Przyniosłem ci pióro, chcę dostać mojego brata. Zabrałaś go, chcę go odzyskać. Nie do mnie należy ród Anansiego; nie mogę nikomu go oddać.<br />
– A jeśli nie mam już twego brata?<br />
W blasku świetlików Charlie nie widział dokładnie, lecz odniósł wrażenie, że jej usta się nie poruszyły. Słowa Kobiety Ptaka otoczyły go jednak, rozbrzmiewając krzykami lelków kozodojów i pohukiwaniami sów.<br />
– Chcę dostać mojego brata – oznajmił. – Całego, zdrowego i nietkniętego. Natychmiast. Albo to, co działo się między tobą i twoim ojcem przez te wszystkie lata, okaże się tylko preludium. No wiesz, uwerturą.<br />
Charlie nigdy wcześniej nikomu nie groził. Nie miał pojęcia, jak spełni swoje groźby, ale nie wątpił, że tego dokona.<br />
– Miałam go – oznajmiła odległym buczeniem bąka. – Ale zostawiłam go pozbawionego języka w świecie Tygrysa. Nie potrafiłam skrzywdzić potomka twojego ojca. Tygrys mógł to zrobić, gdy zdobył się na odwagę.<br />
Cisza. Nocne żaby i nocne ptaki umilkły. Patrzyła na niego obojętnie, jej twarz rozpływała się wśród cieni. Dłoń powędrowała do kieszeni płaszcza.<br />
– Daj mi pióro – rzekła. Charlie wsunął je w jej rękę.<br />
I wówczas poczuł się lżej, jakby wzięła od niego coś więcej niż stare piórko.<br />
A potem oddała mu coś w zamian: coś zimnego i wilgotnego. Przypominało bryłkę mięsa i Charlie z trudem zwalczył odruch nakazujący to wyrzucić.<br />
– Oddaj mu go – rzekła głosem nocy. – Nie ma między nami wrogości.<br />
– Jak się dostanę do świata Tygrysa?<br />
– A jak się dostałeś tutaj? – spytała niemal z rozbawieniem, a potem nastała noc i Charlie został sam na wzgórzu.<br />
Rozchylił palce i spojrzał na leżący na dłoni kawałek mięsa, miękki i prążkowany. Wyglądał jak język. Charlie wiedział, do kogo należy.<br />
Z powrotem wcisnął na głowę fedorę i pomyślał: Oto zakładam czapkę mądrości. Jakoś jednak nie zabrzmiało to zabawnie. Zielona fedora nie była czapką mądrości, była natomiast kapeluszem, który może przywdziać ktoś nie tylko mądry, ale też umiejący wyciągać ważne, podstawowe wnioski.<br />
Wyobraził sobie światy jako sieć. Rozbłysła w jego umyśle, łącząc go ze wszystkimi, których znał. Nić między nim i Spiderem była silna i jasna, płonęła zimnym ogniem niczym świetlik bądź gwiazda.<br />
Spider był kiedyś jego częścią. Charlie zatrzymał w umyśle tę wiedzę, pozwalając, by sieć wypełniła mu głowę. W dłoni trzymał język swego brata, do niedawna stanowiący część Spidera i bardzo pragnący znów się z nim połączyć. Wszystko, co żyje, pamięta.<br />
Szalona, świetlista sieć płonęła wokół niego. Wystarczyło, by Charlie podążył za nią&#8230;<br />
Uczynił to, a świetliki zbite w ciasny obłok podróżowały wraz z nim.<br />
– Hej – rzekł – to ja.<br />
Spider wydał z siebie cichy, straszny odgłos. W migotliwym blasku świetlików wyglądał okropnie, znękany, obolały. Jego twarz i pierś pokrywały strupy.<br />
– To chyba należy do ciebie – powiedział Charlie.<br />
Spider z przesadnym gestem wyrażającym wdzięczność wziął od brata swój język, wsunął go do ust, wepchnął i przytrzymał. Charlie patrzył i czekał, aż język się zakorzeni. Wkrótce Spider, zadowolony, poruszył eksperymentalnie ustami, przesuwając język na boki, oblizując górną wargę, jakby szykował się do zgolenia wąsów, otwierając szeroko usta i wysuwając go jak najdalej. Potem zamknął je, wstał i wreszcie wciąż jeszcze lekko niepewnym głosem rzekł:<br />
– Fajny kapelusz.</p>
<p>* * *</p>
<p>Rosie pierwsza dotarła na szczyt schodów i otwarła drzwi piwnicy na wino. Potykając się, weszła do domu. Zaczekała na matkę, po czym zatrzasnęła i zaryglowała drzwi piwnicy. Tu też nie było prądu, lecz księżyc wisiał wysoko na niebie, bliski pełni, i po nieprzeniknionej ciemności jego blask wpadający przez kuchenne okna oświetlał wszystko niczym reflektor.<br />
Chłopcy i dziewczęta, nadszedł zabaw czas, pomyślała Rosie. Księżyc jasno świeci niczym słońca blask&#8230;<br />
– Zadzwoń na policję – zaproponowała matka.<br />
– Gdzie znajdę telefon?<br />
– Skąd, do diabła, mam wiedzieć? On wciąż siedzi na dole.<br />
– Jasne – odparła Rosie, zastanawiając się, czy ma poszukać telefonu i wezwać policję, czy też po prostu wydostać się z domu. Nim jednak podjęła decyzję, było już za późno.<br />
Coś huknęło tak głośno, że zabolały ją uszy, i drzwi do piwnicy otwarły się gwałtownie. Z piwnicy wyszedł cień.<br />
Był prawdziwy. Wiedziała, że jest prawdziwy, patrzyła na niego. Ale przecież to niemożliwe. To był cień wielkiego kota, olbrzymiego, kudłatego kota. Co dziwne, gdy padły na niego promienie księżyca, cień stał się jeszcze ciemniejszy. Rosie nie widziała jego oczu, wiedziała jednak, że patrzy na nią – i że jest głodny.<br />
Zamierzał ją zabić. Taki będzie koniec.<br />
– On chce ciebie, Rosie – powiedziała jej matka.<br />
– Wiem.<br />
Rosie chwyciła najbliższy duży przedmiot, drewniany blok, w którym kiedyś tkwiły noże, i z całych sił cisnęła nim w cień, po czym, nawet nie sprawdziwszy, czy trafiła, jak najszybciej wypadła z kuchni do holu. Wiedziała gdzie są drzwi frontowe.<br />
Jednakże coś ciemnego, czworonożnego, poruszało się szybciej. Przeskoczyło nad głową Rosie, lądując niemal bezszelestnie przed nią.<br />
Rosie cofnęła się pod ścianę, zaschło jej w ustach.<br />
Bestia czekała między nią i drzwiami. Powoli ruszyła w stronę Rosie, jakby miała cały czas tego świata.<br />
I wtedy z kuchni wypadła jej matka. Minęła Rosie i chwiejnym krokiem biegła oświetlonym promieniami księżyca korytarzem w stronę wielkiego cienia, wymachując rękami. Drobnymi piąstkami zaczęła bić stwora w żebra. Wszystko znieruchomiało, jakby świat wstrzymał oddech, a potem potwór ją zaatakował. Poruszał się tak szybko, że stanowił tylko rozmazaną plamę. Minęła sekunda i matka Rosie leżała już na ziemi; cień chwycił ją w zęby i potrząsnął, jak pies szmacianą lalką.<br />
Zadźwięczał dzwonek.<br />
Rosie pragnęła zawołać o pomoc, zamiast tego odkryła jednak, że krzyczy głośno, przenikliwie. Po zetknięciu z przypadkowym pająkiem w wannie potrafiła wrzeszczeć, niczym aktorka z filmów klasy B w obliczu człowieka w gumowym kostiumie monstrum, a teraz znalazła się w ciemnym domu, w towarzystwie cienia tygrysa i potencjalnego seryjnego mordercy, i jeden z nich, a może nawet obaj, atakowali jej matkę. W jej myślach pojawiło się parę możliwych scenariuszy postępowania (Pistolet. Pistolet został w piwnicy, powinna tam zejść i go przynieść. Albo drzwi. Może przemknęłaby obok matki i cienia i otworzyła drzwi frontowe?), lecz płuca i usta były w stanie wyłącznie krzyczeć.<br />
Coś zaczęło walić do drzwi. Próbują je wyłamać, pomyślała. Nie uda im się.<br />
Jej matka leżała na podłodze w plamie srebrzystego światła. Cień przykucnął nad nią, odchylił głowę i ryknął ogłuszająco. W jego głosie dźwięczał strach, wyzwanie i opętanie.<br />
To halucynacje, pomyślała Rosie. Przez dwa dni siedziałam zamknięta w piwnicy, a teraz mam halucynacje. Nie ma żadnego tygrysa.<br />
Ta sama logika podpowiadała, że nie ma żadnej bladej kobiety, choć widziała ją w blasku księżyca idącą korytarzem. Kobietę o jasnych włosach i długich, bardzo długich nogach oraz wąskich biodrach tancerki. Kobieta zatrzymała się, dotarłszy do cienia tygrysa.<br />
– Witaj, Grahame – powiedziała.<br />
Cienista bestia uniosła olbrzymią głowę i warknęła.<br />
– Nie myśl, że ukryjesz się przede mną w tym głupim zwierzęcym kostiumie – dodała kobieta. Nie sprawiała wrażenia zadowolonej.<br />
Rosie uświadomiła sobie, że przez jej tors widzi okno, i cofnęła się, aż w końcu jej plecy zderzyły się ze ścianą. Bestia znów warknęła, tym razem nieco niepewnie.<br />
– Ja nie wierzę w duchy, Grahame – oznajmiła kobieta. – Przez całe życie, całe moje życie nie wierzyłam w duchy. A potem spotkałam ciebie. Pozwoliłeś, by kariera Morrisa się załamała. Okradałeś nas, zamordowałeś mnie i w końcu, co jeszcze gorsze, zmusiłeś mnie, bym uwierzyła w duchy.<br />
Wielki koci cień jęczał cicho, cofając się w głąb korytarza.<br />
– Niech ci się nie wydaje, że zdołasz mi się wymknąć, ty marny człowieczku. Możesz udawać, że jesteś tygrysem, skoro chcesz. Ale nie jesteś. Jesteś szczurem. Nie, to obraza dla szlachetnych płodnych gryzoni. Jesteś czymś gorszym niż szczurem. Jesteś łasicą. Skunksem. Tchórzem.<br />
Rosie puściła się pędem, przebiegła obok cienistej bestii, obok leżącej na podłodze matki. Przebiegła przez bladą kobietę, czując na skórze zimny dotyk mgły. Dotarła do drzwi i zaczęła je macać, szukając zasuwy.<br />
Gdzieś wewnątrz swej głowy, czy może na zewnątrz, w świecie, Rosie słyszała kłótnię. Ktoś mówił.<br />
– Nie zwracaj na nią uwagi, idioto, nie może cię dotknąć. To tylko duppy. Jest niemal nierzeczywista. Łap dziewczynę! Zatrzymaj ją!<br />
A ktoś inny odpowiadał:<br />
– Niewątpliwie masz sporo racji, ale nie jestem do końca przekonany, czy uwzględniliśmy wszystkie okoliczności. Vis-a-vis, jak wiesz, rozsądek bywa nieraz ważniejszy niż rozwaga. Jeśli mnie słuchasz&#8230;<br />
– Ja kieruję, ty słuchasz.<br />
– Ale&#8230;<br />
– Chciałabym wiedzieć – oznajmiła blada kobieta – do jakiego stopnia jesteś w tej chwili niematerialny. Ludzi nie mogę dotykać, nie mogę dotykać rzeczy. Mogę natomiast dotknąć duchów.<br />
Blada kobieta wymierzyła potężnego kopniaka wprost w pysk bestii. Utkany z cieni kot syknął i cofnął się, stopa chybiła o niecały cal.<br />
Następny kopniak dosięgnął celu; bestia zaskowyczała. Kolejny kopniak trafił w miejsce, gdzie powinien być nos cienistego stwora, i bestia wydała z siebie odgłos mytego szamponem kota, samotny pisk pełen grozy, oburzenia, wstydu i świadomości klęski.<br />
W korytarzu zadźwięczał śmiech martwej kobiety, pełen radości i zachwytu.<br />
– Tchórz – zadrwił jej głos. – Grahame tchórz.<br />
W domu powiał zimny wiatr.<br />
Rosie odciągnęła ostatnią zasuwę, przekręciła zamek. Drzwi otwarły się gwałtownie i oślepiły ją promienie latarek. Ludzie. Samochody. Kobiecy głos.<br />
– To jedna z zaginionych turystek. – A potem. – Mój Boże.<br />
Rosie odwróciła się.<br />
W świetle latarki widziała swoją matkę, skuloną na wyłożonej kafelkami podłodze. Obok niej spoczywał Grahame Coats – bosy, nieprzytomny i niewątpliwie w ludzkiej postaci. Wokół nich ujrzała rozbryzgi czerwonej cieczy. Przez jedno uderzenie serca Rosie nie potrafiła odgadnąć, co to. Jakaś kobieta coś do niej mówiła.<br />
– Ty jesteś Rosie Noah – powtarzała. – Nazywam się Daisy. Znajdźmy jakieś miejsce, gdzie będziesz mogła usiąść. Chciałabyś usiąść?<br />
Ktoś musiał znaleźć bezpieczniki, bo w tym samym momencie w całym domu rozbłysły światła.<br />
Rosły mężczyzna w mundurze policyjnym pochylał się nad ciałami. Uniósł wzrok.<br />
– To niewątpliwie pan Finnegan. Nie oddycha.<br />
– Tak, proszę – powiedziała Rosie. – Bardzo chciałabym usiąść.</p>
<p>* * *</p>
<p>Charlie siedział obok Spidera nad przepaścią w blasku księżyca, machając nogami.<br />
– Wiesz – powiedział – kiedyś byłeś częścią mnie. W dzieciństwie.<br />
Spider przekrzywił głowę.<br />
– Naprawdę?<br />
– Tak mi się zdaje.<br />
– No, to sporo wyjaśnia. – Wyciągnął rękę. Na jego palcach siedział siedmionogi gliniany pająk smakujący powietrze. – I co teraz? Przyjmiesz mnie z powrotem, czy jak?<br />
Charlie zmarszczył czoło.<br />
– Myślę, że wyrosłeś na lepszego człowieka, niż gdybyś pozostał częścią mnie. No i znacznie lepiej się bawiłeś.<br />
– Rosie – rzekł Spider. – Tygrys wie o Rosie. Musimy coś zrobić.<br />
– Oczywiście, że musimy.<br />
To zupełnie jak księgowość, pomyślał Charlie. Zapisujemy wpływy w jednej kolumnie, wydatki w drugiej, odejmujemy i jeśli nigdzie się nie pomylimy, suma zawsze się zgadza. Ujął dłoń brata.<br />
Wstali, postąpili krok naprzód, w przepaść&#8230;<br />
&#8230;i wszystko pojaśniało&#8230;<br />
Między światami wiał zimny wiatr.<br />
– Nie jesteś wcale magiczną częścią mnie, wiesz? – powiedział Charlie.<br />
– Nie jestem?<br />
Spider postąpił kolejny krok naprzód. Gwiazdy spadały dziesiątkami, kreśląc świetliste linie na ciemnym niebie. Gdzieś ktoś wygrywał na flecie słodką melodię.<br />
Kolejny krok. Usłyszeli odległe wycie syren.<br />
– Nie – wyjaśnił Charlie. – Pani Dunwiddy tak myślała. Rozdzieliła nas, ale nie rozumiała, co dokładnie zrobiła. Bardziej przypominamy dwie połówki rozgwiazdy. Wyrosłeś na kompletną osobę. I – dodał, uświadamiając sobie, że to prawda – ja także.<br />
Świtało. Stali razem na skale. Drogą zbliżała się właśnie karetka z migoczącym kogutem, za nią następna. Zaparkowały na poboczu obok grupki radiowozów policyjnych.<br />
Wyglądało na to, że Daisy wszystkimi komenderuje.<br />
– Nie zostało zbyt wiele do zrobienia, nie teraz – rzekł Charlie. – Chodź.<br />
Ostatnie świetliki odleciały i przygasły, zapadając w sen. Pierwszym porannym minibusem wrócili do Williamstown.</p>
<p>* * *</p>
<p>Maeve Livingstone siedziała na górze w bibliotece domu Grahame&#8217;a Coatsa, otoczona jego dziełami sztuki, książkami, płytami DVD. Wyglądała przez okno. W dole służby alarmowe wyspy wynosiły Rosie i jej matkę do jednej karetki, Grahame&#8217;a Coatsa do drugiej.<br />
Uznała, że kopnięcie bestii, w którą zamienił się Grahame Coats, sprawiło jej autentyczną przyjemność. Była to najbardziej zadowalająca rzecz, jakiej dokonała od chwili morderstwa – choć gdyby miała być zupełnie szczera, musiałaby przyznać, iż taniec z panem Nancy był bardzo, bardzo blisko. Pan Nancy okazał się niezwykle gibkim i zręcznym partnerem.<br />
Ogarnęło ją zmęczenie.<br />
– Maeve?<br />
– Morris? – Rozejrzała się wokół. Pokój był pusty.<br />
– Nie chciałbym ci przeszkadzać, jeśli wciąż jesteś zajęta, skarbie.<br />
– To bardzo słodkie z twojej strony, ale chyba już skończyłam.<br />
Ściany biblioteki zaczęły blaknąć, traciły barwę i kształty. Ujrzała leżący za nimi świat i w jego blasku dostrzegła czekającą na nią drobną postać w eleganckim garniturze.<br />
Podała mu dłoń.<br />
– Dokąd teraz, Morrisie?<br />
Powiedział jej.<br />
– Och, to będzie miła odmiana – rzekła. – Zawsze chciałam tam pójść.<br />
I poszli, trzymając się za ręce.</p>
<p>Charliego obudziło walenie do drzwi. Zdezorientowany, rozejrzał się. Był w pokoju hotelowym, a w jego głowie tłoczyło się mnóstwo nieprawdopodobnych wydarzeń, wirujących niczym ćmy wokół żarówki. Próbując znaleźć w nich jakiś sens, pozwolił stopom ponieść się do drzwi. Mrugając, przyjrzał się planikowi, informującemu, gdzie ma się udać w razie pożaru. Próbował przypomnieć sobie, co działo się poprzedniej nocy. Potem przekręcił zamek i otworzył szeroko drzwi.<br />
Daisy spojrzała na niego.<br />
– Spałeś w tym kapeluszu?<br />
Charlie uniósł rękę i pomacał głowę. Niewątpliwie tkwił na niej kapelusz.<br />
– Tak – rzekł. – Najwyraźniej.<br />
– A niech mnie. Ale przynajmniej zdjąłeś buty. Wiesz, że ominęła cię cała zabawa?<br />
– Naprawdę?<br />
– Umyj zęby – poleciła radośnie – i zmień koszulę. Owszem, podczas gdy byłeś&#8230; – Zawahała się. Po zastanowieniu musiała stwierdzić, że jego zniknięcie w trakcie seansu wykraczało poza granice prawdopodobieństwa. Takie rzeczy się nie zdarzały. Nie w świecie rzeczywistym. – Podczas gdy cię nie było, zmusiłam szefa policji, by pojechał do domu Grahame&#8217;a Coatsa. Coats więził w nim turystki.<br />
– Turystki?<br />
– Przypomniałam sobie, co mówił podczas kolacji, coś o tym, że posłaliśmy do niego dwie osoby. Te w domu. To była twoja narzeczona i jej matka. Zamknął je w piwnicy.<br />
– Nic im się nie stało?<br />
– Obie są teraz w szpitalu.<br />
– Ach.<br />
– Matka jest w kiepskim stanie. Twojej narzeczonej chyba nic nie będzie.<br />
– Przestaniesz ją tak nazywać? Nie jest moją narzeczoną, zerwała zaręczyny.<br />
– Owszem, ale ty nie, prawda?<br />
– Ona mnie nie kocha – oznajmił Charlie. – Kocha mojego brata, a on kocha ją. Teraz umyję zęby, zmienię koszulę i potrzeba mi do tego odrobinę prywatności.<br />
– Powinieneś też wziąć prysznic – dodała. – A ten kapelusz śmierdzi cygarami.<br />
– To pamiątka rodzinna – rzekł, po czym pomaszerował do łazienki.</p>
<p>Szpital znajdował się dziesięć minut drogi spacerkiem od hotelu. Spider siedział w poczekalni i trzymał w dłoniach wymiętoszony egzemplarz „Entertainment Weekly”, jakby naprawdę go czytał.<br />
Charlie poklepał go po ramieniu; Spider podskoczył. Czujnie uniósł wzrok i na widok brata odprężył się nieco.<br />
– Powiedzieli, że muszę tu zaczekać. Bo nie jestem krewnym ani nikim takim.<br />
Charlie zdumiał się.<br />
– To czemu im po prostu nie odpowiedziałeś, że jesteś krewnym albo lekarzem?<br />
Spider poruszył się niezręcznie.<br />
– Wiesz, łatwo jest robić takie rzeczy, jeśli cię to nie obchodzi. Jeżeli nie ma znaczenia, czy wejdę, czy nie, wchodzę bez problemu. Ale teraz to ma znaczenie. Nie chciałbym wejść komuś w drogę, zrobić coś nie tak. A poza tym, co, gdybym spróbował, a oni by odmówili, i wtedy&#8230; Czemu szczerzysz zęby?<br />
– Nic, nic – mruknął Charlie. – Po prostu brzmi to trochę znajomo. Chodź, poszukajmy Rosie. Wiesz – wyjaśnił Daisy, gdy wędrowali losowo wybranym korytarzem – istnieją dwa sposoby pozwalające przejść przez szpital. Albo wyglądasz jak ktoś na miejscu – proszę, Spider, masz tu biały fartuch, akurat twój rozmiar, włóż go – albo tak bardzo nie na miejscu, że nikt nie poskarży się na twoją obecność, bo będzie wolał zostawić to innym. – Zaczął nucić.<br />
– Co to za piosenka? – spytała Daisy.<br />
– Nazywa się Yellow Bird – odparł Spider.<br />
Charlie odsunął kapelusz na tył głowy. Razem weszli do pokoju Rosie.<br />
Siedziała właśnie na łóżku, czytała kolorowe pismo i wyraźnie się martwiła. Na widok trójki gości jej twarz przybrała wyraz jeszcze większej troski. Powiodła wzrokiem od Spidera do Charliego i z powrotem.<br />
– Znaleźliście się daleko od domu – rzekła jedynie.<br />
– I to wszyscy – odparł Charlie. – Spidera już znasz. To jest Daisy, służy w policji.<br />
– Nie wiem, czy to nadal aktualne – mruknęła Daisy. – Raczej się nie zasłużyłam.<br />
– To ty byłaś tam wczoraj w nocy? Ty zmusiłaś miejscową policję, żeby tam przyjechała? – pytała Rosie. – Wiecie coś o Grahamie Coatsie?<br />
– Leży na intensywnej terapii, tak jak twoja mama.<br />
– Jeśli pierwsza odzyska przytomność – mruknęła Rosie – to pewnie go zabije. – A potem dodała: – Nie chcą mi powiedzieć, w jakim jest stanie. Mówią tylko, że w bardzo poważnym i że zawiadomią mnie, gdy będą coś wiedzieć. – Spojrzała na Charliego błyszczącymi oczami. – Nie jest taka zła, jak sądzisz, naprawdę. Nie, kiedy poznasz ją bliżej. Miałyśmy mnóstwo czasu na rozmowy, siedząc tam zamknięte w ciemności. Jest w porządku.<br />
Wydmuchnęła nos.<br />
– Nie sądzą, że przeżyje. Nie powiedzieli mi tego wprost, ale dali do zrozumienia, tak oględnie. Zabawne. Sądziłam, że zdoła przeżyć wszystko.<br />
– Ja też – odparł Charlie. – Uważałem, że nawet gdyby doszło do wojny nuklearnej, na świecie wciąż pozostałyby radioaktywne karaluchy i twoja mama.<br />
Daisy przydepnęła mu stopę.<br />
– Wiedzą już, co ją poraniło?<br />
– Powiedziałam im – rzekła Rosie. – W tym domu było jakieś zwierzę, choć może to tylko Grahame Coats. To znaczy w pewnym sensie to był on, ale też ktoś inny. Odwróciła jego uwagę ode mnie i to coś rzuciło się na nią&#8230;<br />
Tego ranka opisała to wszystko miejscowej policji. Uznała jednak, że lepiej nie wspominać o jasnowłosym duchu kobiety. Czasami umysły załamują się pod nieznośnym napięciem i stwierdziła, że woli się nie przyznawać, że jej także się to przydarzyło.<br />
Umilkła. Patrzyła na Spidera, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, kim jest.<br />
– Wciąż cię nienawidzę, wiesz? – oznajmiła.<br />
Spider milczał; jego twarz przybrała żałosny, nieszczęśliwy wyraz. Nie wyglądał już jak lekarz, lecz jak ktoś, kto wypożyczył sobie bez pytania biały fartuch i boi się, że inni się zorientują.<br />
W jej głosie zabrzmiała rozmarzona nuta.<br />
– Tyle że – dodała – kiedy siedziałam tam w ciemności, zdawało mi się, że mi pomagasz. Że odciągasz ode mnie zwierzę. Co się stało z twoją twarzą? Jest cała podrapana.<br />
– To było zwierzę – odparł Spider.<br />
– Wiesz – ciągnęła – teraz, gdy widzę was obu razem, w ogóle nie jesteście do siebie podobni.<br />
– Ja jestem ten przystojny – wtrącił Charlie i stopa Daisy po raz drugi opadła na jego palce.<br />
– A niech mnie – rzekła cicho Daisy, po czym dodała nieco głośniej: – Charlie, musimy o czymś pomówić na zewnątrz, natychmiast.<br />
Wyszli na korytarz, pozostawiając Spidera w środku.<br />
– I co? – spytał Charlie.<br />
– Co i co? – odparła Daisy.<br />
– O czym chciałaś porozmawiać?<br />
– O niczym.<br />
– To czemu tu jesteśmy? Słyszałaś przecież, ona go nienawidzi. Nie powinniśmy zostawiać ich samych. Do tej pory już go pewnie zabiła.<br />
Daisy spojrzała na niego z miną, którą mógłby przybrać Jezus, gdyby ktoś wyjaśnił mu właśnie, że ma chyba alergię na chleb i ryby, więc czy Zbawiciel zechciałby na boku stworzyć mu szybką sałatkę z kurczaka. Wyraz ten stanowił połączenie litości i niemal nieskończonego współczucia.<br />
Przyłożyła palec do ust i pociągnęła Charliego w stronę drzwi. Zajrzał do pokoju szpitalnego. Rosie bynajmniej nie zabijała Spidera. Jeśli można tak rzec, wręcz przeciwnie.<br />
– Ach – mruknął Charlie.<br />
Całowali się. Jeśli ujmę to w ten sposób, założysz zapewne, że był to normalny pocałunek – wargi, skóra, może nawet nieco języka. Nie zgadniesz jednak, jak on się uśmiechał, jak lśniły jego oczy, a potem, gdy się rozłączyli, jak wstał – niczym człowiek, który właśnie odkrył sztukę stania i poznał ją lepiej niż ktokolwiek przed nim i po nim.<br />
Charlie odwrócił się i spojrzał w głąb korytarza. Odkrył, że Daisy rozmawia z kilkoma lekarzami i poznanym poprzedniego wieczoru policjantem.<br />
– Zawsze uważaliśmy, że to podejrzany gość – mówił policjant do Daisy. – Powiedzmy sobie szczerze, tylko cudzoziemcy zachowują się w taki sposób. Miejscowi nie byliby do tego zdolni.<br />
– Niewątpliwie – przytaknęła Daisy.<br />
– Jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni. – Szef policji poklepał ją po ramieniu gestem, który sprawił, że zacisnęła zęby. – Ta paniusia ocaliła życie tamtej kobiety – poinformował Charliego i jego także poklepał dobrotliwie po ramieniu, po czym odszedł wraz z lekarzami w stronę wyjścia.<br />
– Co się dzieje? – spytał Charlie.<br />
– Grahame Coats nie żyje – odparła. – Mniej więcej. I nie mają zbyt wielkich nadziei co do mamy Rosie.<br />
– Rozumiem. – Charlie pogrążył się w myślach. Potem przestał myśleć i podjął decyzję. – Pozwolisz, że zamienię kilka słów z bratem? Chyba musimy porozmawiać.<br />
– I tak zamierzałam wrócić do hotelu, sprawdzić e-maile. Pewnie będę musiała gęsto się tłumaczyć przez telefon i dowiem się, czy w ogóle mam do czego wracać.<br />
– Ale przecież jesteś bohaterką?<br />
– Nie sądzę, by za to mi płacili. – Jej głos zabrzmiał nieco słabo. – Kiedy skończysz, zajrzyj do mnie.<br />
Spider i Charlie wędrowali główną ulicą Williamstown w promieniach porannego słońca.<br />
– Wiesz, to naprawdę świetny kapelusz – powiedział Spider.<br />
– Myślisz?<br />
– Tak. Mogę przymierzyć?<br />
Charlie podał Spiderowi zieloną fedorę. Jego brat założył ją, przejrzał się w witrynie, skrzywił i oddał mu kapelusz.<br />
– Cóż – rzekł z nutką zawodu w głosie – na tobie wygląda świetnie.<br />
Charlie z powrotem nasadził fedorę na głowę. Niektóre kapelusze można nosić tylko, jeśli człowiek jest gotów zachowywać się zawadiacko, przekrzywić je i stąpać sprężyście, niemal tańcząc. Wiele wymagają od swego właściciela. Ten kapelusz do nich należał i Charlie podjął wyzwanie.<br />
– Mama Rosie umiera – oświadczył.<br />
– No tak.<br />
– Naprawdę szczerze jej nie znoszę.<br />
– Ja nie znałem jej aż tak dobrze jak ty, ale gdybym miał dość czasu, z pewnością też dogłębnie bym ją znielubił.<br />
– Musimy spróbować ocalić jej życie, prawda? – Słowom Charliego brakowało entuzjazmu; powiedział to jak ktoś przypominający, że czas już odwiedzić dentystę.<br />
– Nie sądzę, byśmy to potrafili.<br />
– Tato zrobił coś takiego dla mamy. Na jakiś czas wydobrzała.<br />
– Ale to był on. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać.<br />
– To miejsce na końcu świata – rzekł Charlie – z jaskiniami.<br />
– Początku świata, nie końcu. Co z nim?<br />
– Możemy się tam przenieść bez tych wszystkich bajerów ze świecami i ziółkami?<br />
Spider przez chwilę milczał, po czym skinął głową.<br />
– Chyba tak.<br />
Skręcili razem w kierunku, którego zwykle nie było, i oddalili się od głównej ulicy Williamstown.<br />
Teraz wschodziło słońce. Charlie i Spider maszerowali plażą zasłaną czaszkami. Nie były to prawdziwe ludzkie czaszki; pokrywały plażę niczym żółte kamyki. Charlie unikał ich jak tylko mógł, Spider miażdżył je pod stopami. Na końcu plaży skręcili w lewo, absolutnie ostateczne lewo. Nad ich głowami wznosiły się góry na początku świata, urwisko opadało.<br />
Charlie przypomniał sobie, jak był tu poprzednio. Miał wrażenie, że od tego czasu minęło tysiąc lat.<br />
– Gdzie są wszyscy? – spytał głośno i jego głos odbił się echem od skał. – Halo?! – zawołał.<br />
I wtedy ich ujrzał. Obserwowali ich, byli tam wszyscy. Teraz wydawali się wspanialsi, mniej ludzcy, bardziej zwierzęcy, dziksi, i pojął, że poprzednio dostrzegał w nich ludzi, bo oczekiwał, że spotka ludzi. Ale to nie byli ludzie. Na skałach ponad nimi usadowili się Lew i Słoń, Krokodyl i Pyton, Królik, Skorpion i cała reszta. Były ich setki. Obserwowali ich pozbawionymi uśmiechu oczami: zwierzęta, które rozpoznawał i których nie zdołałby rozpoznać nikt żyjący, wszystkie zwierzęta, jakie kiedykolwiek pojawiły się w historiach. Wszystkie zwierzęta, o których ludzie śnili, którym oddawali cześć, którym składali ofiary&#8230;<br />
Charlie ujrzał je wszystkie.<br />
To zupełnie co innego, pomyślał, niż śpiewanie, od którego zależy twoje życie, w sali pełnej gości, pod wpływem chwili, z lufą wbitą w żebra dziewczyny, którą&#8230;<br />
Którą&#8230;<br />
Och.<br />
No tak, pomyślał Charlie. O to będę się martwił później.<br />
W tej chwili miał ogromną ochotę odetchnąć w brązową, papierową torebkę albo zniknąć.<br />
– Muszą ich być setki. – W głosie Spidera zabrzmiał nabożny lęk.<br />
W powietrzu nad pobliską skałą coś zawirowało i ujrzeli Kobietę Ptaka. Splotła ramiona na piersi, patrząc na nich.<br />
– Cokolwiek zamierzasz zrobić – rzekł Spider – lepiej zrób to szybko. Nie będą tu czekać wiecznie.<br />
Charliemu zaschło w ustach.<br />
– Jasne.<br />
– A zatem? – spytał Spider. – Uhm&#8230; co dokładnie mamy teraz zrobić?<br />
– Zaśpiewać im – wyjaśnił z prostotą Charlie.<br />
– Co?<br />
– W ten sposób wszystko naprawiamy. Sam się tego domyśliłem. Po prostu śpiewamy razem.<br />
– Ale co śpiewamy?<br />
– Piosenkę. Tę piosenkę. Śpiewasz piosenkę, naprawiasz wszystko. – W jego głosie zadźwięczała desperacja. – Piosenkę.<br />
Oczy Spidera przypominały kałuże po deszczu. Charlie dostrzegł w nich coś, czego nie widział wcześniej: patrzyły czule, pytająco i przede wszystkim przepraszająco.<br />
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.<br />
Lew obserwował ich spod głazu, Małpa patrzył na nich z wierzchołka drzewa, a Tygrys&#8230;<br />
Charlie ujrzał Tygrysa – stąpał ostrożnie na czterech łapach, twarz miał spuchniętą i posiniaczoną, lecz jego oczy błyszczały niebezpiecznie. Wyglądał, jakby miał wielką chęć wyrównać rachunki.<br />
Charlie otworzył usta. Wydobył się z nich cichy pisk, jakby niedawno połknął wybitnie nerwową żabę.<br />
– Nic z tego – szepnął do Spidera. – To był głupi pomysł, prawda?<br />
– Ano.<br />
– Myślisz, że możemy po prostu stąd zniknąć?<br />
Powiódł nerwowym wzrokiem po zboczu góry i po jaskiniach, omiatając spojrzeniem setki totemowych istot sprzed zarania dziejów. Nagle dostrzegł kogoś, kogo poprzednim razem nie widział: drobnego mężczyznę w cytrynowożółtych rękawiczkach, z cieniutkim wąsikiem i rzednącymi włosami, których nie skrywała już zielona fedora.<br />
Stary mężczyzna spojrzał na niego i mrugnął.<br />
Nie było to wiele, ale wystarczyło.<br />
Charlie napełnił płuca i zaczął śpiewać.<br />
– Jestem Charlie – śpiewał. – Jestem synem Anansiego. Słuchajcie mojej pieśni. Słuchajcie mojego życia.<br />
Śpiewał im piosenkę o chłopcu, który był półbogiem i został rozdzielony na dwóch przez zgorzkniałą staruchę. Śpiewał o swym ojcu i o matce.<br />
Wyśpiewywał imiona i słowa, klocki, z których wzniesiono rzeczywistość, światy tworzące inne światy, prawdy leżące u podstaw wszystkiego. Śpiewał o właściwych zakończeniach, sprawiedliwych karach dla tych, którzy chcieli zranić jego i jego przyjaciół.<br />
Wyśpiewywał świat.<br />
To była dobra pieśń i należała do niego. Czasami miała słowa, czasami stawała się samą melodią.<br />
I gdy tak śpiewał, wszystkie słuchające go stworzenia zaczęły klaskać, tupać i nucić do wtóru. Charlie miał wrażenie, jakby stał się przekaźnikiem wielkiej pieśni, obejmującej je wszystkie. Śpiewał o ptakach, o magicznym uczuciu, gdy unosi się wzrok i widzi je w locie. O promieniach słońca odbijających się rankiem od lśniących piór.<br />
Stworzenia totemowe tańczyły tańce swych pobratymców. Kobieta Ptak wirowała w ptasim tańcu, szeroko rozkładając ogon, unosząc dziób.<br />
Tylko jedna istota na zboczu nie tańczyła.<br />
Tygrys machał gniewnie ogonem, nie klaskał, nie śpiewał. Jego twarz pokrywały fioletowe sińce, ciało pręgi i ślady ugryzień. Krok zą krokiem zbliżał się ku nim, aż w końcu znalazł się obok Charliego.<br />
– Pieśni nie należą do ciebie – warknął.<br />
Charlie spojrzał na niego i zaśpiewał o Tygrysie i o Grahamie Coatsie, o tych, którzy chwytają i pożerają niewinnych. Odwrócił się. Spider patrzył na niego z podziwem. Tygrys ryknął wściekle, a Charlie podchwycił ów ryk i utkał wokół niego pieśń. Potem sam ryknął, zupełnie jak Tygrys – to znaczy z początku.<br />
Potem Charlie zmienił ryk, tak że stał się śmieszny, głupkowaty, i wszystkie stworzenia patrzące ze skał wybuchnęły śmiechem. Nie mogły się opanować. Charlie powtórnie wydał z siebie głupkowaty ryk. Podobnie jak naśladownictwo, doskonała karykatura, ryk ów sprawił, że to, co wyśmiewał, samo stało się okropnie śmieszne. Nikt już nie usłyszy ryku Tygrysa, jednocześnie nie słysząc w nim pobrzmiewającego ryku Charliego. Ludzie będą mówić: co za głupiutki ryk.<br />
Tygrys odwrócił się plecami do Charliego, przebiegł przez tłum, wciąż rycząc. Zebrane stworzenia zaśmiały się jeszcze głośniej. Tygrys z wściekłością umknął do swej jaskini.<br />
Spider machnął rękami.<br />
Usłyszeli łoskot i wylot j askini Tygrysa zasypała niewielka lawina. Spider skinął głową z zadowoloną miną. Charlie śpiewał dalej.<br />
Śpiewał teraz o Rosie Noah i o matce Rosie. Wyśpiewywał długie życie dla pani Noah i wszelkie szczęście, na które zasłużyła.<br />
Śpiewał o swym życiu, o życiu ich wszystkich i w swej pieśni widział wzory ich życia. Przypominały sieć, w której uwięzła mucha. A on swą piosenką spowił ją ciasnym kokonem, pilnując, by nie uciekła, i naprawił sieć, snując nowe nici.<br />
Piosenka dobiegła naturalnego kresu.<br />
Bez zbytniego zaskoczenia Charlie uświadomił sobie, że podoba mu się śpiewanie innym, i zrozumiał, że odtąd tym właśnie będzie się zajmował, będzie śpiewał: nie wielkie magiczne pieśni tworzące światy, odtwarzające istnienie, lecz zwykłe piosenki, na moment uszczęśliwiające ludzi, sprawiające, że chce im się żyć, że na chwilę zapomną o swych problemach. Wiedział też, że przed występem zawsze będzie czuł strach, tremę, która nigdy go nie opuści. Ale pojął, że przypomina to skok do basenu – kilka chwil nieprzyjemnego chłodu, a potem chłód mija i czujesz się dobrze.<br />
Nigdy aż tak dobrze, nigdy więcej. Ale dostatecznie dobrze.<br />
Pieśń dobiegła końca. Charlie zwiesił głowę. Stworzenia na skałach pozwoliły, by ostatnie dźwięki ucichły w dali; przestały tupać, klaskać, tańczyć. Charlie zdjął zieloną fedorę ojca i powachlował nią twarz.<br />
– To było niesamowite – szepnął Spider.<br />
– Ty też mogłeś to zrobić – odparł Charlie.<br />
– Wątpię. Co się działo pod koniec? Czułem, że coś robisz, ale nie potrafiłem stwierdzić co.<br />
– Naprawiłem wszystko – wyjaśnił Charlie. – Dla nas. Sam nie jestem pewien&#8230; – Faktycznie nie był. Teraz, gdy pieśń dobiegła końca, jej treść rozpływała się niczym sen po przebudzeniu.<br />
Wskazał zasypany kamieniami wylot jaskini.<br />
– To twoja robota?<br />
– Tak – mruknął Spider. – Uznałem, że przynajmniej tyle mogę zrobić. Tygrys w końcu się stamtąd wykopie. Żałuję, że nie mogłem zrobić nic gorszego niż zamknąć za nim drzwi.<br />
– Nie martw się – odparł Charlie. – Ja zrobiłem coś znacznie, znacznie gorszego.<br />
Patrzył, jak zwierzęta się rozchodzą. Nigdzie nie dostrzegł ojca, co wcale go nie zdziwiło.<br />
– Chodź – rzekł. – Powinniśmy już wracać.</p>
<p>W porze odwiedzin Spider złożył wizytę Rosie. Miał ze sobą wielką bombonierkę, największą jaką sprzedawali w szpitalnym sklepiku.<br />
– Dla ciebie – rzekł.<br />
– Dzięki.<br />
– Powiedzieli mi – dodała po chwili – że mama chyba jednak przeżyje. Niedawno otworzyła oczy i poprosiła o owsiankę. Lekarz twierdzi, że to cud.<br />
– Pewnie. Twoja matka prosi o jedzenie. Prawdziwy cud, bez dwóch zdań.<br />
Pacnęła go w rękę i zostawiła na niej dłoń.<br />
– Wiesz – mruknęła – pomyślisz pewnie, że to niemądre, ale gdy siedziałam tam w ciemności z mamą, zdawało mi się, że mi pomagasz. Miałam wrażenie, że odciągasz bestię, że gdybyś nie robił tego co robisz, on by nas zabił.<br />
– Uhm, pewnie faktycznie pomogłem.<br />
– Naprawdę?<br />
– Nie wiem. Tak sądzę. Ja też miałem kłopoty i myślałem o tobie.<br />
– Poważne kłopoty?<br />
– Ogromne, o tak.<br />
– Zechcesz mi nalać szklankę wody?<br />
Zrobił to.<br />
– Spider? – spytała. – Co ty właściwie robisz?<br />
– Robię?<br />
– No wiesz, w sensie pracy.<br />
– Cokolwiek, na co mam ochotę.<br />
– Myślę – rzekła – że mogłabym tu zostać jakiś czas. Pielęgniarki opowiadały mi, że na wyspie potrzebują nauczycieli. Chciałabym spróbować coś zmienić.<br />
– To może być zabawne.<br />
– A jeśli to zrobię, co z tobą?<br />
– No cóż, jeżeli tu zostaniesz, z pewnością znajdę sobie jakieś zajęcie.<br />
Ich palce splotły się ciasno niczym węzeł.<br />
– Myślisz, że nam się uda? – spytała.<br />
– Tak sądzę – odparł trzeźwo Spider. – A jeśli mnie znudzisz, po prostu sobie pójdę i zajmę się czymś innym. Nie martw się.<br />
– Och – mruknęła Rosie – wcale się nie martwię.<br />
I rzeczywiście, w jej miękkim głosie zadźwięczała ukryta stal. Widać było, po kim miała ją jej matka.</p>
<p>Charlie znalazł Daisy na leżaku na plaży. Początkowo wydało mu się, że śpi. Gdy padł na nią cień, nie otwierając oczu, powiedziała:<br />
– Cześć, Charlie.<br />
– Skąd wiedziałaś, że to ja?<br />
– Twój kapelusz śmierdzi cygarami. Pozbędziesz się go jakoś?<br />
– Nie – rzekł. – Już mówiłem, to pamiątka rodzinna. Zamierzam go nosić aż do śmierci i przekazać w spadku dzieciom. A zatem wciąż masz pracę w policji?<br />
– Mniej więcej. Mój szef stwierdził, iż uznano, że przeżyłam załamanie nerwowe z powodu przepracowania. Jestem na zwolnieniu, póki nie poczuję się dość dobrze, by wrócić do pracy.<br />
– Aha. A kiedy to będzie?<br />
– Sama nie wiem. Podasz mi olejek?<br />
W kieszeni miał pudełeczko. Wyjął je teraz i położył na poręczy leżaka.<br />
– Za minutkę. Ee – zawiesił głos. – Wiesz – rzekł – już raz to zrobiliśmy na oczach wszystkich, pod groźbą broni. Ale – otworzył pudełeczko – to jest ode mnie. Dla ciebie. Rosie mi go oddała i jeśli chcesz możemy go wymienić, wybrać jakiś inny. Pewnie nawet nie będzie pasował. Ale jest twój, jeśli chcesz. I, uhm. Ja też.<br />
Sięgnęła do pudełeczka i wyjęła pierścionek zaręczynowy.<br />
– Hm, zgoda. Pod warunkiem, że nie robisz tego tylko po to, by odzyskać limonkę.</p>
<p>Tygrys krążył niespokojnie. Jego ogon kołysał się z irytacją z boku na bok, gdy wędrował tam i z powrotem u wylotu jaskini. Oczy wśród cieni płonęły niczym szmaragdowe pochodnie.<br />
– Cały świat, wszystko należało kiedyś do mnie – powiedział. – Księżyc i gwiazdy, i słońce. Wszystkie historie były moje.<br />
– Czuję się w obowiązku zauważyć – wtrącił cichy głosik dobiegający z głębi jaskini – że już o tym wspominałeś.<br />
Tygrys zamarł. Odwrócił się i ruszył w stronę głosu. Mięśnie grały mu pod skórą, wyglądał jak futrzany dywan rozpięty na sprężynach hydraulicznych. Zbliżył się do truchła wołu i przystanął.<br />
– Co takiego mówiłeś? – spytał cicho.<br />
Z wnętrza truchła dobiegło skrobanie, spomiędzy żeber wychynął czubek nosa.<br />
– Właściwie – rzekł głos – w pewnym sensie zgadzałem się z tobą. To właśnie próbowałem rzec.<br />
Małe, szare łapki oderwały cienkie pasmo suchego mięsa spomiędzy żeber, ukazując zwierzątko barwy brudnego śniegu. Mógł to być ichneurrion albinos albo może wyjątkowo nieciekawa odmiana łasicy w zimowym futrze. Miało oczy padlinożercy.<br />
– Cały świat, wszystko należało kiedyś do mnie. Księżyc i gwiazdy, i słońce. Wszystkie historie były moje – powiedziało zwierzątko i dodało: – I znów mogły do mnie należeć.<br />
Tygrys wpatrywał się przez chwilę w małe stworzenie, a potem bez ostrzeżenia potężna łapa opadła, miażdżąc żebra, roztrzaskując truchło na cuchnące kawałki i przyszpilając zwierzątko do ziemi. Stworzenie wiło się ze wszystkich sił, bez skutku.<br />
– Jesteś tu. – Tygrys przysunął olbrzymią głowę do malutkiej główki jasnego stworzenia. – Jesteś tu tylko dlatego, że ci pozwalam. Rozumiesz? Bo jeśli jeszcze raz powiesz coś irytującego, odgryzę ci głowę.<br />
– Uhmf – odparł stwór podobny do łasicy.<br />
– Nie chciałbyś chyba, żebym odgryzł ci głowę?<br />
– Ngk – odpowiedziało stworzenie. Oczy miało jasnoniebieskie jak dwa odłamki lodu. Zalśniły, gdy poruszyło się niespokojnie pod ciężarem wielkiej łapy.<br />
– Czy zatem obiecasz mi, że będziesz się zachowywać i milczeć? – zagrzmiał Tygrys. Uniósł odrobinę łapę, pozwalając tamtemu przemówić.<br />
– Istotnie – odparło małe, białe stworzenie niezwykle uprzejmym tonem, a potem jednym podstępnym ruchem obróciło się i zatopiło maleńkie ostre ząbki w łapie Tygrysa.<br />
Tygrys ryknął z bólu. Gwałtownie uniósł łapę, wyrzucając stworzenie w powietrze. Zwierzątko uderzyło o kamienne sklepienie, odbiło się od półki i śmignęło w smudze brudnej bieli na sam koniec jaskini, gdzie sufit wisiał blisko podłogi i gdzie pozostało wiele kryjówek dla małego stworzenia, kryjówek, do których nie zdołałoby się przebić większe zwierzę.<br />
Tygrys podszedł niespiesznie tak daleko, jak mógł.<br />
– Myślisz, że nie umiem czekać? – spytał. – Wcześniej czy później będziesz musiał wyjść. A ja nigdzie się nie wybieram.<br />
Położył się, zamknął oczy i wkrótce zaczął bardzo przekonująco chrapać.<br />
Po półgodzinie tygrysiego chrapania brudnobiałe zwierzątko wykradło się spod kamieni i zaczęło przemykać od cienia do cienia w stronę dużej kości, na której pozostało sporo dobrego mięsa – jeśli tylko komuś nie przeszkadzała odrobina smrodu; a jemu wcale nie wadziła. Jednakże, by dostać się do kości, musiało minąć Tygrysa. Przycupnęło w cieniu i w końcu, stąpając bezszelestnie, zapuściło się nieco dalej.<br />
Gdy przechodziło obok uśpionego kota, jedna z łap wystrzeliła naprzód i szpon opadł na ogon stworzenia, przygważdżając go do ziemi. Druga łapa chwyciła zwierzątko za kark. Wielki drapieżnik otworzył oczy.<br />
– Szczerze mówiąc – rzekł – wygląda na to, że tkwimy w tym razem. Proszę tylko, byś się nieco postarał, obaj musimy się postarać. Wątpię, czy kiedykolwiek pozostaniemy przyjaciółmi, ale może nauczymy się tolerować siebie nawzajem.<br />
– Przyznaję, mądrze mówisz – odparło stworzenie podobne do fretki. – Mus to mus, jak mawiają, gdy diabeł ogonem zamiata.<br />
– Oto przykład tego, o czym wspominałem – rzekł Tygrys. – Musisz się nauczyć, kiedy lepiej trzymać gębę na kłódkę.<br />
– Zły to wiatr – odparło małe stworzenie – który złe niesie wieści.<br />
– Znów zaczynasz mnie drażnić – uprzedził Tygrys. – Próbuję ci powiedzieć: nie drażnij mnie, to nie odgryzę ci głowy.<br />
– Wciąż używasz tej frazy: odgryźć moją głowę. Zakładam, że kiedy mówisz: „odgryzę ci głowę”, to czysta metafora, przenośnia sugerująca, że zaczniesz na mnie krzyczeć, może nawet ze złością.<br />
– Odgryzę ci głowę. Potem zmiażdżę. Następnie schrupię. I połknę – odparł Tygrys. – Żaden z nas nie może stąd wyjść, póki dziecko Anansiego nie zapomni, że tu jesteśmy. Sukinsyn załatwił to w ten sposób, że nawet jeśli zabiję cię rankiem, po południu znów się odrodzisz w tej przeklętej jaskini. Zatem mnie nie drażnij.<br />
– No cóż, ziarnko do ziarnka – zaczęło małe białe zwierzątko.<br />
– Jeśli powiesz „a zbierze się miarka” – uprzedził Tygrys – to się zirytuję, co będzie miało poważne konsekwencje. Nie. Mów. Niczego. Irytującego. Zrozumiałeś?<br />
W jaskini na końcu świata zapadła krótka cisza. Zakłócił ją cichy, łasicowaty głosik:<br />
– Absowicie.<br />
Zaczął też mówić „au”, lecz coś uciszyło go szybko i skutecznie. A potem w tym miejscu nie było już słychać nic prócz cichego chrupania.</p>
<p>W literaturze rzadko wspomina się o pewnej cesze trumien, bo szczerze mówiąc, niespecjalnie interesuje ona ludzi, którzy je kupują – trumny są bardzo wygodne.<br />
Pan Nancy był niezwykle zadowolony ze swej trumny. Teraz, gdy wszystko się uspokoiło, wrócił do grobu i drzemał rozkosznie. Od czasu do czasu budził się, przypominał sobie gdzie jest, przekręcał się na drugi bok i znów zasypiał.<br />
Grób, jak już wcześniej wspomniałem, to bardzo wygodne miejsce, a do tego zapewniające prywatność. Idealnie nadaje się, by trochę odpocząć. Sześć stóp pod ziemią; nie ma lepszego miejsca na odpoczynek. Jeszcze ze dwadzieścia lat, pomyślał, i zastanowi się nad tym, czy nie warto wstać.<br />
Gdy zaczął się pogrzeb, otworzył jedno oko.<br />
Słyszał ich wszystkich tam w górze: Callyanne Higgler i tę Bustamonte, i tę trzecią, chudą, nie mówiąc o sporym stadku wnucząt, prawnucząt i praprawnucząt, wzdychających, szlochających i wypłakujących oczy za świętej pamięci panią Dunwiddy.<br />
Pan Nancy zastanawiał się, czy nie przebić ręką trawy i nie złapać Callyanne Higgler za kostkę. Miał na to ochotę odkąd trzydzieści lat wcześniej w kinie samochodowym obejrzał Carrie. Teraz jednak, gdy nadarzyła się sposobność, odkrył, że potrafi się jej oprzeć. Szczerze mówiąc, była niewarta zachodu. Callyanne Higgler wrzasnęłaby tylko, dostała ataku serca i umarła, a wówczas w cholernym Ogrodzie Spoczynku zrobiłoby się jeszcze tłoczniej.<br />
A zresztą wymagało to zbyt wiele wysiłku. W świecie pod ziemią czekały na niego przyjemne sny. Dwadzieścia lat, pomyślał, może dwadzieścia pięć. Do tego czasu będzie już mieć wnuki. To będzie ciekawe, sprawdzić, co wyrosło z wnuków.<br />
Słyszał dobiegające z góry szlochy Callyanne Higgler. W końcu udało jej się powstrzymać łzy dość długo, by oznajmić:<br />
– Mimo wszystko miała jednak całkiem szczęśliwe i długie życie. Przeżyła wśród nas sto trzy lata.<br />
– Sto cztery – poprawił rozdrażniony głos dobiegający obok, spod ziemi.<br />
Pan Nancy wyciągnął bezcielesną rękę i postukał ostro w wieko nowej trumny.<br />
– Ciszej tam, kobieto – warknął. – Niektórzy z nas próbują zasnąć.</p>
<p>Rosie dała Spiderowi jasno do zrozumienia, iż oczekuje, że on znajdzie sobie stałą pracę, z rodzaju tych, które wymagają porannego wstawania i opuszczania domu.<br />
Toteż pewnego ranka, nim wypisano ją ze szpitala, Spider wstał wcześnie i poszedł do miejskiej biblioteki. Zalogował się do komputera, wszedł do Internetu i bardzo ostrożnie opróżnił wszystkie pozostałe konta Grahame&#8217;a Coatsa, te, których jak dotąd nie znalazły połączone siły policyjne z kilku kontynentów. Zarządził sprzedaż hodowli koni w Argentynie. Za uzyskane pieniądze kupił niewielką, gotową firemkę, przelał na jej konto mnóstwo kasy i wystąpił o status organizacji dobroczynnej. Potem w imieniu Rogera Bronsteina wysłał e-mail zatrudniający prawnika do administracji sprawami fundacji, zaproponował też, by prawnik odnalazł pannę Rosie Noah, mieszkankę Londynu, obecnie przebywającą na Saint Andrews, i zaangażował ją do Czynienia Dobra.<br />
Rosie została zatrudniona. Jej pierwszym zadaniem było wynajęcie biura.<br />
Następne cztery dni Spider poświęcił wędrówkom (i noclegom) po plaży otaczającej niemal całą wyspę. W każdej napotykanej knajpie kosztował jedzenia. W końcu dotarł do Baru Rybnego Dawsona. Spróbował smażonych latających ryb, gotowanych zielonych fig, grillowanego kurczaka i ciasta kokosowego, a potem wszedł na zaplecze, znalazł szefa kuchni, będącego jednocześnie właścicielem, i zaproponował mu mnóstwo pieniędzy w zamian za połowę udziałów i lekcje gotowania.<br />
Bar Rybny Dawsona to obecnie restauracja. Pan Dawson przeszedł już na emeryturę. Czasami Spider zagląda na salę, czasami siedzi na zapleczu w kuchni. Kiedy tam pójdziesz, z pewnością go zastaniesz. Tutejsze jedzenie jest najlepsze na całej wyspie. Sam Spider wyraźnie przybrał na wadze, a jeżeli wciąż będzie próbował wszystkiego co gotuje, na tym się nie skończy.<br />
Nie dlatego, że Rosie ma coś przeciwko temu.<br />
Ona sama trochę uczy, trochę pomaga i generalnie Czyni Dobro. A jeśli nawet czasami tęskni za Londynem, nie daje tego po sobie poznać. Matka Rosie natomiast nieustannie głośno tęskni za Londynem, lecz każdą sugestię, że mogłaby tam wrócić, traktuje jako próbę rozdzielenia jej z jak dotąd nienarodzonymi (i co więcej, niespłodzonymi) wnukami.<br />
Nic nie sprawiłoby autorowi niniejszej książki większej przyjemności niż zapewnienie Czytelnika, że po powrocie z doliny śmierci matka Rosie stała się zupełnie inną osobą, wesołą kobietą, dla każdego znajdującą miłe słowo, a jej nowo odkryty apetyt na jedzenie dorównywał jedynie apetytowi na życie i wszystko, co ono ze sobą niesie. Niestety, szacunek dla prawdy zmusza mnie do przyznania, że po wyjściu ze szpitala matka Rosie pozostała sobą, równie podejrzliwą i nieżyczliwą jak zawsze, choć wyraźnie kruchszą niż wcześniej i mającą w zwyczaju sypiać przy zapalonym świetle.<br />
Oświadczyła, że sprzeda mieszkanie w Londynie i przeprowadzi się wszędzie, gdzie tylko osiądą Spider i Rosie, żeby być blisko wnuków. Z czasem czyniła coraz częstsze uwagi na temat braku rzeczonych wnuków, jakości i ruchliwości spermy Spidera, częstotliwości stosunków i pozycji wykorzystywanych w życiu seksualnym Spidera i Rosie, a także względnie niskich kosztów zapłodnienia in vitro, osiągając etap, na którym Spider zaczął poważnie zastanawiać się nad zaprzestaniem sypiania z Rosie, tylko po to by zrobić na złość jej matce. Zastanawiał się nad tym przez mniej więcej jedenaście sekund pewnego popołudnia, gdy matka Rosie wręczyła im kserokopię artykułu z pewnego pisma, który sugerował, że Rosie po każdym stosunku powinna pół godziny stać na głowie. Wieczorem wspomniał o tym Rosie, a ona roześmiała się i oznajmiła, że nie zamierza wpuszczać matki do sypialni i w żadnym razie nie będzie stała na głowie po kochaniu się z kimkolwiek.<br />
Pani Noah ma mieszkanie w Williamstown w pobliżu domu Spidera i Rosie. Dwa razy w tygodniu jedna z licznych siostrzenic Callyanne Higgler zagląda do niej, odkurza, przeciera szklane owoce (owoce z wosku stopiły się podczas upałów), przyrządza kilka posiłków i zostawia je w lodówce. Matka Rosie czasami je zjada, a czasami nie.</p>
<p>Obecnie Charlie zarabia na życie śpiewem. Stracił wiele ze swej miękkości. Jest teraz szczupłym mężczyzną w nieodłącznej fedorze na głowie. Ma ich wiele, w najróżniejszych kolorach: jego ulubioną jest zielona.<br />
Charlie ma też syna. Nazywa się Marcus, skończył cztery i pół roku i charakteryzuje się niezwykłą powagą i godnością, na jaką potrafią się zdobyć wyłącznie bardzo małe dzieci i goryle górskie.<br />
Nikt już nie nazywa Charliego Grubym Charliem i, szczerze mówiąc, czasami mu tego brakuje.<br />
Był wczesny letni ranek, zrobiło się już jasno. Z pokoju obok dobiegał jakiś hałas. Charlie pozwolił Daisy pospać. Ostrożnie wygramolił się z łóżka, złapał podkoszulek i szorty i przekroczywszy próg, ujrzał swego synka, klęczącego nago na podłodze i bawiącego się małą drewnianą kolejką. Obaj naciągnęli podkoszulki, szorty i klapki, Charlie założył kapelusz i wyszli na plażę.<br />
– Tatusiu – zagadnął chłopczyk. Rezolutnie unosząc podbródek, wyraźnie nad czymś rozmyślał.<br />
– Tak, Marcusie?<br />
– Kto był najkrótszym prezydentem?<br />
– Chodzi ci o wzrost?<br />
– Nie. O, o dni. Kto był najkrótszy?<br />
– Harrison. Podczas inauguracji nabawił się zapalenia płuc i umarł. Był prezydentem przez czterdzieści parę dni, większość tego czasu zajęło mu umieranie.<br />
– Aha. No to kto był najdłuższy?<br />
– Franklin Delano Roosevelt. Rządził trzy pełne kadencje. Zmarł na urzędzie w trakcie czwartej. Tu zdejmujemy buty.<br />
Zostawili klapki na kamieniu i pomaszerowali ku falom. Ich palce zagłębiały się w mokry piasek.<br />
– Skąd tyle wiesz o prezydentach?<br />
– Bo kiedy byłem mały, mój ojciec uznał, że dobrze mi zrobi, jeśli dowiem się o nich jak najwięcej.<br />
– Aha.<br />
Brodzili w wodzie, kierując się ku głazowi widocznemu jedynie podczas odpływu. Po jakimś czasie Charlie dźwignął chłopca i posadził go sobie na barana.<br />
– Tatusiu?<br />
– Tak, Marcusie?<br />
– Petunia mówi, że ty jesteś sławny.<br />
– A kim jest Petunia?<br />
– W przedszkolu. Mówi, że jej mama ma wszystkie twoje płyty. Mówi, że uwielbia jak śpiewasz.<br />
– Ach.<br />
– Jesteś sławny?<br />
– Niespecjalnie. No, może trochę. – Posadził Marcusa na kamieniu i sam wdrapał się obok niego. – No dobrze, gotów do śpiewu?<br />
– Tak.<br />
– Co chcesz zaśpiewać?<br />
– Moją ulubioną piosenkę.<br />
– Nie wiem, czy jej się spodoba.<br />
– Spodoba. – Marcus powiedział to z pewnością siebie godną murów i górskich szczytów.<br />
– W porządku. Raz, dwa, trzy&#8230;<br />
Zaśpiewali razem Yellow Bird, ulubioną piosenkę Marcusa w tym tygodniu, a potem Zombie Jamboree, drugą ulubioną i She&#8217;ll Be Coming Round the Mountain, ich trzecią ulubioną. Marcus, dysponujący wzrokiem lepszym niż Charlie, dostrzegł ją, gdy kończyli She&#8217;ll Be Coming Round the Mountain. Pomachał.<br />
– Jest tam, tatusiu.<br />
– Na pewno?<br />
Poranna mgiełka sprawiała, że morze i niebo zlewały się razem w szarobiałej poświacie. Charlie zmrużył oczy, wpatrując się w horyzont.<br />
– Ja nic nie widzę.<br />
– Zanurkowała pod wodę. Zaraz tu będzie.<br />
Usłyszeli plusk i wynurzyła się dokładnie pod nimi. Sięgnęła w górę, plusnęła, dźwignęła się i już siedziała obok nich. Koniuszek srebrnego ogona zanurzał się w Atlantyku. Na łuskach połyskiwały krople wody. Miała długie pomarańczowoczerwone włosy.<br />
Teraz śpiewali już razem, mężczyzna, chłopiec i syrena. The Lady Is A Tramp, Yellow Submarine, a potem Marcus nauczył syrenę słów piosenki Jaskiniowców.<br />
– Przypomina mi ciebie – powiedziała. – Kiedy byłeś mały.<br />
– Znałaś mnie wtedy?<br />
Uśmiechnęła się.<br />
– Ty i twój ojciec spacerowaliście po plaży. Twój ojciec – dodała. – Prawdziwy był z niego dżentelmen. – Westchnęła. Syreny wzdychają lepiej niż ktokolwiek. A potem rzekła: – Powinniście już wracać. Zaczyna się przypływ. – Odrzuciła w tył długie włosy, zgięła się wpół i skoczyła do wody. Potem uniosła głowę, czubkami palców dotknęła ust, posłała Marcusowi całusa i zniknęła w głębinie.<br />
Charlie posadził sobie synka na barana i brodząc w wodzie, wrócił na plażę, gdzie synek zsunął mu się z ramiona na piasek. Zdjął zieloną fedorę i wsadził małemu na głowę. Była o wiele za duża, ale sprawiła, że chłopczyk się uśmiechnął.<br />
– Hej – powiedział Charlie. – Chcesz coś zobaczyć?<br />
– Dobrze. Ale chcę dostać śniadanie. Naleśniki. Nie, owsiankę. Nie, naleśniki.<br />
– Popatrz tylko. – Charlie zaczął tańczyć na bosaka taniec piasku, szurając stopami po plaży.<br />
– Ja też tak potrafię – pochwalił się Marcus.<br />
– Naprawdę?<br />
– Patrz, tatusiu. – Rzeczywiście potrafił.<br />
Razem, mężczyzna i chłopiec, wrócili w tańcu do domu, śpiewając pozbawioną słów, układaną na poczekaniu piosenkę, której dźwięki pozostały w powietrzu na długo po tym, jak weszli do środka zjeść śniadanie.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/103/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/103/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=103&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/koniec/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Pajęcze sieci</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/pajecze-sieci/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/pajecze-sieci/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 14:01:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/pajecze-sieci/</guid>
		<description><![CDATA[Historie są niczym pajęcze sieci, połączone ze sobą pasemkami przędzy. Możemy podążać wzdłuż nich do środka opowieści, bo w środku znajduje się jej koniec. Każdy człowiek to nić jakiejś historii. Weźmy na przykład Daisy. Daisy nie przetrwałaby tak długo w policji, gdyby nie była z natury osobą rozsądną i trzeźwo myślącą. Większość łudzi nie dostrzegała [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=102&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Historie są niczym pajęcze sieci, połączone ze sobą pasemkami przędzy. Możemy podążać wzdłuż nich do środka opowieści, bo w środku znajduje się jej koniec. Każdy człowiek to nić jakiejś historii.<br />
Weźmy na przykład Daisy.<br />
Daisy nie przetrwałaby tak długo w policji, gdyby nie była z natury osobą rozsądną i trzeźwo myślącą. Większość łudzi nie dostrzegała w niej nic więcej. Daisy szanowała prawa i przepisy, rozumiała, że wiele z owych przepisów jest zupełnie arbitralnych – choćby decyzje o tym, gdzie można parkować czy o której godzinie otwiera się sklepy – lecz nawet one trzymały w ryzach cały świat. Zapewniały bezpieczeństwo ludziom.. Chroniły.<br />
Jej współlokatorka Carol uznała, że Daisy oszalała.<br />
– Nie możesz tak po prostu wyjechać, twierdząc, że wybierasz się na wakacje. To tak nie działa. Nie występujesz w telewizyjnym serialu policyjnym, wiesz? Nie możesz ot tak jeździć po świecie, podążając za tropem.<br />
– Wcale tego nie robię – odparła Daisy – Po prostu jadę na wakacje.<br />
Powiedziała to tak przekonująco, że rozsądna policjantka żyjąca gdzieś w głębi jej głowy umilkła wstrząśnięta i dopiero po chwili zaczęła tłumaczyć jej, co dokładnie robi nie tak, poczynając od przypomnienia, że zamierza udać się na całkowicie nieautoryzowany urlop, co równa się – wymamrotała rozsądna policjantka – zaniedbaniu obowiązków służbowych. A to dopiero początek.<br />
Wyjaśniała jej to w drodze na lotnisko i przez cały Atlantyk, przypominała, że nawet jeśli zdoła uniknąć czarnej krechy w aktach, nie mówiąc już o dyscyplinarnym wyrzuceniu z policji, nawet jeśli znajdzie Grahame&#8217;a Coatsa, to gdy już tego dokona, nic nie będzie mogła zrobić. Służby Porządkowe Jej Królewskiej Mości nie spoglądały zbyt przychylnym okiem na porwania przestępców za granicą czy ich aresztowanie. A poważnie wątpiła, by Grahame Coats zgodził się z własnej woli powrócić do Anglii.<br />
Dopiero gdy Daisy wysiadła z maleńkiego samolotu z Jamajki i skosztowała powietrza – ciężkiego, korzennego, wilgotnego, niemal słodkiego powietrza Saint Andrews – rozsądna policjantka przestała wypominać jej całkowite szaleństwo tego co robi. Stało się tak, ponieważ zagłuszył ją inny głos. „Złoczyńcy, strzeżcie się!”, śpiewał. „Czuwajcie, strzeżcie się! Złoczyńcy, idźcie precz!”. A Daisy maszerowała w rytm piosenki.<br />
Grahame Coats zabił kobietę w swym biurze przy Aldwych i uszło mu to płazem. Uczynił to właściwie pod samym nosem Daisy.<br />
Pokręciła głową, zabrała torbę, radośnie poinformowała urzędnika imigracyjnego, że przyjechała na wakacje, i ruszyła na postój taksówek.<br />
– Poproszę do hotelu, niezbyt drogiego, ale nie paskudnego – powiedziała.<br />
– Znam idealne miejsce, skarbie – odparł taksówkarz. – Wskakuj.</p>
<p>* * *</p>
<p>Spider otworzył oczy i odkrył, że leży na brzuchu. Ręce miał przywiązane do dużego, wbitego w ziemię palika. Nie mógł poruszyć nogami ani zbyt mocno przekręcić głowy, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja z tyłu, był jednak gotów się założyć, że tam również został podobnie skrępowany. Gdy się poruszył, próbując dźwignąć się z ziemi, skaleczenia zapiekły gwałtownie.<br />
Otworzył usta i w pył spłynęła kropla ciemnej krwi.<br />
Usłyszał jakiś dźwięk i spróbował maksymalnie odwrócić głowę. Z góry patrzyła na niego z zaciekawieniem biała kobieta.<br />
– Nic ci nie jest? Głupie pytanie, wystarczy spojrzeć. Pewnie jesteś duppym, mam rację?<br />
Spider zastanawiał się chwilę. Nie sądził, by był duppym. Pokręcił głową.<br />
– Jeśli jesteś, nie ma się czego wstydzić. Najwyraźniej ja też jestem duppym. Nie słyszałam wcześniej tego określenia, lecz opowiedział mi o nim uroczy starszy dżentelmen w drodze tutaj. Zobaczmy, czy zdołam ci jakoś pomóc.<br />
Przykucnęła obok i spróbowała rozluźnić więzy. Dłoń kobiety przeniknęła przez niego; czuł jej palce niczym pasemka mgły muskające skórę.<br />
– Niestety, nie jestem w stanie cię dotknąć – oznajmiła. – Oznacza to jednak, że jeszcze nie umarłeś. To już jakaś pociecha.<br />
Spider miał nadzieję, że kobieta duch wkrótce sobie pójdzie. Nie mógł zebrać myśli.<br />
– W każdym razie, gdy się już zorientowałam, co się dzieje, postanowiłam pozostać na tej ziemi, póki nie zemszczę się na moim zabójcy. Wyjaśniłam to Morrisowi – mówił do mnie z ekranu telewizyjnego w Selfridges – a on odparł, że nie rozumiem, co to znaczy porzucić cielesną powłokę. Ja jednak twierdzę, że jeśli spodziewają się, że nadstawię drugi policzek, to lepiej niech to jeszcze przemyślą. Poza tym istnieje sporo precedensów i jestem pewna, że uda mi się odegrać Banka na uczcie u Makbeta, jeśli tylko będę miała szanse. Możesz mówić?<br />
Spider pokręcił głową. Krew z czoła spłynęła mu do oczu, zapiekły. Zastanawiał się, jak długo potrwa, nim wyhoduje sobie nowy język. Prometeuszowi co dzień odrastała nowa wątroba, a Spider był niemal pewien, że wątroba to coś znacznie bardziej skomplikowanego niż język. W wątrobach następowały reakcje chemiczne – bilirubina, mocznik, enzymy i tak dalej. Wątroby rozkładały alkohol; już to samo w sobie musiało być ciężką pracą. Języki służą wyłącznie do mówienia, no i do lizania oczywiście.<br />
– Nie mogę dłużej gawędzić – oznajmiła żółtowłosa kobieta – – duch. – Chyba czeka mnie długa droga.<br />
Zaczęła się oddalać, z każdym krokiem blednąc. Spider uniósł głowę i patrzył, jak kobieta przepływa z jednej rzeczywistości do następnej, niczym zdjęcie płowiejące w blasku słońca. Próbował ją zawołać, lecz wydawane przez niego dźwięki brzmiały głucho, niespójnie. Brakowało mu języka.<br />
Gdzieś z dali dobiegł go krzyk ptaka.<br />
Spider sprawdził więzy; trzymały.<br />
Odkrył, że powraca pamięcią do opowiadanej przez Rosie historii o kruku, który ocalił mężczyznę przed pumą. Tkwiła mu w głowie, irytując bardziej niż szramy po szponach na twarzy i piersi. Skup się. Mężczyzna leżał na ziemi, czytał czy może się opalał. Kruk zaczął krakać na drzewie, w poszyciu krył się wielki kot.<br />
I wówczas elementy historii wskoczyły na miejsca i Spider zrozumiał. Nic się nie zmieniło. Wszystko polegało na tym, jak patrzy się na składniki.<br />
A jeśli, pomyślał, ptak nie krzyczał, by ostrzec mężczyznę, że skrada się ku niemu wielki kot? Co, jeśli wrzeszczał, dając znak pumie, że na ziemi leży mężczyzna – martwy, śpiący, umierający?<br />
Wystarczyło, by wielki kot go wykończył, a kruk pożywiłby się szczątkami.<br />
Spider otworzył usta, by jęknąć. Wypłynęła z nich krew i zebrała się w kałużę na pylistej, gliniastej ziemi.<br />
Rzeczywistość zaczęła rzednąć. Czas w tym miejscu płynął powoli.<br />
Spider, wściekły i pozbawiony języka, obrócił głowę, przyglądając się krążącym nad nim rozkrzyczanym widmowym ptakom.<br />
Zastanawiał się, gdzie właściwie jest. Nie był to miedziany wszechświat Kobiety Ptaka, ani jej jaskinia, ale też nie miejsce, które wcześniej uważał za świat rzeczywisty. Leżało jednak bliżej jego świata, tak blisko, że niemal czuł jego smak, a raczej czułby, gdyby w jego ustach nie panował niepodzielnie metaliczny posmak krwi. Tak blisko, że gdyby nie pęta, mógłby go dotknąć.<br />
Gdyby nie był absolutnie pewien swego zdrowia psychicznego – pewien w stopniu, który zazwyczaj cechuje wyłącznie ludzi dochodzących do wniosku, że są bez wątpienia Juliuszem Cezarem i zostali zesłani, by ocalić świat – mógłby uznać, że zaczyna wariować. Najpierw zobaczył jasnowłosą kobietę, twierdzącą, że jest duppym. A teraz zaczął słyszeć głosy, no, w każdym razie jeden głos. Głos Rosie.<br />
– Sama nie wiem – mówiła właśnie – sądziłam, że to będą przyjemne wakacje, lecz widok tych dzieci pozbawionych wszystkiego łamie mi serce. Tak wiele potrzebują. – A potem, podczas gdy Spider próbował ocenić znaczenie jej słów, dodała: – Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie siedzieć w wannie. Dobrze, że ma pan tu mnóstwo gorącej wody.<br />
Spider zastanawiał się, czy słowa Rosie miały ukryte znaczenie, czy zawarto w nich klucz do ucieczki z obecnych tarapatów. Poważnie w to wątpił. Mimo wszystko wytężał słuch, zastanawiając się, czy wiatr wiejący między światami przyniesie ze sobą coś jeszcze. Lecz wśród huku fal rozbijających się daleko w dole nie słyszał nic prócz ciszy. Była to jednak szczególna cisza. Jak zauważył kiedyś Gruby Charlie, istnieją różne rodzaje ciszy. Groby mają własną ciszę, kosmos także, górskie szczyty również. To była cisza łowów, cisza skradania się do ofiary. W tej ciszy coś wędrowało na miękkich jak aksamit łapach, stalowe sprężyny mięśni napinały się pod jedwabistym futrem, coś barwy cieni w długiej trawie, co potrafiło zadbać, by nie usłyszał nic, czego sobie nie życzyło. Była to cisza, która wędrowała przed nim z boku na bok, powoli, nieubłaganie i z każdym łukiem zbliżała się coraz bardziej.<br />
Spider odczytał to w owej ciszy i włoski na karku zjeżyły mu się gwałtownie. Wypluł krew w pył obok twarzy. Czekał.</p>
<p>* * *</p>
<p>W swoim domu na szczycie skał Grahame Coats krążył tam i z powrotem, miotając się między sypialnią i gabinetem. Potem zszedł na dół do kuchni i znów do biblioteki, a stamtąd do sypialni. Był na siebie wściekły. Jak mógł być tak głupi i założyć, że wizyta Rosie to czysty przypadek?<br />
Uświadomił to sobie w chwili, gdy zadźwięczał dzwonek, on zaś spojrzał na ekran domofonu i ujrzał durną twarz Grubego Charliego. Nie było mowy o pomyłce, to spisek.<br />
Naśladując gotującego się do ataku tygrysa, wsiadł do samochodu, pewien, że zdoła to załatwić i umknąć. Jeśli nawet znajdą połamanego rowerzystę, ludzie obwinią o to kierowcę minibusu. Niestety, nie spodziewał się, że Gruby Charlie będzie jechać tak blisko pobocza. Grahame Coats nie chciał podjeżdżać bliżej i teraz tego żałował. Nie, to Gruby Charlie przysłał kobiety zamknięte teraz w piwnicy na mięso. Szpiegowały dla niego, przeniknęły do domu Grahame&#8217;a Coatsa. Miał szczęście, że wykrył ich spisek. Wiedział, że coś jest z nimi nie tak.<br />
Gdy tak myślał o kobietach, przyszło mu do głowy, że jeszcze ich nie nakarmił. Powinien dać im coś do jedzenia i wiadro. Po dwudziestu czterech godzinach będą raczej potrzebowały wiadra. Nikt nie powie, że zachowuje się jak zwierzę.<br />
Tydzień wcześniej kupił w Williamstown pistolet. Na Saint Andrews można było łatwo kupić broń, była to tego rodzaju wyspa. Większość ludzi nie zawracała sobie tym głowy, bo była to tego rodzaju wyspa. Wyjął go teraz z szuflady przy łóżku i zszedł do kuchni. Spod zlewu wyciągnął plastikowe wiadro, wrzucił do niego kilka pomidorów, surowy jam, na wpół zjedzony kawałek sera cheddar i karton soku pomarańczowego. Na końcu, zadowolony, że o tym pomyślał, dołożył rolkę papieru toaletowego. Zszedł do piwnicy na wino. Z drugiej strony żelaznych drzwi nie dobiegał żaden odgłos.<br />
– Mam pistolet – oznajmił – i nie zawaham się go użyć. Otworzę teraz drzwi. Proszę, podejdźcie do przeciwległej ściany, odwróćcie się i oprzyjcie o nią ręce. Przyniosłem wam jedzenie. Jeśli będziecie współpracować, obie wyjdziecie z tego z życiem. Współpracujcie, a nikomu nic się nie stanie. To znaczy – dodał zachwycony faktem, że może sięgnąć po batalion wcześniej niedostępnych komunałów – żadnych sztuczek.<br />
Zapalił światło w piwnicy i odciągnął rygle. Ściany zbudowano z cegieł i kamienia. Z haków w suficie zwisały pordzewiałe łańcuchy.<br />
Kobiety stały pod przeciwległą ścianą. Rosie wbijała wzrok w mur, jej matka oglądała się przez ramię niczym schwytany w pułapkę szczur, wściekła, kipiąca nienawiścią.<br />
Grahame Coats powoli opuścił wiadro. Nie opuścił natomiast broni.<br />
– Znakomite żarcie – oznajmił. – I wiadro, lepiej późno niż wcale. Widzę, że korzystałyście z kąta. Przyniosłem też papier toaletowy. Nie mówcie, że nic dla was nie zrobiłem.<br />
– Zamierzasz nas zabić – powiedziała Rosie. – Prawda?<br />
– Nie nastawiaj go przeciwko nam, ty głupia dziewczyno – warknęła matka, po czym z czymś w rodzaju uśmiechu na twarzy dodała: – Dziękujemy za jedzenie.<br />
– Oczywiście, że nie zamierzam was zabić – oznajmił Grahame Coats i dopiero słysząc słowa padające z własnych ust, przyznał w duchu, że owszem, oczywiście zamierza je zabić. Czy miał inne wyjście? – Nie mówiłyście mi, że przysłał was tu Gruby Charlie.<br />
– Przypłynęłyśmy statkiem wycieczkowym – powiedziała Rosie. – Tego wieczoru miałyśmy być w Barbados na smażeniu ryb. Gruby Charlie jest w Anglii; nie sądzę, by w ogóle wiedział dokąd wyjechałyśmy. Ja mu nie mówiłam.<br />
– Nieważne co ty mówisz – oświadczył Grahame Coats. – Ja mam broń.<br />
Zatrzasnął drzwi i zaryglował. Z drugiej strony dobiegł go głos matki Rosie:<br />
– Zwierzę. Czemu nie zapytałaś go o zwierzę?<br />
– Bo je sobie wyobrażasz, mamo. Wciąż ci to powtarzam, nie ma tu żadnego zwierzęcia. A poza tym to świr. Pewnie by się z tobą zgodził. Sam zapewne widuje niewidzialne tygrysy.<br />
Urażony Grahame Coats zgasił im światło, zabrał ze stojaka butelkę czerwonego wina i wrócił na górę, zatrzaskując za sobą drzwi piwnicy.<br />
W panujących pod domem ciemnościach Rosie rozłamała ser na cztery kawałki i zjadła jeden, starając się robić to jak najwolniej.<br />
– O co mu chodziło z Grubym Charliem? – spytała matkę, gdy ser już rozpuścił się w jej ustach.<br />
– Twój cholerny Gruby Charlie. Nie chcę nic słyszeć o Grubym Charliem – odparła matka. – To przez niego tu jesteśmy.<br />
– Nie, jesteśmy tu, bo ten Coats to totalny świr, świr z bronią. To nie jest wina Grubego Charliego.<br />
Starała się nie myśleć o Grubym Charliem, bo myślenie o Grubym Charliem oznaczało, że w sposób nieunikniony zaczynała myśleć o Spiderze.<br />
– Wróciło – powiedziała matka. – Zwierzę wróciło. Słyszałam je, czuję jego zapach.<br />
– Tak, mamo – mruknęła Rosie.<br />
Siedziała na betonowej podłodze piwnicy na mięso i myślała o Spiderze. Tęskniła za nim. Kiedy Grahame Coats przejrzy na oczy i wypuści ją i matkę, spróbuje go znaleźć, postanowiła. Przekona się, czy nie ma miejsca na nowy porządek. Wiedziała, że to tylko niemądre marzenia, ale były dobre i dodawały jej otuchy.<br />
Zastanawiała się, czy Grahame Coats zabije je jutro.</p>
<p>* * *</p>
<p>Odległy o płomień świecy Spider, przywiązany, leżał na ziemi jako ofiara dla bestii.<br />
Było późne popołudnie i słońce wisiało nisko za nim.<br />
Spider popychał coś nosem i wargami. To była sucha ziemia, nim wsiąkła w nią jego krew i ślina. Teraz zamieniła się w bryłkę błota, nierówną kulkę czerwonawej gliny. Ugniótł ją w mniej więcej sferyczny kształt. Obecnie usiłował ją podrzucić – wsuwał pod spód nos i szarpał głową. Nic to nie dało, tak jak poprzednich – ile to razy? Dwadzieścia? Sto? Nie liczył, po prostu próbował dalej. Wbił twarz głębiej w ziemię, wsunął nos mocniej pod kulkę gliny, szarpnął głową w górę i naprzód&#8230;<br />
Nic to nie dało. I nic nie da.<br />
Musiał wymyślić inny sposób.<br />
Zacisnął wargi na kulce i wokół niej. Wciągnął powietrze przez nos, napełniając płuca, a potem wyrzucił je gwałtownie ustami. Kulka wyprysnęła spomiędzy warg, z odgłosem przypominającym wystrzał korka od szampana, i wylądowała jakieś czterdzieści pięć centymetrów dalej. Teraz przekręcił prawą rękę; była przywiązana w przegubie, sznur ciągnął ją w stronę palika. Spider próbował cofnąć dłoń, wykręcić ją. Jego palce sięgały po bryłkę krwawego błota, na próżno.<br />
A było tak blisko&#8230;<br />
Ponownie zaczerpnął głęboko tchu, przy okazji jednak wciągnął w płuca suchy pył i zaczął kasłać. Spróbował raz jeszcze, obracając głowę i napełniając płuca. Potem przekręcił się i zaczął dmuchać w stronę kulki, wypuszczając powietrze najmocniej, jak potrafił.<br />
Gliniana kulka przetoczyła się – zaledwie parę centymetrów, ale wystarczyło. Naciągnął mięśnie i już trzymał ją w palcach. Zaczął ściskać ją z boku między kciukiem i palcem wskazującym i obracać. Dokładnie osiem razy.<br />
Potem powtórzył cały proces, mocniej ściskając wypustki. Jedna z nich odpadła, pozostałe wytrzymały. Miał teraz w dłoni coś co przypominało małą kulkę z siedmioma promieniami, niczym dziecięcy model słońca.<br />
Spojrzał na nią z dumą. Biorąc pod uwagę okoliczności, budziła w nim zachwyt równie wielki jak wszystkie przyniesione przez dziecko do domu skarby.<br />
Słowo, to będzie najtrudniejsze. Stworzenie pająka czy czegoś podobnego z krwi, śliny i gliny to łatwizna. Bogowie, nawet ci pomniejsi bogowie zamętu, tacy jak Spider, umieją to robić. Lecz pozostał jeszcze ostatni, najtrudniejszy etap Tworzenia. Aby obdarzyć coś życiem, potrzeba słowa. Trzeba to nazwać. Rozchylił wargi.<br />
– Hhahhhhohggh – powiedział pozbawionymi języka ustami.<br />
Nic się nie stało. Spróbował ponownie.<br />
– Hhahhohggh!<br />
Glina leżała na jego dłoni ciężka i martwa.<br />
Twarz Spidera opadła w pył. Był wyczerpany. Każdy ruch powodował, że strupy pokrywające twarz i pierś pękały, sączyła się z nich krew, piekły i, co gorsza, swędziały.<br />
Myśl, napominał się w duchu, musi istnieć jakiś sposób&#8230; Mówić bez języka&#8230;<br />
Na wargach wciąż miał warstewkę gliny. Wessał ją, próbując zwilżyć jak najlepiej umiał bez języka.<br />
Potem odetchnął głęboko i wypchnął glinę z ust, kontrolując ten ruch starannie i mówiąc z taką pewnością, że nawet wszechświat nie mógłby się z nim spierać. Opisał trzymaną na dłoni rzecz, nadając jej swe własne imię, najlepszą magię, jaką znał:<br />
– Hhssspphhhrrriiwwer. – Spider. Pająk.<br />
I ujrzał, że na jego dłoni, gdzie jeszcze przed chwilą spoczywała bryłka krwawego błota, siedzi gruby pająk barwy czerwonej gliny, z siedmioma cienkimi nogami.<br />
Pomóż mi, pomyślał Spider. Sprowadź pomoc.<br />
Pająk spojrzał na niego; jego oczy lśniły w promieniach słońca. Zeskoczył z jego dłoni na ziemię i ruszył w bok, w trawę, stąpając chwiejnie, niepewnie.<br />
Spider obserwował go, póki pająk nie zniknął wśród traw. Potem złożył głowę na ziemi i zamknął oczy.<br />
W tym momencie zmienił się wiatr; niósł teraz ze sobą ostrą, amoniakową woń kocura. Bestia znaczyła terytorium.<br />
Spider słyszał krążące wysoko w górze ptaki, krzyczące triumfalnie.</p>
<p>* * *</p>
<p>Grubemu Charliemu zaburczało w brzuchu. Gdyby dysponował zapasem gotówki, wybrałby się gdzieś na kolację tylko po to, by odpocząć od hotelu. Ale ponieważ był spłukany, a rachunek za hotel obejmował wieczorne posiłki, gdy tylko minęła siódma, zszedł do restauracji.<br />
Szefowa sali, uśmiechając się promiennie, poinformowała, że otworzą za kilka minut. Musieli dać czas zespołowi, by rozstawił sprzęt. Potem spojrzała na niego; Gruby Charlie nauczył się już rozpoznawać to spojrzenie.<br />
– Czy&#8230; – zaczęła.<br />
– Tak – odparł. – Wziąłem ją ze sobą.<br />
Wyjął z kieszeni limonkę i pokazał jej.<br />
– Bardzo ładna – powiedziała. – To zdecydowanie limonka. Ja jednak zamierzałam spytać, czy chce pan kolację z karty, czy ze stołu szwedzkiego?<br />
– Ze stołu szwedzkiego – odrzekł Gruby Charlie. Za kartę musiałby płacić.<br />
Stał w holu przed restauracją, trzymając w dłoni limonkę.<br />
– Jeszcze jedna chwilka – oznajmiła szefowa sali. Korytarzem za jego plecami zbliżyła się drobna kobieta.<br />
Uśmiechnęła się do szefowej sali.<br />
– Czy restauracja jest już otwarta? – spytała. – Konam z głodu.<br />
Usłyszeli ostatnie trump-tung-dung gitary basowej i plim-plom pianina elektrycznego. Zespół odłożył instrumenty i pomachał do szefowej.<br />
– Otwarte – oznajmiła. – Zapraszamy.<br />
Drobna kobieta wpatrywała się w Grubego Charliego z ostrożnym zaskoczeniem.<br />
– Cześć, Gruby Charlie – powiedziała. – Po co ci ta limonka?<br />
– To długa historia.<br />
– Cóż – odparła Daisy. – Mamy przed sobą całą kolację. Może mi opowiesz?</p>
<p>* * *</p>
<p>Rosie zastanawiała się, czy szaleństwo jest zaraźliwe. W nieprzeniknionej ciemności pod domem na skałach poczuła, jak coś przemyka obok niej – coś miękkiego i gibkiego, coś wielkiego, coś co warczało cicho, krążąc wokół nich obu.<br />
– Też to słyszałaś? – spytała.<br />
– Oczywiście, że słyszałam, niemądra dziewczyno – odparła matka, po czym zapytała: – Jest jeszcze sok pomarańczowy?<br />
Rosie zaczęła macać w ciemności, poszukując kartonu. Podała go matce. Usłyszała odgłosy picia.<br />
– Ale to nie zwierzę nas zabije – powiedziała matka. – On to zrobi.<br />
– Grahame Coats. Tak.<br />
– To zły człowiek. Coś nim kieruje niczym jeździec koniem, ale sam byłby złym koniem i jest złym człowiekiem.<br />
Rosie ścisnęła kościstą dłoń matki. Nie odpowiedziała; nie musiała nic mówić.<br />
– Wiesz – powiedziała matka po jakimś czasie – jestem z ciebie bardzo dumna. Byłaś dobrą córką.<br />
– Och – mruknęła Rosie.<br />
Świadomość, że nie sprawiła matce zawodu, była dla niej czymś nowym i sama nie wiedziała, jak się z nią czuje.<br />
– Może powinnaś była wyjść za Grubego Charliego – dodała matka. – Wówczas nie znalazłybyśmy się tutaj.<br />
– Nie – odparła Rosie. – Nie powinnam była wyjść za Grubego Charliego. Nie kocham Grubego Charliego. Czyli nie do końca się myliłaś.<br />
Usłyszały trzaśniecie drzwi na górze.<br />
– Wyszedł – stwierdziła Rosie. – Szybko, dopóki go nie ma, kopmy tunel.<br />
Najpierw zaczęła chichotać, a potem rozpłakała się głośno.</p>
<p>* * *</p>
<p>Gruby Charlie próbował zrozumieć, co Daisy robi na wyspie. Daisy z pewnym wysiłkiem usiłowała pojąć, co robi na niej Gruby Charlie. Żadnemu z nich nie szło najlepiej. Odziana w długą, obcisłą, czerwoną suknię piosenkarka, stanowczo za dobra na piątkowy wieczorek w restauracji, stała na podwyższeniu po drugiej stronie sali, śpiewając I Got You Under My Skin.<br />
– Szukasz starszej pani, która mieszkała obok was, gdy byłeś dzieckiem, ponieważ być może zdoła ci pomóc odnaleźć brata. Tak? – spytała Daisy.<br />
– Dostałem pióro. Jeśli wciąż je ma, może zdołam wymienić je za brata. Warto spróbować.<br />
Zamrugała powoli, z namysłem. Skubnęła sałatę.<br />
– Ty natomiast – bronił się Gruby Charlie – jesteś tutaj, bo uważasz, że Grahame Coats przyleciał tu po tym, jak zabił Maeve Livingstone. Ale nie przyjechałaś jako policjantka. Wybrałaś się tu samowolnie, z nikłą nadzieją, że go znajdziesz, i jeśli nawet znajdziesz, absolutnie nic nie zdołasz z tym zrobić.<br />
Daisy zebrała językiem z kącika ust nasionko pomidora i poruszyła się niespokojnie.<br />
– Nie jestem tu jako policjantka – oznajmiła. – Przyjechałam jako turystka.<br />
– Ale przecież rzuciłaś pracę i ścigałaś go aż tutaj. Mogą cię za to wsadzić do więzienia albo coś w tym stylu.<br />
– A zatem – odparła sucho – dobrze się składa, że Saint Andrews nie podpisało z nikim umowy ekstradycyjnej.<br />
– O Boże – jęknął Gruby Charlie.<br />
Oto powód, dla którego Gruby Charlie jęknął „O Boże”: piosenkarka zeszła ze sceny i zaczęła krążyć po sali z bezprzewodowym mikrofonem. W tej chwili pytała dwójkę niemieckich turystów, skąd przyjechali.<br />
– Po co miałby ukrywać się akurat tutaj? – spytał.<br />
– Dyskretne banki. Tanie nieruchomości. Brak umów ekstradycyjnych. Może lubi cytrusy?<br />
– Przez dwa lata śmiertelnie się bałem tego człowieka – oznajmił Gruby Charlie. – Dobiorę sobie jeszcze trochę tego czegoś z rybą i zielonymi bananami. Pójdziesz ze mną?<br />
– Nie, dzięki – odparła Daisy. – Chcę sobie zostawić miejsce na deser.<br />
Gruby Charlie podszedł do bufetu, nadkładając drogi, by uniknąć spotkania z piosenkarką. Była bardzo piękna; jej czerwona, naszywana cekinami suknia odbijała światło i migotała przy każdym ruchu. Solistka była lepsza niż zespół. Bardzo chciał, żeby wróciła na maleńką scenę i dalej śpiewała standardy – podobało mu się jej Night And Day i osobliwie soulowa wersja Spoonful of Sugar – i przestała rozmawiać z gośćmi, a przynajmniej z tymi po jego stronie sali.<br />
Nałożył na talerz hojną porcję potraw, które smakowały mu poprzednio. Jazda rowerem po wyspie, pomyślał, nieźle wpływa na apetyt.<br />
Gry wrócił do stołu, ujrzał Grahame&#8217;a Coatsa z czymś w rodzaju rzadkiej brody na dolnej części twarzy, siedzącego obok Daisy. Grahame Coats uśmiechał się szeroko niczym naćpana łasica.<br />
– Gruby Charlie – rzekł i zachichotał nerwowo. – Zdumiewające, doprawdy. Przychodzę tutaj do ciebie, na małe tete-a-tete i co zastaję w ramach premii? Naszą piękną małą panią policjantkę. Siądź tam proszę i nie rób scen.<br />
Gruby Charlie stał jak figura z wosku.<br />
– Usiądź – powtórzył Grahame Coats. – Trzymam broń przy brzuchu panny Day.<br />
Daisy spojrzała błagalnie na Grubego Charliego i skinęła głową. Dłonie przyciskała płasko do obrusa. Gruby Charlie usiadł.<br />
– Ręce na widoku. Połóż je na stole, tak jak ona.<br />
Gruby Charlie posłuchał.<br />
Grahame Coats pociągnął nosem.<br />
– Zawsze wiedziałem, że jesteś tajniakiem, Nancy – rzekł. – Agent provocateur, co? Zjawiłeś się u mnie, wystawiłeś i zrujnowałeś.<br />
– Ja nie&#8230; – zaczął Gruby Charlie, ale widząc wyraz oczu Grahame&#8217;a Coatsa, zamknął się.<br />
– Myślałeś, że jesteś taki sprytny? – ciągnął Grahame Coats. – Wszyscy sądziliście, że dam się nabrać. Dlatego właśnie przysłaliście do mnie te dwie, prawda? Te w domu. Sądziłeś, że naprawdę uwierzę, że przypłynęły statkiem wycieczkowym? Jeszcze się taki nie urodził, kto by mnie przechytrzył. Komu jeszcze powiedziałeś? Kto jeszcze wie?<br />
– Nie jestem do końca pewna, o czym ty mówisz, Grahame – oznajmiła Daisy.<br />
Piosenkarka kończyła właśnie Some of These Days; jej niski bluesowy głos owijał się wokół nich niczym aksamitny szal.</p>
<p>Któregoś dnia zatęsknisz za mną jeszcze, któregoś dnia<br />
zapragniesz moich pieszczot, zapragniesz pocałunków,<br />
samotność trudno znieść.</p>
<p>– Zapłacisz rachunek – oznajmił Grahame. – Potem odprowadzę ciebie i młodą damę do samochodu i pojedziemy do mnie, gdzie spokojnie porozmawiamy. Tylko bez żadnych sztuczek, bo zastrzelę was oboje. Capiche?<br />
Gruby Charlie capichował. Capichował też, kto tego wieczoru kierował czarnym mercedesem i jak blisko otarł się wówczas o śmierć. Zaczynał capichować, jak totalnie świrnięty jest Grahame Coats i jak niewielkie mają z Daisy szanse, by ujść z tego z życiem.<br />
Piosenkarka skończyła śpiewać i goście w restauracji nagrodzili ją oklaskami. Gruby Charlie trzymał dłonie na stole. Spojrzał ponad Grahame&#8217;em Coatsem, i okiem, którego tamten nie widział, mrugnął do niej. Miała już dość ludzi unikających jej wzroku, więc mrugnięcie Grubego Charliego niezwykle ją ucieszyło.<br />
– Grahame – zaczęła Daisy – ja oczywiście przyjechałam tu z twojego powodu, ale Charlie&#8230; – Urwała i skrzywiła się z miną człowieka, któremu ktoś wbił właśnie mocniej lufę w brzuch.<br />
– Posłuchajcie – rzekł Grahame Coats – na użytek niewinnych przechodniów będziemy udawać dobrych przyjaciół. Schowam broń do kieszeni, ale nadal będę w was celował. Wstaniemy razem, pójdziemy do mojego wozu, a wtedy&#8230;<br />
Umilkł. W stronę ich stolika zmierzała kobieta w czerwonej, połyskliwej sukni, z mikrofonem w dłoni i olśniewającym uśmiechem na twarzy. Kierowała się wprost ku Grubemu Charliemu.<br />
– Jak się nazywasz, skarbie? – spytała, mówiąc do mikrofonu, i podsunęła mu go.<br />
– Charlie Nancy – odparł Gruby Charlie. Jego głos załamał się lekko.<br />
– A skąd jesteś, Charlie?<br />
– Z Anglii. Ja i moi przyjaciele, wszyscy jesteśmy z Anglii.<br />
– Czym się zajmujesz, Charlie?<br />
Wszystko nagle zwolniło bieg, zupełnie jakby zanurkował ze skał w ocean. To było jedyne wyjście. Odetchnął głęboko.<br />
– Akurat zmieniam pracę – zaczął – ale tak naprawdę jestem piosenkarzem. Śpiewam. Tak jak ty.<br />
– Jak ja? Jakie piosenki śpiewasz?<br />
Gruby Charlie przełknął ślinę.<br />
– A jakie masz?<br />
Odwróciła się do pozostałej dwójki przy stoliku Grubego Charliego.<br />
– Myślicie, że zdołamy go namówić, by dla nas zaśpiewał? – spytała, gestykulując mikrofonem.<br />
– E. Nie sądzę. Nie. Absowicie nie. Nie ma mowy – oznajmił Grahame Coats.<br />
Daisy wzruszyła ramionami, nie zdejmując dłoni ze stołu. Kobieta w czerwonej sukni zwróciła się do reszty gości:<br />
– A co my na to? – spytała.<br />
Zebrani przy stolikach zaklaskali nieśmiało, członkowie obsługi wtórowali im z entuzjazmem.<br />
– Zaśpiewaj nam coś! – krzyknął barman.<br />
Piosenkarka pochyliła się nad Grubym Charliem i zakryła mikrofon.<br />
– Lepiej wybierz coś, co chłopcy znają.<br />
– Znają Under the Boardwalk? – spytał Gruby Charlie, a ona przytaknęła, zapowiedziała go głośno i oddała mu mikrofon.<br />
Zespół zaczął grać. Piosenkarka poprowadziła Grubego Charliego na maleńką scenę. Serce tłukło mu się szaleńczo w piersi.<br />
Gruby Charlie zaczął śpiewać, a zebrani słuchać.<br />
Chciał tylko zyskać nieco na czasie, ale czuł się świetnie i nikt niczym w niego nie rzucał. Znalazł w głowie dość miejsca, by się zastanowić. Czuł obecność każdego człowieka, turystów i obsługi, i ludzi przy barze. Widział wszystko – barmana odmierzającego składniki koktajlu, starszą kobietę w kącie napełniającą kawą wielki plastikowy kubek. Nadal był przerażony, wciąż wściekły, ale wykorzystał ową wściekłość i strach i przelał je w swój głos, pozwalając, by stały się piosenką o swobodzie i miłości. Śpiewając, rozmyślał.<br />
Co zrobiłby Spider? Co zrobiłby mój tato?<br />
– Pod pomostem – śpiewał – będziemy się kochać&#8230;<br />
Piosenkarka w czerwonej sukni uśmiechała się, pstrykając palcami i kołysząc się w takt muzyki. Pochyliła się nad mikrofonem klawiszowca i zaczęła nucić do wtóru.<br />
Naprawdę śpiewam przed publiką, pomyślał Gruby Charlie. Ja pierniczę.<br />
Ani na moment nie spuszczał wzroku z Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
Intonując ostatni refren, uniósł ręce i zaczął klaskać nad głową. Wkrótce cała sala klaskała wraz z nim – goście, kelnerzy, kucharze, wszyscy prócz Grahame&#8217;a Coatsa, którego ręce tkwiły pod obrusem, i Daisy opierającej dłonie płasko na stole. Daisy wpatrywała się w niego, jakby nie tylko kompletnie oszalał, ale też wybrał wyjątkowo niesprzyjający moment na odkrycie w sobie duszy Driftersa.<br />
Publiczność klaskała, Gruby Charlie uśmiechał się i śpiewał. I śpiewając, wiedział bez cienia wątpliwości, że wszystko będzie dobrze. Nikomu nic się nie stanie, ani jemu, ani Spiderowi czy Daisy, nawet Rosie, gdziekolwiek była. Wszyscy będą żyć szczęśliwie. Wiedział, co zamierza zrobić. Było to niemądre, wydumane, postępek godny idioty, ale zadziała. Gdy ostatnie dźwięki melodii ucichły, uniósł głowę.<br />
– Przy stoliku, przy którym siedziałem, została młoda dama. Nazywa się Daisy Day. Ona także pochodzi z Anglii. Daisy, zechcesz pomachać wszystkim?<br />
Daisy posłała mu przerażone spojrzenie, ale podniosła ze stołu rękę i pomachała.<br />
– Jest coś, co chciałem jej powiedzieć. Daisy nie wie, że to planowałem. – Jeśli to nie zadziała, szepnął głos w głębi jego głowy, to ona już nie żyje, wiesz o tym? – Ale miejmy nadzieję, że powie „tak”. Daisy, wyjdziesz za mnie?<br />
W restauracji zapadła cisza. Gruby Charlie wpatrywał się w Daisy, błagając ją w duchu, by zrozumiała, by podjęła grę.<br />
Daisy skinęła głową.<br />
Goście zaczęli wiwatować. To dopiero było przedstawienie. Piosenkarka, szefowa sali i kilka kelnerek podbiegły do stołu, dźwignęły Daisy z krzesła i zaciągnęły na środek parkietu.<br />
Przyprowadziły ją Grubemu Charliemu. Zespół zagrał I Just Called To Say I Love You, a on objął ją ramieniem.<br />
– Masz dla niej pierścionek? – spytała piosenkarka. Wsunął dłoń do kieszeni.<br />
– Proszę – rzekł do Daisy – to jest dla ciebie.<br />
Objął ją i pocałował.<br />
Jeśli ktokolwiek ma dostać kulkę, pomyślał, to teraz. A potem pocałunek dobiegł końca, ludzie ściskali mu rękę i obejmowali go – jeden z mężczyzn, który, jak twierdził, przyjechał do miasta na festiwal muzyczny, nalegał, by Gruby Charlie wziął jego wizytówkę – a Daisy z bardzo dziwną miną trzymała w dłoni limonkę, którą jej wręczył. A kiedy obejrzał się na stolik, przy którym siedzieli, Grahame&#8217;a Coatsa już tam nie było.</p>
<p>który dla niektórych okazuje się pechowy</p>
<p>Ptaki zaczęły się niepokoić. Krzyczały, krakały i świergotały na wierzchołkach drzew. Nadchodzi, pomyślał Spider i zaklął. Był wykończony, nie miał już sił, nic w nim nie zostało. Nic prócz zmęczenia, nic prócz wyczerpania.<br />
Zastanawiał się, czy po prostu nie lec na ziemi i nie dać się pożreć. Uznał jednak, że byłaby to parszywa śmierć. Nie miał nawet pewności, czy zdołałby wyhodować sobie nową wątrobę, a był dziwnie pewny, że cokolwiek krąży w pobliżu, nie zamierza ograniczyć się wyłącznie do niej.<br />
Zaczął szarpać palik. Liczył do trzech, a potem najszybciej i najsilniej jak mógł szarpał obiema rękami, ciągnąc do siebie, tak by napięły sznur i pociągnęły palik. Potem liczył do trzech i powtarzał wszystko od nowa.<br />
Miało to mniej więcej taki skutek, jakby próbował przeciągnąć górę na drugą stronę drogi. Raz, dwa, trzy&#8230; szarp. I jeszcze raz, i jeszcze.<br />
Zastanawiał się, czy bestia szybko się zjawi.<br />
Raz, dwa, trzy&#8230; szarp. Raz, dwa, trzy&#8230; szarp.<br />
Gdzieś ktoś zaczął śpiewać. Słyszał jego głos. Piosenka sprawiła, że Spider uśmiechnął się i pożałował, że nie ma języka. Pokazałby go Tygrysowi, gdy ten w końcu się pojawi. Ta myśl dodała mu sił.<br />
Raz, dwa, trzy&#8230; szarp.<br />
I palik ustąpił, poruszając mu się w rękach.<br />
Jeszcze jedno szarpnięcie i wysunął się z ziemi, gładko niczym miecz wyciągany z kamienia.<br />
Spider pociągnął ku sobie sznury i ujął w ręce palik. Miał mniej więcej metr długości, jeden koniec zaostrzono, by wbić go w ziemię. Odrętwiałymi rękami wyplątał go z pętli sznurów, które zwisały mu teraz bezużytecznie z przegubów. Zważył palik w prawej dłoni. Nada się. I wówczas zrozumiał, że jest obserwowany, że to coś przyglądało mu się już jakiś czas niczym kot pilnujący mysiej dziury.<br />
Nadciągnął w ciszy, czy też niemal ciszy, przemykając ku niemu niczym wędrujący po ziemi cień. Jedynym, co przyciągnęło uwagę Spidera, był rozkołysany, niecierpliwy ogon. Gdyby nie on, stwór przypominałby posąg, stertę piachu, która dzięki złudzeniu optycznemu wygląda jak olbrzymia bestia. Sierść miał barwy piasku, niemrugające oczy mieniły się zielenią zimowego morza. Oblicze było szerokim, okrutnym obliczem pantery. Na wyspach wszystkie wielkie koty nazywają mianem Tygrysa, a to był każdy wielki kot pod słońcem – tyle że większy, groźniejszy, bardziej niebezpieczny.<br />
Spider wciąż miał związane kostki i z trudem chodził. W rękach i nogach czuł bolesne ukłucia powracającej krwi. Przeskakując z jednej stopy na drugą, starał się sprawiać wrażenie, że czyni to celowo; rozpoczął taniec zastraszania, a nie podskakiwał dlatego, że stanie bolało.<br />
Bardzo chciał przykucnąć i uwolnić z więzów kostki, ale nie śmiał spuścić oka z bestii.<br />
Palik był ciężki i gruby, lecz zbyt krótki jak na włócznię, zbyt masywny i niewygodny, by posłużyć za coś innego. Spider trzymał go za węższy koniec, tam gdzie został zaostrzony. Spoglądał w dal, w morze, świadomie nie patrząc w miejsce, w którym stało zwierzę, ufając, że dojrzy je kątem oka.<br />
Co takiego powiedziała? Będziesz beczał. Będziesz jęczał. Twój strach go podnieci.<br />
Spider zaczął jęczeć cicho, a potem zabeczał niczym raniona koza, zabłąkana, pulchna i samotna.<br />
Błysk złocistego ruchu; ułamek sekundy wystarczający, by zarejestrować widok zębów i szponów pędzących ku niemu. Spider zamachnął się palikiem niczym kijem bejsbolowym, wkładając wszystkie siły w uderzenie, i usłyszał, jak kołek z wysoce zadowalającym łupnięciem trafia wprost w nos bestii.<br />
Tygrys się zatrzymał. Przez moment patrzył na niego, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom, a potem warknął z wyrzutem w głębi gardła i odszedł na sztywnych nogach z powrotem w stronę, z której przybył, ku krzakom; jakby już wcześniej umówił się na spotkanie i żałował, że nie może się z niego wykręcić. Od czasu do czasu oglądał się i patrzył niechętnie na Spidera. W jego oczach krył się zwierzęcy ból, a także zapewnienie, że jeszcze tu wróci.<br />
Spider odprowadził go wzrokiem.<br />
Potem usiadł i rozplatał sznury okręcone wokół kostek. Nieco chwiejnym krokiem ruszył wzdłuż urwiska. Skała opadała lekko w dół, wkrótce drogę przeciął mu strumień spadający migotliwą kaskadą w przepaść. Spider ukląkł, złożył dłonie i zaczął pić zimną wodę.<br />
Potem zajął się zbieraniem kamieni, solidnych kamieni wielkości pięści. Układał je w stos niczym kule śnieżne.<br />
– Prawie nic nie zjadłaś – powiedziała Rosie.<br />
– Ty jedz, musisz zachować siły – odparła matka. – Ja zjadłam trochę sera, wystarczy mi.<br />
W piwnicy na mięso panował chłód i ciemność. Nie była to ta ciemność, do której z czasem przywykają oczy, lecz absolutny brak światła. Rosie okrążyła ich celę, cały czas muskając opuszkami bieloną ścianę z kamienia i kruszących się cegieł. Szukała czegoś, co mogłoby im pomóc. Nie znalazła.<br />
– Kiedyś jadałaś – powiedziała głośno. – Gdy jeszcze żył tato.<br />
– Twój ojciec – odparła matka – także jadał. Widzisz, do czego to doprowadziło? Atak serca w wieku pięćdziesięciu jeden lat. Co to za świat?<br />
– Ale on kochał jeść.<br />
– On kochał wszystko – powiedziała z goryczą matka. – Kochał jedzenie, ludzi, swoją córkę. Kochał gotować, kochał mnie. I dokąd go to doprowadziło? Do przedwczesnego grobu. Nie można tak wszystkiego kochać, mówiłam ci to zresztą.<br />
– Tak – mruknęła Rosie. – Chyba tak.<br />
Ruszyła w stronę głosu, wyciągając przed twarzą rękę, by nie wpaść na jeden z ciężkich łańcuchów wiszących pośrodku piwnicy. Namacała kościste ramię i objęła matkę.<br />
– Nie boję się – oznajmiła Rosie w ciemności.<br />
– To znaczy, że oszalałaś.<br />
Rosie wypuściła matkę, wróciła na środek pomieszczenia. Nagle rozległo się donośne skrzypienie i trzask, z sufitu posypał się kurz i cząsteczki tynku.<br />
– Rosie, co ty robisz?<br />
– Huśtam się na łańcuchu.<br />
– Tylko uważaj, bo jeśli łańcuch puści, nim zdążysz powiedzieć „Jack Robinson”, wylądujesz na podłodze z rozwaloną głową. – Córka nie odpowiedziała. – Mówiłam ci, oszalałaś – dodała pani Noah.<br />
– Nie – nie zgodziła się Rosie. – Wcale nie. Po prostu już się nie boję.<br />
Nad ich głowami w domu trzasnęły frontowe drzwi.<br />
– Sinobrody wrócił – oznajmiła matka Rosie.<br />
– Wiem. Słyszałam. Wciąż się nie boję.</p>
<p>* * *</p>
<p>Goście bezustannie klepali Grubego Charliego po plecach i stawiali mu drinki z papierowymi parasolkami. Oprócz tego zgromadził już pięć wizytówek od ludzi pracujących w świecie muzycznym, a przebywających na wyspie z powodu festiwalu.<br />
Wszyscy wokół uśmiechali się do niego. Obejmując ramieniem Daisy, czuł, jak drży. Pochyliła mu się do ucha.<br />
– Jesteś kompletnym świrem, wiesz?<br />
– Ale przecież się udało.<br />
Spojrzała na niego.<br />
– Cały czas mnie zaskakujesz.<br />
– Chodź – rzekł. – Jeszcze nie skończyliśmy.<br />
Skierował się wprost do szefowej sali.<br />
– Przepraszam, kiedy śpiewałem, widziałem pewną panią. Przyszła, napełniła kubek kawą z dzbanka, o tam, przy barze. Dokąd poszła?<br />
Szefowa sali zamrugała i wzruszyła ramionami.<br />
– Nie wiem – oznajmiła.<br />
– Owszem, wiesz. – Gruby Charlie czuł się pewny i bardzo mądry. Wiedział, że wkrótce znów stanie się sobą, ale na razie zaśpiewał piosenkę przed widownią i świetnie się bawił. Zrobił to, by ocalić życie Daisy i swoje, i udało mu się. – Porozmawiajmy na zewnątrz.<br />
To piosenka to sprawiła. Gdy śpiewał, ujrzał wszystko z absolutną jasnością i wciąż tak widział. Skierował się do holu; Daisy i szefowa sali podreptały za nim.<br />
– Jak się nazywasz? – spytał szefową.<br />
– Jestem Clarissa.<br />
– Miło mi, Clarisso. Jak masz na nazwisko?<br />
– Charlie – wtrąciła Daisy – nie powinniśmy wezwać policji?<br />
– Za minutkę. Clarissa jak?<br />
– Higgler.<br />
– A co cię łączy z Benjaminem, konsjerżem?<br />
– To mój brat.<br />
– A jak dokładnie jesteście spokrewnieni z panią Higgler? Callyanne Higgler?<br />
– To moja siostrzenica i siostrzeniec, Gruby Charlie – oznajmiła stojąca w drzwiach pani Higgler. – A teraz chyba powinieneś posłuchać narzeczonej i porozmawiać z policją. Nie sądzisz?</p>
<p>* * *</p>
<p>Spider siedział nad strumieniem na szczycie skały, plecami zwrócony do przepaści, twarzą do stosu przygotowanych do rzutu kamieni. Nagle ujrzał człowieka wyłaniającego się z długich traw. Człowiek ów był niemal nagi, ubrany jedynie w przepaskę z piaskowopłowego futra wokół pasa, z której z tyłu zwisał ogon.<br />
Na szyi nosił naszyjnik z zębów – ostrych, białych i szpiczastych. Ruszył lekkim krokiem w stronę Spidera, jakby po prostu wybrał się na codzienny poranny spacer, a pojawienie się Spidera stanowiło dodatkową, miłą niespodziankę.<br />
Spider wybrał kamień wielkości grejpfruta i zważył go w dłoni.<br />
– Hej, ho, dziecko Anansiego. Właśnie tędy przechodziłem, zauważyłem cię i zastanawiałem się, czy mogę jakoś pomóc – rzekł nieznajomy. Miał dziwnie przekrzywiony i posiniaczony nos.<br />
Spider pokręcił głową. Bardzo brakowało mu języka.<br />
– Gdy cię tu zobaczyłem, pomyślałem: biedne dziecko Anansiego, musi być bardzo głodne. – Nieznajomy uśmiechnął się zbyt szeroko. – Proszę, mam dość jedzenia. Mogę się podzielić. – Zdjął z ramienia worek i otworzył go. Wyciągnął ze środka świeżo zabite jagnię o czarnym ogonie. Uniósł je za szyję, głowa zwierzęcia opadła bezwładnie. – Twój ojciec i ja posilaliśmy się razem wiele razy. Jest jakiś powód, dla którego nie moglibyśmy postąpić podobnie? Ty rozpalisz ognisko, ja oczyszczę jagnię i przygotuję rożen. Czy nie czujesz już tego smaku?<br />
Spider był tak głodny, że kręciło mu się w głowie. Gdyby nadal miał w ustach język, być może zgodziłby się, pewien, że w razie czego zręczne słowa pozwolą mu wykaraskać się z każdej opresji. Ale go nie miał. Lewą ręką wybrał drugi kamień.<br />
– Posilmy się zatem i zostańmy przyjaciółmi. Skończmy z nieporozumieniami – zaproponował nieznajomy.<br />
A sęp i kruk oczyszczą moje kości, pomyślał Spider.<br />
Nieznajomy postąpił kolejny krok w jego stronę i Spider uznał, że najwyższy czas cisnąć pierwszym kamieniem. Miał niezłe oko i celną rękę, i kamień trafił dokładnie tam, gdzie chciał, w prawą rękę nieznajomego, który upuścił jagnię. Następny pocisk uderzył obcego w bok głowy – Spider celował w miejsce dokładnie pomiędzy zbyt szeroko rozstawionymi oczami, tamten jednak się poruszył.<br />
I wtedy obcy odbiegł w podskokach, ogon unosił się za him poziomo. Biegnąc, chwilami wyglądał jak człowiek, a chwilami jak zwierzę.<br />
Kiedy zniknął, Spider podszedł do miejsca, w którym wcześniej stał tamten, aby zabrać czarnoogoniaste jagnię, i ujrzał, że się porusza. Przez ułamek sekundy wyobrażał sobie, że wciąż żyje, potem jednak zobaczył, że w ciele roi się od robaków. Jagnię cuchnęło i trupi smród pomógł mu zapomnieć o dotkliwym głodzie – przynajmniej na jakiś czas.<br />
W wyciągniętej jak najdalej ręce zaniósł jagnię na skraj przepaści i wrzucił do morza. Potem umył ręce w strumieniu.<br />
Nie wiedział, jak długo przebywa w tym miejscu. Tutejszy czas rozciągał się i kurczył. Słońce wisiało nisko nad horyzontem.<br />
Po tym, jak zajdzie, i nim wzejdzie księżyc, pomyślał Spider. Wtedy bestia powróci.</p>
<p>* * *</p>
<p>Wesolutki przedstawiciel policji Saint Andrews usiadł w biurze hotelowym z Daisy i Grubym Charliem i wysłuchał wszystkiego, co mieli do powiedzenia. Z jego szerokiej twarzy ani na moment nie znikał pogodny, lecz niezbyt szczery uśmiech. Czasami unosił palec i drapał się po wąsach.<br />
Poinformowali policjanta, że kiedy jedli obiad, dosiadł się do nich uciekinier Grahame Coats i zagroził Daisy pistoletem, którego, co musieli przyznać, nie widział nikt prócz samej Daisy. Następnie Gruby Charlie opowiedział mu o incydencie z czarnym mercedesem i rowerem, do którego doszło wcześniej tego popołudnia. Nie, nie widział, kto kierował samochodem, ale wiedział skąd przyjechał. Powiedział policjantowi o domu na skałach.<br />
Mężczyzna z namysłem pogładził bujny, szpakowaty wąs.<br />
– Istotnie, w miejscu, które pan opisuje, jest dom. Nie należy jednak do waszego Coatsa, bynajmniej. Opisuje pan dom Basila Finnegana, niezwykle szanowanego człowieka. Od wielu lat pan Finnegan interesuje się żywo prawem i porządkiem. Wielokrotnie przekazywał pieniądze na szkoły i co ważniejsze, podarował sporą sumę na budowę nowej komendy policji.<br />
– Przyłożył mi broń do brzucha – odparła Daisy. – Powiedział, że jeśli z nim nie pójdziemy, zacznie strzelać.<br />
– Jeśli to był faktycznie pan Finnegan, moja paniusiu – rzekł policjant – z pewnością istnieje jakieś proste wyjaśnienie. – Otworzył teczkę i wyjął gruby plik dokumentów. – Powiem wam coś. Przemyślcie wszystko dokładnie, prześpijcie się z tym. Jeśli rano wciąż będziecie przekonani, że to coś więcej niż zwykły dowcip, wypełnijcie ten formularz i podrzućcie trzy egzemplarze na komendę. Spytajcie o nową, tuż przy rynku; wszyscy wiedzą gdzie jest.<br />
Uścisnął im dłonie i wyszedł.<br />
– Trzeba było mu powiedzieć, że też jesteś policjantką – zasugerował Gruby Charlie. – Może wówczas potraktowałby cię poważniej.<br />
– Wątpię, by to coś dało – odparła. – Każdy, kto nazywa cię paniusią, już wcześniej wyłączył cię ze zbioru ludzi, których warto wysłuchać.<br />
Razem ruszyli do recepcji.<br />
– Dokąd ona poszła? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Ciocia Callyanne? – zapytał Benjamin Higgler. – Czeka na was w sali konferencyjnej.</p>
<p>* * *</p>
<p>– No proszę – oznajmiła Rosie. – Wiedziałam, że się uda, jeśli nie przestanę się huśtać.<br />
– On cię zabije.<br />
– I tak nas zabije.<br />
– To nic nie da.<br />
– Mamo. Masz jakiś lepszy pomysł?<br />
– Zobaczy cię.<br />
– Mamo, przestań podchodzić do wszystkiego tak negatywnie. Jeśli masz jakieś propozycje, które mogłyby pomóc, to powiedz. W przeciwnym razie nie zadawaj sobie trudu, dobrze?<br />
Cisza. A potem:<br />
– Mogłabym pokazać mu tyłek.<br />
– Co takiego?<br />
– Słyszałaś.<br />
– Eee. Zamiast?<br />
– Oprócz.<br />
Cisza.<br />
W końcu Rosie odparła:<br />
– Zaszkodzić to nie zaszkodzi.</p>
<p>* * *</p>
<p>– Witam, pani Higgler – powiedział Gruby Charlie. – Chcę odzyskać pióro.<br />
– Niby czemu sądzisz, że mam twoje pióro? – Splotła ręce na rozłożystej piersi.<br />
– Pani Dunwiddy mi powiedziała.<br />
Po raz pierwszy w życiu Gruby Charlie zobaczył u pani Higgler zdumienie.<br />
– Louella ci powiedziała, że mam pióro?<br />
– Powiedziała, że ma pani pióro.<br />
– Przechowuję je. – Pani Higgler machnęła kubkiem z kawą w stronę Daisy. – Nie sądzisz chyba, że zacznę o tym mówić w jej obecności? Nie znam jej.<br />
– To jest Daisy. Może jej pani powiedzieć wszystko to, co mnie.<br />
– Twoja narzeczona – dodała pani Higgler. – Słyszałam.<br />
Gruby Charlie poczuł, jak pieką go policzki.<br />
– Ona nie jest moją&#8230; my nie, nie tak naprawdę. Musiałem coś powiedzieć, żeby odciągnąć ją od człowieka z bronią. Uznałem to za najprostsze wyjście.<br />
Pani Higgler spojrzała na niego; jej oczy za grubymi szkłami okularów rozbłysły.<br />
– Wiem – rzekła. – To się działo podczas twojej piosenki, przed publicznością. – Pokręciła głową w sposób, w jaki czynią to starzy ludzie, ganiąc brak rozsądku u młodzieży. Otworzyła czarną torebkę, wyciągnęła kopertę i podała Grubemu Charliemu. – Obiecałam Louelli, że przechowam je bezpiecznie.<br />
Gruby Charlie wyciągnął z koperty na wpół zgniecione pióro. To on je zgniótł w noc seansu.<br />
– W porządku – rzekł. – Pióro, doskonale. A teraz – dodał, zwracając się do pani Higgler – co dokładnie mam z nim zrobić?<br />
– Nie wiesz?<br />
Gdy Gruby Charlie był jeszcze mały, matka powtarzała mu, by policzył do dziesięciu, nim wybuchnie. Umilkł zatem i policzył powoli do dziesięciu, po czym wybuchnął:<br />
– Oczywiście, że nie wiem, co z nim zrobić, ty głupia, stara babo! W ciągu ostatnich dwóch tygodni zostałem aresztowany, straciłem narzeczoną i pracę, patrzyłem, jak na wpół wymyślony brat zostaje pożarty przez ścianę ptaków przy Picadilly Circus, latałem tam i z powrotem przez Atlantyk niczym oszalała transatlantycka piłeczka pingpongowa, a dziś stanąłem przed widownią i, i, i zaśpiewałem, ponieważ mój świrnięty były szef przyłożył broń do brzucha dziewczyny, z którą jadłem kolację. I cały czas próbuję uporządkować chaos, jaki zapanował w moim życiu, odkąd ty zaproponowałaś, żebym spotkał się z bratem. Czyli nie. Nie, nie wiem co zrobić z tym pieprzonym piórem. Spalić? Pokroić na kawałki i zjeść? Uwić z niego gniazdko? Unosząc je przed sobą, wyskoczyć przez okno?<br />
Pani Higgler spojrzała na niego z nadąsaną miną.<br />
– Musisz spytać Louellę Dunwiddy.<br />
– Wątpię, żeby się to udało. Gdy ostatnio ją widziałem, nie wyglądała zbyt dobrze. A my nie mamy wiele czasu.<br />
– Super – wtrąciła Daisy. – Odzyskałeś swoje pióro. Czy teraz możemy porozmawiać o Grahamie Coatsie?<br />
– To nie jest zwykłe pióro. To pióro, na które wymieniłem mojego brata.<br />
– To wymień się z powrotem i przejdźmy do ważniejszych spraw. Musimy coś zrobić.<br />
– To nie takie proste. – Nagle Gruby Charlie umilkł. Zastanowił się nad tym, co właśnie powiedział i co ona powiedziała. Spojrzał z podziwem na Daisy. – Boże, naprawdę jesteś mądra.<br />
– Staram się – odparła. – Co takiego powiedziałam?<br />
Nie mieli na podorędziu czterech staruszek, mieli jednak panią Higgler, Benjamina i Daisy. Kolacja dobiegała już końca, toteż Clarissa, szefowa sali, chętnie zgodziła się do nich dołączyć. Nie mieli czterech różnych ziemi, ale zgromadzili biały piasek z plaży za hotelem, czarną glebę z grządki przed budynkiem, czerwone błoto z bocznej drogi i wielobarwny piasek sprzedawany w probówkach w sklepiku z pamiątkami. Świece wypożyczone z baru nad basenem były małe i białe, nie wysokie i czarne. Pani Higgler zapewniła, że zdoła znaleźć na wyspie zioła, których potrzebują, lecz Gruby Charlie polecił Clarissie wypożyczyć z kuchni torebkę ziołowej przyprawy do mięs.<br />
– Myślę, że najważniejsza jest pewność siebie – wyjaśnił. – Szczegóły nie mają znaczenia. Trzeba po prostu zapewnić magiczną atmosferę.<br />
W tym przypadku w zapewnieniu magicznej atmosfery nie pomagała tendencja Benjamina Higgiera do rozglądania się wokół i wybuchania przenikliwym chichotem ani ciągłe uwagi Daisy, że wszystko to jest okropnie głupie.<br />
Pani Higgler wsypała przyprawę do mięs do miski pełnej zlewek białego wina. Potem zaczęła nucić. Zachęcająco uniosła ręce i pozostali dołączyli do niej, bucząc niczym pijane pszczoły. Gruby Charlie czekał, aż coś się stanie.<br />
Nic się nie wydarzyło.<br />
– Gruby Charlie – powiedziała pani Higgler. – Ty też nuć.<br />
Przełknął ślinę. Nie ma się czego bać, upomniał się w duchu.<br />
Śpiewał już przed całą salą ludzi, oświadczył się przed publicznością kobiecie, którą ledwie znał. Nucenie to przy tym drobiazg.<br />
Odszukał ton, który nuciła pani Higgler, pozwolił, by zawibrował mu w gardle&#8230;<br />
Uniósł pióro, skupił się i zaczął nucić.<br />
Benjamin przestał chichotać. Jego oczy otwarły się szeroko, na twarzy pojawił się grymas przerażenia. Gruby Charlie chętnie przestałby nucić i dowiedział się, o co chodzi, lecz pomruk rozbrzmiewał teraz wewnątrz niego, a świece migotały&#8230;<br />
– Spójrzcie na niego – rzucił Benjamin. – On&#8230;<br />
&#8230;i Gruby Charlie zastanowił się, co właściwie on, ale było już jednak za późno.<br />
Mgły się rozstąpiły.<br />
Szedł po moście, długim białym moście ponad rozległymi, szarymi wodami. Nieco przed nim, pośrodku mostu na niewielkim, drewnianym krzesełku siedział człowiek. Ów człowiek łowił ryby. Jego oczy przesłaniała zielona fedora. Zdawało się, że drzemie, i nie poruszył się, gdy Gruby Charlie podszedł bliżej.<br />
Gruby Charlie poznał go, położył mu dłoń na ramieniu.<br />
– No proszę – powiedział – od początku wiedziałem, że tylko udajesz. Nie sądziłem, że naprawdę nie żyjesz.<br />
Mężczyzna na krześle nie poruszył się. Jedynie się uśmiechnął.<br />
– Od razu widać jak mało jeszcze wiesz – powiedział Anansi. – Nikt nie jest bardziej martwy ode mnie. – Przeciągnął się, wyjął zza ucha małą, czarną cygaretkę i przypalił zapałką. – O tak, nie żyję. Myślę, że pozostanę jeszcze trochę martwy. Jeśli od czasu do czasu nie umrzesz, ludzie zaczynają traktować twoją obecność jako coś oczywistego.<br />
– Ale&#8230; – zaczął Gruby Charlie.<br />
Anansi przyłożył palec do ust, nakazując mu ciszę. Podniósł wędkę i zaczął zwijać żyłkę. Wskazał ręką niewielki podbierak. Gruby Charlie podniósł go i wyciągnął. Jego ojciec opuścił do siatki długą, srebrną, szamoczącą się rybę. Wyjął jej z pyszczka haczyk i wrzucił ją do białego cebrzyka.<br />
– Proszę – rzekł. – Dzisiejszy obiad mamy z głowy.<br />
Po raz pierwszy Gruby Charlie uświadomił sobie, że kiedy zasiadł do stołu z Daisy i Higglerami, było ciemno, lecz w miejscu, w którym się znalazł, słońce, choć wisiało nisko nad horyzontem, jeszcze nie zaszło.<br />
Jego ojciec złożył krzesełko i wręczył Grubemu Charliemu wraz z wiaderkiem. Ruszyli razem po moście.<br />
– Wiesz – zaczął pan Nancy – zawsze sądziłem, że kiedy w końcu do mnie przyjdziesz, opowiem ci mnóstwo różnych rzeczy. Ale wygląda na to, że sam świetnie sobie radzisz. Co cię tu sprowadza?<br />
– Nie jestem pewien. Próbowałem znaleźć Kobietę Ptaka. Chcę jej oddać pióro.<br />
– Nie powinieneś zadawać się z takimi ludźmi – upomniał go z błogą miną ojciec. – To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Ptak kryje w sobie wiele uraz, ale jest tchórzem.<br />
– Spider&#8230; – zaczął Gruby Charlie.<br />
– To twoja wina. Pozwoliłeś, by ta wścibska starucha odprawiła połowę ciebie.<br />
– Byłem tylko dzieckiem. Czemu ty czegoś nie zrobiłeś?<br />
Anansi zsunął kapelusz na tył głowy.<br />
– Stara Dunwiddy nie mogła ci zrobić niczego, na co jej nie pozwoliłeś – oznajmił. – Jesteś w końcu moim synem.<br />
Gruby Charlie zastanawiał się chwilę.<br />
– Ale czemu mi nie powiedziałeś? – spytał w końcu.<br />
– Sam świetnie sobie radzisz, wszystkiego się domyślasz. Wiesz już o piosenkach, prawda?<br />
Gruby Charlie znów poczuł się jak niezręczny, gruby dzieciak, sprawiający bolesny zawód swemu ojcu. Nie powiedział jednak po prostu „nie”. Zamiast tego rzekł:<br />
– A jak myślisz?<br />
– Myślę, że jesteś już blisko. W piosenkach najważniejsze jest to, że są podobne do historii. Nic nie znaczą, jeśli nie słuchają ich ludzie.<br />
Zbliżali się do końca mostu. Mimo że nikt nic nie powiedział, Gruby Charlie rozumiał, że to ostatnia szansa rozmowy z ojcem. Tak wielu rzeczy musiał się dowiedzieć, tak wiele chciał usłyszeć.<br />
– Tato – zaczął – kiedy byłem mały, czemu mnie tak upokarzałeś?<br />
Stary mężczyzna zmarszczył brwi.<br />
– Upokarzałem? Ja cię kochałem.<br />
– Posłałeś mnie do szkoły przebranego za prezydenta Tafta. Ty to nazywasz miłością?<br />
Z ust starca dobiegł przenikliwy pisk, który mógł być śmiechem. A potem pan Nancy zaciągnął się cygaretką; dym ulatywał z jego warg niczym upiorny komiksowy dymek.<br />
– Twoja matka nieźle mi wtedy nagadała. Nie mamy zbyt wiele czasu, Charlie – dodał. – Chcesz go spędzić na kłótniach?<br />
Gruby Charlie pokręcił głową.<br />
– Chyba nie.<br />
Dotarli do końca mostu.<br />
– No tak – rzekł ojciec. – Kiedy zobaczysz się z bratem, chcę, żebyś coś mu ode mnie dał.<br />
– Co?<br />
Ojciec przyciągnął do siebie głowę Grubego Charliego i pocałował go lekko w czoło.<br />
– To – powiedział.<br />
Gruby Charlie wyprostował się. Ojciec patrzył na niego z miną, którą, gdyby ujrzał ją u kogoś innego, uznałby za dumę.<br />
– Pokaż mi to pióro – polecił.<br />
Gruby Charlie sięgnął do kieszeni. Pióro wciąż tam tkwiło, jeszcze bardziej wymięte i stłamszone niż wcześniej.<br />
Ojciec zacmokał z dezaprobatą i uniósł je do światła.<br />
– To piękne pióro – rzekł. – Nie chcesz go wytłamsić. Nie przyjmie go z powrotem w takim stanie. – Pan Nancy przesunął palcami po piórze i znów stało się doskonałe. Przyjrzał mu się, marszcząc brwi. – Nie, zaraz je znowu wymniesz. – Chuchnął na paznokcie i wypolerował je o rąbek marynarki. Potem wyraźnie podjął decyzję. Zdjął fedorę, wsunął piórko za otok. – Proszę. I tak przyda ci się elegancki kapelusz. – Wsadził go na głowę Grubego Charliego. – Pasuje do ciebie.<br />
Gruby Charlie westchnął.<br />
– Tato, ja nie noszę kapeluszy. Wyglądałbym głupio, jak kompletny palant. Czemu zawsze próbujesz narobić mi wstydu?<br />
W gasnącym świetle stary mężczyzna spojrzał na syna.<br />
– Myślisz, że bym cię okłamał? Synu, żeby nosić kapelusz, potrzeba tylko właściwego podejścia. A ty je masz. Sądzisz, że powiedziałbym ci, że wyglądasz dobrze, gdyby tak nie było? Wyglądasz świetnie. Nie wierzysz mi?<br />
– Niespecjalnie – przyznał Gruby Charlie.<br />
– Spójrz – polecił ojciec, wskazując na barierkę. Woda pod mostem była nieruchoma, gładka jak lustro, a spoglądający z niej na nich człowiek wyglądał naprawdę świetnie w swym nowym zielonym kapeluszu.<br />
Gruby Charlie uniósł głowę, by powiedzieć ojcu, że może go źle osądził, lecz stary człowiek już zniknął. Zszedł z mostu w ciemność.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/102/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/102/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=102&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/pajecze-sieci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Po obiedzie</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/po-obiedzie/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/po-obiedzie/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 14:00:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=100</guid>
		<description><![CDATA[– Ładnie wyglądasz – zauważył. – Dziękuję – odparła. – Czuję się paskudnie. Odebrali mi sprawę Grahame&#8217;a Coatsa. Teraz chodzi o morderstwo. Pewnie miałam szczęście, że pracowałam nad nią tak długo. – Spójrz na to tak – odparł radośnie. – Gdybyś nie uczestniczyła w śledztwie, nie miałabyś przyjemności mnie aresztować. – Fakt. – Miała w [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=100&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>– Ładnie wyglądasz – zauważył.<br />
– Dziękuję – odparła. – Czuję się paskudnie. Odebrali mi sprawę Grahame&#8217;a Coatsa. Teraz chodzi o morderstwo. Pewnie miałam szczęście, że pracowałam nad nią tak długo.<br />
– Spójrz na to tak – odparł radośnie. – Gdybyś nie uczestniczyła w śledztwie, nie miałabyś przyjemności mnie aresztować.<br />
– Fakt. – Miała w sobie dość przyzwoitości, by odwrócić wzrok.<br />
– Znaleźliście jakieś tropy?<br />
– Nawet gdybyśmy znaleźli, nie mogłabym o nich mówić. – Kelner przytoczył do ich stolika niewielki wózek i Daisy wybrała kilka potraw. – Istnieje teoria, że wyskoczył z promu płynącego przez Kanał. To był ostatni zakup na jego karcie kredytowej: bilet powrotny do Dieppe.<br />
– Myślisz, że to prawdopodobne?<br />
Chwyciła pałeczkami pierożek i wsunęła go do ust.<br />
– Nie – odparła. – Osobiście przypuszczam, że wyjechał do jakiegoś kraju, z którym nie mamy umowy o ekstradycję. Pewnie do Brazylii. Zabójstwo Maeve Livingstone mogło wyniknąć niespodziewanie, ale wszystko inne przygotował bardzo starannie. Stworzył cały sprawny system. Pieniądze wpływały na rachunki klientów, Grahame pobierał z nich swoje piętnaście procent, a potem, po cichu, kasował część pozostałej sumy. Mnóstwo czeków z zagranicy w ogóle nie trafiało do banków klientów. Zdumiewające, jak długo udawało mu się uniknąć wykrycia.<br />
Gruby Charlie przeżuł kulkę ryżową z czymś słodkim w środku.<br />
– Myślę, że ty wiesz gdzie on jest.<br />
Daisy zamarła z pierożkiem w ustach.<br />
– To, jak powiedziałaś, że wyjechał do Brazylii. Jakbyś wiedziała, że go tam nie ma.<br />
– To już sprawa policji – oznajmiła. – I obawiam się, że nie mogę odpowiedzieć. Jak się miewa twój brat?<br />
– Nie wiem, chyba wyjechał. Gdy wróciłem do domu, jego pokoju już tam nie było.<br />
– Jego pokoju?<br />
– Jego rzeczy. Zabrał swoje rzeczy. Od tego czasu go nie widziałem. – Gruby Charlie pociągnął łyk herbaty jaśminowej. – Mam nadzieję, że nic mu nie jest.<br />
– A co mogłoby mu być?<br />
– Cierpi na tę samą fobię, co ja.<br />
– Strach przed ptakami? Jasne. – Daisy ze współczującą miną pokiwała głową. – A co tam u twojej narzeczonej i przyszłej teściowej?<br />
– Uhm, nie sądzę, by te określenia były wciąż aktualne.<br />
– Ach.<br />
– Wyjechały.<br />
– Z powodu twojego aresztowania?<br />
– O ile wiem, to nie.<br />
Spojrzała na niego.<br />
– Przykro mi.<br />
– No cóż – mruknął. – W tej chwili nie mam pracy, nie mam życia prywatnego, a głównie dzięki waszym staraniom sąsiedzi wierzą święcie, że jestem bandziorem. Niektórzy zaczęli przechodzić na drugą stronę ulicy, by mnie uniknąć. Z drugiej strony mój kioskarz chce, bym dał nauczkę facetowi, z którym zaciążyła jego córka.<br />
– Co mu powiedziałeś?<br />
– Prawdę, ale chyba mi nie uwierzył. Wręczył mi torebkę chipsów serowo-cebulowych i opakowanie miętówek i powiedział, że dostanę ich więcej, gdy załatwię sprawę.<br />
– To minie.<br />
Gruby Charlie westchnął.<br />
– Czuję się okropnie.<br />
– Mimo wszystko – odparła – to jeszcze nie koniec świata.<br />
Podzielili rachunek po połowie. Kelner wręczył im wraz z resztą dwa ciasteczka szczęścia.<br />
– Co mówi twoje? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Wytrwałość się opłaci – przeczytała. – A twoje?<br />
– Dokładnie to samo – rzekł. – Poczciwa, stara wytrwałość.<br />
Zgniótł karteczkę w kulkę wielkości groszku i schował do kieszeni.<br />
Odprowadził ją do stacji metra przy Leicester Square.<br />
– To chyba twój szczęśliwy dzień? – zagadnęła Daisy.<br />
– Dlaczego?<br />
– Nie widać ptaków.<br />
I gdy to powiedziała, Gruby Charlie uświadomił sobie, że to prawda. Wokół nie dostrzegał żadnych gołębi ani szpaków, ani nawet wróbli.<br />
– Ale przecież na Leicester Square zawsze są ptaki.<br />
– Nie dziś – odparła. – Może są czymś zajęte?<br />
Zatrzymali się przy stacji i przez jedną niemądrą chwilę Gruby<br />
Charlie odniósł wrażenie, że Daisy pocałuje go na pożegnanie. Nie zrobiła tego. Po prostu się uśmiechnęła i powiedziała: ,A niech mnie”. On pomachał jej niepewnym gestem, który mógł zostać zinterpretowany jako machnięcie albo równie dobrze jako zwykły tik. A potem zeszła po schodach i zniknęła mu z oczu.<br />
Gruby Charlie przeciął z powrotem Leicester Square, kierując się w stronę Picadilly Circus.<br />
Wyciągnął z kieszeni karteczkę z ciasteczka szczęścia i rozwinął. Spotkajmy się obok Erosa, przeczytał jeszcze raz. Obok liter widniał pośpiesznie nakreślony rysunek czegoś, co przypominało dużą gwiazdkę i mogło symbolizować pająka.<br />
Po drodze rozglądał się po niebie i budynkach, nie dostrzegł jednak żadnych ptaków. Dziwne, w Londynie zawsze roiło się od ptaków. Wszędzie zawsze roiło się od ptaków.<br />
Spider siedział pod pomnikiem, czytając „News Of The World”. Gdy Gruby Charlie się zbliżył, jego brat uniósł wzrok.<br />
– Wiesz, że tak naprawdę to nie jest Eros? – zagadnął Gruby Charlie. – To posąg Chrześcijańskiego Miłosierdzia.<br />
– Czemu więc jest nagi i trzyma w rękach łuk i strzałę? Według mnie nie wygląda to szczególnie chrześcijańsko ani miłosiernie.<br />
– Po prostu powtarzam to, co czytałem. Gdzie się podziewałeś? Martwiłem się o ciebie.<br />
– Nic mi nie jest. Po prostu unikałem ptaków i próbowałem połapać się w tym wszystkim.<br />
– Zauważyłeś, że dziś nie widać tu żadnych ptaków? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Zauważyłem i sam nie wiem, co o tym myśleć. Ale zastanawiałem się i wiesz co? – dodał Spider. – W całej tej sprawie jest coś poważnie nie tak.<br />
– Choćby wszystko – uzupełnił Gruby Charlie.<br />
– Nie, jest coś nie tak z tym, że Kobieta Ptak próbuje nas zranić.<br />
– Jasne. To złe, bardzo, bardzo, bardzo złe. Sam chcesz jej powiedzieć, czy ja mam to zrobić?<br />
– Nie w tym sensie. Chodzi mi o to, że&#8230; Sam się zastanów. Nieważne co nakręcił Hitchcock, ptaki to nie najlepsze narzędzie, by kogoś zranić. Dla owadów są skrzydlatą śmiercią, ale atakowanie ludzi niespecjalnie im wychodzi. Miliony lat doświadczeń dowodzą, że zwykle to raczej ludzie jedzą ptaki. Instynkt nakazuje im zostawić nas w spokoju.<br />
– Nie wszystkim – zaoponował Gruby Charlie. – Nie sępom. Ani krukom. Ale one zjawiają się tylko na polu bitwy, już po walce, i czekają aż umrzemy.<br />
– Co takiego?<br />
– Powiedziałem: oprócz sępów i kruków. Nie miałem na myśli nic złego.<br />
– Nie. – Spider próbował się skupić. – Uciekło mi. Twoje słowa z czymś mi się skojarzyły, już prawie to miałem. Posłuchaj, skontaktowałeś się z panią Dunwiddy?<br />
– Dzwoniłem do pani Higgler. Nie złapałem jej.<br />
– To złóż im wizytę.<br />
– Łatwo ci mówić, ale ja jestem już spłukany. Bez grosza przy duszy. Bez kasy. Nie mogę latać tam i z powrotem przez Atlantyk, nie mam już nawet pracy i&#8230;<br />
Spider sięgnął do kieszeni czarno-czerwonej kurtki i wyciągnął portfel. Wyjął z niego plik banknotów z najróżniejszych krajów i wetknął do ręki Grubemu Charliemu.<br />
– Proszę, to powinno wystarczyć na lot tam i z powrotem. Po prostu zdobądź to pióro.<br />
– Posłuchaj – powiedział Gruby Charlie. – Czy przyszło ci do głowy, że może jednak tato wcale nie umarł?<br />
– Co takiego?<br />
– Tak tylko pomyślałem. Może to wszystko to jeden z jego dowcipów? Przypomina trochę jego kawały. Nie sądzisz?<br />
– No nie wiem – odparł Spider. – Możliwe.<br />
– Ja jestem tego pewien. To pierwsza rzecz, którą zrobię. Wybiorę się na jego grób i&#8230;<br />
Nie dodał nic więcej, bo w tym momencie pojawiły się ptaki.<br />
Były to miejskie ptaki: wróble i szpaki, gołębie i wrony, tysiące tysięcy ptaków. W locie falowały i krążyły wokół siebie niczym gobelin, tworząc ścianę zbliżającą się ku Grubemu Charliemu i Spiderowi z głębi Regent Street. Pierzasta falanga, wysoka niczym drapacz chmur, idealnie płaska, całkowicie nieprawdopodobna, bezlitosna w swym trzepocie i falowaniu; Gruby Charlie zobaczył ją, ale nie potrafił ogarnąć umysłem. Jej obraz w głowie nieustannie falował, przesuwał się, malał. Patrzył na nią i próbował zrozumieć co właściwie widzi.<br />
Spider pociągnął go za łokieć.<br />
– Uciekaj! – krzyknął.<br />
Gruby Charlie odwrócił się, by uciec. Spider tymczasem metodycznie składał swą gazetę, położył ją na koszu.<br />
– Ty też uciekaj!<br />
– To coś ciebie nie chce. Jeszcze nie teraz. – Spider uśmiechnął się szeroko. Był to uśmiech, który w swoim czasie przekonał więcej ludzi, niż potrafisz sobie wyobrazić, by zrobili coś, czego nie chcą, i Gruby Charlie naprawdę zapragnął uciec. – Znajdź pióro. Znajdź też tatę, jeśli naprawdę sądzisz, że wciąż żyje. Znikaj stąd!<br />
Gruby Charlie zniknął.<br />
Ściana ptaków poruszyła się i uległa przemianie. Teraz stała się wirem ptaków kierującym się prosto na posąg Erosa i siedzącego pod nim człowieka. Gruby Charlie wbiegł w bramę; stamtąd patrzył, jak podstawa czarnego tornada uderza w Spidera. Wydało mu się, że wśród ogłuszającego łopotu skrzydeł słyszy krzyk swojego brata. Może faktycznie go usłyszał.<br />
A potem ptaki się rozproszyły. Ulica była pusta. Wiatr pędził po szarym chodniku garstkę piór.<br />
Gruby Charlie stał tam i patrzył ze zgrozą. Jeśli nawet ktoś z przechodniów zauważył, co się stało, nie zareagował. Z jakiegoś powodu Gruby Charlie był jednak pewien, że nikt tego nie widział prócz niego.<br />
Pod posągiem, tuż obok miejsca, w którym siedział jego brat, stała kobieta. Jej obszarpany brązowy płaszcz łopotał na wietrze. Gruby Charlie podszedł do niej.<br />
– Posłuchaj – rzekł. – Kiedy powiedziałem, żebyś zmusiła go do odejścia, chodziło mi wyłącznie o moje życie. Nie o to, co z nim zrobiłaś.<br />
Spojrzała mu w twarz; milczała. W oczach niektórych drapieżnych ptaków można dostrzec obłęd, groźne napięcie, które potrafi wzbudzić lęk w sercu człowieka. Gruby Charlie starał się zwalczyć ów lęk.<br />
– Popełniłem błąd – dodał. – Chętnie za niego zapłacę. Weź mnie zamiast niego. Sprowadź go z powrotem.<br />
Wciąż na niego patrzyła.<br />
– Nie obawiaj się, twoja kolej także nadejdzie, dziecko Compe Anansiego – powiedziała w końcu. – W swoim czasie.<br />
– Po co ci on?<br />
– Po nic – odparła. – Czemu miałabym go potrzebować? Byłam coś winna komuś innemu. Teraz oddam go i spłacę swój dług.<br />
Gazeta zaszeleściła. Gruby Charlie został sam.</p>
<p>Gruby Charlie spojrzał na grób ojca.<br />
– Jesteś sam? – spytał głośno. – Jeśli tak, to wyjdź, muszę z tobą pomówić.<br />
Podszedł do nagrobka z samotnym kwiatem, spojrzał w dół. Nie był pewien, czego się spodziewa – może ręki przebijającej ziemię i chwytającej go za nogę? Ale nic takiego się nie zdarzyło.<br />
A taki był pewien.<br />
Gruby Charlie przeszedł z powrotem przez Ogród Spoczynku. Czuł się okropnie głupio, niczym uczestnik teleturnieju, który właśnie postawił milion dolarów na to, że Missisipi jest dłuższa niż Amazonka. Powinien był wiedzieć; jego ojciec był martwy jak głaz, a on zmarnował pieniądze Spidera na pościg za złudzeniami. Usiadł na ziemi obok wiatraczków Krainy Dzieci i zapłakał. Gnijące zabawki wyglądały jeszcze smutniej i bardziej samotnie, niż je zapamiętał.<br />
Czekała na niego na parkingu, oparta o swój samochód. Paliła papierosa. Sprawiała wrażenie niespokojnej.<br />
– Witam, pani Bustamonte – powiedział Gruby Charlie.<br />
Zaciągnęła się po raz ostatni, po czym rzuciła niedopałek na asfalt i rozdeptała. Miała na sobie czarny strój, wyglądała na zmęczoną.<br />
– Witaj, Charles.<br />
– Jeśli już kogoś się tu spodziewałem, to pani Higgler. Albo pani Dunwiddy.<br />
– Callyanne wyjechała. Pani Dunwiddy mnie przysyła. Chce się z tobą widzieć.<br />
Zupełnie jak mafia, pomyślał Gruby Charlie. Mafia po menopauzie.<br />
– Chce mi złożyć propozycję nie do odrzucenia?<br />
– Wątpię. Nie czuje się najlepiej.<br />
– Ach.<br />
Wsiadł do wynajętego samochodu i ruszył za toyotą camry pani Bustamonte ulicami Florydy. Był tak pewien co do ojca, pewien, że znajdzie go żywego, że ojciec pomoże&#8230;<br />
Zaparkowali przed domem pani Dunwiddy. Gruby Charlie zerknął do ogródka, zmierzył wzrokiem wyblakłe plastikowe flamingi, krasnale i czerwoną, lustrzaną kulę tkwiącą na niewielkiej betonowej kolumience niczym olbrzymia bombka choinkowa. Podszedł do kuli, takiej samej jak ta, którą stłukł w dzieciństwie, i ujrzał spoglądające na niego własne zniekształcone odbicie.<br />
– Do czego to służy? – spytał.<br />
– Do niczego. Po prostu jej się podoba.<br />
W domu wisiał w powietrzu ciężki, słodki zapach fiołków. Ciotka Grubego Charliego Alanna trzymała zawsze w torebce paczkę dropsów fiołkowych i nawet jako pulchny, uwielbiający słodycze dzieciak Gruby Charlie jadł je tylko wtedy, jeśli nie było nic innego. Dom pani Dunwiddy pachniał dokładnie tak, jak smakowały owe dropsy. Od dwudziestu lat Gruby Charlie nie myślał o dropsach fiołkowych; zastanawiał się, czy wciąż jeszcze je produkują i po co w ogóle ktokolwiek zaczął je produkować.<br />
– Jest na końcu korytarza. – oznajmiła pani Bustamonte, zatrzymując się i wskazując ręką.<br />
Gruby Charlie wszedł do sypialni pani Dunwiddy.<br />
Łóżko nie było zbyt wielkie, lecz leżąca w nim pani Dunwiddy przypominała dużą lalkę. Na nosie miała okulary, a nad nimi coś, co, jak pojął Gruby Charlie, było pierwszym oglądanym przez niego nocnym czepkiem, pożółkłym, pikowanym ustrojstwem wykończonym koronką. Głowę opierała na całej stercie poduszek, usta miała otwarte i gdy wszedł, pochrapywała cicho.<br />
Zakasłał.<br />
Pani Dunwiddy gwałtownie uniosła głowę, otworzyła oczy i spojrzała na niego. Pokazała palcem nocny stolik obok łóżka. Gruby Charlie wziął z niego szklankę wody i podał jej. Ujęła szklankę w obie dłonie niczym wiewiórka trzymająca orzeszek, pociągnęła długi łyk i oddała mu.<br />
– Okropnie zaschło mi w ustach. Wiesz, ile mam lat?<br />
– Uhm. – Uznał, że żadna odpowiedź nie zabrzmi tu dobrze. – Nie.<br />
– Sto cztery.<br />
– Zdumiewające. Jest pani w świetnej formie. To znaczy, to prawdziwy cud.<br />
– Zamknij jadaczkę, Gruby Charlie.<br />
– Przepraszam.<br />
– I nie mów przepraszam, jak psiak skarcony za to, że nabrudził w kuchni. Unieś głowę, patrz światu prosto w oczy. Słyszysz mnie?<br />
– Tak, przepraszam. To znaczy, tak.<br />
Westchnęła.<br />
– Chcą mnie zabrać do szpitala. Mówię im, że kiedy ma się sto cztery lata, człowiek zasłużył sobie na prawo do śmierci we własnym łóżku. Dawno, dawno temu robiłam w tym łóżku dzieci, a potem rodziłam je w tym łóżku. I niech mnie diabli, jeśli zgodzę się umrzeć gdziekolwiek indziej. I jeszcze jedno&#8230; – Umilkła, zamknęła oczy i odetchnęła – powoli, głęboko. W chwili, gdy Gruby Charlie uznał, że znów zasnęła, jej powieki uniosły się. – Gruby Charlie, jeśli ktoś kiedyś cię spyta, czy chciałbyś dożyć stu czterech lat, powiedz nie. Wszystko człowieka boli, wszystko. Bolą mnie miejsca, których inni jeszcze nawet nie odkryli.<br />
– Zapamiętam to sobie.<br />
– Nie rezonuj mi tu.<br />
Gruby Charlie spojrzał na drobną staruszkę leżącą w białym drewnianym łożu.<br />
– Czy mam powiedzieć przepraszam? – spytał.<br />
Pani Dunwiddy z miną winowajczyni odwróciła wzrok.<br />
– Źle cię potraktowałam – oznajmiła. – Dawno, dawno temu źle cię potraktowałam.<br />
– Wiem – odparł Gruby Charlie.<br />
Pani Dunwiddy może i umierała, ale mimo to obdarzyła Grubego Charliego spojrzeniem z rodzaju tych, które sprawiają, że dzieci poniżej lat pięciu zaczynają wrzeszczeć, wzywając mamę.<br />
– Co to znaczy, że wiesz?<br />
– Domyśliłem się – wyjaśnił Gruby Charlie. – Pewnie nie wszystkiego, ale części na pewno. Nie jestem głupi.<br />
Staruszka przyjrzała mu się chłodno przez grube soczewki okularów.<br />
– Nie, nie jesteś. To akurat prawda.<br />
Wyciągnęła sękatą rękę.<br />
– Oddaj mi wodę. Tak lepiej. – Sączyła wodę, zanurzając w niej mały, fioletowy język. – Dobrze, że zjawiłeś się dzisiaj. Jutro w całym domu zaroi się od zrozpaczonych wnuków i prawnuków próbujących mnie namówić, żebym umarła w szpitalu, podlizujących się w nadziei, że coś im zostawię. Oni mnie nie znają. Przeżyłam wszystkie moje dzieci, co do jednego.<br />
– Opowie mi pani o tym, co złego mi zrobiła?<br />
– Nie powinieneś był stłuc mojej lustrzanej ogrodowej kuli.<br />
– Na pewno.<br />
I wówczas przeszłość powróciła, tak jak powracają zdarzenia z dzieciństwa – częściowo jako wspomnienia, częściowo jako wspomnienia wspomnień: pobiegł za piłką tenisową na podwórko pani Dunwiddy, a gdy już się tam znalazł, eksperymentalnie uniósł lustrzaną kulę, by się w niej przejrzeć. Ujrzał swoje odbicie, zniekształcone i powiększone, a potem poczuł, jak kula spada na kamienną ścieżkę i na jego oczach roztrzaskuje się na tysiąc maleńkich, szklanych odłamków. Pamiętał silne, starcze palce chwytające go za ucho i ciągnące z dworu do domu&#8230;<br />
– Odprawiła pani Spidera – rzekł. – Prawda?<br />
Jej szczęki zacisnęły się jak u mechanicznego buldoga. Skinęła głową.<br />
– Rzuciłam czar przegnania – oznajmiła. – Nie chciałam, żeby tak wyszedł. W tamtych czasach każdy znał choćby odrobinę magii. Nie mieliśmy tych wszystkich DVD, telefonów komórkowych i mikrofalówek, ale i tak wiedzieliśmy swoje. Chciałam tylko dać ci nauczkę. Byłeś taki pewny siebie, psotliwy, wyszczekany, niegrzeczny. Wyciągnęłam więc z ciebie Spidera, żeby dać ci nauczkę.<br />
Gruby Charlie usłyszał słowa, ale ich nie zrozumiał.<br />
– Wyciągnęła go pani?<br />
– Odłączyłam go od ciebie: całą złośliwość, całą psotliwość, wszystkie podstępy. To wszystko. – Westchnęła. – Mój błąd. Nikt mnie nie uprzedził, że jeśli używa się magii w pobliżu ludzi takich, jak ród twojego taty, wszystko staje się potężniejsze. I większe. – Kolejny łyk wody. – Twoja matka nigdy w to nie wierzyła, nie do końca. Ale ten Spider jest gorszy od ciebie. Twój ojciec nigdy nie wspominał o tym ani słowem, aż do dnia gdy go przegoniłam. Nawet wtedy rzekł tylko, że jeśli nie zdołasz tego naprawić, to nie jesteś jego synem.<br />
Chciał się z nią kłócić, powiedzieć, że to wszystko bzdury, że Spider nie jest jego częścią, tak jak on, Gruby Charlie, nie jest częścią morza czy ciemności. Zamiast tego spytał:<br />
– Gdzie jest pióro?<br />
– O jakim piórze mówisz?<br />
– Kiedy wróciłem z tamtego miejsca. Miejsca na skałach wśród jaskiń. Miałem w ręku pióro. Co pani z nim zrobiła?<br />
– Nie pamiętam – odparła. – Jestem już stara, mam sto cztery lata.<br />
– Gdzie ono jest? – naciskał Gruby Charlie.<br />
– Zapomniałam.<br />
– Proszę mi powiedzieć.<br />
– Nie mam go.<br />
– A kto ma?<br />
– Callyanne.<br />
– Pani Higgler?<br />
Pochyliła się ku niemu.<br />
– Pozostałe dwie – rzekła konfidencjonalnym tonem – to jeszcze dziewczyny. Trzpiotki.<br />
– Przed przylotem tutaj dzwoniłem do pani Higgler, a zanim wybrałem się na cmentarz, zatrzymałem się przy jej domu. Pani Bustamonte mówi, że wyjechała.<br />
Pani Dunwiddy poruszyła się lekko w swym łóżku, jakby chciała się ukołysać do snu.<br />
– Nie pożyję już zbyt długo. Po twoim ostatnim wyjeździe przestałam jeść stały pokarm. Skończyłam. Tylko wodę. Niektóre kobiety mówią, że kochały twojego ojca, ale ja znałam go na długo przed nimi. W czasach, gdy jeszcze byłam ładna, zabierał mnie na tańce. Mógł mnie podnieść i obrócić w powietrzu. Już wtedy był stary, ale umiał sprawić, by dziewczyna poczuła się jak królowa. Zapominała&#8230; – Urwała i napiła się wody. Trzęsły się jej ręce. Gruby Charlie zabrał pustą szklankę. – Sto cztery lata – rzekła. – I ani dnia w łóżku oprócz połogu. A teraz to już koniec.<br />
– Z pewnością dożyje pani sto piątych urodzin – rzekł niezbyt przekonująco Gruby Charlie.<br />
– Nie waż się! – Spojrzała na niego niespokojnie. – Nie waż się tego mówić. Twoja rodzina i tak już dość biedy napytała. Niczego nie zmieniaj.<br />
– Nie jestem taki jak mój tato – zaprotestował. – Nie mam w sobie magii. To wszystko odziedziczył Spider. Pamięta pani?<br />
Pani Dunwiddy nie słuchała go.<br />
– Gdy chodziliśmy na tańce przed drugą wojną, twój tato rozmawiał z szefami zespołów i wiele razy zapraszali go, żeby z nimi zaśpiewał. Wszyscy ludzie śmiali się i klaskali. W ten sposób zmieniał różne rzeczy, śpiewając.<br />
– Gdzie jest pani Higgler?<br />
– Wróciła do domu.<br />
– Jej dom jest pusty. Nie ma samochodu.<br />
– Wróciła do domu.<br />
– Uhm, chce pani powiedzieć, że umarła?<br />
Stara kobieta w białej pościeli zaczęła rzęzić i chwytać powietrze; najwyraźniej nie była już w stanie mówić. Wezwała go gestem.<br />
– Mam sprowadzić pomoc? – spytał Gruby Charlie. Skinęła głową, nadal krztusząc się i dusząc. Ruszył szybko na poszukiwanie pani Bustamonte. Siedziała w kuchni, oglądając w bardzo małym przenośnym telewizorku program Ophrah Winfrey.<br />
– Chce, żeby pani przyszła – oznajmił.<br />
Pani Bustamonte wyszła. Po chwili wróciła, niosąc pusty dzbanek po wodzie.<br />
– Co takiego powiedziałeś, że doprowadziłeś ją do tego stanu?<br />
– Miała jakiś atak czy co?<br />
Pani Bustamonte spojrzała na niego dziwnie.<br />
– Nie, Charles, ona się z ciebie śmiała. Mówi, że przy tobie czuje się lepiej.<br />
– Ach. Wspomniała, że pani Higgler wróciła do domu. Spytałem, czy to znaczy, że umarła?<br />
Wówczas pani Bustamonte uśmiechnęła się.<br />
– Saint Andrews – odparła. – Callyanne wyjechała na Saint Andrews.<br />
Napełniła dzbanek nad zlewem.<br />
– Kiedy to wszystko się zaczęło, sądziłem, że muszę walczyć ze Spiderem, a wy cztery jesteście po mojej stronie. A teraz Spider został porwany, a ja walczę z waszą czwórką.<br />
Stara kobieta zakręciła wodę i popatrzyła na niego niechętnie.<br />
– Nikomu już nie wierzę – dodał Gruby Charlie. – Pani Dunwiddy pewnie udaje chorobę. Zapewne gdy tylko wyjdę, wyskoczy z łóżka i zatańczy w sypialni charlestona.<br />
– Ona nie je. Mówi, że jedzenie sprawia, że czuje się źle w środku. Odmawia zjedzenia i wypicia czegokolwiek poza wodą.<br />
– Dokąd na Saint Andrews pojechała? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Idź już sobie – odparła pani Bustamonte. – Twoja rodzina dość wszystkim zaszkodziła.<br />
Gruby Charlie spojrzał na nią tak, jakby zamierzał coś powiedzieć, zmienił jednak zdanie i wyszedł bez słowa.<br />
Pani Bustamonte zaniosła dzbanek z wodą pani Dunwiddy, leżącej spokojnie w łóżku.<br />
– Syn Nancy nas nienawidzi – oznajmiła. – Co właściwie mu powiedziałaś?<br />
Pani Dunwiddy milczała. Pani Bustamonte nasłuchiwała przez chwilę, a gdy upewniła się, że staruszka wciąż oddycha, zdjęła z jej nosa grube okulary, położyła obok łóżka i naciągnęła pani Dunwiddy kołdrę na ramiona.<br />
Potem zaczęła po prostu czekać, aż nadejdzie koniec.</p>
<p>* * *</p>
<p>Gruby Charlie jechał, niepewny co zamierza dalej. Po raz trzeci w ciągu dwóch tygodni przeleciał przez Atlantyk, a pieniądze, które dał mu Spider, już się kończyły. Siedział w samochodzie, a że był sam, nucił.<br />
Mijając skupisko kilku jamajskich restauracji, dostrzegł napis na jednej z wystaw: OBNIŻKA CEN LOTÓW NA WYSPY. Zatrzymał się i wszedł do środka.<br />
– Biuro turystyczne Al pomoże panu rozwiązać wszystkie problemy podróżne – oznajmił agent cichym, przepraszającym tonem, którym zazwyczaj posługują się lekarze, gdy informują ludzi, że będą musieli amputować chorą kończynę.<br />
– Eee. Tak. Dzięki. Eee. Jak najtaniej można się dostać na Saint Andrews?<br />
– Wybiera się pan na wakacje?<br />
– Nie do końca. Po prostu chcę tam zajrzeć na jeden dzień. No, może dwa.<br />
– Kiedy wylot?<br />
– Dziś po południu.<br />
– Zakładam, że żartuje pan sobie ze mnie.<br />
– Ależ nie.<br />
Ponure spojrzenie na monitor komputera. Stukot klawiatury.<br />
– Wygląda na to, że nie ma nic tańszego niż tysiąc dwieście dolarów.<br />
– Ach. Ach tak. – Gruby Charlie zgarbił się. Następna seria klików. Mężczyzna pociągnął nosem.<br />
– Niemożliwe. – Apo chwili: – Momencik. – Krótki telefon. – Czy ta taryfa wciąż obowiązuje? – Zapisał kilka liczb na kartce z notatnika i spojrzał na Grubego Charliego. – Jeśli pojedzie pan na tydzień i zatrzyma się w hotelu „Delfin”, mogę panu sprzedać tygodniowe wakacje za pięćset dolarów. Koszt obejmuje posiłki w hotelu. Co do lotu, pokrywa pan tylko opłaty lotniskowe.<br />
Gruby Charlie zamrugał.<br />
– Jaki jest haczyk?<br />
– To promocja turystyki na wyspach. Ma coś wspólnego z festiwalem muzycznym. Nie sądziłem, że jeszcze trwa, ale wie pan, dostajemy to, za co zapłaciliśmy. Jeśli będzie pan chciał jadać gdzie indziej, to się wiąże z kosztami.<br />
Gruby Charlie wręczył agentowi pięć wymiętych studolarówek.</p>
<p>* * *</p>
<p>Daisy zaczynała się czuć jak gliniarz występujący wyłącznie w filmach: twardy, zgorzkniały i gotów zagrać na nosie całemu systemowi. Gliniarz, który chce wiedzieć, czy czujesz się szczęściarzem, czy chcesz mu ubarwić dzień; który powtarza, że jest już za stary na to wszystko. Miała dwadzieścia sześć lat i ogromną ochotę poinformować ludzi, że jest już za stara na to wszystko. I owszem, była świadoma jak idiotycznie to brzmi. Piękne dzięki.<br />
W tej chwili stała w gabinecie detektywa superintendenta Camberwella i mówiła:<br />
– Tak jest, Saint Andrews.<br />
– Byłem tam na wakacjach parę lat temu z przyszłą panią Camberwell. Urocza wyspa. Świetne ciastka rumowe.<br />
– Wygląda na to, że to właśnie to miejsce. Zdjęcia z kamery z lotniska Gatwick bez wątpienia przedstawiają jego. Podróżuje pod nazwiskiem Bronstein. Roger Bronstein leci do Miami, przesiada się na lot do Saint Andrews.<br />
– To na pewno on?<br />
– Na pewno.<br />
– No to załatwił nas bez mydła – rzekł Camberwell. – Nie mamy umowy o ekstradycję.<br />
– Musi być coś, co da się zrobić.<br />
– Mhm. Możemy zamrozić resztę jego rachunków, zlicytować majątek i zrobimy to. I to pomoże tak samo, jak rozpuszczalna parasolka na deszczu, bo z pewnością ma mnóstwo gotówki w miejscach, do których nie dotrzemy.<br />
– Ale to oszustwo.<br />
Superintendent spojrzał na nią, jakby nie był pewien, co właściwie widzi.<br />
– My tu nie gramy w berka na podwórku. Gdyby tamci trzymali się reguł, graliby po naszej stronie. Jeśli wróci, aresztujemy go. – Zgniótł małego plastelinowego człowieczka w plastelino – wą kulkę i zaczął wałkować ją na blacie, przytrzymując między kciukiem i palcem wskazującym. – W dawnych czasach można było prosić o sanktuarium w kościele. Póki tkwiłaś w kościele, prawo nie mogło cię tknąć, nawet jeśli zabiłaś człowieka. Oczywiście nie mogłaś wówczas prowadzić ożywionego życia towarzyskiego. No i tak.<br />
Spojrzał na nią, jakby oczekiwał, że wstanie i wyjdzie.<br />
– On zabił Maeve Livingstone – przypomniała. – Przez wiele lat oszukiwał swoich klientów.<br />
– I?<br />
– Powinniśmy postawić go przed obliczem sprawiedliwości.<br />
– Nie przejmuj się tak – poradził.<br />
Za stara już jestem na to wszystko, pomyślała Daisy. Nie otwierała jednak ust, a słowa odbijały się echem w jej głowie.<br />
– Nie przejmuj się tak – powtórzył. Zgniótł plastelinę w nieco krzywy sześcian, po czym z całych sił ścisnął w palcach. – Ja nie przejmuję się tak niczym. Pomyśl o tym, jakbyś kierowała ruchem. Grahame Coats to samochód, który zaparkował na podwójnej żółtej, ale odjechał, nim zdążyłaś wypisać mu mandat. Tak?<br />
– Jasne – odparła Daisy. – Oczywiście, przepraszam.<br />
– Świetnie.<br />
Wróciła za swoje biurko, weszła na wewnętrzne strony policji w sieci i przez parę godzin rozważała wszystkie opcje. W końcu wróciła do domu. Caroll siedziała przed telewizorem, oglądając Coronation Street i zajadając kurczaka korma z mikrofalówki.<br />
– Robię sobie przerwę – oznajmiła Daisy. – Jadę na wakacje.<br />
– Nie masz już urlopu – przypomniała jej Caroll.<br />
– Trudno – odparła Daisy. – Jestem już na to za stara.<br />
– Och. Dokąd się wybierasz?<br />
– Złapać pewnego przestępcę – wyjaśniła Daisy.</p>
<p>* * *</p>
<p>Gruby Charlie natychmiast polubił Caribbair. Może i byli międzynarodową linią lotniczą, ale przypominali raczej lokalnego przewoźnika autobusowego. Stewardesa mówiła mu „kochaniutki” i powiedziała, że może usiąść, gdzie dusza zapragnie.<br />
Wyciągnął się na trzech siedzeniach i zasnął. W swoim śnie wędrował pod miedzianym niebem milczącego, nieruchomego świata. Szedł w stronę Ptaka, większego niż miasto, Ptaka o płonących oczach i rozdziawionym dziobie. Gruby Charlie wmaszerował wprost w ów dziób i w głąb gardła olbrzyma.<br />
A potem, jak to bywa w snach, znalazł się w pomieszczeniu o ścianach pokrytych miękkimi piórami i oczami okrągłymi niczym wytrzeszczone oczy sów.<br />
Pośrodku pomieszczenia czekał Spider. Rozciągnięte ręce i nogi oplatały łańcuchy zrobione z kości podobnych do kostek z kurzej szyi. Łańcuchy wybiegały z kątów pokoju, przytrzymując go niczym muchę w pajęczej sieci.<br />
– A – rzekł Spider. – To ty.<br />
– Tak – odparł Gruby Charlie w swoim śnie.<br />
Kościane łańcuchy napięły się i wpiły w ciało Spidera. Gruby Charlie dostrzegł ból na jego twarzy.<br />
– No tak – rzekł. – Chyba mogło być gorzej.<br />
– Nie sądzę, żeby to był koniec – odparł jego brat. – Myślę, że ma co do mnie pewne plany. Co do nas obu. Po prostu nie wiem jeszcze, jakie.<br />
– To tylko ptaki – przypomniał Gruby Charlie. – Nie mogą być aż tak złe.<br />
– Słyszałeś kiedyś o Prometeuszu?<br />
– Eee&#8230;<br />
– Przekazał ludziom ogień, został ukarany przez bogów, przykuty do skały. Co dzień przylatywał do niego sęp i wyszarpywał mu wątrobę.<br />
– I nie zabrakło mu jej?<br />
– Codziennie odrastała, jak to u bogów.<br />
Zapadła cisza. Dwaj bracia patrzyli na siebie.<br />
– Jakoś to załatwię – oznajmił Gruby Charlie. – Naprawię to.<br />
– Tak jak naprawiłeś resztę swojego życia? – Spider uśmiechnął się bez cienia rozbawienia.<br />
– Przepraszam.<br />
– Nie, to ja przepraszam. – Spider westchnął. – Posłuchaj, masz jakiś plan?<br />
– Plan?<br />
– Rozumiem, że to znaczy nie. Po prostu zrób to co trzeba. Wyciągnij mnie stąd.<br />
– Czy ty jesteś w piekle?<br />
– Nie wiem gdzie jestem. Jeśli gdziekolwiek, to w ptasim piekle. Musisz mnie stąd wyciągnąć.<br />
– Jak?<br />
– Jesteś przecież synem taty, prawda? I moim bratem. Wymyśl coś. Po prostu mnie stąd wydostań.<br />
Gruby Charlie zbudził się, wstrząsany dreszczem. Stewardesa przyniosła mu kawę. Wypił z wdzięcznością. Teraz, gdy się obudził, nie miał ochoty więcej spać, zaczął zatem czytać magazyn Caribbair i uzyskał wiele użytecznych informacji na temat Saint Andrews.<br />
Dowiedział się, że Saint Andrews nie jest najmniejszą z Wysp Karaibskich, ale jedną z tych, o których ludzie zapominają najczęściej. Odkryli ją Hiszpanie około roku 1500, była wówczas bezludnym wierzchołkiem wulkanu, tętniącym życiem i oczywiście porośniętym bujną roślinnością. Powiadano, że cokolwiek posadzi się na Saint Andrews, z pewnością wyrośnie.<br />
Wyspa należała do Hiszpanów, potem do Brytyjczyków, potem do Holendrów, potem znów do Brytyjczyków, a potem na krótki czas, po uzyskaniu niepodległości w 1962, do majora F.E. Garretta, który przejął władzę, zerwał stosunki dyplomatyczne ze wszystkimi krajami prócz Albanii i Konga i rządził krajem żelazną ręką aż do swej pechowej śmierci po wypadnięciu z łóżka kilkanaście lat temu. Wypadł dość nieszczęśliwie, łamiąc sobie mnóstwo kości, mimo obecności w sypialni całego oddziału żołnierzy, którzy zeznali zgodnie, że próbowali bezskutecznie uratować majora Garretta przed upadkiem. Pomimo ich wysiłków major zmarł przed dotarciem do jedynego szpitala na wyspie. Od tego czasu Saint Andrews rządził łagodny, wybierany przez obywateli rząd i wyspa była przyjacielem wszystkich.<br />
Na wyspie były całe mile piaszczystych plaż. Jej środek porastał niezwykle mały las deszczowy. Rosły na niej banany i trzcina cukrowa, szczyciła się też systemem bankowym zachęcającym do inwestycji zagranicznych i zamiejscowych lokat oraz absolutnym brakiem umów ekstradycyjnych ze wszystkimi państwami, prócz być może Konga i Albanii.<br />
Jeśli Saint Andrews z czegoś słynęła, to ze swej kuchni. Mieszkańcy wyspy twierdzili, że smażyli pasemka z kurczaka wcześniej od Jamajczyków, przyrządzali curry z kozy wcześniej niż Trynidadczycy, smażyli latające ryby jeszcze przed Bajanami.<br />
Na Saint Andrews leżały dwa miasta – Williamstown po wschodniej stronie wyspy i Newcastle po północnej. Na ulicznych targowiskach można było kupić wszystko co rośnie na wyspie. Kilka supermarketów oferowało dokładnie te same towary za dwukrotnie wyższą cenę. Saint Andrews zamierzało dorobić się kiedyś prawdziwego lotniska międzynarodowego.<br />
Wśród mieszkańców panowały podzielone opinie na temat tego, czy głęboki port w Williamstown to coś dobrego, czy niekoniecznie. Niewątpliwie ściągał on na wyspę statki wycieczkowe, pływające wyspy pełne ludzi, którzy odmienili gospodarkę i naturę Saint Andrews, tak jak wielu innych karaibskich wysepek. W szczycie sezonu w zatoce Williamstown cumowało naraz do pół tuzina statków wycieczkowych. Tysiące ludzi czekały, by zejść na ląd, rozprostować kości i zrobić zakupy. A mieszkańcy Saint Andrews narzekali, marudzili, lecz witali gości z otwartymi ramionami, sprzedawali im różne rzeczy, karmili ich do wypęku i odsyłali z powrotem na statki.<br />
Samolot Caribbair wylądował z szarpnięciem, które sprawiło, że Gruby Charlie upuścił magazyn. Wsunął go z powrotem do kieszeni na plecach fotela i zszedł po schodkach na asfalt.<br />
Było późne popołudnie.<br />
Gruby Charlie pojechał taksówką do swego hotelu. Podczas jazdy dowiedział się kilku rzeczy, o których nie wspominano w magazynie Caribbair. Na przykład, że muzyka, prawdziwa muzyka, właściwa muzyka na wyspie to country and western. Na Saint Andrews nawet rastamani zdawali sobie z tego sprawę. Johnny Cash był bogiem, Willie Nelson półbogiem.<br />
Usłyszał też, że nie ma żadnych powodów, by ktokolwiek chciał opuszczać Saint Andrews. Taksówkarz długo się nad tym zastanawiał i sam nie widział absolutnie żadnych powodów. Na wyspie była jaskinia, góra i las deszczowy. Hotele? Dwadzieścia. Restauracje? Kilkadziesiąt. Było tam też duże miasto, trzy mniejsze i garść wiosek. Jedzenie? Wszystko tu rosło: pomarańcze, banany, gałka muszkatołowa.<br />
– A nawet – dodał taksówkarz – limonki.<br />
– Niemożliwe! – rzucił Gruby Charlie głównie po to, by wziąć udział w rozmowie.<br />
Kierowca potraktował to jako wyzwanie rzucone jego prawdomówności. Gwałtownie nadepnął pedał hamulca, tak mocno, że samochodem zarzuciło i zjechał na pobocze. Taksówkarz wyskoczył z wozu, sięgnął ponad ogrodzeniem, zerwał coś z drzewa i wrócił.<br />
– Spójrz pan – powiedział. – Nikt nie będzie mówił, że kłamię. Co to jest?<br />
– Limonka? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Właśnie.<br />
Taksówkarz z powrotem wjechał na drogę. Poinformował Grubego Charliego, że „Delfin” to znakomity hotel. Czy Gruby Charlie ma na wyspie rodzinę, znajomych?<br />
– Prawdę mówiąc – odparł Gruby Charlie – szukam tu kogoś. Kobiety.<br />
Taksówkarz uznał, że to wspaniały pomysł, bo Saint Andrews jest świetnym miejscem, jeśli chce się znaleźć kobietę. A to dlatego, że kobiety z Saint Andrews mają bujniejsze kształty niż kobiety z Jamajki i rzadziej łamią męskie serca niż Trynidadki. Do tego są piękniejsze niż kobiety z Dominikany i gotują lepiej niż jakiekolwiek inne na całej Ziemi. Jeśli Gruby Charlie naprawdę szuka kobiety, to przyjechał we właściwe miejsce.<br />
– Nie chodzi mi o byle jaką kobietę, lecz jedną, szczególną – wyjaśnił Gruby Charlie.<br />
Taksówkarz poinformował go, że to jego szczęśliwy dzień, bo on sam, taksówkarz, szczyci się tym, że zna każdego na całej wyspie. Jeśli spędza się gdzieś całe życie, dodał, to całkiem możliwe. Był gotów się założyć, że Gruby Charlie nie zna z widzenia wszystkich mieszkańców Anglii, i Gruby Charlie przyznał, iż tak jest w istocie.<br />
– To przyjaciółka rodziny – powiedział. – Nazywa się pani Higgler. Callyanne Higgler. Słyszał pan o niej?<br />
Taksówkarz przez chwilę milczał, najwyraźniej się zastanawiając. W końcu odparł, że nie, nigdy o niej nie słyszał. Po chwili zajechał przed hotel „Delfin” i Gruby Charlie mu zapłacił. Wszedł do środka. W recepcji siedziała młoda kobieta; pokazał jej paszport i numer rejestracji. Położył limonkę na ladzie.<br />
– Ma pan jakiś bagaż?<br />
– Nie – rzekł przepraszającym tonem Gruby Charlie.<br />
– Nic?<br />
– Nic, tylko tę limonkę.<br />
Wypełnił kilka formularzy i otrzymał klucz oraz wskazówki jak znaleźć pokój.<br />
Siedział właśnie w wannie, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Owinął się w pasie ręcznikiem. To był chłopiec na posyłki.<br />
– Zostawił pan w recepcji limonkę – oznajmił i wręczył ją Grubemu Charliemu.<br />
– Dzięki.<br />
Gruby Charlie wrócił do wanny. Potem położył się do łóżka i osunął w otchłań nieprzyjemnych snów.</p>
<p>* * *</p>
<p>W swym domu na szczycie skał Grahame Coats także śnił niezwykłe sny, mroczne, niepokojące, choć nie do końca nieprzyjemne. Po przebudzeniu nie pamiętał ich dokładnie, lecz rankiem otwierał oczy z dziwnym wrażeniem, że w nocy polował na małe stworzenia wśród wysokich traw, mordował je uderzeniem łapy, rozszarpywał ciała zębami.<br />
W snach jego zęby były narzędziem zniszczenia.<br />
Budził się z tych snów niespokojny, lekko podładowany. Gotów na nowy dzień.<br />
I nowy dzień zaczynał się każdego ranka. Zaledwie po tygodniu rozstania ze starym życiem Grahame Coats zaczynał doświadczać frustracji uciekiniera. Owszem, miał basen, a także drzewa kakaowe, grejpfruty i muszkatołowce. Miał pełną piwnicę na wino i pustą piwnicę na mięso oraz skomplikowany sprzęt grający. Miał telewizję satelitarną, dużą kolekcję DVD, nie mówiąc już o sztuce – dziełach sztuki, wartych tysiące dolarów i wiszących na wszystkich ścianach. Miał kucharkę, która zjawiała się każdego ranka i gotowała mu posiłki, gosposię i ogrodnika (małżeństwo, przychodzące co dzień na parę godzin). Jedzenie było świetne, klimat, jeśli ktoś lubi ciepłe, słoneczne dni, idealny – i nic z tego nie cieszyło Grahame&#8217;a Coatsa tak, jak według niego powinno. Od wyjazdu z Anglii nie golił się, nie zdołał jednak wyhodować brody, a zaledwie cieniutką warstwę rzadkiego zarostu, która nadaje mężczyznom podejrzany wygląd. Jego oczy tkwiły w oczodołach ciemnych jak u pandy, a worki pod nimi miał tak wyraźne, że przypominały sińce.<br />
Co dzień pływał rano w basenie, poza tym jednak unikał słońca. Powtarzał sobie często, że nie po to, uciekając się do nielegalnych metod, zgromadził fortunę, by stracić ją z powodu raka skóry. Czy też czegokolwiek innego.<br />
Za dużo myślał o Londynie. W Londynie w każdej z jego ulubionych restauracji czekał szef sali, który zwracał się do niego po nazwisku i pilnował, by niczego mu nie zabrakło. W Londynie żyli ludzie, którzy byli mu coś winni, i bez żadnych problemów zdobywał bilety na premiery. Nie mówiąc już o tym, że w Londynie były teatry, do których można było chodzić na premiery. Zawsze uważał, że będzie z niego świetny wygnaniec. Teraz zaczynał podejrzewać, że się mylił.<br />
Ponieważ potrzebował kogoś, kogo mógłby obwiniać, doszedł do wniosku, że wszystko to jest winą Maeve Livingstone. To ona go podpuściła. Próbowała go okraść. Była intrygantką, dziwką i ladacznicą, zasłużyła na wszystko co ją spotkało. I tak potraktował ją łagodnie. Wyobraził sobie, że udziela wywiadu w telewizji, i usłyszał własny głos, głos zranionej niewinności, wyjaśniający, że bronił tylko swojego majątku i honoru przed niebezpieczną wariatką. Szczerze mówiąc, tylko cud sprawił, że zdołał ujść z tego z życiem&#8230;<br />
Poza tym lubił być Grahame&#8217;em Coatsem. Teraz, jak zawsze na wyspie, stał się Basilem Finneganem, i to go wkurzało. Zupełnie nie czuł się jak Basil. Jego basilowatość stanowiła efekt ciężkiej pracy. Oryginalny Basil zmarł w niemowlęctwie; przyszedł na świat mniej więcej w tym samym czasie co Grahame. Wystarczyła kopia aktu urodzenia i list od nieistniejącego pastora, by Grahame zdobył paszport i nową tożsamość. Utrzymywał ją przy życiu – Basil miał znakomitą historię kredytową, Basil podróżował do egzotycznych krajów, Basil kupił luksusową posiadłość na Saint Andrews, nie oglądając jej nawet wcześniej. Lecz w umyśle Grahame&#8217;a Basil cały czas pracował dla niego, a teraz sługa stał się panem. Basil Finnegan pożarł go żywcem.<br />
– Jeśli tu zostanę – powiedział Grahame Coats – oszaleję.<br />
– Co pan mówił? – spytała gospodyni, zaglądając z miotełką w dłoni przez drzwi sypialni.<br />
– Nic – odparł Grahame Coats.<br />
– Coś jakby, że jeśli pan tu zostanie, oszaleje pan. Powinien pan pójść na spacer. Spacery są dobre dla zdrowia.<br />
Grahame Coats nie chodził na spacery – miał ludzi, którzy robili to dla niego. Ale, pomyślał, być może Basil Finnegan lubi spacerować. Założył zatem kapelusz z szerokim rondem, zamienił sandały na wygodne buty, wziął komórkę, polecił ogrodnikowi, by odebrał go, gdy zadzwoni, i wyruszył z domu nad przepaścią w stronę najbliższego miasteczka.<br />
Świat jest bardzo mały. Nie trzeba żyć na nim zbyt długo, by się o tym przekonać. Istnieje teoria, że na całym świecie żyje zaledwie pięćset prawdziwych osób (coś w rodzaju obsady; reszta ludzi na świecie, sugeruje teoria, to jedynie statyści), a co więcej, wszyscy ci ludzie się znają. I rzeczywiście to prawda, przynajmniej w pewnym sensie. W istocie świat tworzą tysiące tysięcy grup liczących po pięćset osób, które przez całe życie wpadają na siebie, próbują się unikać i nagle spotykają się zupełnie nieoczekiwanie w herbaciarni w Vancouver. Proces ten jest nieunikniony, to nie kwestia przypadku. Tak po prostu działa świat, nie przejmując się przyzwoitością i pragnieniami jednostek.<br />
I tak Grahame Coats wmaszerował do niewielkiej kawiarenki przy drodze do Williamstown, zamierzając kupić sobie coś do picia i usiąść na chwilę, by zadzwonić po ogrodnika, który go stąd odbierze.<br />
Zamówił fantę i siadł przy stoliku. Lokal był w zasadzie pusty; w najdalszym kącie dostrzegł tylko dwie kobiety, młodszą i starszą. Popijały kawę i wypisywały pocztówki.<br />
Grahame Coats wyjrzał na zewnątrz na plażę po drugiej stronie drogi. To raj, pomyślał. Może powinien zaangażować się bardziej w miejscową politykę, zacząć sponsorować artystów? Przekazał już kilka sporych dotacji wyspiarskiej policji, a warto chyba dopilnować, by&#8230;<br />
W tym momencie usłyszał dobiegający zza pleców pełen podniecenia głos, pytający z wahaniem.<br />
– Pan Coats? – Serce zabiło mu gwałtownie. Obok niego usiadła młodsza z kobiet. Miała czarujący, ciepły uśmiech. – Zabawne, że tu pana spotykam – rzekła. – Też jest pan na wakacjach?<br />
– Coś w tym guście. – Nie miał pojęcia co to za kobieta.<br />
– Pamięta mnie pan, prawda? Rosie Noah. Kiedyś spotykałam się z Charliem Nancy. Tak?<br />
– Witaj, Rosie. Tak, oczywiście.<br />
– Jestem w rejsie, razem z mamą. Mama wciąż jeszcze pisze kartki do domu.<br />
Grahame Coats obejrzał się przez ramię na tył małej kawiarenki i poczuł na sobie nieprzychylny wzrok czegoś przypominającego południowoamerykańską mumię w sukience w kwiaty.<br />
– Szczerze mówiąc – ciągnęła Rosie – chyba nie jestem wielbicielką rejsów. Dziesięć dni pływania od wyspy do wyspy. Miło zobaczyć znajomą twarz, prawda?<br />
– Absowicie – odparł Grahame Coats. – Czy mam założyć, że ty i Charles nie jesteście już, no wiesz, parą?<br />
– Tak – odparła. – Chyba tak. To znaczy, nie jesteśmy.<br />
Grahame Coats uśmiechnął się współczująco. Zabrał swoją fantę i wraz z Rosie podszedł do stolika w kącie. Matka Rosie promieniowała głęboką niechęcią, niczym stary, żelazny kaloryfer chłodem w letnim pomieszczeniu. Lecz Grahame Coats był niezwykle czarujący, usłużny i zgadzał się z nią we wszystkim.<br />
Istotnie, to oburzające, na co pozwalają sobie w dzisiejszych czasach firmy wycieczkowe. Okropne, jak nieuważna stała się administracja statków. Szokujące, jak niewiele jest do roboty na wyspach. I bez cienia wątpliwości skandaliczne, na co muszą zgadzać się pasażerowie. Dziesięć dni bez wanny, w kabinie z jedynie maleńkim prysznicem? Skandal.<br />
Matka Rosie opowiedziała mu o paru dość imponujących waśniach, do jakich zdołała doprowadzić z kilkoma amerykańskimi pasażerami. Z tego, co zrozumiał Grahame Coats, ich podstawową zbrodnią było nakładanie zbyt wielkich porcji na talerze przy szwedzkim stole na pokładzie „Ataku skikania” oraz opalanie się w miejscu na pokładzie rufowym, które matka Rosie już pierwszego dnia uznała za swoją wyłączną własność.<br />
Grahame Coats przytakiwał i wydawał współczujące pomruki, a witriol spływał po nim do wtóru cmoknięć i chrząknięć, aż w końcu matka Rosie uznała, że tym razem może zapomnieć o niechęci do zarówno nieznajomych, jak i ludzi w jakikolwiek sposób powiązanych z Grubym Charliem, i gadała, gadała, gadała. Grahame Coats ledwo ją słuchał. Grahame Coats rozmyślał.<br />
Byłoby wielce niefortunne, myślał, gdyby ktoś akurat teraz wrócił do Londynu i poinformował władze, że spotkał Grahame&#8217;a Coatsa na Saint Andrews. Któregoś dnia zostanie rozpoznany, to nieuniknione, ale może nieuniknione da się jakoś opóźnić.<br />
– Pozwólcie – rzekł głośno – że zaproponuję rozwiązanie przynajmniej jednego problemu. Niedaleko stąd mam letni dom, całkiem ładny dom, przynajmniej według mnie. A jeśli jest w nim czegoś nadmiar, to właśnie wanien. Może odwiedzicie mnie i zażyjecie kąpieli?<br />
– Nie, dziękuję – odparła Rosie.<br />
Gdyby się zgodziła, można uznać za pewnik, iż jej matka przypomniałaby, że muszą wracać do portu w Williamstown, skąd nieco później łódź zabierze je na statek, a następnie upomniała Rosie, że przyjmuje podobne zaproszenia od kompletnie obcej osoby. Ale Rosie odmówiła.<br />
– To niezwykle uprzejme z pańskiej strony – powiedziała jej matka. – Będzie nam bardzo miło.<br />
Wkrótce potem przed kawiarnię zajechał czarnym mercedesem ogrodnik. Grahame Coats otworzył tylne drzwiczki przed Rosie i jej matką. Zapewnił, że absowicie dostarczą je do portu przed odpłynięciem ostatniej łodzi.<br />
– Dokąd, panie Ferguson? – spytał ogrodnik.<br />
– Do domu – rzekł.<br />
– Panie Ferguson? – zdziwiła się Rosie.<br />
– To stare nazwisko rodowe – wyjaśnił Grahame Coats z absolutnym przekonaniem: w końcu gdzieś musiała istnieć taka rodzina.<br />
Zamknął drzwi i przeszedł na przód wozu.</p>
<p>* * *</p>
<p>Maeve Livingstone zabłądziła. A zaczęło się tak obiecująco: chciała wrócić do domu, do Pontefract. Coś zamigotało, zerwał się potężny wiatr i w jednym szarpnięciu ektoplazmy znalazła się na miejscu. Po raz ostatni przeszła się po domu, a potem wyszła na dwór, na jesienny deszcz. Zapragnęła odwiedzić siostrę w Rye i nim zdołała o tym pomyśleć, stała już w jej ogrodzie, patrząc, jak siostra wyprowadza na spacer spaniela.<br />
Wydawało jej się to takie łatwe.<br />
W tym momencie postanowiła, że chce zobaczyć Grahame&#8217;a Coatsa, i wtedy wszystko poszło nie tak. Przez moment znalazła się z powrotem w biurze przy Aldwych, potem w pustym domu w Purley, który pamiętała z niewielkiego przyjęcia, jakie Grahame Coats urządził dziesięć lat wcześniej, i&#8230;<br />
I wtedy zabłądziła. A każda kolejna próba dotarcia gdziekolwiek tylko pogarszała sprawę.<br />
Maeve Livingstone nie miała pojęcia, gdzie jest teraz. Wyglądało to jak jakiś ogród.<br />
Krótka, gwałtowna ulewa zmoczyła wszystko prócz niej; teraz ziemia parowała i Maeve zrozumiała, że nie jest w Anglii. Zaczynało zmierzchać. Usiadła na ziemi i pociągnęła nosem.<br />
Daj spokój, upomniała się w duchu. Maeve Livingstone, pozbieraj się dziewczyno. Lecz wkrótce pociąganie nosem zmieniło się w szlochanie.<br />
– Może chusteczkę? – usłyszała czyjś głos.<br />
Maeve uniosła głowę. Starszy dżentelmen w zielonym kapeluszu i z małym wąsikiem podsuwał jej chusteczkę. Pokiwała głową.<br />
– Pewnie i tak zda się na nic. Nie zdołam jej dotknąć.<br />
Uśmiechnął się współczująco i wręczył jej chustkę. Nie przeniknęła przez palce, toteż Maeve wydmuchnęła nos i otarła oczy.<br />
– Dziękuję. Przepraszam za to. To dla mnie trochę za wiele.<br />
– Bywa – odparł mężczyzna, mierząc ją uważnym spojrzenie. – Czym ty jesteś? Duppym?<br />
– Nie – odparła. – Chyba nie. Co to jest duppy?<br />
– Duch – wyjaśnił.<br />
Cienki wąsik sprawiał, że przypominał Caba Callowaya albo może Dona Ameche, jedną z tych gwiazd, które się starzeją, lecz nie przestają być gwiazdami. Kimkolwiek był ów starszy mężczyzna, nadal pozostawał gwiazdą.<br />
– Ach, no tak. Jasne. Owszem, jestem jednym z nich. Uhm. A pan?<br />
– Mniej więcej. W każdym razie nie żyję.<br />
– Och. Mogłabym spytać, gdzie jestem?<br />
– Jesteśmy na Florydzie – odparł – na cmentarzu. Dobrze, że mnie znalazłaś. Wybierałem się właśnie na spacer. Pójdziesz ze mną?<br />
– Nie powinien pan leżeć w grobie? – spytała z wahaniem.<br />
– Nudziło mi się – wyjaśnił. – Pomyślałem, że przejdę się trochę i może złapię jakąś rybkę.<br />
Zawahała się, ale w końcu skinęła głową. Dobrze było z kimś pogadać.<br />
– Chcesz posłuchać historii? – spytał starszy mężczyzna.<br />
– Niespecjalnie – przyznała.<br />
Pomógł jej wstać i razem wyszli z Ogrodu Spoczynku.<br />
– Nie ma sprawy. W takim razie będę się streszczał, żeby nie trwała zbyt długo. Mógłbym opowiedzieć jedną z historii, które ciągną się tygodniami. Wszystko sprowadza się do szczegółów, tego co uwzględniasz i co pomijasz. Jeśli wyrzucisz pogodę i ubrania ludzi, możesz wykreślić połowę historii. Kiedyś opowiadałem taką&#8230;<br />
– Proszę posłuchać – wtrąciła. – Jeśli zamierza pan opowiedzieć historię, to proszę po prostu to zrobić, dobrze?<br />
Wędrówka o zmierzchu poboczem drogi zupełnie jej nie zachwycała. Co prawda, przypomniała sobie, że przejeżdżający samochód nic jej nie zrobi, ale w żaden sposób nie poczuła się przez to pewniej.<br />
Starszy mężczyzna zaczął mówić – cicho, rytmicznie.<br />
– Musisz zrozumieć – rzekł – że gdy mówię Tygrys, nie chodzi tylko o pasiastego kota z Indii. Ludzie nazywają tak wszystkie wielkie koty – pumy, rysie, jaguary, wszystkie. Rozumiesz?<br />
– Oczywiście.<br />
– To dobrze. A zatem&#8230; Dawno, dawno temu – zaczął – Tygrys miał wszystkie historie. Wszystkie historie, jakie kiedykolwiek istniały, były historiami Tygrysa, wszystkie pieśni były pieśniami Tygrysa. Dodałbym też, że wszystkie żarty były żartami Tygrysa, ale w czasach Tygrysa nie opowiadano żadnych żartów. W historiach Tygrysa liczy się tylko to, jak silne masz zęby, jak polujesz i jak zabijasz. Nie ma w nich miejsca na łagodność, spryt, podstępy i spokój.<br />
Maeve próbowała sobie wyobrazić, jakie historie mógłby opowiadać wielki kot.<br />
– To znaczy, że były pełne przemocy?<br />
– Czasami, ale w większości były po prostu złe. Czasy, kiedy wszystkie historie i pieśni należały do Tygrysa, były złe dla wszystkich. Ludzie przybierają kształty otaczających ich pieśni i historii, zwłaszcza jeśli nie mają własnych pieśni. A w czasach Tygrysa wszystkie pieśni były mroczne. Zaczynały się we łzach, kończyły we krwi, a ludzie z całego świata znali wyłącznie te opowieści. A potem zjawił się Anansi. Pewnie wiesz wszystko o Anansim.<br />
– Raczej nie – wtrąciła Maeve.<br />
– Cóż, gdybym zaczął ci dziś opowiadać, jak sprytny, przystojny, uroczy i przebiegły był Anansi, nie skończyłbym do przyszłego czwartku – oznajmił starszy mężczyzna.<br />
– To nie zaczynaj – ucięła Maeve. – Uwierzę ci na słowo. I co zrobił ów Anansi?<br />
– Anansi zdobył historie. Zdobył? Nie, zasłużył na nie. Odebrał je Tygrysowi i sprawił, że Tygrys nie może już wkraczać do świata rzeczywistego, nie w postaci cielesnej. Historie, które opowiadali ludzie, stały się historiami Anansiego. Działo się to dziesięć, nie, piętnaście tysięcy lat temu. Historie Anansiego są pełne dowcipu, sprytu i mądrości. Na całym świecie ludzie przestali myśleć wyłącznie o byciu myśliwym bądź ofiarą. Zaczęli używać rozumu do rozwiązania kłopotów, choć czasem rozum wpędzał ich w jeszcze większe kłopoty. Wciąż muszą napełniać brzuchy, ale teraz próbują wymyślić, jak to zrobić bez pracy – i dzięki temu ludzie zaczęli posługiwać się rozumem. Niektórzy twierdzą, że pierwsze narzędzia służyły jako broń, ale to nieprawda. Było zupełnie odwrotnie. Najpierw ludzie wymyślili narzędzia; to laska stała się pałką, nigdy odwrotnie. Bo teraz ludzie opowiadają historie Anansiego i myślą o tym, jak zakosztować pocałunków, jak dostać coś za nic dzięki sprytowi i dowcipowi. To wtedy zaczęli naprawdę tworzyć świat.<br />
– To tylko ludowa bajka – zauważyła Maeve. – Ludzie sami stworzyli wszystkie opowieści.<br />
– A czy to cokolwiek zmienia? – spytał stary mężczyzna. – Może Anansi to tylko postać z bajek wymyślona w Afryce, u zarania dziejów, przez chłopca o nodze dotkniętej czarną zgnilizną, wlokącego kulę w piachu i opowiadającego zabawne historyjki o człowieku ulepionym ze smoły? Czy to cokolwiek zmienia? Ludzie reagują na historie, sami je opowiadają. Historie rozprzestrzeniają się, a gdy ktoś je opowiada, zmieniają opowiadającego. I nagle lud, który dotąd myślał tylko o tym jak uciekać przed lwami i trzymać się dość daleko od rzeki, by krokodyle nie miały uczty, zaczyna marzyć o zupełnie nowym miejscu pod słońcem. Świat nadal jest ten sam, ale zmieniło się tło. Rozumiesz? Ludzie wciąż mają tę samą historię, tę, w której się rodzą, robią różne rzeczy i umierają. Lecz obecnie ta historia znaczy co innego niż przedtem.<br />
– Twierdzisz zatem, że przed historiami o Anansim świat był złym i dzikim miejscem?<br />
– Owszem, mniej więcej.<br />
Maeve przetrawiła jego słowa.<br />
– No to – rzekła radośnie – musimy się cieszyć, że teraz historie należą do Anansiego.<br />
Stary mężczyzna przytaknął.<br />
– A czy Tygrys nie chce ich odzyskać?<br />
Ponownie skinął głową.<br />
– Chce je odzyskać od dziesięciu tysięcy lat.<br />
– Ale ich nie dostanie?<br />
Mężczyzna nie odpowiedział. Spojrzał w dal, w końcu wzruszył ramionami.<br />
– Źle by było, gdyby je dostał.<br />
– A co z Anansim?<br />
– Anansi nie żyje – oznajmił stary mężczyzna. – A duppy niewiele może zdziałać.<br />
– Sama jestem duppy – oznajmiła – i nie spodobała mi się ta uwaga.<br />
– Duppy nie mogą dotknąć żywych istot. Pamiętasz?<br />
Przez chwilę zastanawiała się.<br />
– Co zatem mogę dotknąć? – spytała w końcu.<br />
Wyraz, który przemknął po twarzy starszego mężczyzny, był jednocześnie łobuzerski i chytry.<br />
– No – odparł – mogłabyś dotknąć mnie.<br />
– Musisz wiedzieć – oznajmiła z udawaną urazą – że jestem mężatką.<br />
Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Był to słodki uśmiech, łagodny, jednocześnie ciepły i niebezpieczny.<br />
– Ogólnie rzecz biorąc, tego rodzaju kontrakty trwają jedynie, dopóki śmierć nas nie rozłączy.<br />
Maeve nie dała się przekonać.<br />
– Chodzi o to – ciągnął – że jesteś niematerialna. Możesz dotykać wyłącznie rzeczy niematerialnych. Takich jak ja. Na przykład, gdybyś chciała, moglibyśmy wybrać się na tańce. Niedaleko stąd jest takie miejsce. Nikt nie zauważy pary duppych na parkiecie.<br />
Maeve zastanowiła się. Od bardzo dawna nie była na tańcach.<br />
– Dobrze tańczysz? – spytała.<br />
– Nikt się nigdy nie skarżył – odparł starszy mężczyzna.<br />
– Chcę znaleźć człowieka, żywego człowieka. Grahame&#8217;a Coatsa. Pomożesz mi?<br />
– Z pewnością zdołam wskazać ci właściwy kierunek. To co, zatańczysz?<br />
Na jej wargach zaigrał leciutki uśmiech.<br />
– A prosisz?</p>
<p>Łańcuchy wiążące Spidera opadły; ból, ciągły, przeszywający niczym paskudny ból zęba, tyle że ogarniający całe ciało, zaczął słabnąć.<br />
Spider postąpił krok naprzód.<br />
Przed sobą ujrzał coś, co przypominało rozdarcie w niebie. Ruszył ku niemu.<br />
W dali widział wyspę. Dostrzegał niewielką górę pośrodku wyspy, a także czyste, błękitne niebo, rozkołysane palmy, szybującą wysoko białą mewę. Lecz na jego oczach świat zaczął się cofać, zupełnie jakby oglądał go z niewłaściwej strony lunety. Wyspa malała, wymykała mu się i im szybciej ku niej biegł, tym stawała się odleglejsza.<br />
W końcu zamieniła się w odbicie w kałuży wody, a potem zniknęła zupełnie.<br />
Był w jaskini. Wszystkie krawędzie wydawały się bardzo ostre – ostrzejsze i wyraźniejsze niż gdziekolwiek indziej. To było zupełnie inne miejsce.<br />
Stała w wylocie jaskini, między nim i otwartą przestrzenią. Znał ją, patrzyła mu w twarz w greckiej restauracji w południowym Londynie, a z jej ust wylatywały ptaki.<br />
– Wiesz – rzekł Spider – muszę stwierdzić, że masz dość osobliwe pojęcie o gościnności. Gdybyś przybyła do mego świata, przyrządziłbym kolację, otworzył butelkę wina, włączył dyskretną muzykę, zapewnił ci niezapomniany wieczór.<br />
Twarz miała obojętną, wyrzeźbioną z czarnej skały. Wiatr szarpał rąbek starego brązowego płaszcza. A potem odezwała się i jej głos zabrzmiał wysoko, samotnie, niczym krzyk odległej mewy.<br />
– Zabrałam cię – oznajmiła. – Teraz go wezwiesz.<br />
– Wezwę? Kogo?<br />
– Będziesz beczał – powiedziała. – Będziesz jęczał. Twój strach go podnieci.<br />
– Spider nie beczy – oznajmił, nie do końca pewien, czy to prawda.<br />
Spojrzały na niego oczy, czarne i lśniące niczym kawałki obsydianu. Przypominały czarne dziury, nie wypuszczały niczego, nawet informacji.<br />
– Jeśli mnie zabijesz – oznajmił Spider – spadnie na ciebie moja klątwa.<br />
Zastanawiał się, czy faktycznie ma klątwę. Pewnie tak. A jeśli nawet nie, z pewnością zdołałby coś zaimprowizować.<br />
– To nie ja cię zabiję.<br />
Uniosła dłoń, tyle że nie była to dłoń, lecz szpon drapieżnego ptaka. Przejechała mu po twarzy i piersi; ostre pazury wbijały się w ciało, rozdzierały skórę.<br />
Nie bolało, choć Spider wiedział, że ból wkrótce nadejdzie.<br />
Na jego piersi rozkwitły szkarłatne plamy krwi, czerwone krople ściekały mu z twarzy. Zapiekły go oczy, na wargach poczuł własną krew, czuł jej smak i metaliczny zapach w powietrzu.<br />
– Teraz – oznajmiła odległym krzykiem ptaków – teraz zaczyna się twoja śmierć.<br />
– Oboje jesteśmy rozsądnymi istotami – powiedział szybko Spider. – Pozwól, że przedstawię ci być może bardziej atrakcyjny, alternatywny scenariusz, który mógłby okazać się zyskowny dla nas obojga.<br />
Cały czas uśmiechał się pogodnie, jego słowa zabrzmiały bardzo przekonująco.<br />
– Za dużo gadasz – oświadczyła i pokręciła głową. – Koniec z gadaniem.<br />
A potem sięgnęła do jego ust ostrymi szponami i jednym gwałtownym szarpnięciem wyrwała mu język.<br />
– Proszę – dodała. A po chwili, jakby go żałując, dotknęła twarzy Spidera niemal delikatnym gestem i szepnęła: – Śpij.<br />
Zasnął.</p>
<p>* * *</p>
<p>Matka Rosie, już wykąpana, wyglądała na odświeżoną, ożywioną i niemal promieniała.<br />
– Zanim odwiozę panie do Williamstown, czy mógłbym oprowadzić was szybko po mym domu? – spytał Grahame Coats.<br />
– Dzięki, ale musimy już wracać na statek – rzekła Rosie, której nie udało się przekonać samej siebie, że chce wziąć kąpiel w jego domu.<br />
Jej matka spojrzała na zegarek.<br />
– Mamy jeszcze półtorej godziny, powrót do portu potrwa najwyżej kwadrans. Okaż trochę wdzięczności, Rosie. Z przyjemnością obejrzymy pański dom.<br />
Zatem Grahame Coats pokazał im salon, gabinet, bibliotekę, pokój telewizyjny, jadalnię, kuchnię i basen. Otworzył drzwi pod schodami, które wyglądały, jakby wiodły do schowka na szczotki, i poprowadził obie kobiety po drewnianych stopniach do kamiennej piwnicy na wino. Pokazał im samo wino, niemal w całości kupione razem z domem. Ruszył na drugi koniec piwnicy na wino, do pustego pomieszczenia, które w czasach przed istnieniem lodówek służyło jako piwnica na mięso. Zawsze panował w nim chłód, z sufitu zwisały ciężkie łańcuchy zakończone pustymi hakami, na których kiedyś wieszano trupy zwierząt. Grahame Coats uprzejmie przytrzymał ciężkie żelazne drzwi, przepuszczając swych gości.<br />
– Wiecie – rzekł nagle – właśnie coś sobie uświadomiłem. Włącznik światła jest po tamtej stronie. Chwileczkę.<br />
Wyszedł i zatrzasnął za nimi drzwi, a następnie błyskawicznie zasunął rygle.<br />
Ze stojaka zabrał zakurzoną butelkę Chablis Premier Cru rocznik 1995.<br />
Energicznym krokiem wrócił na górę i poinformował całą trójkę służby, że daje im wolny tydzień.<br />
Gdy wędrował schodami do gabinetu, miał wrażenie, jakby coś bezdźwięcznie stąpało za nim. Kiedy jednak odwrócił głowę, niczego nie dostrzegł. Dodało mu to dziwnej otuchy. Znalazł korkociąg, otworzył butelkę i nalał sobie kieliszek wina. Wypił je, i choć dotąd nie przepadał za czerwonym winem, odkrył, że żałuje, że trunek nie jest bogatszy, cięższy, ciemniejszy. Powinien mieć barwę krwi, pomyślał.<br />
Wysączywszy drugi kieliszek chablis, uświadomił sobie, że obwiniał za swe nieszczęście niewłaściwą osobę. Zrozumiał, że Maeve Livingstone była tylko pionkiem. Nie, człowiekiem, który doprowadził do tego wszystkiego, był w sposób oczywisty i niewątpliwy Gruby Charlie. Bez jego wścibstwa, karygodnego wtargnięcia do systemu komputerowego Grahame&#8217;a Coatsa on sam, Grahame Coats, nie przebywałby tu teraz, na wygnaniu, niczym jasnowłosy Napoleon na cudownej, słonecznej Elbie. Nie znalazłby się w niebezpiecznych opałach z dwiema kobietami uwięzionymi w piwnicy na mięso. Gdyby tu był Gruby Charlie, pomyślał, rozszarpałbym mu gardło zębami. Ta myśl wstrząsnęła nim, lecz jednocześnie dziwnie go podnieciła. Nikt nie powinien zadzierać z Grahame&#8217;em Coatsem.<br />
Nadszedł wieczór, Grahame Coats patrzył ze swego okna na „Atak skikania” przepływający pod urwiskiem i niknący w zachodzącym słońcu. Zastanawiał się, jak szybko na statku zorientują się, że brakuje im dwóch pasażerek. Pomachał mu nawet na pożegnanie.</p>
<p>W hotelu „Delfin” był nawet konsjerż, młody człowiek w okularach, zatopiony w lekturze książki z różą i pistoletem na okładce.<br />
– Próbuję kogoś znaleźć – oznajmił Gruby Charlie. – Na wyspie.<br />
– Kogo?<br />
– Pewną panią, Callyanne Higgler. Przyjechała tu z Florydy. To stara przyjaciółka mojej rodziny.<br />
Młody człowiek zamknął z namysłem książkę, a potem zmierzył Grubego Charliego spojrzeniem zmrużonych oczu. Kiedy ludzie robią to w książkach, ich twarze natychmiast przybierają wyraz niebezpiecznej czujności. W rzeczywistości jednak konsjerż wyglądał, jakby walczył z gwałtownym atakiem senności.<br />
– Pan jest ten człowiek z limonką?<br />
– Słucham?<br />
– Człowiek z limonką.<br />
– Tak, chyba tak.<br />
– Mogę ją zobaczyć, nuh?<br />
– Moją limonkę?<br />
Młody mężczyzna przytaknął z powagą.<br />
– Nie może pan. Zostawiłem ją w pokoju.</p>
<p>– Ale jest pan człowiekiem z limonką?<br />
– Pomoże mi pan znaleźć panią Higgler? Czy na wyspie są jacyś Higglerowie? Macie może książkę telefoniczną, w której mógłbym sprawdzić? Liczyłem, że znajdę ją w hotelu.<br />
– To dość popularne nazwisko, wie pan – odparł konsjerż. – Książka telefoniczna raczej nie pomoże.<br />
– Jak bardzo popularne?<br />
– Ujmijmy to w ten sposób – rzekł tamten. – Ja na przykład nazywam się Benjamin Higgler. Ta dziewczyna w recepcji to Amerila Higgler.<br />
– Ach, no tak. Mnóstwo Higglerów na wyspie. Rozumiem.<br />
– Przyjechała tu na festiwal muzyczny?<br />
– Słucham?<br />
– Będzie trwał przez cały tydzień.<br />
Wręczył Grubemu Charliemu ulotkę informującą, że Willie Nelson (występ odwołany) będzie gwiazdą festiwalu muzycznego Saint Andrews.<br />
– Czemu odwołał występ?<br />
– Z tego samego powodu, z jakiego w zeszłym roku odwołał Garth Brooks. Nikt mu w ogóle o nim nie powiedział.<br />
– Nie sądzę, by przyjechała na festiwal. Naprawdę muszę ją znaleźć, ma coś czego szukam. Będąc na moim miejscu, jak by się pan zabrał do poszukiwań?<br />
Benjamin Higgler sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął mapę wyspy.<br />
– Jesteśmy tutaj, na południe od Williamstown – zaczął, stawiając flamastrem kropkę na papierze.<br />
Następnie naszkicował szybko plan kampanii dla Grubego Charliego. Podzielił wyspę na fragmenty, które można z łatwością objechać w ciągu dnia na rowerze, zaznaczył krzyżykami wszystkie sklepy z rumem i kawiarenki. Zakreślił kółka wokół atrakcji turystycznych.<br />
Potem wypożyczył Grubemu Charliemu rower.<br />
Gruby Charlie popedałował na południe.<br />
Na Saint Andrews istniały kanały przepływu informacji, których Gruby Charlie (w głębi ducha wierzący święcie, że palmy kokosowe i telefony komórkowe powinny wykluczać się nawzajem) w ogóle się nie spodziewał. Nieważne z kim rozmawiał – starcami grającymi w cieniu w warcaby, kobietami o piersiach jak arbuzy, pośladkach jak poduszki i melodyjnym śmiechu, rozsądną, młodą dziewczyną w biurze turystycznym, brodatym rastamanem w czapeczce w narodowych barwach Jamajki i czymś co przypominało wełnianą minispódniczkę – wszyscy odpowiadali to samo.<br />
– To pan jest ten z limonką?<br />
– Chyba tak.<br />
– Niech pan pokaże limonkę.<br />
– Zostawiłem ją w hotelu. Posłuchajcie, próbuję odnaleźć Callyanne Higgler. Ma około sześćdziesiątki, Amerykanka, zawsze trzyma w ręce wielki kubek z kawą.<br />
– Nigdy o niej nie słyszałem.<br />
Gruby Charlie odkrył wkrótce, że jazda na rowerze po wyspie wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem. Podstawowy środek transportu na Saint Andrews stanowiły minibusy: nielicencjonowane, niebezpieczne, zawsze przepełnione, pędziły po drogach, trąbiąc donośnie i hamując z piskiem, pokonując zakręty na dwóch kołach i ufając, że pasażerowie przeważą i nie pozwolą im się wywrócić. Gruby Charlie kilkanaście razy był o włos od śmierci i uniknął jej tylko dzięki łoskotowi perkusji i basów grzmiących w głośnikach każdego autobusu. Wyczuwał je w głębi żołądka, jeszcze nim usłyszał ryk silnika, i miał dość czasu, by zjechać na pobocze.<br />
Choć żaden z ludzi, z którymi rozmawiał, nie zdołał mu pomóc, wszyscy zachowywali się niezwykle przyjaźnie. Gruby Charlie kilka razy podczas swej ekspedycji na południe zatrzymywał się i napełniał butelkę z wodą w kawiarenkach i prywatnych domach. Wszyscy ogromnie cieszyli się na jego widok, choć nie słyszeli o pani Higgler. W porze kolacji wrócił do hotelu „Delfin”.<br />
Następnego dnia pojechał na północ. Późnym popołudniem, w drodze powrotnej do Williamstown, zatrzymał się na szczycie skał, zsiadł i podprowadził rower do furtki luksusowego samotnego domu stojącego nad zatoką. Nacisnął przycisk domofonu i powiedział „Dzień dobry?”, ale nikt nie zareagował. Na podjeździe parkował wielki czarny samochód. Gruby Charlie zastanawiał się, czy może dom nie stoi pusty, lecz w oknie na piętrze poruszyła się zasłona. Ponownie nacisnął przycisk.<br />
– Witam – rzekł. – Chciałem tylko spytać, czy mógłbym dostać trochę wody?<br />
Nie otrzymał odpowiedzi. Może wyobraził sobie, że w oknie ktoś stoi? Z niewiadomych przyczyn wyobrażał tu sobie różne rzeczy. Miał na przykład wrażenie, że jest obserwowany – nie przez kogoś w domu, lecz przez kogoś lub coś ukrytego w krzakach rosnących na poboczu.<br />
– Przepraszam za kłopot – rzekł do domofonu i wsiadł z powrotem na rower.<br />
Z willi aż do Williamstown droga biegła w dół, był pewien, że po drodze mijał kawiarenkę albo nawet dwie: miłe, przyjazne miejsca.<br />
Jechał tam właśnie – skały obniżały się, opadając stromym zboczem ku morzu – gdy za jego plecami pojawił się czarny samochód i przyśpieszył z rykiem silnika. Gruby Charlie zbyt późno uświadomił sobie, że kierowca go nie zauważył, usłyszał bowiem długi zgrzyt: to samochód trącił kierownicę, a on sam poleciał wraz z rowerem w dół zbocza. Czarny wóz odjechał, nie zwalniając.<br />
Gruby Charlie pozbierał się z ziemi w połowie wzgórza.<br />
– Mogło być naprawdę paskudnie – rzekł głośno.<br />
Kierownicę miał beznadziejnie pogiętą. Wciągnął rower z powrotem na górę i na drogę. Niski, basowy pomruk uprzedził go o zbliżaniu się minibusu. Pomachał na niego.<br />
– Mógłbym postawić rower z tyłu?<br />
– Nie ma miejsca – odparł kierowca, wyciągnął jednak spod siedzenia kilka linek do skoków na bungee. Szybko przymocowali nimi rower do dachu. Uśmiechnął się szeroko. – Ty musisz być ten Anglik z limonką.<br />
– Nie mam jej przy sobie. Została w hotelu.<br />
Gruby Charlie wcisnął się do busu. Grzmiący bas podjął przerwaną melodię i zaskoczony Gruby Charlie rozpoznał w niej Smoke on the Water Deep Purple. Usiadł z trudem na fotelu obok kobiety trzymającej na kolanach kurę. Za ich plecami dwie białe dziewczyny szczebiotały o imprezach, na których bawiły się poprzedniej nocy, i wadach tymczasowych chłopaków, kolekcjonowanych podczas wakacji.<br />
Gruby Charlie zauważył czarny samochód – mercedes – nadjeżdżający ku nim drogą. Z jednej strony karoserię przecinała długa rysa. Ogarnęły go wyrzuty sumienia; miał nadzieję, że rower nie zadrapał zbyt głęboko lakieru. Okna samochodu były tak mocno przyciemnione, że wyglądało to, jakby wóz prowadził się sam.<br />
A potem jedna z białych dziewczyn poklepała Grubego Charliego po ramieniu i spytała, czy wiadomo mu o jakichś fajnych, wieczornych imprezach na wyspie, a gdy odparł, że nie, zaczęła opowiadać o zabawie w jaskini dwie noce wcześniej, na której był basen i sprzęt nagłaśniający, i światła, i w ogóle, i Gruby Charlie nie zauważył nawet, że czarny mercedes jechał teraz za minibusem aż do Williamstown, i zniknął dopiero gdy Gruby Charlie zabrał rower z dachu minibusu („Następnym razem zabierz limonkę”) i wniósł do hotelu.<br />
Dopiero wtedy samochód wrócił do domu na skałach.<br />
Konsjerż Benjamin obejrzał rower. Powiedział Grubemu Charliemu, żeby się nie martwił, do jutra wszystko naprawią i będzie jak nowy.<br />
Gruby Charlie wrócił do swego pokoju barwy świata pod powierzchnią wody. Na blacie szafki tkwiła limonka – mały, zielony Budda.<br />
– Zupełnie mi nie pomagasz – rzekł do niej.<br />
Zachował się niesprawiedliwie. To była tylko limonka, nie miała w sobie nic szczególnego. Starała się, jak umiała.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/100/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/100/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=100&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/po-obiedzie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Maeve</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/maeve/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/maeve/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 14:00:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=98</guid>
		<description><![CDATA[Maeve Livingstone cierpiała. Leżała na podłodze. Ocknęła się – włosy i twarz miała mokre i ciepłe; a potem zasnęła, i gdy znów się obudziła, włosy i twarz miała lepkie i zimne. Zasypiała, budziła się i znów zasypiała. Ocknęła się na tyle, by poczuć ból z tyłu głowy, a potem – ponieważ łatwiej było spać, a [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=98&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Maeve Livingstone cierpiała. Leżała na podłodze. Ocknęła się – włosy i twarz miała mokre i ciepłe; a potem zasnęła, i gdy znów się obudziła, włosy i twarz miała lepkie i zimne. Zasypiała, budziła się i znów zasypiała. Ocknęła się na tyle, by poczuć ból z tyłu głowy, a potem – ponieważ łatwiej było spać, a we śnie nic nie czuła – pozwoliła, by opatulił ją niczym ciepły koc.<br />
W swoich snach wędrowała przez studio telewizyjne, szukając Morrisa. Od czasu do czasu dostrzegała jego postać na monitorach. Wyglądał na zatroskanego. Próbowała znaleźć drogę, ale wszystkie prowadziły z powrotem do studia.<br />
Tak mi zimno, pomyślała i zrozumiała, że znów się obudziła. Ból jednak ustał. Biorąc pod uwagę okoliczności, uznała Maeve, czuję się całkiem nieźle.<br />
Wiedziała, że coś ją zdenerwowało, ale nie była pewna co. Może to także stanowiło część snu?<br />
Nie wiedziała gdzie jest, ale było tam ciemno. Miała wrażenie, że to schowek na szczotki czy coś w tym stylu. Wyciągnęła przed siebie ręce, by nie wpaść na nic w mroku. Postawiła kilka nerwowych kroków, macając przed sobą i zamykając oczy.<br />
W końcu uniosła powieki i ujrzała znajome pomieszczenie. To było biuro.<br />
Biuro Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
I wtedy sobie przypomniała. Wciąż czuła oszołomienie po długim śnie i nie myślała jasno. Wiedziała, że pozbiera się dopiero po pierwszej kawie. Mimo wszystko jednak wspomnienia powróciły – perfidia Grahame&#8217;a Coatsa, jego zdrada, przestępstwa i&#8230;<br />
&#8230;ależ, pomyślała, on na mnie napadł. Uderzył mnie. Policja, powinnam zadzwonić na policję.<br />
Sięgnęła po stojący na biurku telefon i podniosła go – czy raczej spróbowała. Wydał jej się jednak bardzo ciężki czy może śliski, albo jedno i drugie, i nie zdołała go chwycić. Sprawiał dziwnie obce wrażenie.<br />
Jestem słabsza, niż sądziłam, uznała Maeve. Lepiej poproszę, by przysłali też lekarza.<br />
Pamiętała, że do kieszeni marynarki wkładała małą, czerwoną komórkę, z melodyjką Greensleeves zamiast standardowego dzwonka. Z ulgą odkryła, że telefon wciąż tam jest. Wyjęła go bez problemu. Wybrała numer alarmowy i gdy czekała, aż ktoś odpowie, zaczęła się zastanawiać, czemu wciąż jeszcze niektórzy mówią „wykręcić numer”, choć telefony od wielu lat nie mają już tarcz. Pamiętała je z czasów młodości. Po telefonach z tarczą nastała era aparatów z przyciskami, wyposażonych w wyjątkowo irytujący dzwonek. Jako nastolatka miała chłopaka, który potrafił – i ciągle to robił – imitować dzwonek telefonu. Maeve uważała, że było to zapewne jego jedyne życiowe osiągnięcie. Zastanawiała się, co się z nim stało. Jak człowiek potrafiący naśladować stary telefon radzi sobie w świecie, w którym komórki mogą odgrywać każdy możliwy dźwięk?<br />
„Przepraszamy, wszystkie linie zajęte”, oznajmił mechaniczny głos. „Proszę czekać”.<br />
Maeve poczuła dziwny spokój, jakby wiedziała, że nie może jej już spotkać nic złego.<br />
Po drugiej stronie odezwał się mężczyzna.<br />
– Halo? – brzmiał niezwykle profesjonalnie.<br />
– Potrzebna mi policja – oznajmiła Maeve.<br />
– Niepotrzebna ci policja – odparł głos. – Wszystkimi przestępcami zajmą się właściwe, nieomylne władze.<br />
– Wie pan – powiedziała Maeve – chyba wybrałam zły numer.<br />
– Podobnie – odparł głos – w ostatecznym rozrachunku wszystkie numery są właściwe. Nie mogą być dobre ani złe.<br />
– Dobrze panu mówić, ale ja naprawdę muszę rozmawiać z policją. Możliwe, że potrzebuję także karetki, i niewątpliwie wybrałam zły numer.<br />
Rozłączyła się. Być może, pomyślała, 997 nie działa na komórki. Wywołała książkę adresową i wybrała numer siostry. Telefon zadzwonił tylko raz i usłyszała znajomy głos.<br />
– Pozwól, że sprecyzuję: nie twierdzę, że z rozmysłem wybrałaś niewłaściwy numer. Twierdzę natomiast, tak przynajmniej mi się zdaje, że wszystkie numery są ze swej natury właściwe. Oczywiście poza pi. Nigdy nie miałem cierpliwości do pi, sama myśl o nim sprawia, że zaczyna mnie boleć głowa. Ciągnie się i ciągnie, bez końca.<br />
Maeve nacisnęła czerwony przycisk i rozłączyła się. Wybrała numer dyrektora banku.<br />
– Ale ja tu gadam – rzekł głos – omawiając właściwość liczb, a ty bez wątpienia myślisz sobie, że wszystko ma swój czas i miejsce&#8230;<br />
Klik. Zadzwoniła do najlepszej przyjaciółki.<br />
– Teraz zaś powinniśmy rozmawiać o twoim ostatecznym miejscu przeznaczenia. Niestety, lękam się, że dziś po południu mamy ogromny ruch. Jeśli zatem nie masz nic przeciwko temu, musisz trochę zaczekać. Ktoś cię odbierze.<br />
To był ciepły głos, dodający otuchy, głos radiowego pastora podającego właśnie motto na najbliższy dzień.<br />
Gdyby Maeve nie czuła się taka spokojna, wpadłaby w panikę. Zamiast tego zaczęła się zastanawiać. Skoro ktoś, jak to nazywają, zhakował jej telefon, będzie musiała po prostu zejść na dół, na ulicę, znaleźć policjanta i złożyć oficjalną skargę. Gdy nacisnęła wzywający windę przycisk, nic się nie stało, zeszła więc schodami, myśląc przy tym, że pewnie i tak nie znajdzie policjanta skoro go potrzebuje. Policjanci zawsze przemykali ulicami w swoich radiowozach wydających rytmiczne jęki: niii – no – oooni – niii – nooooni – niii – nooooni. Policjanci, pomyślała Maeve, powinni przechadzać się parami, informując, która godzina, i czekając przy rynnach na zjeżdżających z okien włamywaczy z workami pełnymi łupów&#8230;<br />
Na dole w holu stało dwoje policjantów, mężczyzna i kobieta. Nie mieli na sobie mundurów, niewątpliwie jednak służyli w policji. Dało się to poznać. Mężczyzna był krępy i rumiany, kobieta drobna i ciemnoskóra. W innych okolicznościach Maeve uznałaby ją za niezwykle piękną.<br />
– Wiemy, że dotarła aż tutaj – mówiła właśnie kobieta. – Recepcjonistka pamięta, że przyszła tuż przed lunchem. Gdy wróciła z lunchu, obojga już nie było.<br />
– Myślisz, że uciekli razem? – spytał krępy mężczyzna.<br />
– Uhm, przepraszam? – zagadnęła uprzejmie Maeve Livingstone.<br />
– Możliwe. Musi istnieć jakieś proste wytłumaczenie. Zniknięcie Grahame&#8217;a Coatsa, zniknięcie Maeve Livingstone. Przynajmniej aresztowaliśmy Nancy.<br />
– Z całą pewnością nie uciekliśmy razem – oznajmiła Maeve, oni jednak zignorowali ją.<br />
Dwoje policjantów wsiadło do windy i zatrzasnęło za sobą drzwi. Maeve patrzyła, jak winda, podskakując, wjeżdża na górę.<br />
Wciąż trzymała w dłoni komórkę. Ta nagle zaczęła wibrować i odgrywać Greensleeves. Maeve zerknęła na nią. Na ekraniku pokazało się zdjęcie Morrisa. Odebrała nerwowo.<br />
– Tak?<br />
– Witaj, skarbie. Jak leci?<br />
– Świetnie, dzięki – a potem dodała: – Morris? Nie, wcale nie jest świetnie. Prawdę mówiąc, idzie mi okropnie.<br />
– No tak – odparł Morris. – Tak też sądziłem. Ale w tej chwili nie da się nic na to poradzić. Czas to zostawić.<br />
– Morris, skąd ty dzwonisz?<br />
– To dość skomplikowane – rzekł. – Tak naprawdę nie rozmawiamy przez telefon. Po prostu bardzo chciałem ci pomóc.<br />
– Grahame Coats – oświadczyła. – Był oszustem.<br />
– Tak, skarbie – przytaknął Morris. – Ale czas już zostawić to za sobą, zapomnieć.<br />
– Uderzył mnie w tył głowy i kradł nasze pieniądze.<br />
– To tylko rzeczy materialne, skarbie – pocieszał Morris. – Teraz przekroczyłaś już dolinę&#8230;<br />
– Morris – przerwała mu Maeve. – Ten wstrętny, mały robak próbował zamordować twoją żonę! Uważam, że powinieneś okazać większe zainteresowanie.<br />
– Nie mów tak, skarbie. Po prostu próbuję ci wyjaśnić&#8230;<br />
– Muszę ci oznajmić, Morrisie, że jeśli podchodzisz do tego w ten sposób, po prostu sama załatwię tę sprawę. Z całą pewnością nie zamierzam o tym zapomnieć. Ty możesz sobie zapominać – w końcu nie żyjesz, nie musisz już się tym przejmować.<br />
– Ty też nie żyjesz, skarbie.<br />
– To nie ma nic do rzeczy – odparła, a po chwili dodała: – Co takiego? – I nim zdołał cokolwiek odpowiedzieć: – Morris, mówiłam, że próbował mnie zamordować, a nie, że mu się udało.<br />
– Eee. – Świętej pamięci Morrisowi Livingstone&#8217;owi najwyraźniej zabrakło słów. – Maeve. Skarbie. Wiem, że to może być szok, ale prawda jest taka, że&#8230;<br />
Telefon zaklaskał i na ekraniku pojawił się obrazek pustej baterii.<br />
– Niestety, nie dosłyszałam, Morrisie – poinformowała go. – Właśnie rozładowuje mi się bateria.<br />
– Ty nie masz baterii – odparł. – Nie masz telefonu. To wszystko jest tylko złudzeniem. Próbuję ci powiedzieć, że przekroczyłaś już dolinę hula-gula i stajesz się&#8230; cholercia, to coś jak robaki i motyle, skarbie. No wiesz.<br />
– Gąsienice – poprawiła Maeve. – Chyba masz na myśli gąsienice i motyle.<br />
– No właśnie, dokładnie tak – zadźwięczał w telefonie głos Morrisa. – Gąsienice, dokładnie to miałem na myśli. To, w co zamieniają się robaki?<br />
– W nic się nie zamieniają – odparła z lekką irytacją Maeve. – To po prostu robaki.<br />
Srebrny telefonik wydał z siebie cichy dźwięk przypominający elektroniczne beknięcie, ponownie pokazał pustą baterię i wyłączył się.<br />
Maeve zamknęła go i schowała do kieszeni. Podeszła do najbliższej ściany i eksperymentalnie popchnęła palcem. Ściana była w dotyku lepka i galaretowata. Nacisnęła mocniej i cała jej dłoń zanurzyła się w nią. A potem przeniknęła przez mur.<br />
– Ojejku – mruknęła Maeve.<br />
Nie po raz pierwszy pożałowała, że nie posłuchała Morrisa, który, musiała przyznać w duchu, do tej pory wiedział zapewne znacznie więcej o byciu martwym niż ona. No cóż, pomyślała, zapewne nie różni się to od niczego innego w życiu. Część podłapujemy na bieżąco, a część po prostu wymyślamy.<br />
Wyszła frontowymi drzwiami i odkryła, że przeniknęła przez ścianę z tyłu budynku. Spróbowała ponownie, z tym samym skutkiem. Weszła do biura podróży zajmującego parter i próbowała przeniknąć przez ścianę po zachodniej stronie.<br />
Przeszła przez nią i znów znalazła się w głównym holu od strony wschodniej. Zupełnie jakby tkwiła w telewizorze i próbowała zejść z ekranu. Topograficznie rzecz biorąc, budynek biurowy stał się całym jej wszechświatem.<br />
Wróciła na górę sprawdzić, co robią detektywi. Oglądali właśnie biurko i bałagan pozostawiony przez pakującego się Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
– Wiecie – zagadnęła z nadzieją Maeve – jestem w pokoju za biblioteczką. Jestem tu.<br />
Zignorowali ją.<br />
Kobieta przykucnęła i zaczęła grzebać w koszu.<br />
– Bingo – mruknęła, wyciągając białą męską koszulę pokrytą zaschniętymi plamami krwi. Wsunęła ją do foliowego worka.<br />
Krępy mężczyzna wyciągnął komórkę.<br />
– Przyślijcie tu techników – polecił.</p>
<p>* * *</p>
<p>Gruby Charlie odkrył, że spogląda na celę w nowym świetle. Nie była już więzieniem, lecz kryjówką. Po pierwsze, cele mieściły się głęboko wewnątrz budynku, z dala od miejsc gdzie zapuszczają się nawet najśmielsze ptaki. W dodatku nigdzie w pobliżu nie było jego brata. Nie przeszkadzało mu już, że w celi numer sześć nic się nie dzieje. Zdecydowanie wolał nic od większości cosiów, z którymi miał do czynienia. Nawet świat składający się wyłącznie z zamków, robaków i ludzi o nazwisku K. był lepszy niż świat pełen wrogo nastawionych ptaków, szepczących chórem jego imię. Drzwi się otwarły.<br />
– Czy wy nie pukacie? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Nie – odparł policjant. – Prawdę mówiąc, nie pukamy. Przyszedł pański adwokat.<br />
– Pan Merryman? – zdziwił się Gruby Charlie.<br />
Leonard Merryman był okrągłym dżentelmenem noszącym małe, złote okularki. Stojący za plecami policjanta mężczyzna zdecydowanie go nie przypominał.<br />
– Wszystko w porządku – rzekł mężczyzna, który nie był jego adwokatem. – Może nas pan zostawić.<br />
– Proszę zadzwonić, gdy skończycie – powiedział policjant i zamknął za sobą drzwi.<br />
Spider złapał Grubego Charliego za rękę.<br />
– Wyciągam cię stąd – oznajmił.<br />
– Ale ja wcale nie chcę zostać stąd wyciągnięty. Nic nie zrobiłem.<br />
– To świetny powód, by się stąd wydostać.<br />
– Ale jeśli ucieknę, to właśnie coś zrobię. Będę zbiegłym więźniem.<br />
– Nie jesteś więźniem – odparł radośnie Spider. – Jak dotąd, o nic cię nie oskarżono, po prostu pomagasz w śledztwie. Słuchaj, nie jesteś głodny?<br />
– Odrobinę.<br />
– Na co masz ochotę? Herbatę, kawę, gorącą czekoladę?<br />
Wizja gorącej czekolady niezmiernie przypadła Grubemu Charliemu do gustu.<br />
– Chętnie napiłbym się czekolady – przyznał.<br />
– W porządku. – Spider chwycił jego dłoń i polecił: – Zamknij oczy.<br />
– Czemu?<br />
– Tak jest łatwiej.<br />
Gruby Charlie zamknął oczy, choć nie wiedział, co miałoby to ułatwić. Świat rozciągnął się, ścisnął i Gruby Charlie pomyślał, że zaraz zwymiotuje. A potem wnętrze jego umysłu uspokoiło się, poczuł na policzku ciepły powiew.<br />
Otworzył oczy.<br />
Znajdowali się na dworze, na wielkim placu, w miejscu wyglądającym wybitnie nieangielsko.<br />
– Co to za miasto?<br />
– Chyba nazywa się Skopsie, gdzieś przy granicy włoskiej czy jakoś podobnie. Zacząłem je odwiedzać wiele lat temu. Robią tu świetną gorącą czekoladę, najlepszą jaką piłem.<br />
Usiedli przy małym, drewnianym stoliku; czerwień blatu przywodziła na myśl wóz strażacki. Zbliżył się kelner i powiedział coś do nich w języku, który według Charliego zupełnie nie brzmiał jak włoski.<br />
– Dos czekolados, stary – odparł Spider. Kelner skinął głową i odszedł.<br />
– No dobra – powiedział Gruby Charlie. – Teraz narobiłeś mi jeszcze większych kłopotów, niedługo zaczną poszukiwania i tak dalej. Trafię do gazet.<br />
– I co niby ci zrobią? – spytał Spider z uśmiechem. – Wsadzą do więzienia?<br />
– Proszę.<br />
Kelner wrócił, napełnił gorącą czekoladą niewielkie filiżanki. Napój miał temperaturę płynnej lawy i stanowił etap pośredni pomiędzy zupą czekoladową a czekoladowym budyniem. Okazał się zdumiewająco pyszny.<br />
– Posłuchaj – rzekł Spider. – Okropnie schrzaniliśmy całe to rodzinne spotkanie po latach, prawda?<br />
– My je schrzaniliśmy? – Grubemu Charliemu wspaniale udało się zawrzeć w tych słowach głębokie oburzenie. – To nie ja poderwałem mi narzeczoną. To nie ja sprawiłem, że wylali mnie z pracy. To nie przeze mnie mnie aresztowano.<br />
– Nie – przytaknął Spider. – Ale to ty wplątałeś w to wszystko ptaki, prawda?<br />
Gruby Charlie pociągnął maleńki łyk gorącej czekolady.<br />
– Au, chyba właśnie sparzyłem się w język. – Spojrzał na brata i dostrzegł na jego twarzy znajomy wyraz: troskę, znużenie, strach. – Owszem, to ja wplątałem w to wszystko ptaki. I co teraz zrobimy?<br />
– A przy okazji – dodał Spider – gotują tu świetny gulasz z makaronem.<br />
– Jesteś pewien, że to Włochy?<br />
– Nie do końca.<br />
– Mogę ci zadać pytanie? Spider skinął głową.<br />
Gruby Charlie zastanawiał się, jak to ująć najlepiej.<br />
– Ten numer z ptakami, gdy wszystkie zjawiają się obok, udając uciekinierów z filmu Alfreda Hitchcocka. Myślisz, że to się dzieje tylko w Anglii?<br />
– Czemu?<br />
– Bo mam wrażenie, że tamte gołębie nas zauważyły. – Wskazał ręką drugą stronę placu.<br />
Gołębie nie zachowywały się tak jak zwykle gołębie. Nie dziobały skórek od chleba, nie kołysały głowami, szukając wyrzuconych przez turystów resztek. Stały zupełnie nieruchomo i patrzyły na nich. Po chwili zatrzepotały skrzydła i dołączyła do nich kolejna setka ptaków. Większość wylądowała na pomniku przedstawiającym grubasa w olbrzymim kapeluszu, górującym nad placem. Gruby Charlie patrzył na gołębie, gołębie patrzyły na niego.<br />
– Co właściwie mogą nam zrobić? – spytał cicho Spidera. – Nasrać na głowy?<br />
– Nie wiem. Ale obawiam się, że coś znacznie gorszego. Skończ swoją gorącą czekoladę.<br />
– Ale przecież jest gorąca.<br />
– Będziemy też potrzebowali paru butelek wody. Mam rację? Garcon?<br />
Cichy łopot skrzydeł, tupot kolejnych lądujących ptaków, a pod tym wszystkim ciche, tajemnicze, porozumiewawcze gruchanie.<br />
Kelner przyniósł butelki wody. Spider, który, jak zauważył Gruby Charlie, miał teraz na sobie swą czarno-czerwoną skórzaną kurtkę, wsadził je do kieszeni.<br />
– To tylko gołębie – zaprotestował Gruby Charlie. Jednakże już w chwili, gdy wymawiał te słowa, zrozumiał, że nie odpowiadają prawdzie. To nie były tylko gołębie. Tworzyły armię. Posąg grubego mężczyzny niemal zniknął pod warstwą szarofioletowych piór.<br />
– Chyba lubiłem ptaki, nim wpadły na pomysł, żeby zwrócić się przeciwko nam.<br />
– W dodatku są wszędzie – dodał Spider, po czym chwycił Grubego Charliego za rękę. – Zamknij oczy.<br />
W tym momencie ptaki wystartowały, wszystkie jednocześnie. Gruby Charlie zamknął oczy.<br />
Gołębie opadły ku nim niczym atakujące stado wilków&#8230;<br />
Była cisza, i odległość, i Gruby Charlie pomyślał: jestem w piekarniku. Otworzył oczy i uświadomił sobie, że to prawda. W piekarniku z czerwonymi wydmami biegnącymi w dal aż po horyzont zlewający się z niebem barwy macicy perłowej.<br />
– Pustynia – wyjaśnił Spider. – Uznałem, że to niezły pomysł. Strefa wolna od ptaków, możemy w spokoju dokończyć rozmowę. Proszę.<br />
Wręczył Grubemu Charliemu butelkę wody.<br />
– Dzięki.<br />
– A zatem. Zechcesz mi powiedzieć, skąd się wzięły ptaki?<br />
– Jest takie miejsce – wyjaśnił Gruby Charlie. – Udałem się tam. Było tam mnóstwo ludzi-zwierząt. Oni, uhm, wszyscy znali tatę. Była wśród nich też kobieta, Kobieta Ptak.<br />
Spider spojrzał na niego.<br />
– Jest takie miejsce? To niezbyt dokładny opis.<br />
– Górskie zbocze z jaskiniami i skały opadające w nicość. Wyglądało to jak koniec świata.<br />
– To początek świata – poprawił Spider. – Słyszałem o tych jaskiniach, opowiadała mi o nich dziewczyna, którą kiedyś znałem, ale osobiście nigdy tam nie byłem. A zatem spotkałeś Kobietę Ptaka. I?<br />
– Zaproponowała, że sprawi, że odejdziesz, a ja, uhm, przyjąłem jej ofertę.<br />
– To – oznajmił Spider z uśmiechem gwiazdy filmowej – było naprawdę głupie.<br />
– Nie mówiłem, że ma ci zrobić krzywdę.<br />
– A sądziłeś, że jak się mnie pozbędzie? Napisze do mnie list w surowym tonie?<br />
– Nie wiedziałem. Nie zastanawiałem się. Byłem zdenerwowany.<br />
– Super. Jeśli jej się uda, ty będziesz zdenerwowany, a ja martwy. Wiesz chyba, że mogłeś po prostu poprosić, bym sobie poszedł?<br />
– Prosiłem!<br />
– Eee, i co powiedziałem?<br />
– Że podoba ci się w moim domu i nigdzie się nie wybierasz.<br />
Spider napił się wody.<br />
– Co dokładnie jej powiedziałeś?<br />
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć. Teraz, gdy się nad tym zastanowił, faktycznie wyglądało to dziwnie.<br />
– Tylko tyle, że oddaję jej ród Anansiego – rzekł z wahaniem.<br />
– Co takiego?<br />
– O to właśnie prosiła.<br />
Spider spojrzał na niego z niedowierzaniem.<br />
– Ale to nie tylko ja. To oznacza nas obu.<br />
Grubemu Charliemu nagle zaschło w ustach. Miał nadzieję, że sprawiło to pustynne powietrze. Pociągnął łyk wody z butelki.<br />
– Chwileczkę. Czemu właściwie pustynia?<br />
– Nie ma tu ptaków, pamiętasz?<br />
– W takim razie, co to jest? – zapytał, wskazując ręką.<br />
Z początku wydawały się maleńkie, potem jednak dotarło do nich, że są po prostu bardzo oddalone. Krążyły wysoko nad ich głowami.<br />
– Sępy – odparł Spider. – Nie atakują żywych istot.<br />
– Jasne, a gołębie boją się ludzi – dodał Gruby Charlie. Punkciki na niebie opadały, rosnąc z każdą chwilą.<br />
– Punkt dla ciebie – mruknął Spider, i dodał: – Cholera. Nie byli sami.<br />
Ktoś obserwował ich z odległej wydmy. Przypadkowy świadek mógłby wziąć tego kogoś za stracha na wróble.<br />
– Idź sobie! – krzyknął Gruby Charlie, a jego głos pochłonął piasek. – Cofam to wszystko. Nie dobiliśmy targu! Zostaw nas!<br />
Trzepot płaszcza w powiewie gorącego wiatru. Wydma była pusta.<br />
– Poszła sobie – powiedział Gruby Charlie. – Kto by pomyślał, że to się okaże takie proste.<br />
Spider dotknął jego ramienia i wskazał ręką. Teraz kobieta w brązowym płaszczu stała na najbliższym piaskowym grzbiecie, tak blisko, że Gruby Charlie widział szklistoczarne źrenice jej oczu.<br />
Sępy krążące im nad głowami przypominały poszarpane czarne cienie. A potem wylądowały. Ich nagie, fioletowe szyje i głowy – pozbawione piór, by móc łatwiej wsuwać je w głąb brzucha rozkładającego się truchła – wyciągnęły się, gdy spojrzały krótkowzrocznie na braci, jakby się zastanawiały, czy zaczekać, aż obaj umrą, czy też może zrobić coś, by przyśpieszyć ten proces.<br />
– Co jeszcze obejmowała umowa? – spytał Spider.<br />
– Uhm?<br />
– Było coś jeszcze? Dała ci coś, nim ją zawarliście? Czasami podobne umowy wymagają wymiany.<br />
Sępy zbliżały się powoli, krok za krokiem, zwierając szeregi, zacieśniając krąg. Na niebie pojawiły się kolejne ciemne plamy, rosnące i opadające ku nim. Spider zacisnął palce na dłoni Grubego Charliego.<br />
– Zamknij oczy.<br />
Zimno uderzyło Grubego Charliego niczym pięść w brzuch. Odetchnął głęboko – zupełnie jakby ktoś nasypał mu lodu do płuc. Zaczął kaszleć, wiatr wokół nich skowyczał niczym olbrzymie zwierzę.<br />
Otworzył oczy.<br />
– Mogę spytać, gdzie tym razem jesteśmy?<br />
– Na Antarktydzie. – Spider zaciągnął zamek skórzanej kurtki; zdawało się, że zimno zupełnie mu nie przeszkadza. – Niestety, trochę tu chłodno.<br />
– Zawsze musisz wybierać ekstrema? Z pustyni na lodowiec.<br />
– Tu nie ma ptaków – wyjaśnił Spider.<br />
– Nie byłoby łatwiej zamknąć się w jakimś budynku, wygodnym, wolnym od ptaków? Moglibyśmy zjeść lunch.<br />
– Jasne, teraz narzekasz tylko dlatego, że trochę mrozi.<br />
– Trochę? Jest minus pięćdziesiąt. A poza tym spójrz.<br />
Gruby Charlie wskazał w górę. W lodowatym powietrzu wisiał nieruchomo jasny kształt, miniaturowa litera M wypisana kredą na niebie.<br />
– Albatros – rzekł.<br />
– Fregata – poprawił Spider.<br />
– Słucham?<br />
– To nie albatros, to fregata. Pewnie w ogóle nas nie zauważyła.<br />
– Możliwe – przyznał Gruby Charlie. – Ale one zauważyły na bank.<br />
Spider odwrócił się i powiedział coś, co zabrzmiało również jak nazwa ptaka, choć zupełnie innego. Być może stado pingwinów drepczących, ślizgających się i zjeżdżających w stronę braci nie liczyło sobie aż miliona sztuk, ale na pierwszy rzut oka tak to wyglądało. Zazwyczaj jedynymi istotami odczuwającymi śmiertelny strach na widok zbliżających się pingwinów są małe rybki. Gdy jednak robi się ich tak dużo&#8230;<br />
Gruby Charlie bez pytania chwycił dłoń Spidera. Zamknął oczy.<br />
Gdy je otworzył, chłód zdecydowanie zelżał, choć uniesienie powiek zupełnie nie wpłynęło na to co zobaczył. Wszystko wokół miało barwę nocy.<br />
– Oślepłem?<br />
– Jesteśmy w opuszczonej kopalni węgla – wyjaśnił Spider. – Parę lat temu widziałem jej zdjęcie w jakimś piśmie. O ile nie ma tu stad ślepych zięb, które w toku ewolucji przywykły do życia w ciemności i żywienia się kawałkami węgla, jesteśmy chyba bezpieczni.<br />
– To był żart, prawda? To o ślepych ziębach.<br />
– Mniej więcej.<br />
Gruby Charlie westchnął i to westchnienie odbiło się echem od ścian podziemnej komory.<br />
– Wiesz – rzekł – gdybyś po prostu sobie wtedy poszedł, gdybyś opuścił mój dom, kiedy cię o to prosiłem, nie znaleźlibyśmy się w tym bagnie.<br />
– To nam nie pomoże.<br />
– I nie miało. Bóg jeden wie, jak to wyjaśnię Rosie.<br />
Spider odchrząknął.<br />
– Chyba nie musimy się już tym martwić.<br />
– Bo&#8230;?<br />
– Zerwała z nami.<br />
Zapadła długa cisza.<br />
– Oczywiście, że tak – powiedział w końcu Gruby Charlie.<br />
– Tę część rzeczywiście spieprzyłem – uznał niechętnie Spider.<br />
– A gdybym jej wytłumaczył? Gdybym jej powiedział, że ja nie byłem tobą, że tylko mnie udawałeś?<br />
– Już to zrobiłem i wtedy właśnie postanowiła, że już nigdy nie chce widzieć żadnego z nas.<br />
– Mnie też?<br />
– Niestety. Posłuchaj – rzekł w ciemności Spider. – Naprawdę nie chciałem, by do tego&#8230; Kiedy zjawiłem się u ciebie, chciałem się tylko przywitać. A nie. Nie. Uhm. Chyba faktycznie to przeze mnie wszystko się posypało.<br />
– Próbujesz mnie przeprosić?<br />
Cisza. A potem:<br />
– Chyba. Może.<br />
Znów zapadła cisza.<br />
– W takim razie ja przepraszam, że poprosiłem Kobietę Ptaka, żeby się ciebie pozbyła – oznajmił Gruby Charlie. Fakt, że nie widział Spidera w czasie rozmowy, w dziwny sposób wszystko ułatwiał.<br />
– Jasne, dzięki. Chciałbym tylko wiedzieć, jak się jej pozbyć.<br />
– Pióro – rzucił Gruby Charlie.<br />
– Tego nie zrozumiałem.<br />
– Pytałeś, czy dała mi coś przed dobiciem targu. Owszem, dała mi pióro.<br />
– Gdzie ono jest?<br />
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć.<br />
– Sam nie wiem. Miałem je, gdy ocknąłem się w saloniku pani Dunwiddy. Nie miałem go, gdy wsiadałem do samolotu. Pewnie zostało u niej.<br />
W odpowiedzi na te słowa zapadła długa, mroczna, ogłuszająca cisza. Gruby Charlie zaczął się już martwić, że Spider odszedł, że porzucił go w ciemności pod światem.<br />
– Jesteś tam jeszcze? – spytał w końcu.<br />
– Jestem.<br />
– Co za ulga. Gdybyś mnie tu zostawił, nie wiem jak bym się wydostał.<br />
– Nie kuś mnie.<br />
Cisza.<br />
– W jakim właściwie kraju jesteśmy? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Chyba w Polsce. Jak mówiłem, widziałem gdzieś zdjęcie. Tyle że na zdjęciu świeciły się światła.<br />
– Musisz zobaczyć zdjęcie jakiegoś miejsca, żeby się tam udać?<br />
– Muszę wiedzieć, dokąd zmierzam.<br />
Zdumiewające, pomyślał Gruby Charlie, jak cicho było w kopalni. Zaczął rozmyślać o różnych ciszach. Czy cisza grobu w jakikolwiek sposób różni się od ciszy kosmosu?<br />
– Pamiętam panią Dunwiddy – oznajmił Spider. – Pachnie fiołkami. – Ludzie mawiali „Nie ma już nadziei. Zaraz zginiemy” z większym entuzjazmem.<br />
– To ona – przytaknął Gruby Charlie. – Malutka, stara jak świat, grube okulary. Po prostu będziemy musieli do niej pójść i odebrać pióro. Potem oddamy je Kobiecie Ptakowi, a ona odwoła ten koszmar. – Gruby Charlie wysączył z butelki resztkę wody przyniesionej z niewielkiego placyku gdzieś w kraju, który z pewnością nie był Włochami. Zakręcił ją starannie i odłożył na ziemię w mroku, zastanawiając się, czy śmieci, skoro nikt nigdy tego nie zobaczy. – Złapmy się więc za ręce i ruszajmy do pani Dunwiddy.<br />
Spider wydał z siebie jakiś dźwięk. Nie był to dźwięk zuchwały i stanowczy, lecz nieśmiały i niepewny. W ciemności Gruby Charlie wyobraził sobie, jak brat kuli się, wypuszcza powietrze niczym nadęta ropucha albo stary balon. Bardzo pragnął trochę go usadzić, nie chciał jednak słyszeć z jego ust odgłosów jak u przerażonego sześciolatka.<br />
– Chwileczkę. Czy ty się boisz pani Dunwiddy?<br />
– Ja&#8230; nie mogę się do niej zbliżyć.<br />
– No cóż, jeśli to cię pocieszy, też się jej bałem, gdy byłem mały. Potem jednak spotkałem ją po pogrzebie i okazało się, że nie jest taka zła, nie do końca. To po prostu staruszka. – W myślach znów ujrzał panią Dunwiddy zapalającą czarne świece i wrzucającą zioła do miski. – Może trochę niesamowita, ale spokojnie możesz się z nią spotkać.<br />
– Ona mnie wygnała – oznajmił Spider. – Wcale nie chciałem odchodzić, ale stłukłem kulę w jej ogrodzie, wielką szklaną kulę podobną do gigantycznej bombki choinkowej.<br />
– Ja też to zrobiłem. Była wkurzona.<br />
– Wiem – dobiegający z ciemności głos był cichy, zatroskany, oszołomiony. – To ta sama. Od tego właśnie wszystko się zaczęło.<br />
– No tak. Posłuchaj, to przecież nie koniec świata. Zabierz mnie na Florydę, sam pójdę i odbiorę piórko od pani Dunwid – dy. Ja się jej nie boję. Ty możesz trzymać się z boku.<br />
– Nie mogę, nie mogę udać się tam gdzie ona jest.<br />
– Co właściwie próbujesz mi powiedzieć? Masz jakiś magiczny zakaz zbliżania się?<br />
– Mniej więcej tak. – Po chwili Spider dodał: – Tęsknię za Rosie. Przykro mi z powodu&#8230; No wiesz.<br />
Gruby Charlie pomyślał o Rosie i odkrył, że z niezwykłym trudem przychodzi mu przypomnienie sobie jej twarzy. Pomyślał o tym, że matka Rosie nie zostanie już jego teściową, o dwóch sylwetkach widzianych przez zasłony okna sypialni.<br />
– Nie rób sobie wyrzutów – rzekł. – To znaczy możesz robić sobie wyrzuty, jeśli chcesz, bo niewątpliwie zachowałeś się jak sukinsyn. Ale może w gruncie rzeczy lepiej się stało.<br />
Gdzieś, mniej więcej w okolicy serca, Gruby Charlie poczuł ukłucie, wiedział jednak, że mówi prawdę. W ciemności łatwiej jest mówić prawdę.<br />
– Wiesz, czego tu nie rozumiem?<br />
– Wszystkiego?<br />
– Nie, tylko jednego. Nie mogę pojąć, dlaczego Kobieta Ptak zaangażowała się w tę sprawę? To nie ma sensu.<br />
– Tato ją wkurzył.<br />
– Tato wkurzał wszystkich. Ona tu jakoś nie pasuje. Poza tym, skoro chce nas zabić, czemu po prostu nie spróbuje tego zrobić?<br />
– Oddałem jej nasz ród.<br />
– Wspominałeś. Nie, dzieje się tu coś jeszcze i zupełnie tego nie chwytam. – Spider zamilkł na chwilę, a potem polecił: – Złap mnie za rękę.<br />
– Muszę zamknąć oczy?<br />
– Równie dobrze możesz.<br />
– Dokąd teraz? Na księżyc?<br />
– Zabiorę cię w bezpieczne miejsce – oznajmił Spider.<br />
– To dobrze – mruknął Gruby Charlie. – Lubię bezpieczne miejsca. Gdzie?<br />
Pytał zupełnie niepotrzebnie, bo nawet nie otwierając oczu, wiedział. Zdradził to smród: niemyte ciała, niespłukane toalety, środki czyszczące, stare koce, apatia.<br />
– Założę się, że równie bezpiecznie czułbym się w luksusowym apartamencie hotelowym – rzekł głośno, w pobliżu jednak nie było nikogo, kto by go usłyszał.<br />
Usiadł na płytkiej pryczy w celi numer sześć i naciągnął na ramiona cienki koc. Czuł się, jakby siedział tu całe wieki.<br />
Pół godziny później ktoś przyszedł i zaprowadził go do pokoju przesłuchań.</p>
<p>* * *</p>
<p>– Czółko. – Daisy uśmiechnęła się. – Napijesz się herbaty?<br />
– Nie kłopocz się – odparł Gruby Charlie. – Oglądałem to w telewizji i wiem jak wygląda. To ten numer „dobry glina, zły glina”, prawda? Poczęstujesz mnie herbatą i delicjami, a potem zjawi się wielki, wkurzony sukinsyn, zacznie na mnie wrzeszczeć, wyleje herbatę, zje moje delicje. Ty powstrzymasz go w ostatniej chwili, gdy będzie próbował mnie pobić, każesz mu oddać mi herbatę i delicje, a ja z wdzięczności powiem ci wszystko co chcesz wiedzieć.<br />
– Moglibyśmy opuścić tę część? – zaproponowała Daisy – Po prostu powiedz nam to co chcemy wiedzieć. Poza tym nie mam przy sobie delicji.<br />
– Powiedziałem już wszystko, co wiem – wyjaśnił Gruby Charlie. – Absolutnie wszystko. Pan Coats dał mi czek na dwa kawałki i kazał wziąć sobie dwa tygodnie wolnego. Powiedział, że to w nagrodę za to, że zwróciłem jego uwagę na pewne osobliwe operacje. Następnie spytał mnie o moje hasło i pożegnał. Koniec historii.<br />
– I wciąż twierdzisz, że nic ci nie wiadomo o zniknięciu Maeve Livingstone?<br />
– Tak naprawdę nigdy jej nie poznałem. Widziałem ją parokrotnie w biurze. Kilka razy rozmawialiśmy przez telefon, zawsze chciała mówić z Grahame&#8217;em Coatsem. I zawsze musiałem jej powtarzać, że wysłaliśmy już czek.<br />
– A wysłaliście?<br />
– Nie wiem, tak sądziłem. Posłuchaj, nie wierzysz chyba, że miałem cokolwiek wspólnego z jej zniknięciem?<br />
– Nie – odparła wesoło. – Nie wierzę.<br />
– Bo naprawdę uczciwie nie wiem, co&#8230; co takiego?<br />
– Nie sądzę, żebyś miał cokolwiek wspólnego ze zniknięciem Maeve Livingstone. Nie wierzę też, żebyś miał cokolwiek wspólnego z nadużyciami finansowymi dokonywanymi w Agencji Grahame&#8217;a Coatsa, choć ktoś bardzo się postarał, by wszystko na to wskazywało. Niewątpliwie jednak osobliwe praktyki i stałe przelewanie pieniędzy z kont klientów zaczęły się wcześniej, nim się zatrudniłeś. Pracujesz tam zaledwie dwa lata.<br />
– Mniej więcej – Gruby Charlie uświadomił sobie, że opadła mu szczęka. Zamknął usta.<br />
– Posłuchaj – powiedziała Daisy. – Wiem, że w książkach i filmach policjanci to zwykle idioci, zwłaszcza jeśli bohaterem książki jest zwalczający zbrodnię emeryt albo twardy prywatny detektyw. I bardzo mi przykro, że nie mam przy sobie delicji. Ale nie jesteśmy całkiem głupi.<br />
– Wcale tak nie twierdziłem – mruknął Gruby Charlie.<br />
– Nie – odparła. – Ale tak myślałeś. Jesteś wolny. Jeśli chcesz, otrzymasz także oficjalne przeprosiny.<br />
– Gdzie ona, uhm, zniknęła? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Pani Livingstone? Gdy ostatnio ją widziano, szła z Grahame&#8217;em Coatsem do jego gabinetu.<br />
– Ach.<br />
– Mówiłam poważnie o herbacie. Masz ochotę?<br />
– Tak, ogromną. Uhm. Przypuszczam, że wasi ludzie sprawdzili już ukryty pokój w jego biurze? Ten za biblioteczką?<br />
Daisy niewątpliwie należały się gratulacje za to, że zachowała absolutny spokój.<br />
– Nie sądzę – rzekła tylko.<br />
– Chyba nie powinniśmy wiedzieć o jego istnieniu – podjął Gruby Charlie. – Ale kiedyś zajrzałem do niego. Biblioteczka była odsunięta, a on siedział w środku. Poszedłem sobie – dodał. – Nie szpiegowałem go ani nic takiego.<br />
– Po drodze możemy kupić delicje – powiedziała Daisy.</p>
<p>* * *</p>
<p>Gruby Charlie nie był pewien, czy cieszy się z wolności. Wiązało się z tym zbyt dużo otwartej przestrzeni.<br />
– Dobrze się czujesz? – spytała Daisy.<br />
– Jasne.<br />
– Wydajesz się nieco nerwowy.<br />
– Bo chyba jestem. Pomyślisz, że to głupie, ale ja, no cóż, mam pewien problem z ptakami.<br />
– Coś jakby fobię?<br />
– Mniej więcej.<br />
– Tak nazywamy irracjonalny lęk przed ptakami.<br />
– A jak nazywamy racjonalny lęk przed ptakami? – spytał i nadgryzł delicję.<br />
Odpowiedziała mu cisza.<br />
– No, w każdym razie w samochodzie nie ma żadnych ptaków – powiedziała w końcu Daisy.<br />
Zaparkowała na podwójnej żółtej linii przed biurem agencji Grahame&#8217;a Coatsa. Weszli razem do środka.</p>
<p>* * *</p>
<p>Rosie leżała w słońcu na brzegu basenu na pokładzie rufowym koreańskiego statku wycieczkowego [Statek nazywał się "Archipelag słońca” do czasu aż epidemia grypy żołądkowej sprawiła, że trafił na nagłówki gazet całego świata. Próba taniej odnowy marki bez zmiany inicjałów dokonana przez przewodniczącego rady nadzorczej, którego angielszczyzna nie była tak dobra, jak sądził, sprawiła, że obecnie mógł się szczycić nazwą „Atak skikania”.] z głową zasłoniętą kolorowym pismem. Obok opalała się jej matka i Rosie próbowała sobie przypomnieć, czemu uznała, że wakacje z matką to dobry pomysł.<br />
Na statku nie mieli angielskich gazet i Rosie wcale za nimi nie tęskniła. Tęskniła natomiast za wszystkim innym. Według niej rejs stanowił coś w rodzaju pływającego czyśćca. Jedynie dzięki niemal codziennym postojom na wyspach była w stanie go znieść. Pozostali pasażerowie schodzili na ląd i ruszali na zakupy, uprawiali windsufring i wypuszczali się na ociekające rumem wycieczki pirackimi statkami. Rosie natomiast spacerowała i rozmawiała z ludźmi.<br />
Wszędzie wokół siebie widziała ludzi cierpiących, głodnych i nieszczęśliwych, i chciała im pomóc. Rosie uważała, że wszystko da się naprawić. Potrzeba tylko kogoś, kto by się tym zajął.</p>
<p>* * *</p>
<p>Maeve Livingstone wyobrażała sobie, że po śmierci spotkają ją różne rzeczy, ale nie przypuszczała, że jedną z nich będzie irytacja. Teraz jednak była poirytowana. Zmęczyło ją to, że ciągle ktoś przez nią przechodził. Zmęczył fakt, że ją ignorowano. Ale przede wszystkim wkurzało ją to, że nie mogła opuścić budynku przy Aldwych.<br />
– Jeśli już muszę nawiedzać jakieś miejsce – powiedziała do recepcjonistki – to czemu nie Somerset House naprzeciwko? Piękne budynki, wspaniały widok na Tamizę, świetne detale architektoniczne. I parę bardzo przyjemnych restauracji. Chociaż nie muszę już jeść, miło byłoby popatrzeć sobie na ludzi.<br />
Recepcjonistka Annie, której praca od czasu zniknięcia Grahame&#8217;a Coatsa polegała na odbieraniu telefonów i odpowiadaniu znudzonym głosem: „Niestety, nie wiem” na wszelkie możliwe zadane pytania i która, gdy nie wykonywała owych obowiązków, wydzwaniała do przyjaciółek i podekscytowana, cichym głosem opowiadała o tajemniczych zniknięciach, nie odpowiedziała. Nie odpowiedziała też na żadne inne komentarze Maeve.<br />
Monotonię dnia codziennego zakłóciło przybycie Grubego Charliego Nancy w towarzystwie młodej policjantki.<br />
Maeve zawsze lubiła Grubego Charliego, nawet gdy z obowiązku zapewniał ją, że wkrótce otrzyma czek. Teraz jednak ujrzała coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegła: wokół niego trzepotały cienie, utrzymujące stale bezpieczną odległość. Zbliżało się coś złego. Wyglądał, jakby przed czymś uciekał, i to ją zmartwiło.<br />
Ruszyła za nimi do gabinetu Grahame&#8217;a Coatsa i z zachwytem stwierdziła, że Gruby Charlie kieruje się wprost w stronę biblioteczki w głębi pomieszczenia.<br />
– I gdzie jest to tajne przejście? – spytała Daisy.<br />
– To nie przejście. To były drzwi, gdzieś za biblioteczką. Sam nie wiem. Może jest tu jakaś ukryta dźwignia?<br />
Daisy przebiegła wzrokiem po półkach.<br />
– Czy Grahame Coats napisał autobiografię? – spytała Grubego Charliego.<br />
– Nic mi o tym nie wiadomo.<br />
Nacisnęła oprawioną w skórę książkę, na której grzbiecie widniał napis: Moje życie, autorstwa Grahame&#8217;a Coatsa. Coś szczęknęło i biblioteczka odsunęła się od ściany, odsłaniając zamknięte drzwi.<br />
– Będziemy potrzebowali ślusarza – oznajmiła Daisy. – 1 chyba nie powinien pan tu dłużej przebywać, panie Nancy.<br />
– No tak – odparł Gruby Charlie. – Cóż – dodał – to było, uhm, bardzo ciekawe.<br />
A potem rzekł:<br />
– Nie przypuszczam, żebyś chciała. Coś zjeść. Ze mną. Kiedyś.<br />
– Dim sum – odparła. – Lunch w niedzielę. Rachunkiem podzielimy się po połowie. Musisz się tam zjawić, nim otworzą drzwi o wpół do dwunastej, inaczej będziemy musieli stać w długiej kolejce. – Nabazgrała adres restauracji i wręczyła Grubemu Charliemu. – W drodze do domu uważaj na ptaki – dodała.<br />
– Będę uważał – odparł. – Do zobaczenia w niedzielę.</p>
<p>* * *</p>
<p>Ślusarz policyjny rozpiął pokrowiec z czarnego materiału i wyciągnął kilka cienkich kawałków metalu.<br />
– Naprawdę – rzekł. – Można by sądzić, że w końcu zmądrzeją. Dobre zamki nie są wcale aż tak drogie. To znaczy, spójrzcie tylko na te drzwi. Wspaniała robota, naprawdę solidne. Przebicie się przez nie palnikiem zabrałoby pół dnia. A potem wszystko zepsuli, montując zamek, który nawet pięciolatek umiałby otworzyć trzonkiem łyżeczki&#8230; O, proszę, łatwizna. Żaden problem.<br />
Pociągnął drzwi. Otwarły się i ujrzał to, co leżało na podłodze.<br />
– Na litość boską – rzuciła Maeve Livingstone – to przecież nie ja.<br />
Wcześniej sądziła, że wzruszy się na widok swego ciała. Ale nie, przypominało jej martwe zwierzę leżące na poboczu.<br />
Wkrótce w pomieszczeniu zaroiło się od ludzi. Maeve, która nigdy nie przepadała za filmami kryminalnymi, szybko się znudziła. Zainteresowała się dopiero, gdy poczuła, jak coś ciągnie ją na dół, a potem przez drzwi frontowe. Policjanci wynosili właśnie jej szczątki zapakowane w dyskretny, niebieski foliowy worek.<br />
– Tak już lepiej – powiedziała. Była wolna. Mogła odejść.<br />
A przynajmniej odejść z biura przy Aldwych.<br />
Oczywiście wiedziała, że istnieją jakieś zasady, musiały istnieć. Po prostu nie miała pewności na czym polegają.<br />
Odkryła, iż żałuje, że za życia nie była bardziej religijna. Niestety, jakoś nigdy jej się to nie udawało. Już jako mała dziewczynka nie potrafiła wyobrazić sobie Boga, który mógłby nie lubić kogoś do tego stopnia, by skazać go na wieczne męki w piekle, głównie za to, że w Niego nie wierzył. A gdy dorastała, dziecięce wątpliwości zamieniły się w niewzruszoną pewność, że Życie, od narodzin aż po grób, to wszystko co istnieje. Reszta jest wyłącznie wymysłem. Była to całkiem niezła wiara i dobrze jej służyła, ale obecne wydarzenia poddały ją ciężkiej próbie.<br />
Szczerze mówiąc, wcale nie była pewna, czy nawet gdyby całe życie chodziła do odpowiedniego kościoła, przygotowałoby to ją na coś takiego. Maeve szybko dochodziła do wniosku, że w dobrze zorganizowanym świecie śmierć powinna przypominać opłacone z góry luksusowe wakacje. Na początku człowiek dostaje folder z biletami, kuponami zniżkowymi, rozpiskami i licznymi numerami telefonów, na które może zadzwonić, jeśli coś się stanie.<br />
Nie chodziła, nie latała. Poruszała się jak wiatr, chłodny, jesienny powiew, którego dotyk sprawiał, że ludzie drżeli, gdy przepływała obok, i który poruszał leżące na chodniku suche liście.<br />
Udała się tam gdzie zawsze, gdy przyjeżdżała do Londynu – do domu towarowego Selfridges, przy Oxford Street. Maeve w młodości, gdy nie mogła znaleźć pracy jako tancerka, zatrudniła się w dziale kosmetycznym Selfridges, toteż wracała tam gdy tylko mogła i kupowała kosztowne kosmetyki, tak jak obiecywała to sobie w owych czasach.<br />
Zaczęła straszyć w dziale kosmetycznym, szybko się jednak znudziła i przeniosła do działu z wystrojem wnętrz. Wiedziała, że nigdy już nie kupi sobie nowego stołu do jadalni, ale nic nie szkodziło popatrzeć&#8230;<br />
A potem zaczęła krążyć po dziale elektronicznym Selfridges, pośród ekranów telewizyjnych wszelkich możliwych rozmiarów. Niektóre pokazywały wiadomości. Dźwięk był wyciszony, lecz na wszystkich widniała podobizna Grahame&#8217;a Coatsa. Maeve poczuła wzbierającą niechęć, palącą niczym rozżarzona lawa. Obraz zmienił się i ujrzała samą siebie – krótki fragment filmu z Morrisem u boku. Rozpoznała skecz „Daj mi piątaka, a dostaniesz buzi” z programu „Morris Livingstone, jak sądzę?”.<br />
Pożałowała, że nie ma pojęcia, jak naładować telefon. Nawet jeśli jedyną osobą, do której mogła zadzwonić, był ów wkurzający ktoś o głosie brzmiącym jak u pastora, przynajmniej mogłaby z nim pogadać. Przede wszystkim jednak chciała porozmawiać z Morrisem. On wiedziałby co zrobić. Tym razem, pomyślała, pozwoliłaby mu mówić. Tym razem by wysłuchała.<br />
– Maeve?<br />
Twarz Morrisa patrzyła na nią ze stu ekranów telewizyjnych. Przez ułamek sekundy Maeve pomyślała, że sobie to wyobraża, że to część dziennika, ale potem spojrzał na nią z troską, powtórzył jej imię i zrozumiała, że to naprawdę on.<br />
– Morris&#8230;?<br />
Obdarzył ją swym słynnym uśmiechem. Wszystkie twarze na wszystkich ekranach skupiły na niej wzrok.<br />
– Witaj, skarbie. Zastanawiałem się, czemu zwlekasz tak długo. Już czas, żebyś przeszła.<br />
– Przeszła?<br />
– Na drugą stronę. Poza dolinę, czy może pod nią. Tak czy inaczej.<br />
Wyciągnął do niej setkę rąk ze stu ekranów. Wiedziała, że wystarczy jedynie sięgnąć ku niej i chwycić mocno. Zaskoczona usłyszała własny głos.<br />
– Nie, Morrisie, raczej nie.<br />
Na stu identycznych twarzach pojawił się wyraz zdumienia.<br />
– Maeve, skarbie, musisz zostawić za sobą ciało.<br />
– Oczywiście, mój drogi, zrobię to, obiecuję. Gdy tylko będę gotowa.<br />
– Maeve, ty nie żyjesz. Czy można być jeszcze bardziej gotowym?<br />
Westchnęła.<br />
– Wciąż muszę załatwić tu parę spraw.<br />
– Na przykład?<br />
Maeve wyprostowała się i uniosła głowę.<br />
– No cóż – oznajmiła. – Zamierzam znaleźć tę świnię Grahame&#8217;a Skunksa i zrobić&#8230; No, to co robią duchy. Mogłabym go postraszyć czy coś w tym guście.<br />
W głosie Morrisa zabrzmiała nutka niedowierzania.<br />
– Chcesz straszyć Grahame&#8217;a Coatsa? Ale po co?<br />
– Ponieważ – odparła – jeszcze z nim nie skończyłam.<br />
Zacisnęła wargi i uniosła głowę.<br />
Morris Livingstone spojrzał na nią ze stu ekranów telewizyjnych jednocześnie, a potem pokręcił głową z mieszaniną podziwu i irytacji. Poślubił ją, bo zawsze miała własne zdanie i dlatego właśnie ją kochał. Szkoda jednak, że teraz, ten jeden raz, nie mógł jej przekonać.<br />
– Ja nigdzie się nie wybieram, złotko – rzekł jedynie. – Daj nam znać, kiedy będziesz gotowa.<br />
– Morrisie, wiesz może, jak mam go znaleźć? – spytała, lecz obraz jej męża zniknął bez śladu. Telewizory pokazywały prognozę pogody.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/98/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/98/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=98&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/maeve/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Spider w akcji</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spider-w-akcji/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spider-w-akcji/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 13:58:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=96</guid>
		<description><![CDATA[Spider spał spokojnie w swym olbrzymim łóżku, w wielkim pokoju mieszczącym się w zapasowej komórce Grubego Charliego. Powoli zaczynał zastanawiać się od niechcenia, czy Gruby Charlie zniknął na dobre, i postanowił zbadać tę sprawę, gdy tylko będzie miał ochotę poświęcić jej nieco czasu – chyba że akurat wyskoczy mu coś ciekawszego albo zapomni. Wstał późno [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=96&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Spider spał spokojnie w swym olbrzymim łóżku, w wielkim pokoju mieszczącym się w zapasowej komórce Grubego Charliego. Powoli zaczynał zastanawiać się od niechcenia, czy Gruby Charlie zniknął na dobre, i postanowił zbadać tę sprawę, gdy tylko będzie miał ochotę poświęcić jej nieco czasu – chyba że akurat wyskoczy mu coś ciekawszego albo zapomni.<br />
Wstał późno i planował właśnie lunch z Rosie – zamierzał zabrać ją do jakiejś dobrej knajpy. Był piękny, wczesnojesienny dzień, a Spider promieniał niezwykle zaraźliwą radością i entuzjazmem. To dlatego że w gruncie rzeczy był bogiem. Gdy jesteś bogiem, twoje emocje są zaraźliwe. Inni ludzie podchwytują je błyskawicznie. Kiedy ktoś stanął obok Spidera w podobnie radosny dzień, jego świat stawał się piękniejszy. Gdy Spider nucił pod nosem, inni także zaczynali nucić do wtóru niczym w musicalu. Oczywiście, jeżeli ziewnął, setka ludzi w pobliżu też ziewała, a gdy był nieszczęśliwy, jego smutek rozprzestrzeniał się niczym wilgotna, rzeczna mgła, sprawiająca, że świat stawał się jeszcze bardziej ponury. Nie robił tego świadomie – po prostu taki był.<br />
W tej chwili byłby całkowicie szczęśliwy, gdyby nie jeden drobiazg: postanowił wyznać Rosie prawdę.<br />
Spider niezbyt dobrze radził sobie z mówieniem prawdy. Uważał prawdę za coś wysoce płynnego, całkowicie zależnego od opinii. A on sam w razie potrzeby potrafił przywołać całe serie bardzo przekonujących opinii.<br />
Udawanie kogoś, kim nie był, nie stanowiło problemu. Lubił udawać. Był w tym dobry. Pasowało to do jego planów, zwykle dość prostych i do tej pory sprowadzających się do mniej więcej trzech punktów: a) udać się gdzieś, b) dobrze się bawić i c) odejść, nim się znudzi. A w głębi duszy wiedział, że zdecydowanie nadszedł czas, by odejść. Świat był jego homarem, a on siedział już przy stole z serwetką pod szyją, w zasięgu ręki miał garnek ze stopionym masłem i cały zestaw groteskowych, lecz skutecznych narzędzi do jedzenia homarów.<br />
Tyle że&#8230;<br />
Tyle że nie chciał odchodzić.<br />
Czuł, że powinien ponownie przemyśleć całą sprawę, i to uczucie budziło w nim niepokój. Zwykle nie potrzebował żadnych przemyśleń. Bezmyślne życie niezmiernie mu odpowiadało – do tej pory impulsy, odruchy i nieprzyzwoite pokłady szczęścia wystarczały aż nadto. Lecz nawet cuda nie załatwią wszystkiego.<br />
Spider maszerował ulicą, a ludzie uśmiechali się do niego.<br />
Ustalił z Rosie, że spotkają się u niej w domu, toteż z miłym zaskoczeniem ujrzał ją stojącą na końcu ulicy. Czekała na niego. Z ukłuciem czegoś, co wciąż jeszcze nie było prawdziwym wyrzutem sumienia, pomachał do niej.<br />
– Rosie? Hej!<br />
Ruszyła ku niemu chodnikiem, a on uśmiechnął się szeroko. Niedługo załatwią sprawę, wszystko się ułoży. Wszystko będzie dobrze.<br />
– Wyglądasz jak księżniczka – oznajmił. – Może nawet jak królowa. Na co masz ochotę?<br />
Rosie uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. Mijali właśnie grecką restaurację.<br />
– Może być grecka?<br />
Skinęła głową.<br />
Zeszli po kilku stopniach i znaleźli się w środku. Restauracja była pusta i ciemna, dopiero co otwarta. Właściciel wskazał im zakątek, czy może zakamarek na tyłach.<br />
Usiedli naprzeciwko siebie przy dwuosobowym stoliku.<br />
– Jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać – oznajmił Spider. Nie odpowiedziała. – To nic złego – dodał. – To znaczy, nic dobrego. Ale. No cóż. Powinnaś o tym wiedzieć.<br />
Właściciel spytał, czy są gotowi złożyć zamówienie.<br />
– Poproszę kawę – rzekł Spider. Rosie skinęła głową. – Dwie kawy – poprawił. – I zechce pan dać nam jakieś pięć minut? Potrzebuję odrobinę prywatności.<br />
Właściciel wycofał się.<br />
Rosie spojrzała pytająco na Spidera.<br />
Odetchnął głęboko.<br />
– W porządku. Dobra. Tylko mi nie przerywaj, bo to niełatwe i nie wiem czy zdołam ci to&#8230; No dobrze. W porządku. Posłuchaj. Nie jestem Grubym Charliem. Wiem, że myślisz, że nim jestem, ale nie. Jestem jego bratem, mam na imię Spider. Bierzesz mnie za niego, bo jesteśmy trochę podobni.<br />
Nie odpowiedziała.<br />
– Choć tak naprawdę nie wyglądam jak on, ale&#8230; No wiesz. Wszystko to nie jest dla mnie łatwe. Dobra, uch, nie mogę przestać o tobie myśleć. Wiem, że jesteś zaręczona z moim bratem, ale, no wiesz, chciałbym spytać, czy może nie miałabyś ochoty go rzucić i zacząć spotykać się ze mną?<br />
Na stole pojawił się dzbanek kawy na małej srebrnej tacy z dwiema filiżankami.<br />
– Grecka kawa – oznajmił właściciel, który przyniósł ją osobiście.<br />
– Tak, dziękuję. Prosiłem o parę minut.<br />
– Bardzo gorąca – dodał właściciel. – Bardzo gorąca kawa, mocna. Grecka. Nie turecka.<br />
– To świetnie. Proszę posłuchać, zechce pan? Pięć minut. Proszę.<br />
Właściciel wzruszył ramionami i odszedł.<br />
– Pewnie mnie nienawidzisz – powiedział Spider. – Na twoim miejscu zapewne sam bym się nienawidził, ale mówię szczerze, bardziej niż kiedykolwiek w życiu. – Rosie patrzyła na niego z twarzą bez wyrazu. – Proszę, powiedz coś. Cokolwiek.<br />
Jej wargi poruszyły się, jakby szukała właściwych słów.<br />
Spider czekał.<br />
Jej usta się otwarły.<br />
Najpierw pomyślał, że coś zjadła, bo dostrzegł między jej zębami coś brązowego, co z całą pewnością nie było językiem. Potem to coś poruszyło głową i spojrzała na niego. Spider ujrzał oczy, małe, czarne koraliki oczu. Rosie niewiarygodnie szeroko otworzyła usta i wyszedł z nich ptak.<br />
– Rosie? – zagadnął Spider.<br />
Nagle powietrze wypełniły dzioby, pióra i szpony, całe mnóstwo szponów. Z jej gardła wylewały się ptaki, każdy uwalniał się do wtóru cichego kaszlnięcia i wszystkie leciały wprost ku niemu.<br />
Uniósł dłoń, osłaniając oczy, i coś skaleczyło mu przegub. Gwałtownie machnął ręką. Coś pofrunęło do jego twarzy, celując w oczy. Błyskawicznie cofnął głowę i dziób przebił mu policzek.<br />
W jednej koszmarnej chwili jasności dostrzegł, że naprzeciwko niego wciąż siedzi kobieta, nie rozumiał tylko, jak mógł choć przez moment wziąć ją za Rosie. Po pierwsze, była starsza: wśród granatowoczarnych włosów lśniły pasemka siwizny. Nie miała brązowej skóry jak Rosie, lecz czarną jak obsydian. Ubrana była w poszarpany płaszcz koloru ochry. Uśmiechnęła się szeroko i znów otworzyła usta. Teraz ujrzał wewnątrz nich okrutne dzioby i obłąkane oczy mew&#8230;<br />
Spider, nie zastanawiając się, przystąpił do działania. Chwycił rączkę dzbanka z kawą i zamachnął się jedną ręką, drugą zrywając pokrywkę. A potem chlusnął w stronę siedzącej naprzeciwko kobiety. Zawartość dzbanka, wrząca, czarna kawa zalała ją od stóp do głów.<br />
Kobieta syknęła z bólu.<br />
Ptaki obijały się i trzepotały pod sklepieniem piwnicy. Teraz jednak już nikt nie siedział naprzeciwko, a one latały bez celu, tłukąc się o ściany.<br />
– Proszę pana – usłyszał głos właściciela. – Jest pan ranny? Bardzo przepraszam, musiały przylecieć tu z ulicy.<br />
– Nic mi nie jest – odparł Spider.<br />
– Pana twarz krwawi.<br />
Mężczyzna wręczył mu serwetkę i Spider przycisnął ją do policzka. Skaleczenie zapiekło.<br />
Spider zaproponował, że pomoże właścicielowi przegnać ptaki. Otworzył wiodące na ulicę drzwi, lecz ptaki zniknęły. Restauracja była pusta, tak jak wtedy, gdy się zjawił.<br />
Wyciągnął z kieszeni banknot pięciofuntowy.<br />
– Proszę – rzekł – to za kawę. Muszę już iść.<br />
Właściciel skinął z wdzięcznością głową.<br />
– Może pan zatrzymać serwetkę.<br />
Spider zawahał się, coś przyszło mu do głowy.<br />
– Kiedy przyszedłem, czy była ze mną kobieta? – spytał. Właściciel spojrzał na niego ze zdumieniem, może nawet z lękiem, Spider nie miał pewności.<br />
– Nie pamiętam. – Mężczyzna zamrugał, oszołomiony. – Gdyby pan był sam, nie posadziłbym pana przy tamtym stoliku, ale teraz nie wiem.<br />
Spider wyszedł na ulicę. Dzień wciąż był piękny, lecz słońce nie dodawało mu otuchy. Rozejrzał się wokół. Ujrzał gołębia dziobiącego porzucony wafel do lodów, wróbla na parapecie i, wysoko nad głową, biały kształt rozpostartych skrzydeł krążącej w górze mewy.</p>
<p>Szczęście Grubego Charliego w końcu zaczęło się odmieniać, czuł to. Na samolot, którym wracał do kraju, sprzedano za dużo biletów i odkrył, że przesadzono go do pierwszej klasy. Posiłek był znakomity. W połowie drogi nad Atlantykiem stewardesa poinformowała go, że wygrał darmową bombonierkę, i wręczyła mu ją. Gruby Charlie schował czekoladki do schowka na bagaż i zamówił drambuie z lodem.<br />
Wkrótce wróci do domu, załatwi wszystko z Grahame&#8217;em Coatsem – ostatecznie, jeśli Gruby Charlie był czegoś pewien, to uczciwości własnych rachunków. Dogada się z Rosie. Wszystko będzie super.<br />
Zastanawiał się, czy kiedy wróci do domu, nie zastanie już Spidera, czy też będzie miał satysfakcję osobistego wywalenia go za drzwi. Miał nadzieję na to drugie. Gruby Charlie chciał usłyszeć, jak brat przeprasza, może nawet się płaszczy. Zaczął sobie wyobrażać, co mu powie.<br />
– Wynoś się – rzekł głośno – i zabierz ze sobą swoje słońce, jacuzzi i sypialnię!<br />
– Słucham? – powiedziała stewardesa.<br />
– Rozmawiam – wyjaśnił Gruby Charlie. – Ze sobą. Tylko. Uhm.</p>
<p>Lecz nawet wstyd, który go ogarnął, nie był aż taki zły. Ani przez moment nie marzył o tym, by samolot się rozbił i zakończył jego męki. Życie zdecydowanie się poprawiało.<br />
Otworzył zestaw przydatnych drobiazgów, który dostał zaraz po wejściu na pokład, nałożył na oczy przepaskę i odchylił fotel jak najdalej, czyli prawie całkowicie. Pomyślał o Rosie, choć w jego wyobraźni zmieniała się, przekształcała w kogoś mniejszego, kto nie miał na sobie zbyt wiele ubrania. Z poczuciem winy Gruby Charlie wyobraził ją sobie ubraną i ze zgrozą odkrył, że ma na sobie mundur policyjny. To okropne, powtarzał w myślach, ale na niewiele się to zdało. Powinien się wstydzić. Powinien&#8230;<br />
Gruby Charlie poprawił się w fotelu i wydał z siebie jedno ciche, zadowolone chrapnięcie.<br />
Wciąż w świetnym nastroju wysiadł z samolotu na Heathrow i pociągiem ekspresowym pojechał na stację Paddington. Ucieszyło go odkrycie, że podczas jego krótkiej nieobecności w Anglii słońce postanowiło wynurzyć się zza chmur. Wszystko będzie dobrze, powtarzał sobie, w każdym najdrobniejszym szczególe.<br />
Do jedynego dziwnego wydarzenia, które nadało lekko niepokojący posmak całemu porankowi, osobliwe wrażenie, że coś jest nie tak, doszło w połowie drogi. Charlie wyglądał przez okno wagonu, żałując, że nie kupił na Heathrow gazety. Pociąg mijał właśnie rozległą połać zieleni – może szkolne boisko – gdy wydało mu się, że niebo na moment pociemniało. Z piskiem hamulców ekspres zatrzymał się przed semaforem.<br />
Wszystko to nie wzbudziło u Grubego Charliego najmniejszego niepokoju. W końcu to była Anglia, jesienna Anglia. Słońce z definicji pojawiało się tylko wtedy, gdy nie padał deszcz, a chmury akurat odpłynęły. Lecz na skraju pola obok kępy drzew stała jakaś postać.<br />
Na pierwszy rzut oka wziął ją za stracha na wróble.<br />
Wiedział, że to niemądre, to nie mógł być strach na wróble. Strachy na wróble stawia się na polach, nie boiskach piłkarskich, a już z całą pewnością nie na skraju zagajnika. A poza tym jeśli nawet był to strach na wróble, to bardzo kiepsko spełniał swe zadanie.<br />
Bo wszędzie wokół krążyły wrony, wielkie czarne wrony.<br />
I wtedy strach się poruszył.<br />
Był zdecydowanie za daleko, by Gruby Charlie zdołał dostrzec coś więcej niż zarys sylwetki, drobną postać w poszarpanym, brązowym prochowcu. A jednak poznał ją. Wiedział, że gdyby znalazł się dość blisko, ujrzałby twarz wykutą z obsydianu, kruczoczarne włosy i oczy kryjące w sobie obłęd.<br />
A potem pociąg szarpnął naprzód i ruszył z miejsca. Po sekundzie kobieta w brązowym płaszczu zniknęła mu z oczu.<br />
Gruby Charlie poczuł się trochę niewyraźnie. Do tej pory zdążył już sobie wmówić, że to, co się stało – co zdawało mu się, że się stało – w saloniku pani Dunwiddy, stanowiło jedynie osobliwą halucynację, wysokooktanowy sen, prawdziwy na jakimś poziomie, ale nierzeczywisty; nie coś, co faktycznie nastąpiło, lecz raczej symbol głębszej prawdy. Nie mógł przecież chyba udać się w prawdziwe miejsce i dobić prawdziwego targu?<br />
Wszystko to stanowiło jedynie przenośnię.<br />
Nie zadawał sobie pytania, skąd bierze przekonanie, że odtąd wszystko zacznie się poprawiać. Jest rzeczywistość i rzeczywistość. Niektóre rzeczy są prawdziwsze niż inne.<br />
Pociąg rozpędzał się z każdą chwilą. Coraz szybciej i szybciej wiózł go w głąb Londynu.</p>
<p>* * *</p>
<p>Po przygodzie w greckiej restauracji Spider dotarł już niemal do domu, przyciskając do policzka serwetkę, gdy ktoś dotknął jego ramienia.<br />
– Charles? – spytała Rosie.<br />
Podskoczył, a przynajmniej wzdrygnął się, wydając z siebie zduszony jęk.<br />
– Charles, nic ci nie jest? Co ci się stało w policzek?<br />
Przyglądał się jej uważnie.<br />
– Czy ty to ty? – spytał.<br />
– Słucham?<br />
– Ty jesteś Rosie?<br />
– Co to niby za pytanie? Oczywiście, że jestem Rosie. Co sobie zrobiłeś w policzek?<br />
Przycisnął do niego serwetkę<br />
– Skaleczyłem – wyjaśnił.<br />
– Pokaż.<br />
Oderwała mu dłoń od twarzy. Pośrodku białej serwetki widniała szkarłatna plama, jakby ją zakrwawił, lecz skóra była cała, nietknięta.<br />
– Tu nic nie ma.<br />
– Ach.<br />
– Charles? Dobrze się czujesz?<br />
– Tak, dobrze. Chyba żeby nie. Myślę, że powinniśmy wrócić do mnie. Tam będzie bezpieczniej.<br />
– Mieliśmy zjeść razem lunch – zaprotestowała Rosie tonem osoby, która się obawia, że zrozumie, co się właściwie dzieje, dopiero gdy z krzaków wyskoczy prezenter telewizyjny i pokaże jej ukrytą kamerę.<br />
– Tak – odparł Spider – wiem, ale mam wrażenie, że przed chwilą ktoś próbował mnie zabić. Ta osoba udawała ciebie.<br />
– Nikt nie próbuje cię zabić. – Rosie bezskutecznie starała się, by nie zabrzmiało to jak nieudolna próba pocieszenia go.<br />
– Nawet jeśli nikt nie próbuje mnie zabić, to czy możemy odpuścić sobie lunch i wrócić do mnie? Mam w domu coś do jedzenia.<br />
– Oczywiście.<br />
Rosie podążyła w ślad za nim ulicą, zastanawiając się, kiedy Gruby Charlie zdążył tak schudnąć. Wygląda dobrze, pomyślała, naprawdę świetnie. W milczeniu skręcili w Maxwell Gardens.<br />
– Spójrz na to – rzekł Spider.<br />
– Na co?<br />
Pokazał jej. Świeża plama krwi zniknęła z serwetki. Materiał był teraz śnieżnobiały.<br />
– To jakaś magiczna sztuczka?<br />
– Jeśli nawet, ja jej nie zrobiłem – odrzekł. – Tym razem. – Wrzucił serwetkę do kubła.<br />
W tym momencie przed dom Grubego Charliego zajechała taksówka, z której wysiadł Gruby Charlie we własnej osobie, w wymiętym ubraniu, mrugający gwałtownie i niosący w dłoni białą reklamówkę.</p>
<p>Rosie spojrzała na Grubego Charliego. Potem na Spidera. Potem znów na Grubego Charliego, który tymczasem otworzył torbę i wyciągnął olbrzymią bombonierkę.<br />
– Dla ciebie – oznajmił.<br />
Rosie wzięła czekoladki, bąknąwszy „dziękuję”. Widziała dwóch mężczyzn, mówili i wyglądali zupełnie inaczej, a mimo to nadal nie potrafiła stwierdzić, który z nich jest jej narzeczonym.<br />
– Ja wariuję, prawda? – spytała z napięciem w głosie. Teraz, gdy zrozumiała co się dzieje, było już jakoś łatwiej.<br />
Chudszy z dwóch Grubych Charliech, ten z kolczykiem, położył jej dłoń na ramieniu.<br />
– Musisz wracać do domu – oznajmił. – Zdrzemnąć się. Gdy się obudzisz, zapomnisz o tym wszystkim.<br />
No tak, pomyślała Rosie, to bardzo ułatwia życie. Lepiej jest mieć ścisły plan.<br />
Sprężystym krokiem zawróciła i ruszyła w stronę swego domu, trzymając w dłoni bombonierkę.<br />
– Co jej zrobiłeś? – spytał Gruby Charlie. – Zupełnie jakby się wyłączyła.<br />
Spider wzruszył ramionami.<br />
– Nie chciałem jej denerwować.<br />
– Czemu nie powiedziałeś prawdy?<br />
– To wydało mi się stosowniejsze.<br />
– Bo niby ty wiesz, co jest stosowne, a co nie?<br />
Spider dotknął drzwi frontowych, które otwarły się cicho.<br />
– Wiesz, że mam klucze – przypomniał Gruby Charlie. – To moje drzwi.<br />
Razem przeszli przez hol i w górę po schodach.<br />
– Gdzie się podziewałeś? – spytał Spider.<br />
– Nigdzie. Nie było mnie – odrzekł Gruby Charlie tonem godnym nastolatka.<br />
– Dziś rano w restauracji zaatakowały mnie ptaki. Wiadomo ci coś o tym? Wiadomo, prawda?<br />
– Raczej nie. Może. Po prostu już czas, żebyś sobie poszedł.<br />
– Nie zaczynaj.<br />
– Ja? Ja mam nie zaczynać? Przecież stanowiłem dotąd uosobienie opanowania. To ty wtargnąłeś w moje życie, wkurzyłeś mojego szefa, nasłałeś na mnie policję. Ty&#8230; całowałeś się z moją dziewczyną. Spieprzyłeś mi życie&#8230;<br />
– Hej – przerwał mu Spider. – Jeśli chcesz znać moje zdanie, to tobie samemu świetnie szło rozpieprzanie własnego życia.<br />
Gruby Charlie zacisnął pięść, zamachnął się i walnął Spidera w szczękę, jak to robią na filmach. Spider zachwiał się, bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Uniósł dłoń do ust i spojrzał na krew na swych palcach.<br />
– Uderzyłeś mnie – rzekł.<br />
– I mogę to zrobić jeszcze raz – odparł Gruby Charlie, nie do końca pewny, czy faktycznie może. Zabolała go ręka.<br />
– Ach tak?<br />
Spider rzucił się na Grubego Charliego, tłukąc go pięściami. Gruby Charlie runął na ziemię, chwytając Spidera w pasie i pociągając za sobą.<br />
Tarzali się po podłodze korytarza, zasypując się ciosami. Gruby Charlie obawiał się w duchu, że Spider przypuści na niego magiczny kontratak albo okaże się nadnaturalnie silny, lecz wyglądało na to, że ich siły są całkiem zbliżone. Obaj walczyli bez ładu i składu, jak chłopcy – jak bracia – i gdy się tak tłukli, Grubemu Charliemu wydało się, że pamięta podobną bójkę. Działo się to dawno temu, Spider był mądrzejszy i szybszy, ale gdyby Gruby Charlie przycisnął go do ziemi i unieruchomił ręce&#8230;<br />
Chwycił prawą dłoń Spidera, wykręcając mu ją za plecy, a potem usiadł na piersi brata.<br />
– Poddajesz się? – spytał.<br />
– Nie.<br />
Spider zaczął się wić i kręcić, lecz Gruby Charlie trwał niewzruszenie na jego piersi.<br />
– Chcę, żebyś obiecał – rzekł – że wyniesiesz się z mojego życia i na zawsze zostawisz nas z Rosie w spokoju.<br />
Na te słowa Spider wierzgnął gniewnie, zrzucając Grubego Charliego, który wylądował na plecach na kuchennej podłodze.<br />
– Posłuchaj – rzucił. – Uprzedzałem&#8230;<br />
W tym momencie usłyszeli dobiegające z dołu pukanie do drzwi, władcze i stanowcze, świadczące o tym, że stukający pragnie pilnie wejść do środka. Gruby Charlie zmierzył Spidera wściekłym spojrzeniem. Ten skrzywił się i obaj powoli dźwignęli się z ziemi.<br />
– Mam otworzyć? – spytał Spider.<br />
– Nie – odparł Gruby Charlie. – To mój cholerny dom, i to ja zamierzam otworzyć moje własne cholerne drzwi. Piękne dzięki.<br />
– Jak sobie chcesz.<br />
Gruby Charlie wycofał się w stronę schodów.<br />
– Kiedy już to załatwię – zapowiedział – załatwię ciebie. Spakuj się, niedługo wyjeżdżasz.<br />
Ruszył na dół, po drodze poprawiając ubranie, otrzepując się z kurzu i próbując usunąć ślady podłogowej bójki.<br />
Otworzył. Za progiem stało dwóch rosłych policjantów w mundurach i jedna drobna, egzotyczna policjantka w cywilnym, bardzo brzydkim stroju.<br />
– Charles Nancy? – spytała Daisy. Patrzyła na niego jak na kogoś obcego, jej oczy nie zdradzały niczego.<br />
– Glumpf – przytaknął Gruby Charlie.<br />
– Panie Nancy – ciągnęła – jest pan aresztowany. Ma pan prawo&#8230;<br />
Gruby Charlie odwrócił się, patrząc w górę. – Ty świnio! – krzyknął. – Świnio, świnio, świnio, świnio, świńska świnio!<br />
Daisy poklepała go po ramieniu.<br />
– Czy pójdzie pan spokojnie? – spytała cicho. – Bo jeśli nie, będziemy musieli najpierw pana uciszyć. Radzę się zastanowić, bo to bardzo entuzjastyczni uciszacze.<br />
– Zachowam spokój – odparł Gruby Charlie.<br />
– To dobrze.<br />
Daisy wyprowadziła go na ulicę i zamknęła w czarnej policyjnej furgonetce.<br />
Policjanci przeszukali mieszkanie. Wszystkie pokoje były puste. Na końcu korytarza mieściła się maleńka, zapasowa sypialnia. W środku stało kilka pudeł pełnych książek i samochodzików. Zajrzeli do nich, lecz nie znaleźli nic ciekawego.</p>
<p>* * *</p>
<p>Spider leżał nadąsany na kanapie w swej sypialni. Wrócił do niej, gdy Gruby Charlie poszedł otworzyć drzwi. Musiał pobyć sam. Niezbyt dobrze sobie radził w takich bezpośrednich starciach. Zazwyczaj na tym etapie znikał bez śladu. Spider wiedział, że już czas odejść, ale nie miał na to ochoty.<br />
Nie był pewien, czy odesłanie Rosie do domu było najlepszym wyjściem.<br />
Tak naprawdę pragnął – a Spiderem zawsze kierowały pragnienia, nigdy powinności – powiedzieć Rosie, że mu na niej zależy. Jemu, Spiderowi. Że nie jest Grubym Charliem, tylko kimś zupełnie innym. Samo w sobie nie stanowiło to problemu. Mógł po prostu poinformować ją z głębokim przekonaniem: „Tak naprawdę jestem Spider, brat Grubego Charliego, a tobie zupełnie to nie przeszkadza, ani trochę”, i wszechświat popchnąłby Rosie odrobinę we właściwym kierunku. Sprawiłby, że przyjęłaby jego słowa, tak jak dziś sprawił, że wróciła wcześniej do domu. Nic by się nie stało, zupełnie by jej to nie wadziło.<br />
Tyle że gdzieś w głębi duszy wiedział, że wadziłoby.<br />
Istoty ludzkie nie lubią, gdy manipulują nimi bogowie. Być może z zewnątrz wygląda to inaczej, lecz gdzieś w środku, w samej głębi, istoty wyczuwają to i przyjmują wrogo. Ludzie wiedzą. Spider mógł jej polecić, by nie przejęła się całą sytuacją, i faktycznie nie przejęłaby się nią. Byłoby to jednak równie prawdziwe jak namalowanie uśmiechu na jej twarzy – uśmiechu, w który szczerze by wierzyła i który uważałaby pod każdym istotnym względem za swój własny. Na krótką metę (a do tej pory Spider nigdy nie działał inaczej) nie miałoby znaczenia, lecz na dłuższą mogło powodować jedynie problemy. Nie pragnął kipiącej gniewem i odrazą istoty, kogoś, kto w głębi duszy go nienawidzi, a na zewnątrz przybiera maskę sztucznej, lalkowatej błogości. Pragnął Rosie.<br />
A to przecież nie byłaby Rosie, prawda?<br />
Wyjrzał przez okno na wspaniały wodospad i tropikalne niebo, i zaczął się zastanawiać, kiedy Gruby Charlie zastuka do jego drzwi. Tego ranka w restauracji coś się zdarzyło i z całą pewnością jego brat wiedział o tym więcej, niż po sobie pokazywał.<br />
Po jakimś czasie Spidera znudziło czekanie i wrócił do mieszkania Grubego Charliego. Nikogo nie zastał. Wszędzie panował bałagan, zupełnie jakby zawodowcy wywrócili je do góry nogami. Spider uznał, że najprawdopodobniej Gruby Charlie sam wszystko porozrzucał, pokazując, jak bardzo wkurzyła go wygrana Spidera w walce.<br />
Wyjrzał przez okno. Na zewnątrz, obok czarnej policyjnej furgonetki parkował radiowóz. Na jego oczach oba samochody odjechały.<br />
Zrobił sobie grzankę, posmarował masłem i zjadł. A potem przeszedł się po mieszkaniu, sprawdzając, czy wszędzie dokładnie zaciągnął zasłony.<br />
Zadźwięczał dzwonek. Spider zasunął ostatnią kotarę i zszedł na dół. Otworzywszy drzwi, ujrzał Rosie. Sprawiała wrażenie lekko oszołomionej. Patrzył na nią bez słowa.<br />
– I co? Nie zaprosisz mnie?<br />
– Oczywiście, wejdź.<br />
Wspięła się po schodach.<br />
– Co się tu stało? Mieszkanie wygląda jak po trzęsieniu ziemi.<br />
– Tak.<br />
– Czemu siedzisz tak po ciemku? – Podeszła do okna.<br />
– Nie ruszaj zasłon! Zostaw je.<br />
– Czego ty się boisz? – spytała Rosie. Spider wyjrzał przez okno.<br />
– Ptaków – rzekł w końcu.<br />
– Ale ptaki to nasi przyjaciele. – Rosie mówiła cierpliwie jak do małego dziecka.<br />
– Ptaki – odrzekł Spider – to ostatni potomkowie dinozaurów. Maleńkie welociraptory ze skrzydłami, pożerające bezbronne, wijące się stworzonka, orzechy, rybki i, i, i inne ptaki. Nie sieją, nie orzą. Widziałaś kiedyś jedzącą kurę? Może i wyglądają niewinnie, ale ptaki są paskudne i wredne.<br />
– Parę dni temu w dzienniku pokazywali materiał o ptaku, który uratował człowiekowi życie – oznajmiła Rosie.<br />
– To nie zmienia faktu, że&#8230;<br />
– To był kruk, albo może wrona, jeden z tych dużych, czarnych. Facet leżał na trawniku przed swym domem w Kalifornii, czytając gazetę. Nagle usłyszał wrzaski i krakanie. Kruk próbował zwrócić na siebie jego uwagę. Gość wstał, podszedł do drzewa, na którym siedział ptak, i zobaczył pod nim pumę szykującą się do skoku. Uciekł więc do domu. Gdyby kruk go nie ostrzegł, padłby ofiarą pumy.<br />
– Nie sądzę, by to było zachowanie typowe dla kruka – odparł Spider. – A poza tym to, że jeden kruk uratował komuś życie, niczego nie zmienia. Ptaki wciąż chcą mnie dopaść.<br />
– Jasne. – Rosie starała się, by nie zabrzmiało to fałszywie. – Ptaki chcą cię dopaść.<br />
– Tak.<br />
– A robią to dlatego, bo&#8230;?<br />
– Uhm.<br />
– Musi istnieć jakiś powód. Nie twierdzisz chyba, że wielkie rzesze ptaków tak po prostu bez żadnej przyczyny postanowiły potraktować cię jak atrakcyjną, olbrzymią przekąskę?<br />
– Chyba mi nie wierzysz – rzekł i było widać, że mówi szczerze.<br />
– Charlie, zawsze byłeś uczciwym, prawdomównym człowiekiem. Ufałam ci. Jeśli coś mi mówisz, staram się w to uwierzyć, naprawdę się staram. Kocham cię i wierzę w ciebie. Czemu zatem nie pozwolisz mi sprawdzić, czy w to uwierzę, czy nie?<br />
Spider zastanowił się chwilę. Potem wyciągnął rękę i ujął jej dłoń.<br />
– Chyba powinienem ci coś pokazać.<br />
Poprowadził ją na koniec korytarza. Zatrzymali się przed drzwiami zapasowej sypialni Grubego Charliego.<br />
– Coś tam jest – rzekł. – Myślę, że przekona cię bardziej niż słowa.<br />
– Jesteś superbohaterem – oznajmiła – a tu przechowujesz Batmobil.<br />
– Nie.<br />
– Czy to coś nieprzyzwoitego? Lubisz przebierać się w kostiumik od Chanel i perły, i przedstawiać się jako Dora?<br />
– Nie.<br />
– To nie&#8230; elektryczna kolejka, prawda?<br />
Spider pchnął drzwi zapasowego pokoju Grubego Charliego i jednocześnie drzwi swej sypialni. Za oknami na końcu szumiał wodospad wpadający do jeziora w dżungli. Niebo nad nim było bardziej niebieskie niż szafiry.<br />
Rosie pisnęła cicho.<br />
Zawróciła, przeszła przez korytarz do kuchni i wyjrzała przez okno na szare, ciastowate, wybitnie nieciekawe londyńskie niebo. Wróciła.<br />
– Nie rozumiem – powiedziała. – Charlie, co się dzieje?<br />
– Ja nie jestem Charlie – oznajmił Spider. – Spójrz na mnie, naprawdę spójrz na mnie. Nawet nie wyglądam jak on.<br />
Nie starała się już dłużej go uspokajać. Oczy miała wielkie, przerażone.<br />
– Jestem jego bratem – ciągnął Spider. – I wszystko schrza – niłem, wszystko. Najlepiej chyba byłoby, gdybym wyniósł się z waszego życia.<br />
– To gdzie jest Gruby&#8230; gdzie jest Charlie?<br />
– Nie mam pojęcia. Pobiliśmy się. Poszedł otworzyć drzwi, ja wróciłem do swojego pokoju, a on zniknął.<br />
– Zniknął? A ty nie próbowałeś nawet sprawdzić, co się z nim stało?<br />
– Eee, możliwe, że zabrała go policja. To tylko taka luźna hipoteza. Nie mam żadnych dowodów ani nic takiego.<br />
– Jak się nazywasz? – spytała ostro.<br />
– Spider.<br />
– Spider – powtórzyła Rosie.<br />
Na zewnątrz, poza zasięgiem wodnej piany wodospadu dostrzegła wiszące w powietrzu stado flamingów. W słońcu ich skrzydła mieniły się różem i bielą. Dostojne, niezliczone, przedstawiały sobą najpiękniejszy widok, jaki oglądała w swym życiu. Z powrotem popatrzyła na Spidera i patrząc na niego, nie mogła pojąć, jakim cudem kiedykolwiek brała go za Grubego Charliego. Gruby Charlie był ciepły, otwarty i niezgrabny, a ten mężczyzna przypominał stalową sprężynę, mocno naciągniętą i mogącą w każdej chwili pęknąć.<br />
– Naprawdę nie jesteś nim, prawda?<br />
– Powiedziałem przecież.<br />
– No to. No to z kim. Z kim ja. Z którym z was. Z którym spałam?<br />
– To byłem ja – odparł Spider.<br />
– Tak też sądziłam.<br />
Rosie z całej siły uderzyła go w twarz. Poczuł, że rana na wardze otwarła się i znów płynie z niej krew.<br />
– Chyba na to zasłużyłem.<br />
– Oczywiście, że zasłużyłeś – zawiesiła głos. – Czy Gruby Charlie o tym wiedział? O tobie? O tym, że się ze mną spotykasz?<br />
– No tak, ale&#8230;<br />
– Obaj jesteście chorzy – rzuciła. – Chore, obrzydliwe świnie. Mam nadzieję, że zgnijecie w piekle.<br />
Po raz ostatni rozejrzała się ze zdumieniem po olbrzymiej sypialni. Potem spojrzała przez okno na gęstą dżunglę, ogromny wodospad i stado flamingów, odwróciła się na pięcie i wyszła.<br />
Spider usiadł na podłodze, z dolnej wargi sączyła mu się strużka krwi. Czuł się okropnie głupio. Usłyszał trzaśniecie drzwi na dole. Podszedł do wanny i zanurzył w gorącej wodzie rożek włochatego ręcznika. Potem wykręcił go i przyłożył do ust.<br />
– Nie potrzebuję tego wszystkiego – oznajmił. Powiedział to głośno; łatwiej jest się okłamywać, gdy mówi się głośno. – Tydzień temu nie potrzebowałem żadnego z was i nie potrzebuję was teraz. Nie obchodzi mnie to. Już z wami skończyłem.<br />
Flamingi uderzyły o szyby niczym różowe, pierzaste kule armatnie. Szkło pękło, a jego odłamki poleciały w głąb pokoju, wbijając się w ściany, podłogę, łóżko. W powietrzu zaroiło się od rozpędzonych, jasnoróżowych ciał, łopoczących różowych skrzydeł i zakrzywionych czarnych dziobów. Cały pokój wypełnił ogłuszający huk wodospadu.<br />
Spider wycofał się pod ścianę. Od drzwi odgradzało go stado flamingów, całe setki półtorametrowych ptaków, plątanina długich nóg i szyj. Dźwignął się z ziemi i postąpił kilka kroków przez pole minowe rozwścieczonych różowych flamingów, patrzących na niego gniewnie obłąkanymi różowym oczami. Z daleka mogły wyglądać pięknie. Jeden dziobnął go w rękę. Nie przebił skóry, ale i tak zabolało.<br />
Sypialnia Spidera była naprawdę duża, lecz z każdą chwilą zapełniała się lądującymi w pędzie flamingami. A na błękitnym niebie nad wodospadem pojawiła się ciemna chmura – drugie stado, zmierzające w jego stronę.<br />
Ptaki dziobały Spidera, atakowały nogami, tłukły skrzydłami. On jednak wiedział, że nie to stanowi problem. Prawdziwym problemem będzie uduszenie pod puszystym, różowym kłębowiskiem piór z doczepionymi do nich ptakami. Co za niewiarygodnie żałosna śmierć. Zmiażdżony przez ptaki, i to w dodatku niezbyt inteligentne ptaki.<br />
Myśl, powtarzał sobie w duchu. To flamingi, ptasie móżdżki. Ty jesteś Spider, pająk.<br />
I co z tego? – odpowiedział sobie w myślach z irytacją. Powiedz mi coś, czego nie wiem.<br />
Flamingi na ziemi napierały na niego. Te w powietrzu nurkowały ku niemu. Naciągnął kurtkę na głowę i wtedy ptaki unoszące się w powietrzu zaczęły o niego uderzać. Zupełnie jakby ktoś ostrzeliwał go kurczakami. Zachwiał się i runął na ziemię.<br />
Przechytrz je, durniu.<br />
Spider podniósł się znowu i brodząc w morzu skrzydeł i dziobów, dotarł do okna, wielkiego otworu otoczonego ostrymi zębami szkła.<br />
– Głupie ptaki – rzucił wesoło, podciągając się na parapet.<br />
Flamingi nie słyną z inteligencji ani z umiejętności rozwiązywania problemów. W obliczu kawałka skręconego drutu i butelki z czymś jadalnym w środku kruk mógłby spróbować zrobić z drutu narzędzie i wyciągnąć zawartość. Flaming natomiast usiłowałby zjeść drut, gdyby ten wyglądał jak krewetka, a gdyby nie wyglądał, na wszelki wypadek też by go skosztował, bo może to nowa odmiana krewetki. Jeśli więc w człowieku stojącym na parapecie i obrzucającym je wyzwiskami było coś lekko zwiewnego i ulotnego, flamingi tego nie dostrzegły. Wpatrywały się w niego oszalałymi różowymi oczkami ogarniętych morderczym instynktem królików, a potem popędziły ku niemu.<br />
Mężczyzna wyskoczył z okna wprost w chmurę pyłu wodnego, otaczającą wodospad, i tysiąc flamingów wystartowało za nim do lotu, biorąc zaś pod uwagę fakt, że flaming potrzebuje sporego rozpędu, wiele runęło na ziemię jak kamienie.<br />
Wkrótce w sypialni pozostały już tylko ranne i martwe flamingi: te, które połamały sobie skrzydła, które zderzyły się ze ścianami, zostały zmiażdżone przez masy innych flamingów. Część z nich, wciąż jeszcze żywa, patrzyła, jak drzwi sypialni otwierają się same z siebie i znów zamykają. Ale że były flamingami, niespecjalnie się tym przejęły.<br />
Spider stał na korytarzu mieszkania Grubego Charliego, usiłując złapać oddech. Skoncentrował się na odesłaniu sypialni w niebyt. Robił to wyjątkowo niechętnie, głównie dlatego, że był okropnie dumny ze swojego sprzętu grającego. A poza tym w środku przechowywał swoje rzeczy.<br />
Zawsze jednak mógł zdobyć nowe rzeczy.<br />
Jeśli jest się Spiderem, wystarczy tylko poprosić.</p>
<p>* * *</p>
<p>Matka Rosie nie miała w zwyczaju głośno okazywać swojego triumfu. Kiedy zatem Rosie rozpłakała się na sofie od Chippendale&#8217;a, jej matka powstrzymała chęć wydania radosnych okrzyków, śpiewu i zwycięskiego tańca połączonego z podskokami wokół salonu. Uważny obserwator dostrzegłby jednak triumfalny błysk w jej oku.<br />
Podała Rosie dużą szklankę witaminizowanej wody mineralnej z jedną kostką lodu i wysłuchała płaczliwej litanii opisującej zdradę i zawód miłosny. Pod koniec triumfalny błysk zniknął, zastąpiony wyrazem zamętu. Czuła, że kręci się jej w głowie.<br />
– A zatem Gruby Charlie nie był naprawdę Grubym Charliem? – spytała.<br />
– Nie. To znaczy tak. Gruby Charlie to Gruby Charlie. Ale przez ostatni tydzień spotykałam się z jego bratem.<br />
– Są bliźniakami?<br />
– Nie, nie są nawet do siebie podobni. Sama nie wiem. Wszystko mi się miesza.<br />
– To z którym właściwie zerwałaś?<br />
Rosie wydmuchnęła nos.<br />
– Zerwałam ze Spiderem. To brat Grubego Charliego.<br />
– Ale przecież nie byłaś z nim zaręczona.<br />
– Nie, ale myślałam, że jestem. Myślałam, że to Gruby Charlie.<br />
– Zatem zerwałaś też z Grubym Charliem?<br />
– W pewnym sensie. Po prostu jeszcze mu o tym nie powiedziałam.<br />
– Czy on&#8230; czy on wiedział o tej sprawie z bratem? Czy to był jakiś paskudny, zboczony spisek przeciw mojej córeczce?<br />
– Nie sądzę, ale to nie ma znaczenia. Nie mogę za niego wyjść.<br />
– Nie – zgodziła się matka. – Z całą pewnością nie możesz, ani trochę. – W myślach odtańczyła radosny taniec i urządziła spory, lecz gustowny pokaz fajerwerków. – Znajdziemy ci porządnego chłopca. Nie martw się, ten Gruby Charlie od początku coś kombinował. Zrozumiałam to w chwili, gdy go zobaczyłam. Zjadł mój owoc z wosku. Wiedziałam, że sprawia tylko kłopoty. Gdzie jest teraz?<br />
– Nie jestem pewna. Spider mówił, że być może aresztowała go policja.<br />
– Ha! – rzuciła matka.<br />
Fajerwerki w jej głowie przybrały rozmach godny obchodów nowego roku w Disneylandzie. Dodatkowo w myślach złożyła w ofierze tuzin pięknych, czarnych byków. Głośno powiedziała jedynie:<br />
– Pewnie siedzi w więzieniu. Według mnie to dla niego najlepsze miejsce. Zawsze uważałam, że tam właśnie skończy.<br />
Rosie zaczęła płakać jeszcze głośniej. Wyciągnęła z pudełka kolejną chusteczkę i trąbiąc głośno, wydmuchnęła nos. Z odważną miną przełknęła ślinę, potem znów zaczęła płakać. Matka poklepała ją po ręce, usiłując dodać otuchy.<br />
– Oczywiście, że nie możesz za niego wyjść. Nie możesz poślubić skazańca. Ale skoro siedzi w więzieniu, z łatwością zerwiesz zaręczyny. – W kąciku jej ust pojawiło się widmo uśmiechu. – Mogę pójść do niego w twoim imieniu. Albo wybierz się sama w dniu odwiedzin i powiedz, że jest wstrętnym oszustem i nigdy więcej nie chcesz go widzieć. Mogłybyśmy też załatwić sądowy zakaz zbliżania się do ciebie – dodała z nadzieją.<br />
– To nie dlatego nie mogę wyjść za Grubego Charliego – wyszlochała Rosie.<br />
– Nie? – Matka uniosła nakreśloną ołówkiem brew.<br />
– Nie – powiedziała Rosie. – Nie mogę wyjść za Grubego Charliego, bo go nie kocham.<br />
– Oczywiście, że nie kochasz, zawsze to wiedziałam. To dziewczęce zauroczenie. Teraz jednak widzisz, jaki jest naprawdę&#8230;<br />
– Kocham – ciągnęła Rosie, nie zwracając uwagi na słowa matki – Spidera, jego brata.<br />
Wyraz twarzy jej matki przypominał chmarę os przybywających na piknik.<br />
– Nie martw się – dodała Rosie – za niego też nie zamierzam wyjść. Powiedziałam mu, że nie chcę go znać.<br />
Matka Rosie zacisnęła wargi.<br />
– No cóż – oznajmiła – nie mogę udawać, że cokolwiek z tego rozumiem, ale z całą pewnością nie są to złe wieści.<br />
Tryby w jej głowie poruszyły się, zapadnie przesunęły, przekładnie ustawiły, tworząc nowy, fascynujący układ. Sprężyny przeskoczyły, trzasnęły zatrzaski.<br />
– Wiesz – dodała – co byłoby w tej chwili dla ciebie najlepsze? Nie masz ochoty na krótkie wakacje? Chętnie je opłacę, mam w końcu pieniądze, które przeznaczyłam na wesele&#8230;<br />
Nie były to najszczęśliwsze słowa; Rosie znów zaczęła płakać w chusteczkę.<br />
– W każdym razie ja stawiam – podjęła szybko matka. – Wiem, że możesz wziąć zaległy urlop, a mówiłaś, że w tej chwili nie ma dużo pracy. W takim momencie dziewczyna musi oderwać się od wszystkiego i odpocząć.<br />
Rosie zastanawiała się, czy może nie oceniała źle matki przez te wszystkie lata. Pociągnęła nosem i przełknęła ślinę.<br />
– To byłoby miłe – powiedziała w końcu.<br />
– A zatem ustalone – oświadczyła matka. – Pojadę z tobą, żeby zadbać o moją córeczkę.<br />
W myślach, przy wtórze imponującego pokazu fajerwerków, dodała: I by upewnić się, że odtąd moja córeczka będzie spotykała tylko właściwych mężczyzn.<br />
– Dokąd się wybierzemy? – spytała Rosie.<br />
– Wybierzemy się – odparła jej matka – w rejs.</p>
<p>* * *</p>
<p>Grubemu Charliemu nie założono kajdanek. To przynajmniej było dobre. Wszystko inne szło źle, ale przynajmniej go nie skuto. Świat wokół niego jakby się rozmazał, wypełniły go za to aż nadto wyraźne szczegóły: sierżant dyżurny drapiący się po nosie i wypełniający papiery – „Cela numer sześć jest wolna” – przejście przez zielone drzwi, a potem zapach więzienia. Niewyraźny odór, którego nie czuł nigdy wcześniej, lecz który natychmiast wydał mu się upiornie znajomy: uporczywy smród wymiocin, środków dezynfekujących, dymu, starych koców, niespłukanych toalet i rozpaczy. Była to woń, która zalega na samym dnie i tam właśnie najwyraźniej trafił Gruby Charlie.<br />
– Kiedy będziesz chciał spuścić wodę w kiblu – oznajmił towarzyszący mu policjant – naciśnij guzik w celi. Któryś z nas wcześniej czy później zajrzy i sam pociągnie za łańcuszek. W ten sposób nie spuścisz dowodów.<br />
– Dowodów czego?<br />
– Daj sobie spokój, złociutki.<br />
Gruby Charlie westchnął. Od najwcześniejszego dzieciństwa, gdy był jeszcze dumny z tego faktu, sam spłukiwał wodą swoje produkty przemiany materii i utrata tego prawa jeszcze dotkliwiej niż utrata wolności uświadomiła mu, że wszystko się zmieniło.<br />
– To twój pierwszy raz? – spytał policjant.<br />
– Tak. Przepraszam.<br />
– Narkotyki? – naciskał policjant.<br />
– Nie, dziękuję – odparł Gruby Charlie.<br />
– To za nie siedzisz?<br />
– Nie wiem, za co siedzę. Jestem niewinny.<br />
– Przestępstwo urzędnicze, co? – Policjant pokręcił głową. – Powiem ci coś, co wie każdy robol. Im lepiej będziesz traktować nas, tym lepiej my potraktujemy ciebie. Wy, urzędasy, zawsze domagacie się swoich praw i tylko tym sobie szkodzicie.<br />
Otworzył drzwi celi numer sześć.<br />
– Nie ma to jak w domu.<br />
W środku smród był mocniejszy. Celę pomalowano szorstką farbą, na której nie daje się rysować graffiti. W środku – stało jedynie niskie łóżko i pozbawiona klapy toaleta w kącie.<br />
Gruby Charlie położył na łóżku wydany mu koc. . – No dobra – rzekł policjant. – Rozgość się. A jeśli zaczniesz się nudzić, proszę, nie zatykaj kibla kocem.<br />
– Po co miałbym to robić?<br />
– Często sam się nad tym zastanawiam – odparł policjant. – Faktycznie, po co? Może to jakaś odmiana w tej monotonii. Ja sam nie mam pojęcia. Jestem praworządnym obywatelem, czeka na mnie policyjna emerytura i nigdy nie musiałem siedzieć w żadnej celi.<br />
– Wie pan, ja tego nie zrobiłem – powiedział Gruby Charlie. – Cokolwiek to było.<br />
– To dobrze – odparł policjant.<br />
– Przepraszam – spytał Gruby Charlie – dostanę coś do czytania?<br />
– Czy to miejsce według ciebie wygląda jak biblioteka?<br />
– Nie.<br />
– Gdy byłem młodym gliną, facet poprosił mnie o książkę. Poszedłem i znalazłem mu coś, co wcześniej sam czytałem. J.T. Edsona czy może Louisa L&#8217;Amoura, a on tylko zatkał nią kibel. Drugi raz nie dam się nabrać.<br />
A potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Gruby Charlie został w środku, a policjant na zewnątrz.</p>
<p>* * *</p>
<p>Najdziwniejsze, pomyślał Grahame Coats, zazwyczaj niespecjalnie skłonny do refleksji, było to, jak normalnie, pogodnie i ogólnie rzecz biorąc, dobrze się czuł.<br />
Kapitan polecił im zapiąć pasy i wspomniał, że wkrótce wylądują na Saint Andrews. Saint Andrews była niewielką karaibską wysepką, która po ogłoszeniu niepodległości w 1962 postanowiła dowieść swej niezależności od władz kolonialnych na kilka sposobów, między innymi tworząc własny system sądowniczy, wyróżniający się całkowitym brakiem umów o ekstradycję z resztą świata.<br />
Samolot wylądował. Grahame Coats wysiadł i ruszył przez skąpany w blasku słońca asfalt, ciągnąc za sobą torbę na kółkach.<br />
Pokazał odpowiedni paszport – Basila Finnegana – poczekał, aż urzędnik imigracyjny przystawi pieczątkę, zebrał resztę bagażu z taśmy i wyszedł przez pustą salę odpraw celnych na maleńki terminal, a stamtąd na słoneczną ulicę. Miał na sobie podkoszulek, szorty i sandały, i wyglądał jak typowy Brytyjski Turysta Za Granicą.<br />
Ogrodnik czekał na niego przed lotniskiem. Grahame Coats usiadł wygodnie na tylnym siedzeniu czarnego mercedesa.<br />
– Do domu, proszę – rzekł.<br />
Podczas jazdy drogą prowadzącą z Williamstown do majątku na szczycie skał spoglądał na wyspę z zadowolonym uśmiechem właściciela.<br />
Przyszło mu do głowy, że wyjeżdżając z Anglii, zostawił za sobą potencjalnie martwą kobietę. Ciekawe, czy przeżyła. Poważnie w to wątpił. Świadomość, że kogoś zabił, nie przeszkadzała mu, wręcz przeciwnie, napełniła go ogromną satysfakcją, jakby dzięki temu czynowi osiągnął spełnienie. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie miał okazję to zrobić.<br />
Zastanawiał się, czy nastąpi to szybko.</p>
<p>Gruby Charlie siedział na kocu na metalowej pryczy, czekając, aż coś się zdarzy. Nie zdarzyło się jednak nic, czas płynął powoli. Miał wrażenie, że minęło kilka miesięcy. Próbował zasnąć, ale nie pamiętał, jak to się robi.<br />
Walnął pięścią w drzwi.<br />
Ktoś wrzasnął: „Zamknij się!”; Gruby Charlie nie wiedział, czy to policjant, czy inny więzień.<br />
Zaczął krążyć po celi. Oceniał ostrożnie, że trwało to co najmniej dwa lub trzy lata. Potem usiadł, pozwalając, by pochłonęła go wieczność. Przez gruby blok szkła w górze, pełniący obowiązki okna, widział światło dzienne, najwyraźniej to samo, które oglądał, gdy tego ranka zatrzasnęły się za nim drzwi.<br />
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć, jak zabijają czas ludzie siedzący w więzieniach. Pamiętał jednak wyłącznie prowadzenie tajnych dzienników i ukrywanie przedmiotów w tyłku. Nie miał nic do pisania, uważał też, iż wyraźną oznaką tego, jak dobrze radzi sobie w życiu, jest brak konieczności chowania przedmiotów w tyłku.<br />
Nic się nie działo. Wciąż nic się nie działo. Kolejne Nic. Powrót Niczego. Syn Niczego. Nic kontratakuje. Nic, Abbott i Costello spotykają Wilkołaka&#8230;<br />
Na dźwięk szczęku zamka Gruby Charlie o mało nie zaczął wiwatować.<br />
– W porządku, spacerniak. Jeśli chcesz, możesz zapalić.<br />
– Nie palę.<br />
– I słusznie. Paskudny nałóg.<br />
Spacerniak okazał się dziedzińcem pośrodku posterunku policji, ze wszystkich stron otoczonym murami, a od góry zamkniętym metalową siatką. Gruby Charlie przechadzał się po nim, dochodząc do wniosku, że jeśli jest coś, co naprawdę mu się nie podoba, to pozostawanie pod nadzorem policyjnym. Nigdy nie żywił specjalnej sympatii dla policjantów, ale do tej pory pielęgnował w sobie podstawową ufność w naturalną kolej rzeczy; przekonanie, że istnieje jakaś siła – w czasach wiktoriańskich nazywano ją Opatrznością – pilnująca, by winni zostawali ukarani, a niewinni cieszyli się wolnością. W obliczu ostatnich wydarzeń wiara ta załamała się i zastąpiła ją rosnąca obawa, że przez resztę życia będzie próbował przekonać o swej niewinności całą serię niewzruszonych sędziów i prześladowców często podobnych do Daisy, i że zapewne następnego ranka obudzi się w celi numer sześć i odkryje, że zamienił się w olbrzymiego robaka. Bez wątpienia trafił do wrogiego wszechświata, w którym ludzie zamieniają się w robaki&#8230;<br />
Nad jego głową coś opadło z nieba na drucianą siatkę, Gruby Charlie uniósł wzrok. Z góry z wyniosłą obojętnością spoglądał na niego kos. Kolejny trzepot skrzydeł i do kosa dołączyło kilka wróbli, a także coś, co Gruby Charlie wziął za drozda.<br />
Patrzyły na niego, on patrzył na nie.<br />
Co chwila przylatywały nowe ptaki.<br />
Gruby Charlie nie potrafił określić, kiedy dokładnie zgromadzenie ptaków na siatce przestało wyglądać ciekawie i zaczęło go przerażać. Oceniał, że nastąpiło to, gdy było ich około setki. Być może sprawił to też fakt, że ptaki nie świergotały, nie krakały, nie śpiewały, nie ćwierkały. Po prostu lądowały na siatce i obserwowały go czujnie.<br />
– Idźcie sobie – powiedział głośno.<br />
Zlekceważyły go. Zamiast tego przemówiły chórem, jak jeden ptak. Wypowiedziały jego imię.<br />
Gruby Charlie podszedł do drzwi w kącie i kilka razy uderzył w nie pięścią.<br />
– Przepraszam – powtórzył parokrotnie, a potem zaczął krzyczeć. – Pomocy!<br />
Brzęk, drzwi otwarły się i ze środka wyjrzał wyraźnie senny członek Służb Policyjnych Jej Królewskiej Mości.<br />
– Oby to było coś ważnego – rzekł.<br />
Gruby Charlie wskazał ręką w górę. Nic nie powiedział, nie musiał. Konstablowi opadła szczęka, jego usta otwarły się szeroko i tak już zostały. Matka Grubego Charliego poradziłaby, żeby je zamknął, nim coś wleci do środka.<br />
Siatka uginała się pod ciężarem tysięcy ptaków. Maleńkie ptasie oczka bez jednego mrugnięcia spoglądały w dół.<br />
– Chryste na motorze – mruknął policjant i bez dalszych ceregieli zaprowadził Charliego z powrotem do celi.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/96/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/96/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=96&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spider-w-akcji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Śpiący</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spiacy/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spiacy/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 13:57:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=94</guid>
		<description><![CDATA[Był szary świt, gdy Gruby Charlie wgramolił się na fotel pasażera furgonetki pani Higgler. – Śpiący? – spytała. – Niespecjalnie, tylko dziwnie się czuję. – Gdzie mam cię zawieźć? Do mnie? Do domu twojego taty? Do motelu? – Sam nie wiem. Wrzuciła bieg i wjechała na drogę. – Dokąd jedziemy? Nie odpowiedziała. Siorbiąc głośno, pociągnęła [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=94&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Był szary świt, gdy Gruby Charlie wgramolił się na fotel pasażera furgonetki pani Higgler.<br />
– Śpiący? – spytała.<br />
– Niespecjalnie, tylko dziwnie się czuję.<br />
– Gdzie mam cię zawieźć? Do mnie? Do domu twojego taty? Do motelu?<br />
– Sam nie wiem.<br />
Wrzuciła bieg i wjechała na drogę.<br />
– Dokąd jedziemy?<br />
Nie odpowiedziała. Siorbiąc głośno, pociągnęła łyk kawy z megakubka.<br />
– Może to, co zrobiliśmy dzisiaj, wyjdzie ci na dobre, a może nie – powiedziała. – Czasami sprawy rodzinne lepiej pozostawić rodzinie. Ty i twój brat jesteście zbyt podobni do siebie. Pewnie dlatego się kłócicie.<br />
– Zakładam, że chodzi tu o nietypowe karaibskie znaczenie słowa „podobny”, w sensie „całkowicie różny”?<br />
– Nie zaczynaj z tą brytyjską gadką. Wiem co mówię. Ty i on, obaj jesteście ulepieni z tej samej gliny. Pamiętam, jak twój ojciec mówił do mnie: „Callyanne, te moje chłopaki są głupsze niż&#8230;”. No wiesz, nieważne co dokładnie powiedział, ale chodzi o to, że mówił o was obu. – Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. – Hej, gdy odwiedziłeś miejsce, w którym mieszkają starzy bogowie, widziałeś tam swojego ojca?<br />
– Chyba nie. Pamiętałbym.<br />
Skinęła głową i dalej jechała już w milczeniu.<br />
Zatrzymała samochód, wysiedli.<br />
O świcie na Florydzie panował chłód. Ogród Spoczynku wyglądał jak dekoracje filmowe. Tuż nad ziemią wznosiła się mgiełka, rozmazująca wszystkie kształty. Pani Higgler otworzyła furtkę, ruszyli przez cmentarz. Na grobie jego ojca, na którym jeszcze niedawno piętrzył się kopczyk świeżej ziemi, teraz rosła trawa. U szczytu umieszczono metalową tabliczkę z zamocowanym do niej metalowym wazonem. W wazonie tkwiła samotna róża z żółtego jedwabiu.<br />
– Panie, miej litość nad grzesznikiem, który spoczywa w tym grobie – powiedziała z uczuciem pani Higgler. – Amen, amen, amen.<br />
Mieli widownię – dwa czerwonogłowe żurawie, które Gruby Charlie zauważył podczas poprzedniej wizyty, ruszyły ku nim, kiwając głowami, niczym dwaj arystokraci zwiedzający więzienie.<br />
– Sio – rzuciła pani Higgler. Ptaki spojrzały na nią obojętnie; ale nie odeszły.<br />
Jeden z nich schylił się błyskawicznie, zanurzając dziób w trawie, a gdy się wyprostował, trzymał w nim wijącą się jaszczurkę. Zarzucił głową, przełknął i po jaszczurce pozostało już tylko wybrzuszenie na jego szyi.<br />
Słyszeli poranny chór: wilgowrony, wilgi i drozdy śpiewały na powitanie dnia wśród drzew rosnących za płotem Ogrodu Spoczynku.<br />
– Dobrze będzie wrócić do domu – oznajmił Gruby Charlie. – Przy odrobinie szczęścia Kobieta Ptak przepędzi go i wszystko znów będzie w porządku. Wyjaśnię wszystko Rosie.<br />
Poczuł, jak wzbiera w nim pogodny nastrój. Zapowiadał się dobry dzień.</p>
<p>* * *</p>
<p>W dawnych historiach Anansi żyje tak jak ty czy ja we własnym domu. Jest oczywiście chciwy, kłótliwy, podstępny i strasznie kłamie. Ma też dobre serce, szczęście, a czasem nawet zdarzają mu się chwile uczciwości. Czasami gra po dobrej stronie, czasem po złej, lecz sam nigdy nie jest zły. Zazwyczaj trzymamy stronę Anansiego. To dlatego że do niego należą wszystkie historie. Mawu podarował mu je u zarania dziejów. Odebrał historie Tygrysowi i oddał Anansiemu, który umie tak pięknie tkać ich nić.<br />
W historiach Anansi jest pająkiem, ale też człowiekiem. Nietrudno uporządkować to sobie w głowie, nawet dziecko to potrafi.<br />
Historie o Anansim opowiadają babki i ciotki na zachodnim wybrzeżu Ameryki i Wyspach Karaibskich, i na całym świecie. Historie te trafiły do książek dla dzieci – wielki, stary, uśmiechnięty Anansi płatający wesołe figle światu. Kłopot w tym, że babki, ciotki i autorzy książeczek dla dzieci mają zwyczaj opuszczać pewne fakty. Istnieją historie, które nie nadają się już dla najmłodszych.<br />
Oto opowieść, której nie znajdziecie w zbiorach bajek. Zatytułowałem ją<br />
Anansi  i  Ptak<br />
Anansi nie lubił Ptaka, bo gdy Ptak czuła głód, zjadała mnóstwo różnych rzeczy, między innymi pająki. A Ptak wciąż czuła głód.<br />
Kiedyś byli przyjaciółmi, ale przestali nimi być.<br />
Pewnego dnia Anansi szedł sobie i ujrzał dziurę w ziemi, a jej widok podsunął mu pewien pomysł. Zebrał zatem drewno na dnie dziury, rozpalił ogień, powiesił nad nim kocioł i wrzucił do środka korzenie i zioła. A potem zaczął biegać wokół, tupiąc, tańcząc, krzycząc, nawołując i powtarzając: „Czuję się dobrze, tak dobrze się czuję, do licha, wszystkie moje bóle i troski minęły i nigdy nie czułem się tak dobrze w całym moim życiu!”.<br />
Ptak, słysząc jego głos, sfruwa z nieba, żeby sprawdzić co się dzieje.<br />
– O czym ty śpiewasz? – pyta. – Czemu zachowujesz się jak wariat, Anansi?<br />
– Bolała mnie szyja – śpiewa Anansi – lecz teraz ból minął. Bolał mnie brzuch i już nie boli. Trzeszczały mi stawy, ale teraz jestem giętki jak młoda palma, gładki niczym wąż rankiem, kiedy zrzuci skórę. Jestem ogromnie szczęśliwy i odtąd będę doskonały, poznałem bowiem sekret i nikt inny go nie zna.<br />
– Jaki sekret? – pyta Ptak.<br />
– Mój sekret – powiada Anansi. – Wszyscy będą mi dawać swoje ulubione rzeczy, najcenniejsze skarby, tylko po to, by poznać mój sekret. U-ha, jak dobrze się czuję!<br />
Ptak podskakuje nieco bliżej i przekrzywia głowę.<br />
– A ja mogę poznać twój sekret? – pyta.<br />
Anansi przyjrzał się jej z podejrzliwą miną i przesunął tak, by zasłonić bulgoczący w dziurze kociołek.<br />
– Raczej nie – mówi. – Może nie wystarczyć dla wszystkich. Nie zawracaj sobie tym głowy.<br />
– Ależ Anansi – mówi Ptak – wiem, że nie zawsze byliśmy przyjaciółmi, ale powiem ci coś. Jeśli podzielisz się ze mną swym sekretem, przyrzeknę, że żaden ptak nigdy więcej nie zje pająka. Będziemy przyjaciółmi aż po kres dni.<br />
Anansi podrapał się po brodzie i pokręcił głową. – To ogromnie wielki sekret – mówi. – Przywraca ludziom młodość i gibkość, i chuć, i uwalnia od bólu.<br />
Ptak puszy się. Ptak mówi:<br />
– Och, Anansi, wiesz chyba, że zawsze uważałam, iż powabny z ciebie człek. Może legnijmy razem przy drodze na jakiś czas? Z pewnością sprawię, że zapomnisz o wątpliwościach i zdradzisz mi swój sekret.<br />
Legli zatem przy drodze i zaczęli ściskać się i zaśmiewać, i zabawiać niemądrze. A gdy Anansi dostał co chciał, Ptak pyta:<br />
– A teraz, Anansi? Co z twoim sekretem?<br />
– No cóż – powiada Anansi. – Nie zamierzałem nikomu mówić, ale tobie powiem. To kąpiel ziołowa w tej dziurze w ziemi. Zobacz, wrzucam tam te liście i korzenie. Teraz każdy, kto wejdzie do kąpieli, będzie żyć wiecznie, nie czując bólu. Ja już się wykąpałem i teraz jestem rześki niczym młody kozioł. Ale nie powinienem chyba pozwolić na to nikomu innemu.<br />
Ptak spojrzała na bulgoczącą wodę i szybko jak myśl wśliznęła się do kociołka.<br />
– Jest okropnie gorąca, Anansi – mówi.<br />
– Musi być, żeby zioła zrobiły swoje.<br />
Anansi wziął przykrywkę i nakrył nią kociołek. To była ciężka przykrywka, a Anansi przygniótł ją jeszcze kamieniem, by ważyła więcej.<br />
Barn, bim, bom – ze środka słychać stukanie.<br />
– Jeśli cię teraz wypuszczę – woła Anansi – cały dobry wpływ gorącej kąpieli pójdzie na marne. Uspokój się i poczuj, jak wraca ci zdrowie.<br />
Ale może Ptak go nie usłyszała, a może mu nie uwierzyła, bo pukanie i walenie trwało jeszcze jakiś czas. Aż w końcu ucichło.<br />
Tego wieczoru Anansi i jego rodzina mieli na kolację pyszny ptasi rosół i gotowane ptasie mięso. Przez wiele dni nie cierpieli głodu.<br />
Od tego czasu ptaki przy każdej okazji chwytają pająki. Ptaki i pająki nigdy nie będą przyjaciółmi.<br />
Istnieje inna wersja tej historii, w której namawiają Anansiego, by także wskoczył do kotła. Wszystkie historie należą do Anansiego, ale nawet on nie zawsze wygrywa.</p>
<p>Jeśli cokolwiek miało przegnać Spidera, to Spider jakoś tego nie zauważył. Wprost przeciwnie, świetnie się bawił w roli Grubego Charliego. Tak dobrze, że zaczął się zastanawiać, czemu nigdy dotąd nie był Grubym Charliem. Uznał, że to lepsza zabawa niż beczka pełna małp [Kilka lat wcześniej Spider przeżył ogromny zawód z powodu beczki pełnej małp. Nie było w niej nic szczególnie zabawnego, ze środka dobiegały tylko ciekawe odgłosy. A w końcu, gdy odgłosy umilkły i małpy przestały robić cokolwiek – chyba że na poziomie organicznym – musiał pozbyć się ich cichcem w środku nocy.].<br />
Najbardziej w byciu Grubym Charliem podobała mu się Rosie.<br />
Do tej pory Spider traktował kobiety jak element tymczasowy. Oczywiście nigdy nie podawał im prawdziwego nazwiska, adresu ważniejszego dłużej niż tydzień i niczego poza numerem kolejnej komórki. Kobiety były miłe, dekoracyjne, stanowiły świetny dodatek, lecz zawsze mógł znaleźć kolejną. Pod tym względem przypominały miski z gulaszem przesuwające się po ruchomej taśmie. Kiedy skończył z jedną, po prostu brał sobie następną i doprawiał hojnie śmietaną.<br />
Ale Rosie&#8230;<br />
Rosie była inna.<br />
Nie potrafił wyjaśnić, na czym polega ta inność. Próbował, ale bez powodzenia. Częściowo decydowało o tym to, jak się czuł w obecności Rosie. Zupełnie jakby, widząc się w jej oczach, stawał się kimś o niebo lepszym. To była część owej inności.<br />
Spiderowi podobała się świadomość, że Rosie wie gdzie go szukać. Czuł się z tym dobrze. Zachwycały go jej miękkie okrągłości, to że pragnęła tylko czynić dobro, i sposób, w jaki się uśmiechała. Nie potrafił znaleźć w niej żadnej wady prócz tego, że czasami musieli się rozstawać i oczywiście, jak właśnie odkrył, drobnej kwestii matki Rosie. Tego szczególnego wieczoru, gdy Gruby Charlie czekał na lotnisku, gdzie właśnie zmieniano mu miejsce na pierwszą klasę, Spider był w mieszkaniu matki Rosie przy Wimpole Street i poznawał ów problem na własnej skórze.<br />
Od dawna przywykł do tego, że potrafi nieco naginać rzeczywistość. Odrobinę, ale to zawsze wystarczyło. Trzeba po prostu pokazać rzeczywistości, kto jest szefem. Musiał jednak przyznać, że nie spotkał dotąd nikogo, kto trzymał się własnej rzeczywistości równie kurczowo jak matka Rosie.<br />
– Kto to? – spytała podejrzliwie, gdy weszli.<br />
– Jestem Gruby Charlie Nancy – oznajmił Spider.<br />
– Czemu on tak mówi? – zapytała matka Rosie. – Kto to jest?<br />
– Jestem Gruby Charlie Nancy, pani przyszły zięć, i darzy mnie pani ogromną sympatią – oznajmił z głębokim przekonaniem Spider.<br />
Matka Rosie przełknęła ślinę i zamrugała, patrząc na niego.<br />
– Może i jesteś Gruby Charlie – rzekła niepewnie. – Ale wcale nie darzę cię sympatią.<br />
– A powinna pani – podsunął. – Jestem niewiarygodnie sympatyczny. Niewielu jest ludzi tak sympatycznych jak ja. Moja sympatyczność nie ma granic, ludzie gromadzą się w miejscach publicznych, by dyskutować o tym, jak wielką darzą mnie sympatią. Mam w domu kilka pucharów i medal przyznany przez władze małego państewka w Ameryce Południowej, doceniające moją ogromną sympatyczność i fakt, jaki jestem cudowny. Oczywiście nie zabrałem go ze sobą, przechowuję medale w szufladzie ze skarpetkami.<br />
Matka Rosie pociągnęła mocno nosem. Nie wiedziała co się dzieje, ale cokolwiek to było, wcale jej się nie podobało. Do tej pory sądziła, że rozgryzła już Grubego Charliego. Może z początku źle wszystko rozegrałam, przyznała w duchu. Całkiem możliwe, że Rosie nie przywiązałaby się do Grubego Charliego z tak wielkim entuzjazmem, gdyby po pierwszym jego spotkaniu z matką ta nie wyraziła aż tak dobitnie swej opinii. „Słabeusz”, oznajmiła matka Rosie, potrafiła bowiem wyczuć strach, niczym rekin krew z drugiej strony zatoki. Nie zdołała jednak przekonać Rosie, żeby go rzuciła. Obecnie jej podstawowa strategia obejmowała przejęcie kontroli nad planami weselnymi, jak najczęstsze uprzykrzanie życia Grubemu Charliemu i przeglądanie z ponurą satysfakcją krajowych statystyk rozwodów.<br />
Teraz jednak działo się coś innego i wcale jej się to nie podobało. Gruby Charlie przestał być łatwym, wrażliwym celem. Ten nowy błyskotliwy mężczyzna wyraźnie ją niepokoił.<br />
Spider też nie miał łatwego zadania.<br />
Większość ludzi nie dostrzega innych. Matka Rosie stanowiła wyjątek – zauważała wszystko. Teraz pociągnęła łyk gorącej wody z porcelanowej filiżanki. Wiedziała, że właśnie przegrała potyczkę, choć nie potrafiła wyjaśnić, jak ani o co toczy się bitwa. Przeniosła zatem kolejny atak na wyższy poziom.<br />
– Charles, mój drogi – zagadnęła. – Opowiedz mi o swojej kuzynce Daisy. Martwię się, że twoja rodzina będzie zbyt słabo reprezentowana. Chciałbyś, żeby odegrała ważniejszą rolę w ceremonii?<br />
– Kto?<br />
– Daisy – powtórzyła słodko matka Rosie. – Młoda dama, którą spotkałam ostatnio w twoim domu nader skąpo odzianą. Jeśli, rzecz jasna, faktycznie była twoją kuzynką?<br />
– Matko, skoro Charlie mówi, że to jego kuzynka&#8230;<br />
– Pozwól mu mówić za siebie, Rosie. Matka przełknęła łyk gorącej wody.<br />
– No tak – rzekł Spider. – Daisy – dodał.<br />
Powrócił myślami do wieczoru wina, kobiet i śpiewu. Zabrał wówczas ze sobą do domu najładniejszą i najzabawniejszą z kobiet, wmawiając, że to jej pomysł, a potem potrzebował jej pomocy. Razem wtaszczyli po schodach półprzytomnego Grubego Charliego. Ponieważ w trakcie owego wieczoru kilka innych kobiet już wcześniej obdarzyło go swymi względami, zwabił tę zabawną niczym smakosz, który chce zakończyć posiłek miętową czekoladką. Lecz po powrocie do domu i położeniu w łóżku umytego Grubego Charliego odkrył, że nie jest już głodny. Ta Daisy.<br />
– Słodka kuzyneczka Daisy – podjął bez chwili wahania. – Z pewnością byłaby zachwycona udziałem w naszym ślubie, gdyby przebywała w kraju. Niestety, pracuje jako kurierka i wciąż podróżuje. Jednego dnia jest tutaj, następnego przekazuje poufne dokumenty klientowi w Murmańsku.<br />
– Nie masz jej adresu ani telefonu?<br />
– Możemy poszukać go razem, pani i ja – zgodził się Spider. – Cały czas krąży po świecie. Pojawia się i znika.<br />
– A zatem – rzekła matka Rosie tonem, jakim Aleksander Wielki mógł rozkazać swym wojskom złupić i splądrować niewielką perską wioskę – gdy następnym razem zjawi się w kraju, musisz ją do mnie zaprosić. Urocza z niej dziewczyna, Rosie z pewnością chętnie ją pozna.<br />
– Tak – odparł Spider. – Muszę, naprawdę muszę.</p>
<p>* * *</p>
<p>Każdy człowiek, który kiedykolwiek żył, żyje bądź żyć będzie, ma swoją pieśń. Nie jest to pieśń napisana przez kogoś innego. Ma własną melodię, własne słowa. Niewielu ludziom przypadło w udziale zaśpiewać swą pieśń. Większość z nas obawia się, że nasz głos nie zdołałby oddać jej uroku albo że słowa są zbyt błahe, zbyt uczciwe, zbyt banalne. Zamiast więc śpiewać swe pieśni, ludzie je przeżywają.<br />
Weźmy na przykład Daisy. Jej pieśń, przez większość życia kryjąca się w głębi umysłu, miała pogodny, marszowy rytm i słowa traktujące o ochronie słabszych, a także refren zaczynający się od hasła: „Złoczyńcy, strzeżcie się!”, i jak widać, Daisy była zbyt niemądra, by kiedykolwiek zaśpiewać ją głośno. Nuciła ją czasem pod prysznicem, puszczając w ruch mydło.<br />
I to już mniej więcej wszystko, co musisz widzieć o Daisy. Reszta to szczegóły.<br />
Ojciec Daisy urodził się w Hongkongu, jej matka pochodziła z Etiopii, z rodziny bogatych eksporterów dywanów. Mieli duży dom w Adis Abebie, a drugi, wraz ze sporym kawałkiem ziemi, pod Nazretem. Rodzice Daisy poznali się w Cambridge. On studiował informatykę, nim ktokolwiek uznał to za rozsądny krok na drodze do kariery, a ona pochłaniała wiedzę z zakresu chemii molekularnej i prawa międzynarodowego. Byli dwójką młodych ludzi oddanych nauce, z natury nieśmiałych i generalnie mało towarzyskich. Oboje tęsknili za domem, chociaż każde za czymś zupełnie innym. Oboje też grali w szachy. Poznali się w pewne środowe popołudnie w klubie szachowym. Jako nowicjuszy posadzono ich razem i podczas pierwszej partii matka Daisy z łatwością pokonała jej ojca.<br />
W ojcu Daisy zagrała ambicja, dostatecznie mocna, by nieśmiało poprosił o rewanż w następną środę i każdą kolejną środę (pomijając wakacje i święta publiczne) przez następne dwa lata. W miarę jak nabierali ogłady i poprawiała się ich angielszczyzna, ich kontakty zaczęły się zacieśniać. Razem trzymali się za ręce jako część ludzkiego łańcucha protestującego przeciwko przybyciu wielkich ciężarówek z rakietami. Razem, choć w ramach znacznie większej grupy, wyjechali do Barcelony, by protestować przeciwko niepohamowanym zapędom międzynarodowego kapitalizmu i zgłosić stanowczy sprzeciw wobec hegemonii wielkich korporacji. Wówczas też zetknęli się z rozpylonym przez władze gazem łzawiącym, a pan Day zwichnął rękę w przegubie, gdy upadł odepchnięty przez hiszpańską policję.<br />
A potem, pewnej środy na początku trzeciego roku studiów w Cambridge, ojciec Daisy wygrał z jej matką w szachy. Wygrana tak bardzo go uradowała, wbiła w tak wielką dumę, że poruszony i ośmielony zwycięstwem, oświadczył się, a matka Daisy, która w głębi ducha lękała się, że gdy tylko wygra z nią w szachy, całkowicie straci zainteresowanie, powiedziała: „Tak, oczywiście”.<br />
Po ślubie pozostali w Anglii i na uczelni. Swej jedynej córce dali na imię Daisy, bo oboje (ku jej późniejszemu, niekłamanemu rozbawieniu) byli fanami filmu 2001 Odyseja kosmiczna. Przenosili się z uniwersytetu na uniwersytet. On wykładał informatykę, podczas gdy jego żona pisała książki o hegemonii międzynarodowych korporacji (których nikt nie chciał czytać) i o szachach, ich historii i strategii (które czytano chętnie), w dobrym roku zarabiając więcej niż on, choć nadal niezbyt wiele. Z upływem lat ich zaangażowanie w politykę słabło, aż w końcu wkraczając w wiek średni, stali się szczęśliwą parą, interesującą się wyłącznie sobą nawzajem, szachami, Daisy oraz rekonstrukcją i debugowaniem zapomnianych systemów operacyjnych.<br />
Żadne z nich nie rozumiało Daisy, nawet odrobinę.<br />
Obwiniali się za to, że nie ucięli w zarodku jej fascynacji policją, gdy ujawniła się po raz pierwszy – mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Daisy zaczęła mówić. Jako mała dziewczynka pokazywała palcami radiowozy z tym samym podnieceniem i radością, jakie inne dziewczynki okazują na widok kucyków. Z okazji jej siódmych urodzin rodzice urządzili kostiumowy kinderbal po to, by mogła włożyć kostium policjantki; w pudle na strychu rodziców wciąż leżą fotografie przedstawiające twarz Daisy promieniejącą perfekcyjną radością siedmiolatki na widok tortu urodzinowego – siedmiu świeczek otaczających błyskającego, niebieskiego koguta.<br />
Daisy była pilną, wesołą, inteligentną nastolatką. Ogromnie uszczęśliwiła swych rodziców, gdy rozpoczęła studia na Uniwersytecie Londyńskim na wydziałach prawa i informatyki. Ojciec marzył, że córka będzie kiedyś wykładać prawo. Matka piastowała w duchu wizję Daisy w todze, może nawet na stanowisku sędziego, gdzie wykorzystując prawo, mogłaby miażdżyć każdy objaw hegemonii wielkich korporacji. A potem Daisy wszystko zniszczyła, zdając egzaminy i wstępując do policji, która powitała ją z otwartymi ramionami. Z jednej strony były naciski, by bardziej zróżnicować personel pod względem rasy i płci, z drugiej zaczynał się właśnie rozkwit przestępczości i oszustw komputerowych. Potrzebowali Daisy. Szczerze mówiąc, potrzebowali całego stada takich Daisy<br />
Jak dotąd, po upływie czterech lat należy uczciwie przyznać, iż praca policjantki nie spełniła oczekiwań Daisy. Nie chodziło o to, że, jak nieustannie ostrzegali ją rodzice, policja okazała się instytucją z gruntu rasistowską i seksistowską, miażdżącą indywidualność Daisy i zatruwającą duszę; sprawiającą, że dziewczyna stała się pionkiem, trybikiem w aparacie ucisku, częścią kultury mundurowej na równi z kawą z automatu. Nie, najbardziej frustrowały ją próby przekonania innych gliniarzy, że ona też jest gliną. W końcu doszła do wniosku, że dla większości glin praca policjanta to coś, co służy ochronie porządnych Anglików przed strasznymi ludźmi z dolnych kręgów społecznych, którzy próbują kraść innym komórki. Z punktu widzenia Daisy praca ta polegała na czymś zupełnie innym. Daisy wiedziała, że zwykły chłopak siedzący w pokoiku w Niemczech może wysłać w świat wirusa, który sparaliżuje pracę szpitala, powodując więcej szkód niż bomba. Daisy uważała, że w dzisiejszych czasach prawdziwie groźni przestępcy umieją posługiwać się eftepami, wysokiej klasy programami szyfrującymi i jednorazowymi komórkami na kartę. Nie była pewna, czy o uczciwych ludziach można powiedzieć to samo.<br />
Pociągnęła łyk kawy z plastikowego kubka i skrzywiła się. Podczas gdy Daisy przeglądała kolejne ekrany kawa zupełnie wystygła.<br />
Sprawdziła wszystkie informacje, które przekazał jej Grahame Coats. Z pewnością całkiem sporo wskazywało na to, że coś tu było nie tak. Choćby czek na dwa tysiące funtów, który Charles Nancy najwyraźniej wystawił sam sobie tydzień wcześniej.<br />
Tylko że.<br />
Tylko że coś tu nie pasowało.<br />
Wyszła na korytarz i zastukała do drzwi superintendenta.<br />
– Wejść.<br />
Camberwell przez trzydzieści lat palił przy biurku fajkę, póki w budynku nie wprowadzono całkowitego zakazu palenia. Teraz musiał się zadowolić bryłką plasteliny, którą ugniatał, wałkował, zginał i naciskał. W czasach, gdy jeszcze miał w ustach fajkę, był pogodny, wesoły, sympatyczny i wedle opinii podwładnych stanowił prawdziwą sól ziemi. Odkąd trzymał w dłoni bryłkę plasteliny, stał się stale poirytowany i drażliwy. Kiedy miał dobry dzień, umiał wkurzyć się na wszystko.<br />
– Tak?<br />
– Sprawa Agencji Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
– Hm?<br />
– Nie jestem jej pewna.<br />
– Nie jesteś jej pewna? A czego tu można nie być pewnym?<br />
– Zastanawiam się, czy nie powinnam oddać tej sprawy.<br />
Szef nie wydawał się poruszony, patrzył na nią bez słowa. Tymczasem na biurku jego palce ugniatały niebieską plastelinę w kształt fajki z morskiej pianki.<br />
– Bo?<br />
– Spotkałam podejrzanego na gruncie towarzyskim.<br />
– I? Spędziliście razem wakacje? Jesteś matką chrzestną jego dzieci? Coś takiego?<br />
– Nie. Spotkaliśmy się raz. Nocowałam u niego w domu.<br />
– Twierdzisz zatem, że się zabawialiście?<br />
Westchnął głęboko. Na to westchnienie złożyły się w równych częściach znużenie światem, irytacja i przemożna tęsknota za półuncją mieszanki Old Holborn.<br />
– Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu tam spałam.<br />
– I to już całe twoje zaangażowanie?<br />
– Tak jest.<br />
Jednym ruchem zgniótł plastelinową fajkę.<br />
– Zdajesz sobie sprawę, że marnujesz mój czas?<br />
– Tak jest. Przepraszam.<br />
– Rób co masz robić i nie zawracaj mi głowy.</p>
<p>* * *</p>
<p>Maeve Livingstone wjechała sama windą na piąte piętro. W czasie wypełnionej podskokami jazdy jeszcze raz powtórzyła sobie wszystko, co zamierza powiedzieć Grahame&#8217;owi Coatsowi.<br />
W dłoni trzymała wąską brązową aktówkę, należącą kiedyś do Morrisa, wyjątkowo męski przedmiot. Była ubrana w białą bluzkę, niebieską dżinsową spódnicę i szary płaszcz. Miała bardzo długie nogi i niezwykle bladą cerę, a jej włosy z zaledwie minimalną pomocą chemii zachowały ten sam odcień blond, jak wówczas, gdy dwadzieścia lat wcześniej brała ślub z Morrisem Livingstonem.<br />
Maeve bardzo kochała Morrisa. Po śmierci męża nie usunęła jego numeru z komórki, nawet gdy rozwiązała umowę Morrisa i zwróciła drugi aparat. Jej siostrzeniec zrobił zdjęcie Morrisa w telefonie i nie chciała go stracić. Pożałowała, że teraz nie może zadzwonić do męża i poprosić o radę.<br />
Przez domofon uprzedziła o swoim przyjściu, toteż gdy stanęła przed recepcją, Grahame Coats już na nią czekał.<br />
– Jak się miewamy? Jak się miewamy? – spytał.<br />
– Musimy pomówić na osobności, Grahame – odparła Maeve. – Natychmiast.<br />
Na ustach Grahame&#8217;a Coatsa zatańczył lekki uśmieszek. Co zabawne, wiele jego najbardziej skrywanych fantazji zaczynało się od Maeve mówiącej coś podobnego, po czym dodającej namiętnie: „Pragnę cię, Grahame, pragnę cię w tej chwili”. I „O, Grahame, byłam taką niegrzeczną dziewczynką, musisz nauczyć mnie posłuszeństwa”, a także, choć znacznie rzadziej: „Grahame, jedna kobieta to dla ciebie za mało, pozwól, że ci przedstawię moją identyczną, nagą siostrę-bliźniaczkę, Maeve II”.<br />
Weszli do jego gabinetu.<br />
Grahame z lekkim zawodem przyjął fakt, iż Maeve nie wspomniała ani słowem o tym, że pragnie go w tej chwili. Nie zdjęła nawet płaszcza. Zamiast tego otworzyła aktówkę i wyjęła z niej plik dokumentów, które położyła na biurku.<br />
– Grahame, idąc za radą dyrektora mojego banku, przekazałam twoje rachunki i dokumenty z ostatniego dziesięciolecia niezależnej firmie audytorskiej. Dostali wszystko, od czasów gdy Morris jeszcze żył. Jeśli chcesz, możesz, to przejrzeć. Nic tu do siebie nie pasuje. Zupełnie nic. Pomyślałam, że ze względu na pamięć Morrisa najpierw pomówię o tym z tobą, a dopiero potem zawiadomię policję. Uznałam, że jestem ci to winna.<br />
– Istotnie, jesteś – zgodził się Grahame Coats, gładko i ślisko niczym wąż w maselnicy. – Z całą pewnością.<br />
– I co?<br />
Maeve Livingstone uniosła idealnie wyskubaną brew. Wyraz jej twarzy nie budził otuchy. Grahame Coats wolał stanowczo Maeve ze swoich fantazji.<br />
– Obawiam się, że od dłuższego czasu w Agencji Grahame&#8217;a Coatsa mieliśmy nieuczciwego pracownika. W zeszłym tygodniu osobiście zawiadomiłem o tym policję, bo zorientowałem się, że coś jest nie w porządku. Długa ręka sprawiedliwości prowadzi już śledztwo. Ze względu na wysoką pozycję społeczną kilkunastu klientów Agencji Grahame&#8217;a Coatsa – w tym także twoją – policja zachowuje dyskrecję i trudno mieć o to pretensje. – Wbrew jego nadziejom nie sprawiała wrażenia uspokojonej. Spróbował innej taktyki. – Twierdzą, że są spore szanse na odzyskanie większości, jeśli nie wszystkich pieniędzy.<br />
Maeve skinęła głową. Grahame Coats odprężył się odrobinę.<br />
– Mogę spytać, który to pracownik?<br />
– Charles Nancy. Muszę dodać, że ufałem mu bez zastrzeżeń. Ta wiadomość dogłębnie mną wstrząsnęła.<br />
– Ach. To słodki człowiek.<br />
– Pozory – przypomniał Grahame Coats – mogą mylić.<br />
Wówczas Maeve uśmiechnęła się z ogromną słodyczą.<br />
– To się nie trzyma kupy, Grahame. Wszystko to trwało od dawna, zaczęło się na długo przedtem, nim Charles Nancy zatrudnił się u ciebie, zapewne nim jeszcze ja się tu zjawiłam. Morris ufał ci bez zastrzeżeń, a ty go okradałeś. Teraz zaś próbujesz mi powiedzieć, że masz nadzieję zwalić wszystko na niewinnego pracownika albo w najgorszym razie wspólnika. Nic z tego.<br />
– Nie – odparł skruszonym tonem Grahame Coats. – Przepraszam.<br />
Wzięła z biurka plik papierów.<br />
– Tak z czystej ciekawości, ile zarobiłeś na mnie i Morrisie przez te wszystkie lata? Ja oceniam, że jakieś trzy miliony funtów.<br />
– Ach. – Grahame Coats już się nie uśmiechał. Z pewnością było tego dużo więcej. – Mniej więcej tyle, owszem.<br />
Spojrzeli na siebie. Jego umysł pracował szaleńczo. Musiał zyskać na czasie. Czas był tu najważniejszy.<br />
– A gdybym&#8230; – zaczął. – A gdybym zwrócił ci wszystko gotówką, w tej chwili, z odsetkami? Powiedzmy pięćdziesiąt procent wzmiankowanej sumy?<br />
– Proponujesz mi cztery i pół miliona funtów gotówką?<br />
Grahame Coats uśmiechnął się do niej dokładnie tak, jak nie uśmiecha się atakująca kobra.<br />
– Absowicie. Jeśli pójdziesz na policję, zaprzeczę wszystkiemu i wynajmę doskonałych adwokatów. W najgorszym razie po niezwykle długim procesie, podczas którego będę zmuszony na wszelkie możliwe sposoby oczerniać dobre imię Morrisa, zostanę skazany na maksymalnie dziesięć do dwunastu lat więzienia. Przy dobrym zachowaniu odsiedzę najwyżej pięć, a uprzedzam, że będę wzorowym więźniem. Biorąc pod uwagę przepełnienie więzień, większość wyroku odsiedzę w zakładzie otwartym czy nawet na przepustkach. Nie sprawi mi to zbytnich problemów. Z drugiej strony gwarantuję ci, że jeżeli pójdziesz na policję, nigdy nie zobaczysz nawet pensa z pieniędzy Morrisa. Alternatywa to trzymać gębę na kłódkę, zabrać kasę z solidnym naddatkiem i dać mi nieco czasu, abym&#8230; zrobił to co należy. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli.<br />
Maeve zastanowiła się chwilę.<br />
– Chciałabym widzieć jak gnijesz w więzieniu – mruknęła, po czym westchnęła i skinęła głową. – Zgoda, wezmę pieniądze. I nigdy więcej nie chcę mieć z tobą do czynienia. W przyszłości wszystkie czeki mają trafiać bezpośrednio do mnie.<br />
– Absowicie. Sejf jest tam – oznajmił.<br />
Pod przeciwległą ścianą stała biblioteczka pełna identycznych, oprawnych w skórę edycji Dickensa, Thackeraya, Trollope&#8217;a i Austen, nowiutkich i nieczytanych. Grahame Coats sięgnął po jedną z książek i biblioteczka przesunęła się na bok, odsłaniając ukryte za nią drzwi, pomalowane tą samą farbą co ściana.<br />
Maeve zastanawiała się, czy wyposażono je w zamek cyfrowy. Ale nie, dostrzegła tylko niewielką dziurkę. Grahame Coats wetknął w nią spory mosiężny klucz. Drzwi się otwarły.<br />
Sięgnął do środka i zapalił światło. Ujrzała wąskie pomieszczenie, pełne dość amatorsko zbitych regałów. Naprzeciwko stała niewielka, ognioodporna szafka.<br />
– Możesz wziąć gotówkę, biżuterię albo część w gotówce, a część w biżuterii – rzekł sucho. – Osobiście radziłbym to ostatnie. Mam tam sporo ładnych antyków, wybitnie przenośnych.<br />
Otworzył kilka metalowych kasetek, demonstrując zawartość. W środku lśniły, migotały i błyszczały pierścienie, łańcuszki i medaliony.<br />
Maeve otworzyła ze zdumieniem usta.<br />
– Przyjrzyj się – rzekł, a ona przecisnęła się obok niego. To był prawdziwy skarbiec.<br />
Wyciągnęła z kasetki złoty medalik na łańcuchu i przyjrzała mu się z podziwem.<br />
– Przepiękny. Musi być wart&#8230;<br />
W lśniącej złotej powierzchni medalika dostrzegła jakiś ruch za plecami i odwróciła się, dzięki czemu młotek nie trafił jej prosto w tył głowy, gdzie celował Grahame Coats, lecz jedynie ześliznął się po policzku.<br />
– Ty mały skurwielu! – zawołała i kopnęła go.<br />
Maeve miała mocne nogi i umiała świetnie kopać, ale stali za blisko siebie.<br />
Trafiła go w piszczel. Maeve sięgnęła po młotek. Grahame Coats zamachnął się z całych sił. Tym razem trafił i Maeve poleciała w bok, jej oczy zaszły mgiełką. Uderzył ją ponownie, prosto w czubek głowy. I jeszcze raz, i jeszcze. Upadła.<br />
Grahame Coats pożałował, że nie ma pistoletu. Ładnego, porządnego pistoletu, z tłumikiem, tak jak na filmach. Gdyby kiedykolwiek przyszło mu do głowy, że będzie musiał zabić kogoś w biurze, przygotowałby się lepiej. Może nawet zgromadziłby zapas trucizny. To byłoby rozsądne i nie musiałby uciekać się do tak bzdurnej przemocy.<br />
Obuch młotka oblepiła krew i jasne włosy. Odłożył go z niesmakiem i okrążywszy leżącą na ziemi kobietę, podniósł kasetki z biżuterią. Wysypał ich zawartość na biurko, puste schował do sejfu, z którego wyciągnął aktówkę pełną plików studolarówek i banknotów o nominale pięćset euro. Oprócz nich w aktówce tkwił mały woreczek z czarnego aksamitu, do połowy wypełniony surowymi diamentami. Wyciągnął z szafki parę teczek. Na samym końcu – choć fakt ten w niczym nie umniejszał zawartości – zabrał z tajemnego pomieszczenia niewielką skórzaną kosmetyczkę, kryjącą w sobie dwa portfele i dwa paszporty.<br />
Potem zatrzasnął ciężkie drzwi, zamknął na klucz i przesunął z powrotem biblioteczkę. Przez chwilę stał lekko zdyszany, dochodząc do siebie.<br />
Uznał, że może być z siebie dumny. Dobra robota, Grahame, dobrze się spisałeś, dobra nasza. Improwizował, wykorzystując to, co miał pod ręką, i zwyciężył. Blefował, okazał śmiałość, myślał twórczo, gotów, jak powiedziałby poeta, postawić wszystko na jedną kartę. Postawił zatem i wygrał. Był stawiającym. I wygrywającym. Pewnego dnia w tropikalnym raju napisze swe wspomnienia i ludzie dowiedzą się, jak pokonał niebezpieczną kobietę. Choć – dodał w myślach – byłoby lepiej, gdyby trzymała w ręku pistolet.<br />
Być może, uznał po namyśle, faktycznie go miała. Był niemal pewien, że widział, jak po niego sięgała. Miał ogromne szczęście, że znalazł ów młotek i że trzymał go tam na wypadek, gdyby zaszła pilna potrzeba dokonania naprawy. W przeciwnym razie nie zdołałby zadziałać w samoobronie z taką szybkością i skutkiem.<br />
Dopiero teraz przyszło mu do głowy, by zamknąć na klucz drzwi gabinetu.<br />
Zauważył, że na koszuli, ręce i zelówce ma krew. Zdjął koszulę i wyczyścił nią but. Potem wrzucił ją do kosza pod biurkiem. Zaskoczył samego siebie, unosząc dłoń do ust i niczym kot zlizując krople krwi czerwonym językiem.<br />
Później ziewnął, wziął z biurka dokumenty Maeve i przepuścił przez niszczarkę. W teczce miała drugi zestaw papierów, je także pociął na kawałki, a potem pociął kawałki.<br />
W kącie gabinetu, w szafie przechowywał garnitur i zapasowe koszule, skarpety, bieliznę i tak dalej. Nigdy nie wiadomo kiedy wprost po pracy wypadnie jakaś premiera. Bądź gotów na wszystko, oto jego motto.<br />
Ubrał się starannie.<br />
W szafie stała też niewielka walizka na kółkach, z rodzaju tych, które zabiera się jako bagaż podręczny. Włożył do niej wszystkie swoje rzeczy.<br />
Zadzwonił do recepcji.<br />
– Annie – rzekł. – Zechciałabyś skoczyć i kupić mi kanapkę? Nie, nie od Pręta. Może w tej nowej knajpie przy Brewer Street. Właśnie kończę z panią Livingstone, może nawet zabiorę ją gdzieś na lunch, ale lepiej mieć coś pod ręką.<br />
Przez kilka minut siedział przy komputerze, uruchamiając program czyszczący dyski, który wyszukuje wszystkie dane, nadpisuje je losowymi ciągami zer i jedynek, miele w drobny pył i w końcu topi na dnie Tamizy w cementowych butach. Potem ruszył korytarzem, ciągnąc za sobą walizkę.<br />
Po drodze zajrzał do jednego z biur.<br />
– Wychodzę na chwilę – oznajmił. – Gdyby ktoś pytał, wrócę koło trzeciej.<br />
Recepcjonistka Annie jeszcze nie wróciła. Doskonale, pomyślał. Ludzie założą, że Maeve Livingstone opuściła agencję, a on sam lada chwila wróci. Idealnie. Kiedy naprawdę zaczną go szukać, będzie już daleko.<br />
Zjechał na dół windą. Wszystko dzieje się trochę za wcześnie, pomyślał. Dopiero za ponad rok skończy pięćdziesiątkę. Lecz cały mechanizm ucieczki był już gotowy. Wystarczyło to uznać za złotą okazję, czy może złoty spadochron.<br />
A potem, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, wyszedł frontowymi drzwiami na skąpaną w porannym słońcu ulicę, na zawsze opuszczając Agencję Grahame&#8217;a Coatsa.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/94/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/94/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=94&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spiacy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Floryda</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/floryda/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/floryda/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 13:56:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=92</guid>
		<description><![CDATA[Na Florydzie był wczesny wieczór, co oznaczało, że w Londynie panowała głęboka noc. Leżąc w wielkim łóżku Rosie, którego Grubemu Charliemu nigdy nie było dane oglądać, Spider zadrżał. Rosie przywarła do niego. Naga skóra zetknęła się z inną nagą skórą. – Charles – powiedziała. – Nic ci nie jest? – Czuła występującą na jego rękach [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=92&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Na Florydzie był wczesny wieczór, co oznaczało, że w Londynie panowała głęboka noc. Leżąc w wielkim łóżku Rosie, którego Grubemu Charliemu nigdy nie było dane oglądać, Spider zadrżał.<br />
Rosie przywarła do niego. Naga skóra zetknęła się z inną nagą skórą.<br />
– Charles – powiedziała. – Nic ci nie jest? – Czuła występującą na jego rękach gęsią skórkę.<br />
– Wszystko w porządku – odparł Spider. – Poczułem nagły dreszcz.<br />
– Ktoś przeszedł po twoim grobie – mruknęła Rosie. Przyciągnął ją do siebie i pocałował.<br />
Daisy siedziała w niewielkim wspólnym pokoju w domu w Hendon. Miała na sobie jaskrawozieloną nocną koszulę i puchate, soczyście różowe kapcie. Pochylała się nad ekranem komputera, kręcąc głową i klikając myszką.<br />
– Długo jeszcze? – spytała Carol. – Wiesz, że w pracy jest cały dział komputerowy, który zajmuje się tymi sprawami. Nie ty.<br />
Daisy wydała z siebie cichy odgłos. Nie było to ani „tak”, ani „nie”. Miał mniej więcej oznaczać: „Wiem, że właśnie ktoś coś do mnie powiedział, i jeśli odpowiem jakimś niezobowiązującym dźwiękiem, może sobie pójdzie”.<br />
Carol słyszała go już kilka razy.<br />
– Oho – rzuciła. – Gruby tyłku, długo jeszcze? Chcę popisać blog.<br />
Umysł Daisy przetrawił zasłyszane słowa. Dwa z nich poruszyły jakąś strunę.<br />
– Twierdzisz, że mam gruby tyłek?<br />
– Nie – odparła Carol. – Twierdzę, że robi się późno, a ja chcę popisać blog. Zamierzam dzisiaj zrelacjonować, jak dmuchał supermodelkę w kiblu niezidentyfikowanego nocnego klubu w Londynie.<br />
Daisy westchnęła.<br />
– No dobra. Po prostu cała ta sprawa śmierdzi.<br />
– Co śmierdzi?<br />
– Sprzeniewierzenia. Tak myślę. No dobra, wylogowałam się, komputer jest twój. Wiesz, że możesz mieć kłopoty przez to udawanie członka rodziny królewskiej ?<br />
– Spadaj.<br />
Carol prowadziła blog, udając członka brytyjskiej rodziny królewskiej – młodego, szalejącego mężczyznę. W prasie toczyły się spory na temat tego, czy jej blog to autentyk. Wielu dziennikarzy podkreślało, że to, co pisze, mógłby wiedzieć jedynie prawdziwy członek brytyjskiej rodziny królewskiej – albo ktoś kto czytuje wszystkie plotkarskie pisma.<br />
Daisy wstała od komputera, wciąż rozmyślając o problemach finansowych Agencji Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
Grahame Coats tymczasem spał w swojej sypialni w wielkim, lecz zdecydowanie nieostentacyjnym domu w Purley. Gdyby na tym świecie istniała jakakolwiek sprawiedliwość, jęczałby i pocił się we śnie, nękany koszmarami, a furie sumienia chłostałyby go niczym skorpiony. Muszę jednak z bólem przyznać, że Grahame Coats spał słodko niczym świetnie odkarmione, pachnące mlekiem dziecko i w ogóle o niczym nie śnił.<br />
Gdzieś w jego domu stary zegar uprzejmie wybił godzinę, dwanaście razy. Północ w Londynie. Na Florydzie siódma wieczór.<br />
Tak czy inaczej, nadeszła godzina czarów.</p>
<p>Pani Dunwiddy zdjęła ze stołu czerwono-białą ceratę w kratkę.<br />
– Kto ma czarne świece? – spytała.<br />
– Ja mam świece – odparła panna Noles.<br />
U jej stóp stała torba z zakupami. Panna Noles pogrzebała w niej i wyciągnęła cztery niemal czarne świece – jedną wysoką, pozbawioną ozdób, pozostałe trzy w kształcie karykaturalnych, czarno-żółtych pingwinów z knotami sterczącymi z główek.<br />
– Tylko takie mieli – dodała przepraszającym tonem – a i tak sprawdziłam w trzech sklepach, nim cokolwiek znalazłam.<br />
Pani Dunwiddy nie powiedziała ani słowa, kręcąc głową. Rozstawiła cztery świece na czterech brzegach stołu, dla siebie zachowując jedynego niepingwina. Każdej za podstawkę służył plastikowy talerzyk piknikowy. Pani Dunwiddy wzięła do ręki duże opakowanie soli koszernej, otworzyła dziubek i wysypała kryształki na środek stołu. Przez chwilę wpatrywała się w nie gniewnie, potem zaczęła przesuwać po blacie powykrzywianym palcem, tworząc wzgórki i zawirowania.<br />
Panna Noles wróciła z kuchni z dużą, szklaną miską. Ustawiła ją na stole. Odkręciła butelkę sherry i nalała do miski hojną porcję.<br />
– A teraz – powiedziała pani Dunwiddy – diabelska trawa, korzeń Świętego Jana Zdobywcy i krwawnik miłosny.<br />
Pani Bustamonte sięgnęła do swojej siatki i wyciągnęła niewielki szklany słoik.<br />
– Zioła prowansalskie – wyjaśniła. – Pomyślałam, że się nadadzą.<br />
– Zioła prowansalskie? – powtórzyła pani Dunwiddy. – Zioła prowansalskie!<br />
– To jakiś problem? – spytała pani Bustamonte. – Zawsze ich używam, gdy w przepisie każą dosypać bazylii albo doprawić oregano. Nie mam do tego głowy. Moim zdaniem to wszystko zioła prowansalskie.<br />
Pani Dunwiddy westchnęła.<br />
– Wsyp je – poleciła.<br />
W sherry wylądowało pół słoiczka ziół prowansalskich; suszone listki unosiły się na powierzchni płynu.<br />
– A teraz – oznajmiła pani Dunwiddy – cztery ziemie. Mam nadzieję – dodała, starannie dobierając słowa – że nikt nie powie mi zaraz, iż nie mógł zdobyć czterech rodzajów ziemi i będziemy musiały zadowolić się kamykiem, zdechłą meduzą, magnesem z lodówki i kostką mydła.<br />
– Ja mam ziemie – powiedziała pani Higgler.<br />
Z brązowej papierowej torby wyjęła cztery zamykane na zatrzask foliowe woreczki. Tkwiło w nich coś przypominającego piasek bądź różnokolorową suszoną glinę. Opróżniła woreczki w czterech narożnikach stołu.<br />
– Miło, że ktoś się przejmuje – mruknęła pani Dunwiddy. Panna Noles zapaliła świece, podkreślając przy okazji, jak ładnie palą się pingwiny i jak zabawnie wyglądają.<br />
Pani Bustamonte napełniła resztką sherry cztery kieliszki i rozdała je towarzyszkom.<br />
– A ja nie dostanę? – spytał Gruby Charlie, choć tak naprawdę nie miał ochoty. Nie lubił sherry.<br />
– Nie – odparła stanowczo pani Dunwiddy. – Nie dostaniesz. Musisz zachować trzeźwą głowę. – Sięgnęła do torebki i wyciągnęła małe, złociste pudełeczko na pastylki.<br />
Pani Higgler zgasiła światło.<br />
Siedzieli w piątkę wokół stołu, oświetleni blaskiem świec.<br />
– I co teraz? – spytał Gruby Charlie. – Mamy wziąć się za ręce i nawiązać kontakt z żywymi?<br />
– Nie mamy – odszepnęła pani Dunwiddy. – I nie chcę słyszeć z twoich ust ani słowa więcej.<br />
– Przepraszam – powiedział Gruby Charlie i natychmiast tego pożałował.<br />
– Posłuchaj – oznajmiła pani Dunwiddy. – Udasz się tam, gdzie może ci pomogą. Mimo to jednak nie oddawaj niczego co do ciebie należy i nie składaj żadnych obietnic. Jeśli będziesz musiał coś komuś dać, dopilnuj, by dostać w zamian coś o tej samej wartości. Jasne?<br />
Gruby Charlie o mało nie powiedział „tak”, ale w ostatniej chwili powstrzymał się i tylko pokiwał głową.<br />
– To dobrze.<br />
Pani Dunwiddy zaczęła nucić starczym głosem, załamującym się i trzęsącym.<br />
Panna Noles również zaczęła nucić, bardziej melodyjnie. Głos miała wyższy i silniejszy.<br />
Pani Bustamonte nie nuciła; zamiast tego syczała. Przerywane, wężowe syki starały się wtórować rytmicznie pomrukom, snuć się wokół nich i przez nie.<br />
Pani Higgler dołączyła do chóru, nie nuciła jednak ani nie syczała. Zaczęła brzęczeć niczym mucha przy szybie, za pomocą języka i zębów produkując wibrujący dźwięk równie osobliwy co niesamowity, jakby trzymała w ustach parę wściekłych pszczół, próbujących wyrwać się na zewnątrz.<br />
Gruby Charlie zastanawiał się, czy powinien do nich dołączyć, nie miał jednak pojęcia czy może. Zamiast tego skupił się na siedzeniu przy stole i przyjmowaniu wszystkiego bez zdziwienia.<br />
Pani Higgler wrzuciła szczyptę czerwonej ziemi do miski z sherry i ziołami prowansalskimi. Pani Bustamonte dorzuciła szczyptę żółtej ziemi, panna Noles brązowej, a pani Dunwiddy pochyliła się boleśnie powoli i dodała grudkę czarnego błota.<br />
Pani Dunwiddy pociągnęła łyk sherry, a potem, poruszając niezgrabnie artretycznymi palcami, wyjęła coś z pojemnika na pastylki i wrzuciła w płomyk świecy. Przez moment w pokoju zapachniało cytrynami, potem po prostu spalenizną.<br />
Panna Noles zaczęła bębnić w stół, nie przestawała mruczeć. Płomyki świec zamigotały, rzucając na ściany wielkie roztańczone cienie. Pani Higgler także zaczęła stukać w blat, jej palce wybijały inny rytm niż panna Noles, szybszy, ostrzejszy. Owa rytmy zlewały się ze sobą, tworząc trzeci.<br />
W umyśle Grubego Charliego wszystkie dźwięki zaczęły łączyć się w jeden niezwykły: pomruki, syki, brzęczenie i stukanie. Kręciło mu się w głowie, wszystko wydawało się dziwne, zabawne. Mało prawdopodobne. W głosach kobiet słyszał odgłosy lasu, trzask olbrzymich ognisk. Miał wrażenie, że jego palce rozciągają się i wyginają, a stopy znajdują niewiarygodnie daleko.<br />
Potem wydało mu się, że znalazł się gdzieś w górze nad nimi, nad wszystkim, a pod sobą widzi pięcioro ludzi siedzących przy stole. Nagle jedna z kobiet machnęła ręką i wrzuciła coś do miski pośrodku, co rozbłysło tak jasno, że na moment oślepiło Grubego Charliego. Zamknął oczy i odkrył, że nic to nie dało. Nawet z zamkniętymi oczami wszystko wokół było zbyt jasne.<br />
W świetle dnia potarł dłonią powieki i rozejrzał się.<br />
Za jego plecami strzelała w górę pionowa skalna ściana wielkości góry. Przed sobą miał przepaść, urwiska opadające w dół. Podszedł na jej skraj i ostrożnie wyjrzał. Zobaczył coś białego. Z początku sądził, że to owce, potem jednak zrozumiał, iż widzi chmury: wielkie, białe, puchate chmury, bardzo daleko w dole. Pod chmurami zaś nie było już nic. Widział błękitne niebo i miał wrażenie, że jeśli wytęży wzrok, zobaczy czerń kosmosu, a za nią już nic prócz zimnego migotania gwiazd.<br />
Cofnął się o krok od krawędzi.<br />
A potem zawrócił w stronę gór wznoszących się coraz wyżej i wyżej, tak wysoko, że nie dostrzegał ich wierzchołków, tak wysoko, że ogarnął go irracjonalny strach przed tym, że zawalą się na niego, że lada moment runą i pogrzebią go na wieki. Zmusił się, by patrzeć w dół, nie odrywać wzroku od ziemi, i wówczas zauważył dziury w skalnej ścianie, niemal na poziomie gruntu. Wyglądały jak wyloty naturalnych jaskiń.<br />
Miejsce pomiędzy górskim zboczem i urwiskami, w którym się znalazł, liczyło sobie najwyżej ćwierć mili szerokości – zasypana głazami piaszczysta dróżka, na której od czasu do czasu wyrastała kępa zieleni, a może nawet brązowe, zakurzone drzewo. Ścieżka ciągnęła się wzdłuż zbocza góry, jej koniec rozpływał się w porannej mgiełce.<br />
Ktoś mnie obserwuje, pomyślał Gruby Charlie.<br />
– Halo?! – zawołał, unosząc głowę i rozglądając się. – Halo, jest tu kto?<br />
Mężczyzna, który wyszedł z najbliższego wylotu jaskini, miał skórę znacznie ciemniejszą niż Gruby Charlie, ciemniejszą nawet niż Spider, lecz jego długie włosy były płowożółte, okalały jego twarz niczym grzywa. Na biodrach nosił żółtą lwią skórę, z lwim ogonem zwisającym z tyłu. Nagle ogon machnął gwałtownie, przeganiając siedzącą na ramieniu muchę.<br />
Mężczyzna zamrugał złotymi oczami.<br />
– Kim jesteś?! – zagrzmiał. – I z czyjego upoważnienia wędrujesz w tym miejscu?<br />
– Jestem Gruby Charlie Nancy – odparł Gruby Charlie. – Anansi Pająk był moim ojcem.<br />
Olbrzymia głowa pochyliła się.<br />
– A po cóż tu przybywasz, dziecko Compe Anansiego?<br />
Z tego, co Gruby Charlie wiedział, byli sami na skałach, miał jednak wrażenie, jakby słuchało ich wiele osób. Wiele ust milczało, wiele uszu chwytało każdy dźwięk. Przemówił głośno, by dosłyszeli go wszyscy.<br />
– Mój brat. Rujnuje mi życie. Brak mi mocy, by zmusić go do odejścia.<br />
– Szukasz zatem naszej pomocy? – zapytał lew.<br />
– Tak.<br />
– A ten brat, czy jest z krwi Anansiego, jak ty?<br />
– Zupełnie nie jest taki, jak ja – zaprotestował Gruby Charlie. – To jeden z was.<br />
W jednym płynnym, złocistym ruchu człowiek-lew wyskoczył lekko, leniwie z wylotu jaskini i przebiegł po szarych skałach, w ciągu chwili pokonując pięćdziesiąt metrów. Teraz stał obok Grubego Charliego, jego ogon kołysał się niecierpliwie.<br />
Splatając ręce na piersi, spojrzał w dół na Grubego Charliego.<br />
– Czemu sam nie załatwisz tej sprawy? – spytał.<br />
Grubemu Charliemu zaschło w ustach, miał wrażenie, że gardło wypełnia mu kurz. Stojący obok stwór, wyższy niż jakikolwiek człowiek, nie pachniał po ludzku. Szpiczaste zęby drapieżnika opierały się o dolną wargę.<br />
– Nie mogę – wychrypiał Gruby Charlie.<br />
Z wylotu sąsiedniej jaskini wychylił się olbrzymi człowiek. Skórę miał brązowoszarą, grubą i pomarszczoną, i okrągłe, jakże okrągłe, nogi.<br />
– Jeśli spieracie się z bratem – oznajmił – musicie poprosić ojca, by was rozsądził. Poddajcie się woli głowy rodziny. Tak głosi prawo.<br />
A potem odrzucił głowę w tył i zaryczał. Dźwięk wydobywał się z jego nosa i gardła, potężny ryk, trąbienie, i Gruby Charlie zrozumiał, że spogląda na Słonia.<br />
Przełknął ślinę.<br />
– Mój ojciec nie żyje – odparł. Jego głos znów zabrzmiał wyraźnie, wyraźniej i głośniej, niż oczekiwał. Odbił się echem od skalnej ściany, powracając z setki jaskiń, setki skalnych występów. Nie żyje, nie żyje, nie żyje, nie żyje, nie żyje – powtarzało echo. – Dlatego przyszedłem tutaj.<br />
– Nie darzę miłością Anansiego Pająka – oznajmił Lew. – Kiedyś, dawno temu, przywiązał mnie do pnia, zaprzągł osła i zawlókł w pyle aż do siedziska Mawu, który stworzył cały świat. – Zaryczał na to wspomnienie i Gruby Charlie pożałował, że nie jest gdzie indziej. – Idź dalej – dodał Lew. – Może znajdzie się tu ktoś, kto zechce ci pomóc, ale nie ja.<br />
– Ani ja – dodał Słoń. – Twój ojciec oszukał mnie i zjadł tłuszcz z mego brzucha. Powiedział, że zrobi mi buty, a potem mnie ugotował i śmiał się, napełniając żołądek. Ja nie zapominam.<br />
Gruby Charlie ruszył dalej. W wylocie następnej jaskini stał mężczyzna w eleganckim zielonym garniturze i szykownym kapeluszu, opasanym przepaską z wężowej skóry. Na nogach miał buty z wężowej skóry, spodnie przytrzymywał wężowy pasek. Na widok Grubego Charliego syknął.<br />
– Idź dalej, synu Anansiego. – Głos Węża przypominał suchy grzechot. – Cała twoja przeklęta rodzina przynosi tylko kłopoty. Nie zamierzam się mieszać w wasze sprawy.<br />
Kobieta w następnej jaskini była bardzo piękna. Oczy miała czarne jak smoła, śnieżnobiałe wąsiki odcinały się wyraźnie od skóry. Z jej klatki piersiowej wyrastały dwa rzędy piersi.<br />
– Znałam twojego ojca – oznajmiła. – Bardzo dawno temu. Ho, he.<br />
Pokręciła głową, wspominając, i Gruby Charlie poczuł się, jakby właśnie przeczytał czyjś prywatny list. Posłała mu pocałunek, kiedy jednak spróbował podejść bliżej, znów pokręciła głową.<br />
Szedł dalej. Z ziemi przed nim wyrosło suche drzewo podobne do stosu starych, szarych kości. Cienie stawały się coraz dłuższe, słońce powoli obniżało się na bezkresnym niebie, mijając miejsce, w którym ostre skały opadały w dół, znacząc koniec świata. Oko słońca było olbrzymią, złocistopomarańczową kulą, a wiszące pod nim obłoczki płonęły szkarłatem i złotem.<br />
Assyrczyk na Judeę jako wilk się miota, pomyślał Gruby Charlie, przywołując fragment wiersza z dawno zapomnianej lekcji. Huf jego od szkarłatu połyska i złota. [George Byron: „Klęska Sennacheryba”, przeł. Feliks Chlibkiewicz (przyp. tłum.).]  Próbował, bez powodzenia, przypomnieć sobie, co to jest huf. Pewnie rodzaj rydwanu, uznał w końcu.<br />
Dostrzegł ruch tuż przy łokciu i pojął, że coś, co wziął za brązowy głaz pod martwym drzewem, było w istocie mężczyzną o złocistej skórze i plecach cętkowanych jak u lamparta. Włosy miał bardzo długie i bardzo czarne, a gdy się uśmiechał, odsłaniał zęby wielkiego kota. Uśmiechał się jednak rzadko, bez ciepła, rozbawienia czy sympatii.<br />
– Jestem Tygrys – oznajmił. – Twój ojciec zranił mnie na sto sposobów i obraził po tysiąkroć. Tygrys nie zapomina.<br />
– Przykro mi – odparł Gruby Charlie.<br />
– Pójdę z tobą – rzekł Tygrys. – Przez jakiś czas. Mówisz, że Anansi nie żyje?<br />
– Tak.<br />
– No, no. No, no, no. Tak wiele razy wystrychnął mnie na dudka. Kiedyś wszystko należało do mnie, historie, gwiazdy, wszystko. Może teraz, gdy nie żyje, ludzie przestaną powtarzać jego przeklęte opowieści, wyśmiewać się ze mnie.<br />
– Z pewnością – rzekł Gruby Charlie. – Ja nigdy się z ciebie nie śmiałem.<br />
W twarzy mężczyzny błysnęły oczy barwy szlifowanych szmaragdów.<br />
– Krew to krew – odparł jedynie. – Krew Anansiego to Anansi.<br />
– Nie jestem moim ojcem – zaprotestował Gruby Charlie. Trygrys odsłonił zęby, były bardzo ostre.<br />
– Nie wolno krążyć wśród ludzi i wyśmiewać się ze wszystkiego – wyjaśnił Tygrys. – Świat jest wielki i poważny, nie ma się z czego śmiać. Nigdy. Musisz nauczyć dzieci bać się, drżeć ze strachu. Naucz je okrucieństwa, naucz, jak stać się zagrożeniem w mroku, skryć się wśród cieni, a potem skoczyć, wyprysnąć, opaść i zabić, zawsze zabić. Wiesz, co jest prawdziwym sensem życia?<br />
– Uhm – mruknął Gruby Charlie. – Kochać bliźniego swego?<br />
– Sens życia to gorąca krew ofiary na języku, mięso pękające pod twymi zębami, trup wroga pozostawiony w słońcu dla padlinożerców. Oto, czym jest życie. Ja jestem Tygrys, silniejszy niż Anansi, większy, niebezpieczniejszy, potężniejszy, okrutniejszy, mądrzejszy&#8230;<br />
Gruby Charlie zdecydowanie nie chciał być w tym miejscu i rozmawiać z Tygrysem. Nie chodziło o to, że Tygrys jest obłąkany. Po prostu święcie wierzył w to co mówił, a wszystko, co mówił, było bardzo nieprzyjemne. Poza tym kogoś Grubemu Charliemu przypominał, i choć Gruby Charlie nie potrafił stwierdzić kogo, wiedział, że zdecydowanie tego kogoś nie lubi.<br />
– Pomożesz mi pozbyć się mojego brata?<br />
Tygrys zakrztusił się, jakby w gardle uwięzło mu piórko, a może nawet cały ptak.<br />
– Może przynieść ci wody? – zaproponował Gruby Charlie. Tygrys zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.<br />
– Gdy ostatnio Anansi zaproponował mi wodę, skończyło się na tym, że próbowałem pożreć księżyc w stawie i utonąłem.<br />
– Chciałem tylko pomóc.<br />
– On też to mówił.<br />
Tygrys pochylił się nad Grubym Charliem, patrząc mu prosto w oczy. Z bliska zupełnie nie przypominał człowieka – nos miał zbyt płaski, oczy inaczej rozstawione i cuchnął niczym klatka w zoo. Głos zagrzmiał mu w gardle.<br />
– Oto, jak możesz mi pomóc, dziecko Anansiego, ty i cały twój ród. Trzymajcie się ode mnie z daleka. Zrozumiałeś? Jeśli chcesz zachować swe mięso na kościach.<br />
Powoli oblizał wargi językiem czerwonym niczym świeżo zabita zdobycz i dłuższym niż jakikolwiek ludzki język.<br />
Gruby Charlie wycofał się powoli, święcie przekonany, że gdyby się odwrócił lub odbiegł, poczułby na karku zęby Tygrysa. Stwór nie miał już w sobie nic ludzkiego. Wielkością dorównywał prawdziwemu tygrysowi. Był każdym wielkim kotem, który stał się ludojadem, każdym tygrysem, który złamał ludzki kark niczym domowy kociak igrający z myszą. Toteż Gruby Charlie wpatrywał się w Tygrysa i cofał ostrożnie, i wkrótce stwór odbiegł z powrotem pod swe martwe drzewo, gdzie wyciągnął się na skałach, znikając wśród plam cieni. Tylko niecierpliwy, rozkołysany ogon zdradzał jego obecność.<br />
– Nie przejmuj się nim – powiedziała kobieta z wylotu jaskini. – Chodź tutaj.<br />
Gruby Charlie nie potrafił zdecydować, czy jest piękna, czy potwornie brzydka. Zbliżył się do niej.<br />
– Puszy się i nadyma, ale płoszy go jego własny cień. A jeszcze szybciej cień twojego taty. Jego szczękom brak siły.<br />
W jej twarzy było coś psiego, nie, nie psiego&#8230;<br />
– Ja natomiast – podjęła, gdy dotarł do niej – ja miażdżę kości. Tam właśnie kryje się to co najlepsze, tam tkwi najsłodsze mięso. I nikt tego nie wie prócz mnie.<br />
– Szukam kogoś, kto pomógłby mi pozbyć się mojego brata.<br />
Kobieta uniosła głowę i zaśmiała się, szaleńczo, głośno i dziko, i wówczas Gruby Charlie ją poznał.<br />
– Nie znajdziesz tu nikogo, kto ci pomoże – odparła. – Każdy z nich ucierpiał w starciach z twoim ojcem. Tygrys nienawidzi ciebie i twojego rodu bardziej, niż ktokolwiek kiedykolwiek kogoś nienawidził. Ale nawet on nic nie zrobi, póki twój ojciec krąży po świecie. Posłuchaj: idź dalej tą ścieżką. Wierz mi, ukrywam za swym okiem kamień proroctwa. Nie znajdziesz nikogo, kto ci pomoże, póki nie odszukasz pustej jaskini. Wejdź do środka. Porozmawiaj z tym, kogo tam zastaniesz. Zrozumiałeś?<br />
– Chyba tak.<br />
Zaśmiała się, nie był to dobry śmiech.<br />
– Chciałbyś najpierw zatrzymać się u mnie jakiś czas? Mógłbyś się wiele nauczyć. Wiesz co powiadają? Nikt się tak nie kłóci, nie zna takich chuci, jak Hiena.<br />
Gruby Charlie pokręcił głową i szedł dalej, mijając jaskinie w skalnych ścianach na końcu świata. Przechodząc obok mrocznych otworów, zerkał do środka i widział ludzi najróżniejszych kształtów i rozmiarów, maleńkich i wysokich, mężczyzn i kobiety. A gdy ich mijał, a oni wyłaniali się z cieni, dostrzegał futra i łuski, rogi i szpony.<br />
Czasami jego przybycie płoszyło ich i umykali w głąb jaskiń. Inni wychylali się z nich, patrząc wrogo bądź ciekawie. Coś zeskoczyło ze skał ponad kolejną jaskinią, przeleciało w powietrzu i wylądowało obok Grubego Charliego.<br />
– Witaj – rzuciło zdyszanym głosem.<br />
– Witaj – odparł Gruby Charlie.<br />
Nowy przybysz był nadpobudliwy i włochaty. Coś było nie w porządku z jego rękami i nogami; Gruby Charlie próbował zrozumieć co. Pozostali ludzie – zwierzęta byli zwierzętami, owszem, a także ludźmi, i w żadnym razie nie kłóciło się to ze sobą – ich zwierzęcość i ludzkość łączyły się niczym pasy na skórze zebry, tworząc spójną całość. Ten stwór natomiast wydawał się jednocześnie ludzki i prawie ludzki, i jego osobliwość ogromnie raziła Grubego Charliego. Nagle zrozumiał.<br />
– Małpa – powiedział. – Ty jesteś Małpa.<br />
– Masz brzoskwinię? – spytał Małpa. – Może mango? Może figę?<br />
– Niestety, nie – mruknął Gruby Charlie.<br />
– Daj mi coś do jedzenia – powiedział Małpa. – Będę twoim przyjacielem.<br />
Pani Dunwiddy ostrzegała go przed tym. Nie dawaj niczego, pomyślał. Nie składaj obietnic.<br />
– Niestety, nie mogę niczego ci dać.<br />
– Kim ty jesteś? – spytał Małpa. – Czym jesteś? Wydajesz się przepołowiony. Jesteś stąd czy stamtąd?<br />
– Anansi był moim ojcem – wyjaśnił Gruby Charlie. – Szukam kogoś, kto pomógłby mi rozprawić się z moim bratem, pozbyć się go.<br />
– To mogłoby rozzłościć Anansiego – zauważył Małpa. – Bardzo, bardzo zły pomysł. Jeśli rozzłościsz Anansiego, nigdy nie trafisz do opowieści.<br />
– Anansi nie żyje – oznajmił Gruby Charlie.<br />
– Tam nie żyje – rzekł Małpa. – Może. Ale tutaj? To zupełnie inna para pędraków.<br />
– Chcesz powiedzieć, że wciąż może tu być?<br />
Gruby Charlie czujnie zmierzył okiem zbocze góry. Myśl, że w jednej z jaskiń mógłby ujrzeć swojego ojca, kołyszącego się w fotelu bujanym z odsuniętą na tył głowy fedorą, sączącego z puszki ciemne piwo i tłumiącego ziewnięcie dłonią w cytryno – wożółtej rękawiczce, mocno go zaniepokoiła.<br />
– Kto? Co?<br />
– Myślisz, że tu jest?<br />
– Kto?<br />
– Mój ojciec.<br />
– Twój ojciec?<br />
– Anansi.<br />
Przerażony Małpa uskoczył na szczyt głazu i przywarł do niego, rozglądając się gorączkowo, jakby w obawie przed nagłym tornadem.<br />
– Anansi? Jest tutaj?<br />
Małpa zakołysał się nagle i zawisł w powietrzu do góry nogami. Odwrócona twarz patrzyła wprost w oczy Grubego Charliego.<br />
– Czasami wracam i odwiedzam świat – powiedział. – Mówią do mnie: Małpo, mądry Małpo, przyjdź, przyjdź, zjedz brzoskwinie, które ci damy. I orzechy. I pędraki. I figi.<br />
– Czy mój ojciec jest tutaj? – pytał cierpliwie Gruby Charlie.<br />
– Nie ma swojej jaskini – odparł Małpa. – Wiedziałbym, gdyby ją miał. Chybabym wiedział. Może miał jaskinię, a ja zapomniałem. Jeśli dasz mi brzoskwinię, przypomnę sobie.<br />
– Nie mam nic przy sobie – rzekł Gruby Charlie.<br />
– Żadnych brzoskwiń?<br />
– Niestety, nic.<br />
Małpa zakołysał się, wskoczył na szczyt skały i zniknął.<br />
Gruby Charlie wędrował dalej kamienistą ścieżką. Słońce opadło jeszcze niżej, znalazło się teraz na poziomie ścieżki, płonąc ciemnym, pomarańczowym blaskiem. Jego stare światło wpadało wprost do jaskiń, ukazując ich mieszkańców. To musiał być Nosorożec – szaroskóry, spoglądający przed siebie krótkowzrocznymi oczami. A tam w płytkiej wodzie leżał Krokodyl z oczami czarnymi niczym szkło i ciałem barwy zgniłego pnia.<br />
Nagle zza pleców dobiegł Grubego Charliego grzechot kamienia o kamień. Odwrócił się gwałtownie. Małpa patrzył na niego z dołu wsparty rękami o ścieżkę.<br />
– Naprawdę nie mam żadnych owoców – powiedział Gruby Charlie. – Inaczej dałbym ci coś.<br />
– Pożałowałem cię – oznajmił Małpa. – Może powinieneś wrócić do domu. To bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo zły pomysł. Tak?<br />
– Nie – zaprzeczył Gruby Charlie.<br />
– Ach – mruknął Małpa. – No tak, tak, tak, tak, tak.<br />
Znieruchomiał, po czym w nagłym ataku energii popędził naprzód, mijając w podskokach Grubego Charliego, i zatrzymał się kawałek dalej przed jaskinią<br />
– Nie wchodź tam! – zawołał. – Złe miejsce. – Wskazał wylot jaskini.<br />
– Czemu nie? – spytał Gruby Charlie. – Kto tam jest?<br />
– Nikogo tam nie ma – oznajmił triumfalnie Małpa. – Zatem to nie ta, której szukasz, prawda?<br />
– Nieprawda – odparł Gruby Charlie. – Właśnie ta.<br />
Małpa zaczął skrzeczeć i podskakiwać gwałtownie, lecz Gruby Charlie wyminął go i niezdarnie wspiął się po skałach do wylotu pustej jaskini. Tymczasem szkarłatne słońce zapadło za skały na końcu świata.<br />
Gdy wędruje się ścieżką wśród gór na początku świata (góry te są na końcu świata tylko jeśli przybywamy z drugiej strony), rzeczywistość wydaje się dziwna i jakby rozciągnięta. Góry te i ich jaskinie są stworzone z materii najstarszych opowieści (działo się to rzecz jasna na długo przed pojawieniem się ludzi – ludzi. Czyżbyś sądził, że ludzie jako pierwsi opowiadali sobie historie?). I schodząc ze ścieżki w głąb jaskini, Gruby Charlie czuł się, jakby wkraczał w czyjąś inną rzeczywistość. Jaskinia była głęboka, skały pod jego stopami pokrywały białe rozbryzgi ptasich odchodów. Leżały tam też pióra oraz, tu i tam, wyschnięte i spłaszczone truchła ptaków, podobne do zapomnianych miotełek do kurzu.<br />
W głębi jaskini ujrzał tylko ciemność.<br />
– Halo?! – zawołał Gruby Charlie i echo jego głosu powróciło ze środka. „Halo, halo, halo, halo, halo”. Szedł dalej. Teraz panująca w jaskini ciemność wydawała się niemal namacalna, jakby coś cienkiego i czarnego zasłoniło mu oczy. Szedł powoli, ostrożnie stawiając kroki, z wyciągniętymi rękami.<br />
Coś się poruszyło.<br />
– Halo?<br />
Jego oczy uczyły się wykorzystywać nawet odrobinę światła, i w końcu coś dostrzegł. To nic. Łachmany i pióra, nic więcej. Kolejny krok. Wiatr poruszył piórami, załopotał łachmanami leżącymi na ziemi w jaskini. Coś zatrzepotało wokół niego, zatrzepotało poprzez niego, bijąc powietrze z łopotem gołębich skrzydeł.<br />
Zawirowanie. Kłąb pyłu obsypał mu twarz, oczy zapiekły. Gruby Charlie zamrugał w powiewach zimnego wiatru i cofnął się o krok, widząc przed sobą wir pyłu łachmanów i piór. A potem wiatr ucichł i w miejscu, gdzie tańczyły pióra, stała ludzka postać. Wyciągnęła rękę, przyzywając Grubego Charliego.<br />
Cofnąłby się, lecz postać chwyciła go za rękaw. Dotyk miała lekki, suchy. Pociągnęła go ku sobie.<br />
Postąpił krok w głąb jaskini&#8230;<br />
&#8230;i znalazł się na otwartej przestrzeni, na pozbawionej drzew miedzianoczerwonej równinie, pod niebem barwy zsiadłego mleka.<br />
Różne istoty mają różne oczy. Oczy ludzkie (w odróżnieniu od choćby oczu kota czy ośmiornicy) postrzegają tylko jedną wersję rzeczywistości naraz. Oczy Grubego Charliego widziały jedno, jego umysł coś zupełnie innego, a w otchłani między tymi dwiema rzeczami krył się obłęd. Poczuł, jak wzbiera w nim szaleńcza panika, toteż odetchnął głęboko i zatrzymał ją w sobie. Serce tłukło mu o żebra. Zmusił się do uwierzenia oczom, nie umysłowi.<br />
Choć więc wiedział, że widzi ptaka, ptaka o szalonych oczach i postrzępionych piórach, większego niż orzeł, wyższego niż struś, o okrutnym, ostrym dziobie drapieżnika i piórach koloru łupku pokrytego cieniutką, oleistą warstwą, sprawiającą, że mieniły się ciemnymi tęczami fioletów i zieleni, wiedział to tylko przez ułamek sekundy gdzieś w głębi umysłu. Jego oczy natomiast ujrzały kobietę o kruczoczarnych włosach, stojącą w tym samym miejscu co idea ptaka. Kobieta nie była młoda ani stara. Zwróciła ku niemu twarz, która mogła zostać wyrzeźbiona z obsydianu w pradawnych czasach, gdy świat był jeszcze młody.<br />
Obserwowała go bez ruchu. Na niebie barwy zsiadłego mleka kłębiły się chmury.<br />
– Jestem Charlie – oznajmił Gruby Charlie. – Charlie Nancy. Niektórzy, no, prawie wszyscy, mówią mi: Gruby Charlie. Ty też możesz, jeśli chcesz.<br />
Nie odpowiedziała.<br />
– Anansi był moim ojcem.<br />
Wciąż nic. Ani śladu ruchu czy oddechu.<br />
– Chcę, żebyś mi pomogła pozbyć się brata.<br />
Na te słowa przekrzywiła głowę, wystarczająco, by widział, że słucha, by pokazać, że żyje.<br />
– Sam tego nie potrafię. On ma magiczne moce i inne takie. Rozmawiałem z pająkiem i ani się obejrzałem, kiedy zjawił się mój brat. Teraz nie mogę się go pozbyć.<br />
Gdy przemówiła, jej głos zabrzmiał ochryple i nisko jak u wrony.<br />
– I co miałabym z tym zrobić?<br />
– Pomóc mi? – podsunął. Wyglądało na to, że się zastanawia.<br />
Później Gruby Charlie próbował, bez skutku, przypomnieć sobie, w co była ubrana. Czasem sądził, że musiał to być płaszcz z piór. Innym razem wierzył, że okrywały ją jakieś łachmany. Może poszarpany płaszcz przeciwdeszczowy podobny do tego, w którym ujrzał ją później w parku, gdy wszystko zaczęło iść źle? W każdym razie nie była naga, co do tego miał niemal pewność. Pamiętałby chyba jej nagość, prawda?<br />
– Pomóc ci – powtórzyła.<br />
– Pomóc mi się go pozbyć.<br />
Skinęła głową.<br />
– Chcesz, żebym ci pomogła pozbyć się rodu Anansiego.<br />
– Po prostu chcę, żeby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju. Nie mam na myśli tego, żebyś go skrzywdziła ani nic takiego.<br />
– W takim razie przyrzeknij, że oddasz mi ród Anansiego.<br />
Gruby Charlie stał na bezkresnej, miedzianoczerwonej równinie, która w jakiś sposób leżała w jaskini w górach na końcu świata, które z kolei w pewnym sensie znajdowały się w pachnącym fiołkami salonie pani Dunwiddy, i próbował zrozumieć, co właściwie usłyszał.<br />
– Niczego nie mogę dać i nie mogę niczego obiecać.<br />
– Chcesz, żeby odszedł – odparła. – Mów. Mój czas jest cenny. – Splotła ręce na piersi i spojrzała na niego obłąkanymi oczami. – Nie boję się Anansiego.<br />
Przypomniał sobie głos pani Dunwiddy.<br />
– Uhm – mruknął Gruby Charlie. – Nie mogę składać obietnic i muszę zażądać czegoś tej samej wartości. To musi być wymiana.<br />
Kobieta Ptak sprawiała wrażenie niezadowolonej, ale skinęła głową.<br />
– Zatem dam ci w zamian coś o tej samej wartości. Dam moje słowo. – Wyciągnęła rękę ponad jego dłonią, jakby coś mu podawała, a potem zacisnęła jego palce. – Teraz powiedz to.<br />
– Oddaję ci ród Anansiego – oznajmił Gruby Charlie.<br />
– To dobrze – oznajmił głos, po czym Kobieta Ptak dosłownie rozpadła się na kawałki.<br />
W miejscu, gdzie stała przed sekundą, obecnie pojawiło się stado ptaków, które niczym spłoszone strzałem odfruwały na wszystkie strony. Niebo zapełniło się ptakami; było ich więcej, niż Gruby Charlie umiał sobie wyobrazić. Brązowe i czarne ptaki krążyły, śmigały i przepływały mu nad głową niczym chmury czarnego dymu, rozleglejsze niż potrafił ogarnąć jego umysł; chmary meszek ogromne jak świat.<br />
– Teraz sprawisz, że sobie pójdzie?! – zawołał Gruby Charlie, kierując swe słowa w ciemniejące, mleczne niebo.<br />
Ptaki poruszyły się odrobinę, zmieniając pozycję, każdy z nich przesunął się kawałeczek. Wciąż szybowały, nagle jednak Gruby Charlie odkrył, że z nieba spogląda na niego twarz, twarz zrobiona z roztańczonych ptaków. Była ogromna.<br />
Wymówiła jego imię w krzykach, krakaniach i wrzaskach tysięcy, tysięcy, tysięcy ptaków. Usta wielkości największych budynków formowały słowa na niebie.<br />
A potem twarz rozpadła się w szaleństwo i chaos. Tworzące ją ptaki opadły z jasnego nieba wprost ku niemu. Zakrył głowę rękami, próbując się osłonić. Ostry ból w policzku zaskoczył go całkowicie. Przez moment Gruby Charlie sądził, że jeden z ptaków dopadł go i rozszarpał skórę dziobem bądź szponami. A potem ujrzał, gdzie się znajduje.<br />
– Proszę już mnie nie bić – rzucił. – Wszystko w porządku, nie musi już mnie pani bić.<br />
Na stole pingwiny przygasały. Ich głowy i ramiona zniknęły, teraz płomyki migotały w bezkształtnych, czarno-białych bryłkach, niegdyś będących brzuchami. Stopy tkwiły w zastygłych kałużach ciemnej stearyny. Czuł na sobie wzrok trzech starych kobiet.<br />
Panna Noles chlupnęła mu w twarz wodą ze szklanki.<br />
– Tego też nie musiała pani robić – rzekł. – Jestem tu przecież.<br />
Do pokoju weszła pani Dunwiddy, z triumfalną miną niosąc w dłoni małą buteleczkę z brązowego szkła.<br />
– Sole trzeźwiące – oznajmiła. – Wiedziałam, że gdzieś je mam. Kupiłam je w sześćdziesiątym siódmym albo ósmym. Nie wiem, czy jeszcze do czegoś się nadają. – Zerknęła na Grubego Charliego i skrzywiła się. – Obudził się. Kto go obudził?<br />
– Nie oddychał – odparła pani Bustamonte. – Więc go klepnęłam.<br />
– A ja oblałam wodą – dodała panna Noles. – Co pomogło ściągnąć go tu do końca.<br />
– Nie potrzebuję soli trzeźwiących – wtrącił Gruby Charlie. – I tak jestem cały mokry i obolały.<br />
Lecz pani Dunwiddy odkręciła już starczymi dłońmi buteleczkę i podsunęła mu pod nos. Cofając głowę, odetchnął i wciągnął w płuca opar amoniaku. Do oczu napłynęły mu Łzy, miał wrażenie jakby dostał fangę w nos. Z twarzy ściekała mu woda.<br />
– Proszę – oznajmiła pani Dunwiddy. – Już ci lepiej?<br />
– Która godzina? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Dochodzi piąta rano – odparła pani Higgler i pociągnęła łyk kawy z olbrzymiego kubka. – Martwiłyśmy się o ciebie. Lepiej opowiedz nam co zaszło.<br />
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć. Wydarzenia ostatnich kilku godzin nie uleciały mu z pamięci jak to się zdarza snom. Raczej zdawało mu się, że spotkały kogoś innego, kogoś kto nie był nim, a on sam nawiązał z tą osobą kontakt poprzez wcześniej nieznaną formę telepatii. W umyśle miał zamęt, magiczne wizje innego miejsca w technikolorze zastępowały obrazy rzeczywistego świata w wielu odcieniach sepii.<br />
– Były tam jaskinie. Prosiłem o pomoc. Spotkałem mnóstwo zwierząt, zwierząt, które były ludźmi. Żadne z nich nie chciało mi pomóc. Wszyscy bali się mojego taty. W końcu jedna powiedziała, że mi pomoże.<br />
– Jedna? – spytała pani Bustamonte.<br />
– Niektórzy byli mężczyznami, inni kobietami – wyjaśnił Gruby Charlie. – To była kobieta.<br />
– Wiesz o niej coś więcej? Czym była? Krokodylem, Hieną, Myszą?<br />
Wzruszył ramionami.<br />
– Może zdołałbym sobie przypomnieć, nim zaczęłyście mnie bić i oblewać wodą, i podtykać mi pod nos jakieś rzeczy. To dość skutecznie płoszy wspomnienia.<br />
– Pamiętałeś, co ci mówiłam? – spytała pani Dunwiddy. – Żebyś niczego nie oddawał, tylko wymieniał.<br />
– Tak – odparł, dumny z siebie. – Tak. Był tam Małpa, chciał, żebym coś mu dał, a ja odmówiłem. Chyba muszę się czegoś napić.<br />
Pani Bustamonte wzięła ze stołu kieliszek napełniony jakimś płynem.<br />
– Tak myślałyśmy, że przyda ci się drink, więc przelałyśmy sherry przez sitko. Mogło w niej zostać trochę ziół prowansalskich, ale to ci nie zaszkodzi.<br />
Gruby Charlie mocno zaciskał leżące na kolanach dłonie. Teraz rozchylił prawą, żeby wziąć od staruszki kieliszek. Nagle zamarł, patrząc w dół.<br />
– Co? – spytała pani Dunwiddy. – Co się stało?<br />
Gruby Charlie trzymał w dłoni czarne, zgniecione, mokre od potu pióro. I wtedy sobie przypomniał. Przypomniał sobie wszystko.<br />
– To była Kobieta Ptak – oznajmił.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/92/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/92/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=92&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/floryda/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Dunwiddy</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/dunwiddy/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/dunwiddy/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 13:55:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=90</guid>
		<description><![CDATA[Spider otworzył drzwi frontowe. Zaczęło padać i Gruby Charlie stał na progu przemoczony i wymięty. – A zatem – rzekł – teraz nie wolno mi nawet wejść do własnego domu? – W żaden sposób nie zamierzam cię powstrzymywać – odparł Spider. – To w końcu twój dom. Gdzie się podziewałeś całą noc? – Doskonale wiesz, [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=90&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Spider otworzył drzwi frontowe. Zaczęło padać i Gruby Charlie stał na progu przemoczony i wymięty.<br />
– A zatem – rzekł – teraz nie wolno mi nawet wejść do własnego domu?<br />
– W żaden sposób nie zamierzam cię powstrzymywać – odparł Spider. – To w końcu twój dom. Gdzie się podziewałeś całą noc?<br />
– Doskonale wiesz, gdzie się podziewałem. Nie udawało mi się wrócić do domu. Nie wiem, jaki czar na mnie rzuciłeś.<br />
– To nie był czar – w głosie Spidera zabrzmiała uraza. – To był cud.<br />
Gruby Charlie przecisnął się obok i głośno tupiąc, wmaszerował po schodach. Wszedł do łazienki, zatkał wannę i odkręcił oba krany. Wystawił głowę na zewnątrz.<br />
– Nie obchodzi mnie, jak to nazywasz. Robisz to w moim domu i zeszłej nocy nie pozwoliłeś mi do niego wrócić.<br />
Zdjął z siebie przedwczorajsze ubranie, potem znów wystawił głowę za drzwi.<br />
– A w pracy policja prowadzi w mojej sprawie dochodzenie. Czy powiedziałeś Grahame&#8217;owi Coatsowi, że dochodzi tam do osobliwych transakcji?<br />
– Oczywiście, że tak – potwierdził Spider.<br />
– Ha! A teraz on podejrzewa mnie.<br />
– No, nie sądzę.<br />
– Widać, mało wiesz – mruknął Gruby Charlie. – Rozmawiałem z nim, zawiadomił już policję. I jeszcze Rosie. Kiedy tylko wyjdę z wanny, czeka nas bardzo długa rozmowa na temat Rosie. Ale najpierw zamierzam wziąć kąpiel. Całą wczorajszą noc wałęsałem się poza domem. Przespałem się jedynie na tylnym siedzeniu taksówki. Gdy się obudziłem, była piąta rano, a mój taksówkarz zamieniał się w Travisa Bickle&#8217;a. Wygłaszał monolog. Powiedziałem mu, że równie dobrze może zrezygnować z szukania Maxwell Gardens, że to najwyraźniej nie najlepsza noc na znalezienie Maxwell Gardens, i w końcu się zgodził. Pojechaliśmy na śniadanie w jedno z tych miejsc, gdzie jadają taksówkarze. Jajka, fasolka, kiełbaski i grzanki, i herbata tak mocna, że można w niej postawić łyżeczkę. Gdy powiedział pozostałym taksówkarzom, że jeździliśmy całą noc, szukając Maxwell Gardens&#8230; Cóż, miałem wrażenie, że zaraz poleje się krew. Nie polała się, ale przez minutę było blisko.<br />
Gruby Charlie urwał, by zaczerpnąć tchu. Spider słuchał z miną winowajcy.<br />
– Po – oznajmił Gruby Charlie. – Po mojej kąpieli. – Zamknął drzwi łazienki.<br />
Wszedł do wanny.<br />
Wydał z siebie cichy, żałosny jęk.<br />
Wyszedł z wanny.<br />
Zakręcił krany.<br />
Owinął biodra ręcznikiem i otworzył drzwi.<br />
– Nie ma ciepłej wody – oznajmił z przesadnym spokojem. – Orientujesz się może, czemu nie mamy ciepłej wody?<br />
Spider wciąż stał w korytarzu. Nie poruszył się.<br />
– Moje jacuzzi – rzekł. – Przepraszam.<br />
– Przynajmniej Rosie nie – rzekł Gruby Charlie. – To znaczy ona by nie&#8230;<br />
I wówczas dostrzegł wyraz twarzy Spidera.<br />
– Chcę, żebyś się stąd wyniósł – oznajmił. – Wynoś się z mojego życia. Z życia Rosie. Znikaj.<br />
– Mnie się tu podoba – oświadczył Spider.<br />
– Rujnujesz moje cholerne życie.<br />
– Trudno.<br />
Spider pomaszerował korytarzem i otworzył drzwi zapasowego pokoju Grubego Charliego. Na moment korytarz zalało złociste światło tropikalnego słońca, a potem drzwi się zamknęły.<br />
Gruby Charlie umył włosy w zimnej wodzie. Wymył zęby. Pogrzebał w koszu z praniem, aż w końcu znalazł parę dżinsów i podkoszulek. Z faktu, iż leżały na samym dnie, wynikało, że właściwie są znów czyste. Naciągnął fioletowy sweter z misiaczkiem; kiedyś podarowała mu go matka, a on nigdy nie włożył tego swetra, nie mógł jednak zdobyć się na to, by go wyrzucić.<br />
Ruszył w głąb korytarza.<br />
Przez drzwi przenikało basowe bum-czagga-bum.<br />
Gruby Charlie kilka razy nacisnął klamkę. Bez skutku.<br />
– Jeśli nie otworzysz tych drzwi – oznajmił – wyłamię je.<br />
Drzwi otwarły się bez ostrzeżenia i Gruby Charlie wpadł wprost do pustego pokoiku na końcu korytarza. Za oknem ujrzał tylną ścianę sąsiedniego domu, rozmazaną w zalewających szybę strugach deszczu.<br />
A jednak gdzieś zza ściany dobiegał dźwięk ze zbyt głośno ustawionej wieży. W pomieszczeniu wszystko wibrowało w rytm odległego bum-czagga-bum.<br />
– No tak – rzekł spokojnie Gruby Charlie. – Oczywiście zdajesz sobie sprawę z tego, że to oznacza wojnę.<br />
Był to tradycyjny okrzyk wojenny przypartego do muru królika. W niektórych miejscach ludzie wierzą, że Anansi był sprytnym królikiem. Oczywiście się mylą. On był pająkiem. Można by sądzić, że te dwa stworzenia łatwo od siebie odróżnić, ale wciąż bywają mylone, częściej niż się wydaje.<br />
Gruby Charlie wrócił do swej sypialni. Z szuflady przy łóżku wyjął paszport. Znalazł portfel tam gdzie go zostawił, w łazience.<br />
Wyszedł w deszczu na środek ulicy i zatrzymał taksówkę.<br />
– Dokąd?<br />
– Na Heathrow – odparł Gruby Charlie.<br />
– Nie ma sprawy – rzucił taksówkarz. – Który terminal?<br />
– Nie mam pojęcia. – Gruby Charlie wiedział, że tak naprawdę powinien je mieć; ostatecznie minęło zaledwie kilka dni. – Z którego odlatują samoloty na Florydę?</p>
<p>Grahame Coats zaczął przygotowywać plan opuszczenia poczciwego biura Agencji Grahame&#8217;a Coatsa, gdy premierem był jeszcze John Major. Ostatecznie nic co dobre nie trwa wiecznie. Wcześniej czy później – Grahame Coats sam chętnie by o tym przypomniał – nawet kura znosząca złote jajka trafia do piekarnika. A choć przygotował świetny plan – nigdy nie wiadomo, kiedy może pojawić się potrzeba natychmiastowego zniknięcia – i wyczuwał wydarzenia gromadzące mu się nad głową niczym szare chmury, pragnął jak najdłużej opóźniać ów nieunikniony moment, póki nie da się go dalej odsuwać.<br />
Już dawno uznał, że najważniejszy jest nie sam wyjazd, lecz zniknięcie, wyparowanie, rozpłynięcie się bez śladu.<br />
W ukrytym w gabinecie sejfie – w tajnym pomieszczeniu, z którego był niezmiernie dumny – na półce zainstalowanej przez niego własnoręcznie i niedawno zmontowanej na nowo, bo runęła – spoczywała skórzana kosmetyczka, zawierająca dwa paszporty, jeden na nazwisko Basil Finnegan, drugi – Roger Bronstein. Obaj mężczyźni przyszli na świat mniej więcej pięćdziesiąt lat temu, dokładnie tak jak Grahame Coats, lecz w odróżnieniu od niego zmarli w pierwszym roku życia. Oba zdjęcia w paszportach przedstawiały Grahame&#8217;a Coatsa. W kosmetyczce leżały też dwa portfele, każdy z kompletem kart kredytowych i dokumentów ze zdjęciem na nazwisko figurujące w paszporcie. Każde z nazwisk miało własne przejściowe konta na Kajmanach, z których pieniądze spływały na kolejne konta na brytyjskich Wyspach Dziewiczych, w Szwajcarii i Lichtensteinie.<br />
Grahame Coats planował swój wyjazd na pięćdziesiąte urodziny, przypadające za nieco ponad rok. Teraz zastanawiał się nad kwestią Grubego Charliego.<br />
Nie przypuszczał, by Gruby Charlie został aresztowany czy uwięziony, choć gdyby któryś z tych scenariuszy się sprawdził, zbytnio by nie protestował. Chciał jedynie wystraszyć go, zdyskredytować i pozbyć się raz na zawsze.<br />
Grahame Coats uwielbiał doić klientów swej agencji i był w tym bardzo dobry. Przyjemnie zaskoczyło go odkrycie, że póki starannie dobiera klientów, sławy i artyści, których reprezentuje, bardzo kiepsko orientują się w swych finansach. Z ogromną ulgą zatrudniają kogoś, kto przyjmie na siebie to brzemię, będzie wszystko kontrolował i pilnował, by nie musieli się martwić. A jeśli czasem wyciągi bądź czeki spóźniały się albo widniały na nich sumy inne, niż klienci oczekiwali, albo jeśli z rachunków klientów dokonywano niezidentyfikowanych wypłat, cóż&#8230; Personel w Agencji Grahame&#8217;a Coatsa zmieniał się nieustannie, zwłaszcza w dziale księgowości, i zawsze można było przypisać błędy niekompetencji poprzednich pracowników. Czasami Grahame Coats posyłał klientom w ramach przeprosin skrzynkę szampana i czek na sporą sumę.<br />
Ludzie niezbyt lubili Grahame&#8217;a Coatsa i nie ufali mu. Nawet jego klienci twierdzili, że przypomina łasicę. Wierzyli jednak, że jest ich łasicą, i tu się mylili.<br />
Grahame Coats był swoją własną łasicą.<br />
Telefon na jego biurku zabrzęczał.<br />
– Tak?<br />
– Panie Coats, dzwoni Maeve Livingstone. Wiem, że kazał ją pan przełączyć do Grubego Charliego, ale on w tym tygodniu ma wolne i nie wiedziałam co mówić. Mam powiedzieć, że pan wyszedł?<br />
Grahame Coats zastanawiał się chwilę. Nim powalił go nagły atak serca, Morris Livingstone był kiedyś najulubieńszym, niskim komikiem z Yorkshire w kraju, gwiazdą takich seriali telewizyjnych, jak „Małe jest piękne”, a także własnego sobotniego programu „Morris Livingstone, jak sądzę?”. W latach osiemdziesiątych zdołał nawet umieścić w pierwszej dziesiątce listy przebojów singiel z piosenką (Schowaj zabawkę) Niegrzeczna to gra. Pogodny, przyjacielski, nie tylko pozostawił swe finanse w rękach Agencji Grahame&#8217;a Coatsa, lecz idąc za radą samego Grahame&#8217;a Coatsa, uczynił go głównym zarządcą masy spadkowej.<br />
Byłoby zbrodnią nie ulec takiej pokusie.<br />
I jeszcze Maeve Livingstone. Należy tu wyjaśnić, że Maeve Livingstone, choć sama o tym nie wiedziała, występowała w głównych i drugoplanowych rolach w niezliczonych, ściśle prywatnych i ulubionych fantazjach Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
– Proszę – rzekł teraz – przełącz ją – po czym dodał uprzejmie: – Maeve, jakże miło cię słyszeć. Jak się miewasz?<br />
– Nie jestem pewna – odparła.<br />
Gdy Maeve poznała Morrisa Livingstone&#8217;a, pracowała jako tancerka. Przewyższała swego męża o głowę. Uwielbiali się oboje.<br />
– Może mi o tym opowiesz?<br />
– Parę dni temu rozmawiałam z Charlesem i zastanawiałam się, to znaczy mój dyrektor banku się zastanawiał. Chodzi o pieniądze ze spadku po Morrisie. Powiedziano nam, że powinny już do nas dotrzeć.<br />
– Maeve – odparł Grahame głosem, który lubił uważać za mroczny i aksamitny, taki, na który reagują kobiety. – Problemu nie stanowią same pieniądze, lecz jedynie kwestia płynności twoich funduszy. Jak już ci wspominałem, pod koniec życia Morris poczynił cały szereg niezbyt szczęśliwych inwestycji. I choć posłuchał mojej rady i część pieniędzy zainwestował mądrze, musimy pozwolić tym inwestycjom dojrzeć. Nie możemy wycofać się teraz, nie tracąc niemal wszystkiego. Ale nie troskaj się, nie troskaj, wszystko dla dobra ulubionej klientki. Wypiszę ci czek z mojego własnego rachunku, żebyś nie musiała się martwić. Ile potrzebuje dyrektor twojego banku?<br />
– Mówi, że będzie musiał przestać realizować czeki – odparła. – A w BBC twierdzą, że przesłali ci pieniądze za wydanie starych programów na DVD. Tego przecież nie zainwestowałeś, prawda?<br />
– Tak mówią w BBC? W istocie to my naciskamy na nich, domagając się pieniędzy. Ale nie chciałbym obciążać całą winą BBC Worldwide. Nasza księgowa jest w ciąży i wszystko idzie jak po grudzie. A Charles Nancy, z którym rozmawiałaś, był mocno rozkojarzony. Umarł mu ojciec, sporo czasu spędził poza krajem i&#8230;<br />
– Gdy rozmawialiśmy ostatnio – przypomniała – instalowaliście właśnie nowy system komputerowy.<br />
– Istotnie, instalowaliśmy, i nie chcesz nawet, bym ci opowiedział całą epopeję dotyczącą programów księgowych. Jak to mówią, błądzić jest rzeczą ludzką, ale by naprawdę wszystko spieprzyć, potrzeba komputera. Coś w tym stylu. Sprawdzę wszystko dokładnie, jeśli trzeba, osobiście, po staremu, własnoręcznie i twoje pieniądze trafią do ciebie. Tego właśnie chciałby Morris.<br />
– Mój dyrektor banku mówi, że potrzebuje natychmiast dziesięć tysięcy funtów, by opędzić najpilniejsze wydatki.<br />
– Dziesięć tysięcy funtów jest twoje. Właśnie wypisuję czek. – Narysował w notesie kółko z wyrastającą z góry kreską. Trochę przypominało jabłko.<br />
– Bardzo dziękuję – powiedziała Maeve i Grahame Coats napuszył się. – Mam nadzieję, że nie zawracałam ci głowy.<br />
– Nigdy nie zawracasz mi głowy – odparł Grahame Coats. – Ani trochę.<br />
Odłożył słuchawkę. Najbardziej bawiła go myśl, że komediowe alter ego Morrisa, twardogłowy mieszkaniec Yorkshire, szczyciło się tym, iż orientuje się w swych finansach co do pensa.<br />
To była niezła gra, pomyślał Grahame Coats i dorysował jabłku dwoje oczu i parę uszu. Uznał, że teraz przypomina kota. Wkrótce nadejdzie czas, by porzucić dojenie kapryśnych sław i zamienić je na życie pełne słońca, basenów, świetnych posiłków, dobrych win i, jeśli to możliwe, mnóstwa seksu oralnego. Grahame Coats święcie wierzył, że najlepsze rzeczy w życiu można kupić, płacąc twardą gotówką.<br />
Uzupełnił portret kota o pysk pełen ostrych zębów, tak że rysunek przywodził teraz na myśl małą pumę. Rysując, zaczął śpiewać piskliwym tenorem:<br />
Gdy byłem mały, ojciec mówił mi: wyjmij zabawki, grzecznie baw się dziś. Teraz, gdym starszy, panie szepczą wraz: schowaj zabawkę, to niegrzeczna gra.<br />
Morris Livingstone zapłacił twardą gotówką za penthause Grahame&#8217;a Coatsa w Copacabanie i za instalację basenu na wyspie Saint Andrews. I nikt nie powie, że Grahame Coats nie jest za to wdzięczny.<br />
Schowaj zabawkę, to niegrzeczna gra.</p>
<p>Spider czuł się dziwnie.<br />
Coś się działo: osobliwe uczucie zasnuwające jego życie niczym mgła rujnowało mu dzień. Nie potrafił go zidentyfikować i zupełnie mu się to nie podobało.<br />
Jeśli jednak było coś, czego z całą pewnością nie czuł, to wyrzuty sumienia. Stanowiły dla niego coś zupełnie obcego, nieznanego. Czuł się znakomicie. Był super. Nie czuł się winny. Nie czułby się winny nawet, gdyby schwytano go na gorącym uczynku podczas napadu na bank.<br />
A jednak w tej chwili otaczały go słabiutkie miazmaty niepokoju.<br />
Do tej pory Spider uważał, że bogowie są inni. Nie mają sumienia i go nie potrzebują. Związek boga ze światem, nawet światem, w którym przebywa, pod względem emocjonalnego zaangażowania przypominał gracza komputerowego dysponującego pełną znajomością gry i uzbrojonego w komplet kodów.<br />
Spider dobrze się bawił. Oto, czym się zajmował. To było najważniejsze. Nie rozpoznałby poczucia winy, nawet gdyby dysponował ilustrowanym przewodnikiem opisującym dokładnie każdy jego element. Nie chodzi o to, że był beztroski. Po prostu opuścił dzień, gdy rozdawano troski innym. Ale coś się zmieniło – wewnątrz niego bądź na zewnątrz, nie miał pewności – i to właśnie budziło w nim niepokój. Nalał sobie kolejnego drinka, machnął ręką, zgłaśniając muzykę. Z Milesa Daviesa przerzucił się na Jamesa Browna. Nie pomogło.<br />
Leżał w hamaku w tropikalnym słońcu, słuchając muzyki i napawając się tym, jak czadowo jest być nim. I po raz pierwszy w życiu nawet to nie wystarczyło.<br />
Wygramolił się z hamaka. Podszedł do drzwi.<br />
– Gruby Charlie?<br />
Nikt nie odpowiedział. Mieszkanie wydawało się puste. Za oknami panowała szarość i deszcz. Spider lubił deszcz, wydawał mu się stosowny.<br />
Nagle w ciszy zadźwięczał przenikliwy, słodki dzwonek telefonu. Spider podniósł słuchawkę.<br />
– To ty? – spytała Rosie.<br />
– Cześć, Rosie.<br />
– Ostatnia noc – rzekła i zamilkła na chwilę. W końcu spytała: – Czy była dla ciebie równie cudowna, jak dla mnie?<br />
– Nie wiem – odparł Spider. – Dla mnie była naprawdę cudowna, więc zapewne odpowiedź brzmi „tak”.<br />
– Mhm – mruknęła.<br />
Milczeli.<br />
– Charlie? – zagadnęła Rosie.<br />
– Uhum?<br />
– Tak mi dobrze, nawet gdy milczę, bo wiem, że jesteś po drugiej stronie.<br />
– Mnie też – odparł.<br />
Jeszcze chwilę napawali się milczeniem, smakując je, przeciągając.<br />
– Chciałbyś dziś do mnie wpaść? – spytała Rosie. – Moje współlokatorki są w Cairngorms.<br />
– To może kandydować do tytułu najpiękniejszego zdania języka angielskiego. „Moje współlokatorki są w Cairngorms”. Poezja doskonała.<br />
Rosie zachichotała.<br />
– Wariat. Uhm. Zabierz szczoteczkę do zębów.<br />
– Och. Ooch. Okej.<br />
I po kilku minutach „rozłącz się” i „nie, to ty się rozłącz”, które przyniosłyby zaszczyt parze odurzonych hormonami nastolatków, w końcu się rozłączyli.<br />
Spider uśmiechnął się niczym święty. Świat, póki zawierał w sobie Rosie, był absolutnie najlepszym ze światów. Mgła uniosła się, mrok minął.<br />
Nie przyszło mu nawet do głowy, by się zastanowić, gdzie jest Gruby Charlie. Czemu miałyby obchodzić go takie drobiazgi? Współlokatorki Rosie były w Cairngorms. A dziś wieczór? Dziś wieczór zabierze do niej szczoteczkę do zębów.</p>
<p>Ciało Grubego Charliego przebywało w samolocie lecącym na Florydę. Tkwiło skulone w jednym z pięciu foteli w rzędzie i smacznie spało. I dobrze: toalety z tyłu zepsuły się, gdy tylko samolot wystartował. A choć stewardesy powiesiły na drzwiach tabliczki z napisem NIECZYNNE, w żaden sposób nie złagodziło to smrodu, który rozprzestrzeniał się powoli w ogonie samolotu: ostrego, chemicznego zaduchu. Niemowlęta płakały, dorośli narzekali, dzieci wrzeszczały. Grupa pasażerów wybierających się do Disney Worldu uznała, że ich wakacje rozpoczęły się w chwili startu, i gdy tylko zajęła miejsca, zaczęła śpiewać. Zaśpiewali Bibidi – Bobidi – Bu i Ma Tygrys powody do dumy, i Na morza dnie, i Hej – ho, hej – ho, do pracy by się szło, a nawet, w błędnym przekonaniu, że to piosenka Disneya We&#8217;re Off To See The Wizard z Oza.<br />
Już po starcie odkryto, że z powodu błędu firmy cateringowej na pokład nie załadowano żadnych posiłków poza śniadaniem. Oznaczało to, że każdy pasażer dostanie paczkę płatków śniadaniowych i banana. Musieli je zjeść plastikowymi nożami i widelcami, bo niestety, zabrakło łyżek. Właściwie to nie był problem, gdyż okazało się, że mleka do płatków też zabrakło.<br />
To był piekielny lot, a Gruby Charlie właśnie go przesypiał.<br />
W swoim śnie Gruby Charlie stał w wielkiej sali. Miał na sobie elegancki garnitur. Obok niego stała Rosie w białej sukni ślubnej i, po drugiej stronie, na podwyższeniu, matka Rosie, co dziwne i nieco niepokojące, także ubrana w suknię ślubną, choć zakurzoną i pokrytą pajęczynami. Daleko na horyzoncie stanowiącym koniec sali jacyś ludzie strzelali z karabinów i wymachiwali białymi flagami.<br />
– To tylko ludzie ze stołu H – oznajmiła matka Rosie. – Nie zwracaj na nich uwagi.<br />
Gruby Charlie odwrócił się do Rosie. Uśmiechnęła się do niego miękkim, słodkim uśmiechem, a potem oblizała usta.<br />
– Tort – oznajmiła Rosie z jego snu.<br />
Stanowiło to sygnał dla orkiestry, by zaczęła grać. Nowoorleański jazzband zagrał marsza pogrzebowego.<br />
Asystentka kucharza była policjantką i trzymała w dłoni parę kajdanek. Kucharz osobiście wwiózł na podest tort.<br />
– Teraz – powiedziała do Grubego Charliego Rosie – pokrój tort.<br />
Ludzie ze stołu B, którzy tak naprawdę nie byli ludźmi, lecz świętującymi hucznie rysunkowymi myszami, szczurami i zwierzętami domowymi wielkości ludzi, zaczęli śpiewać piosenki z kreskówek Disneya. Gruby Charlie wiedział, że chcą, by do nich dołączył.<br />
Nawet we śnie ogarnęła go panika na samą myśl, że miałby zaśpiewać publicznie. Ręce i nogi mu zdrętwiały, poczuł mrowienie warg.<br />
– Nie mogę z wami zaśpiewać – rzekł, desperacko szukając wymówki. – Muszę pokroić ten tort.<br />
Na te słowa w sali zapadła cisza i w owej ciszy pojawił się szef kuchni, pchający niewielki wózek, na którym coś stało. Szef miał twarz Grahame&#8217;a Coatsa, a na wózku wiózł przepyszny, biały ślubny tort: bogato zdobiony, wielowarstwowy wypiek. Na szczycie najwyższej warstwy tkwiła przekrzywiona młoda para: maleńka panna młoda i maleńki pan młody, niczym dwójka ludzi próbujących utrzymać równowagę na dachu polukrowanego wieżowca Chryslera.<br />
Matka Rosie sięgnęła pod stół i wyciągnęła długi nóż z drewnianą rączką – niemal maczetę. Ostrze noża pokrywała rdza. Wręczyła go Rosie, która chwyciła prawą rękę Grubego Charliego i położyła ją na swej dłoni. Razem przycisnęli zardzewiały nóż do grubej warstwy białego lukru na szczycie tortu, wsuwając go pomiędzy młodą parę. Z początku tort stawiał opór. Gruby Charlie nacisnął mocniej, całym swym ciężarem. Poczuł, jak tort ustępuje, pchnął jeszcze mocniej.<br />
Ostrze zagłębiło się w najwyższą warstwę tortu ślubnego, wśliznęło się w nią i przekroiło tort aż do końca, przez wszystkie warstwy. Wówczas tort się otworzył.<br />
W swoim śnie Gruby Charlie miał wrażenie, że tort jest pełen czarnych korali, korali z czarnego szkła bądź polerowanego dżetu. Potem jednak, gdy wysypały się z tortu, uświadomił sobie, że korale mają nogi, po osiem zręcznych nóżek każdy. Wysypały się z tortu niczym czarna fala. Pająki runęły naprzód, pokrywając biały obrus. Zakryły też matkę Rosie i samą Rosie, tak że ich białe suknie ślubne stały się czarne jak heban. A potem, niczym kontrolowane olbrzymią, złowieszczą inteligencją, popłynęły setkami w stronę Grubego Charliego. Odwrócił się, próbując uciec, lecz nogi uwięzły mu w gumowej melasie i runął na ziemię.<br />
Teraz doścignęły go. Maleńkie nóżki wdrapywały się po nagiej skórze, a on próbował wstać, tonąc w morzu pająków.<br />
Gruby Charlie chciał krzyknąć, lecz usta wypełniały mu pająki. Zakryły mu oczy i jego świat pociemniał.</p>
<p>Gruby Charlie otworzył oczy i ujrzał czerń. Zaczął krzyczeć. A potem uświadomił sobie, że zgaszono światła i zaciągnięto rolety, bo ludzie oglądali film.<br />
Już wcześniej był to lot z piekła rodem. Gruby Charlie jedynie odrobinę go pogorszył.<br />
Wstał i próbował dotrzeć do przejścia, potykając się o nogi kolejno mijanych osób. A gdy niemal dotarł na koniec, wyprostował się i uderzył czołem w skrytkę na bagaż, która się otworzyła i na głowę posypały mu się torby.<br />
Ludzie w pobliżu, ci którzy nań patrzyli, wybuchnęli śmiechem. Był to wspaniały przykład slapsticku, który niezmiernie ich rozbawił.</p>
<p>Urzędniczka imigracyjna, mrużąc oczy, przyjrzała się amerykańskiemu paszportowi Grubego Charliego. Sprawiała wrażenie zawiedzionej faktem, że nie jest on obywatelem obcego państwa i nie może mu po prostu odmówić wstępu do kraju, a potem z westchnieniem przepuściła go przez bramkę.<br />
Zastanawiał się, co zrobi, gdy przejdzie kontrolę celną. Chyba wynajmie samochód. I coś zje.<br />
Zszedł z ruchomego chodnika i znalazł się w szerokim pasażu handlowym lotniska w Orlando. Zupełnie nie zdziwił go widok pani Higgler, badającej wzrokiem twarze nowo przybyłych i ściskającej w dłoni olbrzymi kubek kawy. Zobaczyli się mniej więcej w tym samym momencie; staruszka ruszyła ku niemu.<br />
– Głodny? – spytała. Skinął głową.<br />
– Dobrze – mruknęła. – Mam nadzieję, że lubisz indyka.</p>
<p>Gruby Charlie zastanawiał się, czy rdzawobrązowa furgonetka pani Higgler to ten sam wóz, który pamiętał z dzieciństwa. Przypuszczał, że tak. Logika podpowiadała, że kiedyś musiał być<br />
nowy. Ostatecznie kiedyś wszystko było nowe. Siedzenia pokrywała popękana, obłażąca skóra, deskę rozdzielczą zakurzone drewno.<br />
Między nimi tkwiła na siedzeniu brązowa papierowa torba.<br />
W starusieńkim wozie pani Higgler brakowało uchwytu na kubek, toteż podczas jazdy ściskała swe ogromne naczynie z kawą między udami. Wóz najwyraźniej skonstruowano przed powstaniem klimatyzacji, więc otworzyła na oścież okna. Grubemu Charliemu to nie przeszkadzało. Po wilgotnym chłodzie Anglii z radością przyjął florydzki upał. Pani Higgler skierowała się na południe, w stronę płatnej autostrady. Po drodze cały czas mówiła: opowiadała o ostatnim huraganie i o tym, jak zabrała swojego siostrzeńca Benjamina do Sea Worldu i do Disney Worldu, i że ośrodki turystyczne nie są już takie jak kiedyś. Mówiła o przepisach budowlanych, cenie benzyny, co dokładnie powiedziała lekarzowi, który zaproponował jej wszczepienie sztucznego stawu biodrowego, czemu turyści karmią aligatory i dlaczego nowi przybysze budują domy na plażach, po czym nieodmiennie dziwią się, gdy morze pochłania dom bądź plażę albo aligatory zżerają im psy. Gruby Charlie wpuszczał jej słowa jednym uchem, a drugim wypuszczał. To była zwykła gadanina.<br />
Pani Higgler zwolniła, wyjęła bilet otwierający rogatkę. Umilkła, najwyraźniej o czymś myśląc.<br />
– A zatem – rzekła. – Poznałeś swojego brata.<br />
– Mogła mnie pani ostrzec – powiedział Gruby Charlie.<br />
– Uprzedzałam cię, że to bóg.<br />
– Ale nie wspominała pani, jak potwornie upierdliwy.<br />
Pani Higgler pociągnęła nosem i napiła się kawy ze swego kubka.<br />
– Czy możemy gdzieś się zatrzymać i coś przegryźć? – poprosił Gruby Charlie. – W samolocie mieli tylko płatki śniadaniowe i banany. I żadnych łyżek. A zanim dotarli do mego rzędu, zabrakło im mleka. Powiedzieli, że bardzo im przykro, i dali nam kupony do restauracji.<br />
Pani Higgler pokręciła głową.<br />
– Mogłem skorzystać z kuponu i kupić na lotnisku hamburgera.</p>
<p>– Już mówiłam – odparła pani Higgler. – Louella Dunwiddy upiekła dla ciebie indyka. Jak sądzisz, jak by się czuła, gdybyśmy tam zajechali, a ty miałbyś brzuch pełen McDonalda i żadnego apetytu? Co?<br />
– Ale ja konam z głodu, a jazda potrwa ponad dwie godziny.<br />
– Nie – odparła stanowczo. – Nie tak, jak ja jeżdżę.<br />
Po tych słowach nacisnęła pedał gazu. Gdy rdzawobrązowa furgonetka pędziła autostradą, Gruby Charlie od czasu do czasu mocno zaciskał powieki, jednocześnie lewą stopą nadeptując nieistniejący hamulec. Była to ciężka praca.<br />
W czasie znacząco krótszym niż dwie godziny dotarli do zjazdu i skręcili na drogę lokalną. Jechali w stronę miasta. Minęli księgarnię Barnes and Nouble i Office Depot. Zostawili za sobą dzielnicę domów po parę milionów, z elektrycznymi, strzeżonymi bramkami. Przelecieli jak strzała przez serię starszych ulic, które Gruby Charlie zapamiętał z czasów dzieciństwa jako o wiele lepiej zadbane. Minęli bar na wynos z kuchnią z Indii Zachodnich i restaurację z wiszącymi na wystawie flagami Jamajki; ręcznie wypisane tabliczki zachęcały do nabycia ogona wołowego z ryżem, domowego piwa imbirowego i curry z kurczaka.<br />
Grubemu Charliemu ślinka napłynęła do ust. Zaburczało mu w brzuchu.<br />
Podskok, szarpnięcie.<br />
Teraz mijali starsze domy i tym razem wszystko już wyglądało znajomo.<br />
Różowe plastikowe flamingi wciąż przybierały dumne pozy przed domem pani Dunwiddy, choć przez lata róż wyblakł w promieniach słońca do niemal bieli. Stała tam także lustrzana kula i na jej widok Gruby Charlie przez moment poczuł ogromny lęk. Nigdy w życiu nie bał się tak bardzo.<br />
– Jak źle jest ze Spiderem? – spytała pani Higgler. Maszerowali razem do drzwi frontowych pani Dunwiddy.<br />
– Ujmijmy to w ten sposób – odparł Gruby Charlie. – Chyba sypia z moją narzeczoną. A to więcej, niż ja mógłbym powiedzieć o sobie.<br />
– Ach – mruknęła pani Higgler. – Phi. – Nacisnęła dzwonek.</p>
<p>Przypomina to nieco Makbeta, pomyślał Gruby Charlie godzinę później. W istocie, gdyby czarownice z Makbeta były czterema drobnymi staruszkami i zamiast mieszać mikstury w kotłach i intonować złowieszcze zaklęcia, po prostu zaprosiły Makbeta do siebie i nakarmiły go indykiem, ryżem i fasolką podanymi na białych, porcelanowych talerzach na stole nakrytym kraciastą, czerwono-białą ceratą, a także puddingiem ze słodkich ziemniaków i kapustą na ostro, i zachęcały do pierwszej, drugiej i trzeciej dokładki, a potem, gdy Makbet by wydeklamował, że och nie, pełnym jest bowiem po wręby i przysiąc może, że zjeść więcej nie zdoła, czarownice podsunęłyby mu swój własny, specjalny pudding ryżowy i duży kawałek słynnego placka z ananasem pani Bustamonte, pieczonego do góry nogami – wyglądałoby to dokładnie jak w Makbecie.<br />
– A zatem – zaczęła pani Dunwiddy, wycierając z kącika ust okruszek pieczonego do góry nogami placka z ananasem – rozumiem, że odwiedził cię brat.<br />
– Rozmawiałem z pająkiem, więc to chyba moja wina. Nie sądziłem, że cokolwiek się stanie.<br />
Wokół stołu rozległ się chór cmoknięć, syknięć i cmyknięć. Panie Higgler, Dunwiddy, Bustamonte i panna Noles zaklaskały językami i pokręciły głowami.<br />
– Zawsze mawiał, że to ty jesteś ten głupi – oznajmiła pani Noles. – To znaczy, twój ojciec. Nigdy mu nie wierzyłam.<br />
– Ale skąd miałem wiedzieć? – zaprotestował Gruby Charlie. – W końcu rodzice nigdy mi nie powiedzieli: &#8222;A przy okazji, synu, masz brata, o którego istnieniu nie wiesz. Zaproś go do swojego życia, a sprawi, że staniesz się przedmiotem policyjnego śledztwa, zacznie sypiać z twoją narzeczoną, nie tylko wprowadzi się do twojego domu, ale ściągnie do zapasowego pokoju cały dodatkowy dom. A także urządzi ci pranie mózgu, zmusi, byś poszedł do kina i przez całą noc bezskutecznie próbował wrócić do siebie i&#8230;”. – Urwał. Sprawił to sposób, w jaki na niego patrzyły.<br />
Nad stołem rozległo się westchnienie. Najpierw uleciało z ust pani Higgler, potem panny Noles, potem pani Bustamonte i wreszcie pani Dunwiddy. Było to niezwykle niepokojące i dość niesamowite, ale pani Bustamonte beknęła i zepsuła cały efekt.<br />
– To czego chcesz? – spytała pani Dunwiddy. – Powiedz wprost, czego chcesz.<br />
Gruby Charlie zastanowił się, czego właściwe chce. Siedział w małej jadalni pani Dunwiddy, na zewnątrz światło dnia przygasało; zapadał zmierzch.<br />
– Zamienił moje życie w koszmar – oznajmił Gruby Charlie. – Chcę go zmusić, żeby sobie poszedł. Po prostu odszedł. Możecie to zrobić?<br />
Trzy młodsze kobiety milczały, spojrzały jedynie na panią Dunwiddy.<br />
– Nie możemy go zmusić, by odszedł – oznajmiła gospodyni. – Już raz&#8230; – Umilkła gwałtownie, po czym dodała: – Bo widzisz, zrobiłyśmy już w tej sprawie wszystko, co się dało.<br />
W tym momencie opowieści trzeba pogratulować Grubemu Charliemu, że nie zrobił tego, na co miał w głębi serca ogromną ochotę – to znaczy nie wybuchnął płaczem, nie zaczął zawodzić, nie zapadł się w sobie niczym nieudany suflet. Jedynie skinął głową.<br />
– No tak – mruknął. – Przepraszam, że zawracałem paniom głowę. Dziękuję za obiad.<br />
– Nie możemy zmusić go, by odszedł. – Brązowe oczy pani Dunwiddy za grubymi niczym denka butelek okularami wydawały się niemal czarne. – Ale możemy posłać cię do kogoś, kto to potrafi.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/90/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/90/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=90&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/dunwiddy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Spider</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spider/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spider/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 13:54:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=88</guid>
		<description><![CDATA[Stefan zaplanował, że pokłóci się ze Spiderem, gdy tylko Spider wróci do domu. Wielokrotnie odgrywał tę scenę w swej głowie i za każdym razem wygrywał, zdecydowanie i uczciwie. Spider jednak tej nocy nie wrócił do domu i Gruby Charlie zasnął w końcu przed telewizorem, bezmyślnie oglądając dość śmiały teleturniej dla cierpiących na bezsenność napaleńców, który [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=88&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Stefan zaplanował, że pokłóci się ze Spiderem, gdy tylko Spider wróci do domu. Wielokrotnie odgrywał tę scenę w swej głowie i za każdym razem wygrywał, zdecydowanie i uczciwie.<br />
Spider jednak tej nocy nie wrócił do domu i Gruby Charlie zasnął w końcu przed telewizorem, bezmyślnie oglądając dość śmiały teleturniej dla cierpiących na bezsenność napaleńców, który chyba nosił tytuł „Pokaż nam swój tyłek!”<br />
Obudził się na kanapie, gdy Spider rozsunął zasłony.<br />
– Piękny dzień – rzekł.<br />
– Ty – powiedział Gruby Charlie. – Całowałeś Rosie. Nie próbuj zaprzeczać.<br />
– Musiałem – odparł Spider.<br />
– Co to znaczy: musiałeś? Nic nie musiałeś.<br />
– Myślała, że jestem tobą.<br />
– Ale wiedziałeś, że nie jesteś mną. Nie powinieneś jej całować.<br />
– Ale gdybym odmówił, pomyślałaby, że to ty jej nie całujesz.<br />
– Ale to nie byłem ja.<br />
– Ona o tym nie wiedziała. Po prostu chciałem pomóc.<br />
– Pomaganie – odparł z kanapy Gruby Charlie – to coś, co zazwyczaj wiąże się z niecałowaniem mojej narzeczonej. Mogłeś powiedzieć, że boli cię ząb.<br />
– To – rzekł z miną świętoszka Spider – byłoby kłamstwo.<br />
– Ale i tak już przecież kłamałeś. Udawałeś, że jesteś mną.<br />
– W takim razie powiększyłbym jeszcze kłamstwo – wyjaśnił Spider. – Początkowo skłamałem tylko dlatego, że nie bardzo nadawałeś się rano do pracy. Nie – dodał – nie mógłbym kłamać dalej. Czułbym się z tym okropnie.<br />
– Za to ja czułem się okropnie, kiedy musiałem patrzeć, jak ją całujesz.<br />
– Ach – mruknął Spider. – Ale ona sądziła, że całuje ciebie.<br />
– Przestań to powtarzać!<br />
– Powinno ci to pochlebiać. Masz ochotę na lunch?<br />
– Oczywiście, że nie mam. Która godzina?<br />
– Pora lunchu – wyjaśnił Spider. – I znów spóźniłeś się do pracy. Dobrze, że tym razem cię nie kryłem, wziąwszy pod uwagę, jak mi dziękujesz.<br />
– Nie ma sprawy – rzucił Gruby Charlie. – Dostałem dwa tygodnie wolnego i premię.<br />
Spider uniósł brwi.<br />
– Posłuchaj. – Gruby Charlie miał wrażenie, że czas już przejść do drugiej rundy kłótni. – Nie chodzi o to, że chcę się ciebie pozbyć ani nic takiego. Ale zastanawiałem się, kiedy zamierzasz wyjechać?<br />
– Gdy tu przyjechałem, planowałem zostać najwyżej dzień czy dwa. Spotkać się z braciszkiem i znów ruszyć w drogę. Jestem człowiekiem zajętym.<br />
– A zatem dziś wyjeżdżasz?<br />
– Taki był mój plan – odparł Spider. – Ale potem poznałem ciebie. Nie mogę uwierzyć, że przeżyliśmy niemal całe życie, nie znając się, mój bracie.<br />
– Ja mogę.<br />
– Więzy krwi – rzekł Spider. – Krew jest gęstsza niż woda.<br />
– Woda nie jest gęsta – zaprotestował Gruby Charlie.<br />
– Zatem gęstsza niż zupa. Albo lawa. Albo sos. Albo piżmo. Chodzi mi o to, że spotkanie z tobą to zaszczyt. Nie byliśmy ze sobą blisko, ale to już przeszłość. Stwórzmy dziś nowe jutro. Zostawmy za sobą wczoraj i wykujmy nowe więzy – więzy braterstwa.<br />
– Lecisz na Rosie, aż się kurzy – podsumował Gruby Charlie.<br />
– Lecę – zgodził się Spider. – I co zamierzasz z tym zrobić?<br />
– Zrobić? To moja narzeczona.<br />
– Nie ma sprawy. Bierze mnie za ciebie.<br />
– Przestaniesz o tym mówić?<br />
Spider rozłożył ręce w geście urażonej niewinności, po czym zrujnował cały efekt, oblizując wargi.<br />
– A zatem – upierał się Gruby Charlie – co zamierzasz dalej? Poślubić ją, udając, że jesteś mną?<br />
– Poślubić? – Spider zastanawiał się przez moment. – Co za. Straszny. Pomysł.<br />
– Ja sam nie mogę się już doczekać.<br />
– Spider się nie żeni. Nie nadaje się na męża.<br />
– Chcesz więc powiedzieć, że moja Rosie nie jest dla ciebie dość dobra, tak?<br />
Spider nie odpowiedział. Wyszedł z pokoju.<br />
Gruby Charlie poczuł się tak, jakby zdobył punkt w dyskusji. Wstał z kanapy, zebrał wyściełane folią pudełka, które poprzedniego wieczoru kryły w sobie chow mein z kurczaka i chrupiące wieprzowe kulki, i wrzucił do kosza. Poszedł do sypialni, zdjął ubranie, w którym spał, po to by włożyć świeże. Odkrył, że nie ma czystych rzeczy, bo nie zrobił prania, więc wyszczotkował energicznie wczorajsze ciuchy, pozbywając się paru zbłąkanych okruchów chow mein, i włożył ponownie.<br />
Wrócił do kuchni.<br />
Spider siedział przy stole, zajadając się stekiem, który zaspokoiłby apetyt dwóch osób.<br />
– Skąd go wziąłeś? – spytał Gruby Charlie, choć znał odpowiedź.<br />
– Pytałem, czy masz ochotę na lunch – przypomniał łagodnym tonem Spider.<br />
– Skąd wziąłeś stek?<br />
– Był w lodówce.<br />
– To – oznajmił Gruby Charlie, kiwając palcem niczym prokurator ruszający do ostatniego ataku – to był stek, który kupiłem na dzisiejszą kolację. Na kolację dla mnie i Rosie. Kolację, którą sam miałem przyrządzić. A ty siedzisz tu jak człowiek jedzący stek i jesz go i&#8230;<br />
– To nie problem – wtrącił Spider.<br />
– Co to znaczy nie problem?<br />
– No, zadzwoniłem już dziś rano do Rosie i zabieram ją na kolację. Czyli i tak nie potrzebujesz tego steku.<br />
Gruby Charlie otworzył usta, po czym je zamknął.<br />
– Chcę, żebyś się wyniósł – oznajmił.<br />
– Dobrze jest, gdy pragnienia człeka przerastają jego coś tam, coś tam – zasięg albo możliwości, czy coś w tym stylu. W przeciwnym razie po cóż istniałoby niebo? – rzucił wesoło Spider, przeżuwając kolejne kęsy kupionego przez Grubego Charliego steku.<br />
– Co to do diabła ma znaczyć?<br />
– To znaczy, że nigdzie się nie wybieram. Podoba mi się tutaj. – Odkroił kolejny kawałek steku i wepchnął do ust.<br />
– Wynoś się – rzekł Gruby Charlie.<br />
W tym momencie zadzwonił telefon. Gruby Charlie westchnął i przeszedł do holu.<br />
– O co chodzi?<br />
– A, Charles. Dobrze słyszeć twój głos. Wiem, że obecnie rozkoszujesz się swymi ciężko zarobionymi pieniędzmi, ale czy sądzisz, że istnieje szansa, byś zajrzał tu jutro rano na jakieś pół godziny? Powiedzmy około dziesiątej.<br />
– Tak, jasne – odparł Gruby Charlie. – To żaden problem.<br />
– Niezmiernie się cieszę. Potrzebny mi twój podpis na paru dokumentach. No to do jutra.<br />
– Kto to był? – spytał Spider. Zjadł już wszystko i wycierał sobie właśnie usta papierowym ręcznikiem.<br />
– Grahame Coats. Chce, żebym wpadł jutro do biura.<br />
– To drań – rzucił Spider.<br />
– I co z tego? Ty też jesteś draniem.<br />
– Ale innym draniem. Ten facet to nic dobrego. Powinieneś znaleźć sobie inną pracę.<br />
– Ja uwielbiam moją pracę.<br />
Gruby Charlie mówił całkiem szczerze. Zdołał już całkowicie zapomnieć o tym, jak bardzo nie znosił swojej pracy, Agencji Grahame&#8217;a Coatsa i upiornej, wiecznie przyczajonej obecności samego Grahame&#8217;a Coatsa.<br />
Spider wstał.<br />
– Niezły stek. A przy okazji, zostawiłem moje rzeczy w zapasowej sypialni.<br />
– Co takiego?<br />
Gruby Charlie pobiegł na sam koniec korytarza, gdzie mieścił się pokój, dzięki któremu agencje nieruchomości mogły umieszczać jego mieszkanie w działce „dwie sypialnie”. Przechowywał w nim kilka kartonów książek, pudło ze starym torem do wyścigów samochodowych, dużą puszkę pełną resoraków (w większości z brakującymi kołami) i inne, mocno sfatygowane pamiątki z dzieciństwa. Mogła to być całkiem niezła sypialnia dla ogrodowego krasnala albo drobnego karła, lecz dla zwykłego człowieka nadawała się wyłącznie na szafę z oknem.<br />
A przynajmniej kiedyś. Ale nie teraz, już nie.<br />
Gruby Charlie otworzył drzwi i zamarł w progu.<br />
Owszem, za nimi wciąż mieścił się pokój, ale ów pokój był olbrzymi. Wspaniały. W przeciwległej ścianie tkwiły okna – wielkie okna, wychodzące na jakby&#8230; wodospad. Za nim tropikalne słońce chyliło się nisko nad horyzontem, zalewając wszystko złocistym blaskiem. Był tam też kominek dość duży, by upiec na nim parę wołów; na palenisku płonęły wesoło trzy wielkie kłody. W kącie wisiał hamak, obok stała nieskazitelnie biała sofa i łoże z baldachimem. Przy kominku Gruby Charlie ujrzał coś, co oglądał dotąd tylko w kolorowych magazynach, i podejrzewał, że to pewnie jacuzzi. Na podłodze leżała skóra zebry, na jednej ze ścian wisiało niedźwiedzie futro, pod nim ustawiono supernowoczesny sprzęt audio składający się z czarnego kawałka lśniącego plastiku, nad którym macha się ręką. Na drugiej ścianie tkwił płaski telewizor, szerokości poprzedniego pokoju. A to nie wszystko&#8230;<br />
– Co ty zrobiłeś? – spytał Gruby Charlie, wciąż stojąc w progu.<br />
– No cóż – odparł zza jego pleców Spider. – Biorąc pod uwagę fakt, że zamierzam zostać tu parę dni, pomyślałem, że ściągnę swoje rzeczy.<br />
– Ściągniesz rzeczy? Zwykle rzeczy to parę toreb pełnych brudnych ciuchów, kilka gier na playstation i kwiatek w doniczce. Ale to&#8230; to&#8230; – Zabrakło mu słów.<br />
Spider przecisnął się obok, klepiąc go po ramieniu.<br />
– Gdybyś mnie potrzebował – oznajmił – będę w swoim pokoju. – I zamknął za sobą drzwi.<br />
Gruby Charlie nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz.<br />
Wrócił do pokoju telewizyjnego, wziął z holu telefon i wybrał numer pani Higgler.<br />
– Kto, do diabła, wydzwania tak wcześnie rano? – spytała.<br />
– To ja, Gruby Charlie. Przepraszam.<br />
– No i? Po co dzwonisz?<br />
– Chcę prosić o radę. Bo widzi pani, mój brat tu jest.<br />
– Twój brat.<br />
– Spider. Opowiadała mi pani o nim. Mówiła pani, że gdybym chciał go zobaczyć, powinienem poprosić pająka. I zrobiłem to, i jest tutaj.<br />
– No cóż – rzekła obojętnie – to dobrze.<br />
– Wcale nie.<br />
– Czemu nie? W końcu należy do rodziny.<br />
– Proszę posłuchać, nie mogę o tym teraz mówić. Chcę tylko, żeby sobie poszedł.<br />
– Próbowałeś grzecznie go poprosić?<br />
– Właśnie o tym rozmawialiśmy. Mówi, że nigdzie nie pójdzie. W mojej garderobie urządził sobie coś w rodzaju pałacu rozkoszy Kubla Khana, a w tej dzielnicy jest potrzebna zgoda rady, nawet jeśli chce się założyć podwójne okna. Ma tam też wodospad, nie tam, po drugiej stronie okna. I chce uwieść moją narzeczoną.<br />
– Skąd wiesz?<br />
– Sam powiedział.<br />
– Nie myślę zbyt jasno, nim nie wypiję kawy – oznajmiła pani Higgler.<br />
– Chcę tylko wiedzieć, jak się go pozbyć.<br />
– Nie mam pojęcia – oznajmiła. – Pomówię o tym z panią Dunwiddy. – Odłożyła słuchawkę.<br />
Gruby Charlie wrócił na koniec korytarza i zapukał do drzwi.<br />
– Co znowu?<br />
– Chcę pogadać.<br />
Drzwi szczęknęły i otwarły się, Gruby Charlie wszedł do środka. Nagi Spider leżał rozwalony w wannie. Trzymał w dłoni wysoką, oszronioną szklankę i popijał coś mniej więcej koloru prądu elektrycznego. Olbrzymie okna stały otworem, ryk wodospadu mieszał się z cichym, melodyjnym jazzem, sączącym się z ukrytych głośników.<br />
– Posłuchaj – zaczął Gruby Charlie. – Musisz zrozumieć, że to mój dom.<br />
– To? – powtórzył Spider. – To jest twój dom?<br />
– No, nie do końca, ale zasada pozostaje ta sama. Mieszkasz w moim pokoju zapasowym i jesteś moim gościem. Uhm.<br />
Sącząc drinka, Spider zanurzył się głębiej w gorącej wodzie.<br />
– Mówią – rzekł – że goście są jak ryby. Po trzech dniach zaczynają śmierdzieć.<br />
– Dobrze powiedziane – zauważył Gruby Charlie.<br />
– Ale to takie trudne. Trudne, gdy przeżyłeś całe życie, nie znając swego brata. Trudne, bo on nawet nie wiedział, że istniejesz. Jeszcze trudniejsze, kiedy w końcu go spotykasz i dowiadujesz się, że dla niego nie jesteś wcale lepszy niż zdechła ryba.<br />
– Ale&#8230; – zaczął Gruby Charlie. Spider wyciągnął się w wannie.<br />
– Powiem ci coś. Nie mogę tu zostać wiecznie. Spoko, zanim się obejrzysz, już mnie nie będzie. A ze swej strony obiecuję, że nigdy nie będę o tobie myślał jak o zdechłej rybie. Rozumiem, że obaj przeżywamy potężny stres. Nie mówmy już o tym. Może wybierzesz się gdzieś na lunch? Zostaw klucz do drzwi wejściowych. A potem idź do kina.<br />
Gruby Charlie włożył marynarkę i wyszedł na ulicę. Klucz do drzwi położył obok zlewu. Świeże powietrze było cudowne, choć z szarego nieba siąpiła szara mżawka. Po drodze kupił gazetę. Zatrzymał się w barze i poprosił o dużą porcję frytek i mortadelę w cieście. Przestało mżyć, usiadł więc na ławce przed kościołem i czytając gazetę, zjadł na lunch mortadelę z frytkami.<br />
Bardzo chciał obejrzeć jakiś film.<br />
Zaszedł do Odeonu, kupił bilet na najbliższy seans, przygodowy film akcji. Gdy wszedł na salę, film już się zaczął. Na ekranie rozbłyskiwały wybuchy. Było super.<br />
W połowie filmu Gruby Charlie uświadomił sobie nagle, że o czymś zapomniał. To coś kryło się gdzieś w zakamarkach jego głowy, niczym swędzenie w głębi oczodołów, i nie pozwalało mu się skupić.<br />
Film dobiegł końca.<br />
Gruby Charlie zorientował się, że choć bawił się świetnie, prawie nic nie zapamiętał z seansu. Kupił zatem największy popcorn i drugi bilet. Za drugim razem film wydał mu się jeszcze lepszy.<br />
Podobnie za trzecim.<br />
Potem zastanowił się, czy nie powinien przypadkiem wracać do domu, ale zobaczył zapowiedź podwójnego nocnego pokazu Głowy do wycierania i True Stories. A że żadnego z tych filmów dotąd nie widział, obejrzał oba, choć skręcało go z głodu, co oznaczało, że pod koniec nie był pewien, o czym jest Głowa do wycierania i co robiła kobieta w kaloryferze. Zastanawiał się, czy pozwolą mu zostać i obejrzeć je jeszcze raz, ale wyjaśnili bardzo cierpliwie, powtarzając to wielokrotnie, że muszą zamknąć na noc, i spytali czy nie ma własnego domu, i czy już nie pora, by się położył.<br />
A on oczywiście miał i owszem, była już ta pora, choć ów fakt jakoś mu umykał. Gruby Charlie wrócił zatem piechotą na Maxwell Gardens i zaskoczony, ujrzał światło w oknie swej sypialni.<br />
Gdy dotarł do domu, zasłony były zaciągnięte. Jednak w oknie wciąż widział poruszające się sylwetki. Wydało mu się, że je rozpoznaje.<br />
Sylwetki złączyły się, zlały w jeden cień.<br />
Gruby Charlie wydał z siebie głęboki, przeszywający skowyt.</p>
<p>W domu pani Dunwiddy stało mnóstwo plastikowych zwierząt. Drobinki kurzu poruszały się wolno w powietrzu, jakby przywykły do promieni słonecznych dawnych leniwych lat i nie miały ochoty na kontakt z ostrym, nowoczesnym światłem. Sofę okrywał foliowy pokrowiec, krzesła trzeszczały, gdy się na nich siadało.<br />
W domu pani Dunwiddy był szorstki papier toaletowy o zapachu sosnowym. Pani Dunwiddy wyznawała zasadę oszczędzania, a szorstki papier toaletowy o zapachu sosnowym stanowił jedno z kółeczek mechanizmu oszczędnościowego. Jeśli człowiek poszukał dość długo i gotów był zapłacić więcej, wciąż mógł dostać szorstki papier toaletowy o zapachu sosnowym.<br />
Dom pani Dunwiddy pachniał wodą fiołkową. Był to stary dom. Ludzie zapominają, że dzieci pierwszych osadników, którzy przybyli na Florydę, były już starcami i staruszkami, gdy surowi purytanie wylądowali w Plymouth Rock. Dom nie pamiętał aż tak dawnych czasów, zbudowano go w latach dwudziestych w ramach projektu rozwoju Florydy. Miał być domem pokazowym, reprezentować hipotetyczne domy, których inni nabywcy nie mieli w końcu zbudować na nabywanych okazyjnie działkach moczarów ukochanych przez aligatory. Dom pani Dunwiddy przetrwał niezliczone huragany, nie tracąc ani jednej dachówki.<br />
Gdy zadźwięczał dzwonek, pani Dunwiddy nadziewała właśnie niewielkiego indyka. Zacmokała, umyła ręce i przeszła korytarzem do drzwi frontowych, spoglądając na świat przez bardzo grube szkła okularów. Lewą dłoń przesuwała po oklejonej tapetą ścianie.<br />
Uchyliła lekko drzwi i wyjrzała.<br />
– Louello, to ja.<br />
To była Callyanne Higgler.<br />
– Wejdź.<br />
Pani Higgler podążyła za panią Dunwiddy do kuchni. Pani Dunwiddy wsunęła dłonie pod kran i wróciła do wpychania wilgotnego nadzienia z chleba kukurydzianego głęboko w korpus indyka.<br />
– Spodziewasz się gości?<br />
Pani Dunwiddy mruknęła coś pod nosem.<br />
– Zawsze warto się przygotować – oznajmiła. – A teraz może powiesz mi, co się dzieje?<br />
– Chodzi o chłopaka Nancy, Grubego Charliego.<br />
– Co z nim?<br />
– Gdy był tu tydzień temu, opowiedziałam mu o bracie.<br />
Pani Dunwiddy wyciągnęła rękę z indyka.<br />
– To nie koniec świata – zauważyła.<br />
– Powiedziałam mu, jak może się z nim skontaktować.<br />
– Ach – mruknęła pani Dunwiddy. Potrafiła znakomicie wyrazić swą dezaprobatę za pomocą zaledwie jednej sylaby. – I?<br />
– Zjawił się w Hanglii. Chłopak wychodzi z siebie.<br />
Pani Dunwiddy nabrała pełną garść mokrego chleba i wepchnęła w indyka z siłą, od której ptakowi napłynęłyby łzy do oczu, gdyby jeszcze jakieś miał.<br />
– Nie może się go pozbyć?<br />
– Nie.<br />
Bystre oczy spojrzały przez grube soczewki.<br />
– Już raz to zrobiłam – oznajmiła pani Dunwiddy. – Nie uda mi się po raz drugi. Nie w ten sposób.<br />
– Wiem, ale musimy coś zrobić.<br />
Pani Dunwiddy westchnęła.<br />
– To prawda co mówią. Jeśli pożyjesz dość długo, wszystkie twoje ptaki wrócą na grzędę.<br />
– Nie ma innego sposobu?<br />
Pani Dunwiddy skończyła nadziewać indyka. Wzięła długą szpilkę i zamocowała płat skóry. Potem owinęła ptaka w folię aluminiową.<br />
– Myślę – oznajmiła – że nastawię go jutro późnym rankiem. Do popołudnia będzie gotowy. Potem, wieczorem, wsadzę go do pieca, zagrzeję na kolację.<br />
– Spodziewasz się kogoś na kolacji? – spytała pani Higgler.<br />
– Ciebie – odparła pani Dunwiddy. – Zorah Bustamonte, Belli Nolles. I Grubego Charliego Nancy. Nim chłopak tu dotrze, będzie konał z głodu.<br />
– On tu jedzie? – spytała pani Higgler.<br />
– Nie słuchałaś, dziewczyno? – Tylko pani Dunwiddy mogła bezkarnie nazwać panią Higgler dziewczyną, w innych ustach zabrzmiałoby to głupio. – A teraz pomóż mi wsadzić indyka do lodówki.</p>
<p>Można uczciwie powiedzieć, że dla Rosie był to jeden z najwspanialszych wieczorów jej życia: magiczny, doskonały, absolutnie cudowny. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby przestać się uśmiechać. Jedzenie było przepyszne, a gdy zjedli, Gruby Charlie zabrał ją na tańce, i to na prawdziwy dancing z niewielką orkiestrą i przemykającymi po parkiecie parami w pastelowych strojach. Czuła się, jakby razem cofnęli się w czasie, do minionej, spokojniejszej epoki. Odkąd skończyła pięć lat, Rosie chodziła na lekcje tańca, ale nigdy dotąd nie miała z kim wykorzystać nabytych umiejętności.<br />
– Nie wiedziałam, że umiesz tańczyć.<br />
– Jest tak wiele rzeczy, których o mnie nie wiesz – odparł.<br />
Te słowa ją ucieszyły. Wkrótce poślubi tego mężczyznę. Wciąż czegoś o nim nie wie? Cudownie! Będzie miała całe życie na odkrywanie kolejnych tajemnic. Najróżniejszych tajemnic.<br />
Idąc u boku Grubego Charliego, zauważyła, jak patrzą na niego inne kobiety i inni mężczyźni, i cieszyła się, że to ją trzyma pod rękę.<br />
Przeszli przez Leicester Square; Rosie widziała lśniące na niebie gwiazdy. Jakimś cudem dostrzegała je jasno migoczące na niebie mimo blasku ulicznych latarni.<br />
Przez krótką chwilę zastanawiała się, czemu nigdy wcześniej nie czuła się tak przy Grubym Charliem. Czasami gdzieś w głębi serca Rosie podejrzewała, że być może spotyka się z nim dlatego, bo jej matka tak bardzo go nie lubi. Że powiedziała „tak”, gdy poprosił ją o rękę, bo matka bardzo chciała, żeby powiedziała „nie&#8230;<br />
Wcześniej Gruby Charlie raz jeden zabrał ją na West End. Poszli do teatru. To była niespodzianka urodzinowa. Ale w kasie pomieszali coś z biletami i okazało się, że zostały wydane na poprzedni dzień. Kierownictwo okazało zrozumienie i głęboką wolę współpracy. W końcu Grubemu Charliemu znaleziono miejsce za filarem, a Rosie posadzono w górnym rzędzie za plecami gromadki rozchichotanych dziewcząt z Norwich. Zdecydowanie nie można było określić tego wieczoru mianem sukcesu.<br />
Ten jednak – o, ten był naprawdę magiczny. Rosie nie przeżyła w swym życiu zbyt wielu doskonałych chwil, lecz z całą pewnością ich suma wzrosła właśnie o jeden.<br />
Uwielbiała to uczucie, które ogarniało ją, gdy byli razem.<br />
A kiedy skończyli tańczyć i wypadli w noc, oszołomieni obrotami i szampanem, Gruby Charlie – i czemu właściwie myślała o nim jako o Grubym Charliem, przecież wcale nie był gruby? – objął ją.<br />
– Teraz pójdziemy do mnie – rzekł.<br />
Miał głos tak głęboki, że poczuła dreszcz w brzuchu i nie wspomniała nawet o tym, że następnego dnia musi iść do pracy, ani o tym, że będą mieli na to dość czasu po ślubie; w ogóle o niczym nie wspomniała, bo cały czas myślała o tym, że tak bardzo nie chce, by ten wieczór dobiegł końca, i tak bardzo pragnie, nie, musi pocałować tego mężczyznę w usta i objąć go mocno.<br />
A potem, przypomniawszy sobie, że wypada coś odpowiedzieć, powiedziała „tak”.<br />
W taksówce gładziła jego dłonie, tuliła się do niego i wpatrywała się w jego twarz oświetlaną reflektorami mijanych samochodów i latarni.<br />
– Masz przekłute ucho – rzekła. – Czemu nigdy wcześniej nie zauważyłam, że masz przekłute ucho?<br />
– Hej – odparł z uśmiechem niskim, wibrującym głosem. – Jak sądzisz, jak ja się czuję, wiedząc, że nie dostrzegłaś takiego drobiazgu, choć spotykamy się, ile to już?<br />
– Półtora roku – podsunęła Rosie.<br />
– Półtora roku – odparł jej narzeczony.<br />
Wtuliła się w niego, głęboko wciągnęła nosem powietrze.<br />
– Uwielbiam twój zapach – oznajmiła. – To woda kolońska?<br />
– To po prostu ja – rzekł.<br />
– Powinieneś go opatentować.<br />
Zapłaciła taksówkarzowi, a tymczasem Gruby Charlie otworzył drzwi domu. Razem weszli po schodach. Gdy znaleźli się na górze, ruszył korytarzem w stronę zapasowego pokoju na tyłach.<br />
– Sypialnia jest tutaj, głuptasie – rzuciła. – Dokąd idziesz?<br />
– Donikąd. Wiedziałem – odrzekł.<br />
Gdy znaleźli się w sypialni Grubego Charliego, Rosie zaciągnęła zasłony. Potem spojrzała na niego, promieniejąc szczęściem.<br />
– I co? – spytała po chwili. – Nie zamierzasz mnie pocałować?<br />
– Chyba tak – rzekł, wcielając słowa w czyn.<br />
Czas rozpłynął się, rozciągał, zaginał. Nie wiedziała, czy całują się krótką chwilę, godzinę czy całe życie. A potem&#8230;<br />
– Co to było?<br />
– Niczego nie słyszałem – odparł.<br />
– To brzmiało, jakby ktoś cierpiał.<br />
– Może pobiły się koty?<br />
– Brzmiało jak człowiek.<br />
– Może to miejski lis? Podobno mają głosy podobne do ludzkich.<br />
Rosie stała bez ruchu, przekrzywiając głowę i nasłuchując.<br />
– Ucichło. Hm, chcesz wiedzieć, co jest najdziwniejsze?<br />
– Mhm. – Musnął ustami jej kark. – Jasne, powiedz mi co jest najdziwniejsze. Ale sprawiłem, że już sobie poszło. Nie będzie nam więcej przeszkadzać.<br />
– Najdziwniejsze jest to – oznajmiła Rosie – że to brzmiało zupełnie jak ty.</p>
<p>Gruby Charlie wędrował ulicami, próbując oczyścić umysł. Najoczywistszym wyjściem z sytuacji było zacząć walić we własne drzwi frontowe, póki Spider nie zejdzie i nie wpuści go, a potem nagadać Spiderowi i Rosie. To było oczywiste, absolutnie, całkowicie oczywiste.<br />
Musiał po prostu wrócić do siebie, wyjaśnić wszystko Rosie i zawstydzić Spidera tak, że sobie pójdzie. Nic więcej. To nie mogło być przecież takie trudne?<br />
Jednakże okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Nie był pewien, czemu właściwie oddalił się od domu ani jak ma tam trafić z powrotem. Ulice, które znał – a przynajmniej zdawało mu się, że zna – jakby się nagle odmieniły. Odkrył, że skręca w ślepe alejki, zwiedza niekończące się zaułki, błądzi w labiryncie nocnych, londyńskich ulic.<br />
Czasami dostrzegał drogę główną, a na niej światła latarni i wystawy barów szybkiej obsługi. Wiedział, że kiedy wyjdzie na drogę, zdoła trafić z powrotem do domu. Ale za każdym razem, gdy ruszał w jej stronę, lądował gdzie indziej.<br />
Zaczynały go boleć nogi, w brzuchu burczało gwałtownie. Był wściekły i z każdym krokiem stawał się coraz bardziej wściekły.<br />
W końcu wściekłość sprawiła, że zaczął jasno myśleć. Pajęczyny spowijające jego umysł zniknęły, otaczająca go sieć ulic wyprostowała się. Skręcił za róg i znalazł się na głównej drodze obok całonocnego baru „Pieczone kurczaki z New Jersey”. Zamówił porcję dla całej rodziny, po czym usiadł i spałaszował ją bez pomocy żadnego członka rodziny. Kiedy skończył, stanął na chodniku i czekał. W końcu na ulicy pojawił się przyjazny, pomarańczowy kogut z napisem WOLNA doczepiony do dużej, czarnej taksówki. Machnął ręką. Gdy do niego podjechała, kierowca opuścił szybę.<br />
– Dokąd?<br />
– Maxwell Gardens – oznajmił Gruby Charlie.<br />
– Naćpałeś się pan czy co? – spytał kierowca. – To przecież za rogiem.<br />
– Zawiezie mnie pan? Dorzucę piątaka, poważnie.<br />
Taksówkarz odetchnął głośno przez zaciśnięte zęby. Był to odgłos, jaki wydaje mechanik samochodowy, nim zada pytanie, czy jesteś jakoś uczuciowo związany ze swoim silnikiem.<br />
– To pański pogrzeb – rzekł w końcu. – Wskakuj pan.<br />
Gruby Charlie wskoczył. Kierowca ruszył, zaczekał na zmianę świateł, skręcił za róg.<br />
– Dokąd chciał pan jechać? – spytał.<br />
– Maxwell Gardens – odparł Gruby Charlie. – Numer trzydzieści cztery, tuż obok monopolowego.<br />
Miał na sobie wczorajsze ubranie i nie czuł się z tym najlepiej. Matka zawsze mu powtarzała, żeby wkładał czystą bieliznę, na wypadek gdyby wpadł pod samochód, i żeby mył co dzień zęby, bo może ktoś będzie go musiał zidentyfikować po karcie dentystycznej.<br />
– Wiem, gdzie to jest – oznajmił taksówkarz. – Tuż przed skrętem w Park Crescent.<br />
– Zgadza się – przytaknął Gruby Charlie, przysypiając na tylnym siedzeniu.<br />
– Chyba gdzieś źle skręciłem. – W głosie taksówkarza zabrzmiała nuta irytacji. – Wyłączę licznik, dobra? Zapłacisz pan piątaka, zgoda?<br />
– Jasne – odparł Gruby Charlie i skulił się na tylnym siedzeniu, po czym zasnął.<br />
Taksówka jechała dalej w noc, próbując skręcić za róg.</p>
<p>Detektyw konstabl Day, obecnie oddelegowana na dwanaście miesięcy do wydziału oszustw, zjawiła się w biurze Agencji Grahame&#8217;a Coatsa o dziewiątej trzydzieści. Grahame Coats powitał ją w recepcji i zaprowadził do gabinetu.<br />
– Napije się pani kawy, herbaty?<br />
– Nie, dziękuję. – Wyciągnęła notes i usiadła, patrząc na niego wyczekująco.<br />
– Nie potrafię wyrazić, jak ważne jest, by całe dochodzenie toczyło się w aurze dyskrecji. Agencja Grahame&#8217;a Coatsa cieszy się reputacją uczciwej i godnej zaufania. W Agencji Grahame&#8217;a Coatsa pieniądz klienta to rzecz święta. Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz zacząłem żywić podejrzenia co do osoby Charlesa Nancy, odrzuciłem je jako niegodne porządnego człowieka i pracownika. Gdyby zapytała mnie pani tydzień temu, co sądzę o Charlesie Nancy, odparłbym, że to sól tej ziemi.<br />
– Z pewnością. Kiedy zatem zorientował się pan, że z rachunków klientów mogą znikać pieniądze?<br />
– Wciąż nie jestem tego pewien. Waham się przed rzucaniem podejrzeń. I pierwszych kamieni. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.<br />
W telewizji, pomyślała Daisy, w takich chwilach mówią: „Proszę przejść do faktów”. Pożałowała, że sama nie może tego powiedzieć. Nie podobał jej się ten człowiek.<br />
– Wydrukowałem tu wszystkie anormalne transakcje – oznajmił. – Jak pani widzi, bez wyjątku dokonano ich z komputera Nancy. Ponownie muszę podkreślić, że dyskrecja to podstawa. Wśród klientów Agencji Grahame&#8217;a Coatsa znajduje się kilka ważnych osobistości publicznych. I, jak już wspominałem pani przełożonemu, uznałbym za osobistą przysługę, gdyby sprawę załatwiono możliwie najciszej. Dyskrecja, oto pani hasło. Gdybyśmy na przykład zdołali przekonać pana Nancy do dobrowolnego zwrotu nieprawnie zdobytych funduszy, byłbym absolutnie rad i gotów wycofać wszelkie oskarżenia. Nie łaknę zemsty.<br />
– Dołożę wszelkich starań, lecz w ostatecznym rozrachunku my gromadzimy tylko informacje i przekazujemy je prokuraturze. – Zastanawiała się, jakie chody ma ten człowiek u superintendenta. – Co wzbudziło pańskie podejrzenia?<br />
– A tak. Szczerze i z pełną uczciwością były to pewne osobliwości zachowania. Pies, który nie szczekał nocą. Głębokość, na jaką pietruszka zapadła się w masło. My, detektywi, odczytujemy ukryte znaczenia nawet najmniejszych drobiazgów. Prawda, pani detektyw Day?<br />
– Zechce pan zatem oddać mi wydruki? – powiedziała. – A także wszelkie inne dokumenty, rejestry bankowe i tak dalej. Będziemy też zapewne musieli zabrać jego komputer i sprawdzić twardy dysk.<br />
– Absowicie – odparł. W tym momencie na jego biurku zadzwonił telefon. – Pozwoli pani? – Podniósł słuchawkę. – Jest tutaj? Dobry Boże, powiedz, żeby zaczekał na mnie w recepcji. Zaraz do niego zejdę. – Odłożył słuchawkę.<br />
– Oto – rzekł, zwracając się do Daisy – coś, co w kręgach policyjnych nazywacie obiecującym zwrotem w sprawie.<br />
Uniosła brwi.<br />
– Wzmiankowany już Charles Nancy przyszedł właśnie zobaczyć się ze mną. Może go wpuścimy? Jeśli będzie trzeba, może go pani przesłuchać w jednym z biur. W razie potrzeby będę też mógł użyczyć pani magnetofonu.<br />
– To nie będzie konieczne – odparła Daisy. – Najpierw muszę sprawdzić wszystkie papiery.<br />
– Jasna sprawa. Jakież to niemądre z mojej strony. Chciałaby&#8230; chciałaby pani go zobaczyć?<br />
– Nie wiem, w czym miałoby to pomóc – oznajmiła Daisy.<br />
– Och, nie powiem przecież, że prowadzi pani dochodzenie w jego sprawie – zapewnił ją Grahame Coats. – W przeciwnym razie odleciałby na Costa del Mafia, nim zdążylibyśmy powiedzieć prima facie. Prawdę mówiąc, lubię uważać się za człowieka żywiącego niezwykłą wyrozumiałość dla problemów współczesnych dochodzeń policyjnych.<br />
Daisy przyłapała się na myśli, że ktoś, kto okrada tego człowieka, nie może być aż taki zły. Wiedziała, że to myśl niegodna policjantki.<br />
– Odprowadzę panią – oznajmił.<br />
W poczekalni siedział mężczyzna, wyglądał jakby spał w ubraniu. Był nieogolony i wyraźnie rozkojarzony. Grahame Coats szturchnął łokciem Daisy i skinieniem głowy wskazał mężczyznę.<br />
– Charles – rzekł głośno. – Dobry Boże, człowieku, spójrz tylko na siebie. Wyglądasz okropnie.<br />
Gruby Charlie popatrzył na niego przekrwionymi oczami.<br />
– Nie dotarłem w nocy do domu – wyjaśnił. – Kłopoty z taksówką.<br />
– Charles – oznajmił Grahame Coats. – To jest detektyw konstabl Day z policji metropolitalnej. Załatwia rutynowe sprawy.<br />
W tym momencie Gruby Charlie uświadomił sobie, że obok Grahame&#8217;a Coatsa ktoś stoi. Skupił wzrok, dostrzegł mundur, a potem twarz.<br />
– Eee – mruknął.<br />
– Dzień dobry – powiedziała Daisy, a przynajmniej wypowiedziały to jej usta. W głowie natomiast powtarzała: Niechtoszlag, niechtoszlag, niechtoszlag.<br />
– Miło mi panią poznać. – Zaskoczony Gruby Charlie zrobił coś, co nie zdarzało mu się nigdy wcześniej: wyobraził sobie policjantkę w cywilu bez ubrania i odkrył, że wyobraźnia przekazuje mu całkiem dokładny portret młodej damy, obok której obudził się rankiem po stypie ojca. Stonowany strój sprawił, że wydawała się nieco starsza, bardziej surowa i dużo straszniejsza. Ale to nadal była ona.<br />
Podobnie jak wszystkie istoty rozumne, Gruby Charlie miał swój limit zdziwienia. Czasami wskazówka wychylała się aż na czerwone pole, od czasu do czasu osiągała granicę. Teraz mechanizm trzasnął. Gruby Charlie przypuszczał, że od tej chwili nic na świecie już go nie zaskoczy. Nie można go więcej zadziwić. To koniec.<br />
Oczywiście mylił się.<br />
Gruby Charlie odprowadził wzrokiem Daisy, po czym ruszył za Grahame&#8217;em Coatsem do gabinetu.<br />
Grahame Coats zamknął starannie drzwi, potem usadowił tyłek na biurku i uśmiechnął się jak łasica, która właśnie odkryła, że przypadkiem zamknięto ją na noc w kurniku.<br />
– Mówmy otwarcie – oznajmił – karty na stół, koniec z krążeniem wokół tematu. Nazwijmy rzeczy po imieniu.<br />
– W porządku – odparł Gruby Charlie – nazwijmy. Mówił pan, że mam coś podpisać?<br />
– Stwierdzenie to nie jest już aktualne. Wyrzuć je z pamięci. Teraz pomówmy o czymś, co wskazałeś mi parę dni temu. Uświadomiłeś mi, że dochodzi tu do pewnych nieortodoksyjnych transakcji.<br />
– Tak?<br />
– Dwóch, jak się uważa, Charles, dwóch może grać w tę grę. Naturalnie, w pierwszym odruchu rozpocząłem dochodzenie, stąd właśnie dzisiejsza wizyta detektyw konstabl Day. I podejrzewam, że to, co odkryłem, wcale cię nie zaskoczy.<br />
– Nie?<br />
– Owszem, nie. Jak sam zauważyłeś, istnieją wyraźne ślady wskazujące na anomalie finansowe, Charles. Ale, niestety, jest tylko jedno miejsce, które wskazuje surowy palec podejrzenia.<br />
– Tak? – Tak. Gruby Charlie spojrzał na niego nic niepojmującym wzrokiem.<br />
– A jakie?<br />
Grahame Coats próbował przyjąć zatroskaną minę, a przynajmniej minę świadczącą o tym, że stara się wyglądać na zatroskanego. Zamiast tego jego twarz przybrała wyraz, który u niemowląt oznacza, że muszą beknąć.<br />
– Ty, Charles. Policja podejrzewa ciebie.<br />
– No tak – mruknął Gruby Charlie. – Oczywiście. To już taki dzień.<br />
I wrócił do domu.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/88/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/88/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=88&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/spider/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Rosie</title>
		<link>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/rosie-2/</link>
		<comments>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/rosie-2/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Nov 2008 13:53:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>seofox2</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://superprzepisy.wordpress.com/?p=86</guid>
		<description><![CDATA[Rosie Noah martwiła się, co samo w sobie już ją niepokoiło. Było to, jak wiele innych rzeczy w świecie Rosie – nieważne, czy dopuszczała do siebie tę myśl, czy też nie – winą jej matki. Rosie już dawno przywykła do świata, w którym jej matka nienawidzi myśli, że córka zamierza poślubić Grubego Charliego Nancy. Potraktowała [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=86&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Rosie Noah martwiła się, co samo w sobie już ją niepokoiło. Było to, jak wiele innych rzeczy w świecie Rosie – nieważne, czy dopuszczała do siebie tę myśl, czy też nie – winą jej matki.<br />
Rosie już dawno przywykła do świata, w którym jej matka nienawidzi myśli, że córka zamierza poślubić Grubego Charliego Nancy. Potraktowała sprzeciw matki wobec ich małżeństwa jako znak niebios, że zapewne postępuje słusznie. Choć w głębi umysłu nie była do końca przekonana, czy tak jest naprawdę.<br />
No i oczywiście kochała go. Był solidny, poważny, rozsądny.<br />
Gwałtowny zwrot matki w sprawie Grubego Charliego martwił Rosie. A nagły entuzjazm w kwestii organizacji wesela wstrząsnął nią do głębi.<br />
Poprzedniego wieczoru zadzwoniła do Grubego Charliego, żeby o tym porozmawiać, ale nie odebrał. Uznała, że położył się wcześniej.<br />
Dlatego właśnie zrezygnowała z przerwy na lunch, by się z nim zobaczyć.<br />
Agencja Grahame&#8217;a Coatsa mieściła się na najwyższym piętrze szarego, wiktoriańskiego budynku przy Aldwich. Prowadziło do niej pięć biegów schodów. Była też winda, zainstalowana sto lat wcześniej przez agenta teatralnego Ruperta „Binky&#8217;ego” Butterwortha – niezwykle ciasna, wolna, podskakująca winda. Jej kształt i zastosowanie nabierały sensu dopiero wtedy, gdy wzięło się pod uwagę fakt, iż „Binky” Butterworth dysponował sylwetką, tuszą i gracją godną młodego tłustego hipopotama i sam tak zaprojektował kabinę, aby mógł zmieścić się w niej z jeszcze jedną, znacznie szczuplejszą osobą – na przykład chórzystką albo chórzystą. „Binky” nie był zbyt wybredny, wystarczyło mu, by ktoś pragnący znaleźć agenta teatralnego wcisnął się z nim do windy i odbył bardzo wolną i pełną podskoków podróż na piąte piętro. Często zdarzało się, że gdy docierali na górę, towarzyszące jeździe napięcie tak mocno działało na „Binky&#8217;ego”, iż musiał iść położyć się na chwilę, pozostawiając chórzystę bądź chórzystkę w poczekalni. Siedzieli tam zatroskani, sądząc, że głośne dyszenie, czerwona twarz i gwałtowne chwytanie powietrza „Binky&#8217;ego” stanowią objawy wczesnoedwardiańskiej odmiany zatoru.<br />
Ludzie zwykle jeden raz jechali windą z „Binkym” Butterworthem, a potem woleli wejść po schodach.<br />
Grahame Coats, który ponad dwadzieścia lat wcześniej odkupił pozostałości agencji Butterwortha od wnuczki „Binky&#8217;ego”, twierdził, że winda stanowi część historii.<br />
Teraz Rosie zatrzasnęła wewnętrzne harmonijkowe drzwi, zamknęła drzwi zewnętrzne i podeszła do recepcji, gdzie poinformowała, że przyszła się zobaczyć z Charliem Nancy. Usiadła pod zdjęciami przedstawiającymi Grahame&#8217;a Coatsa z ludźmi, których reprezentował – rozpoznała komika Morrisa Livingstone&#8217;a, parę niegdyś znanych boysbandów i kilka gwiazd sportu, które w późniejszych latach stały się „osobowościami”, ludźmi starającymi się wyciągnąć z życia jak najwięcej radości, póki nie zakwalifikują się do przeszczepu wątroby.<br />
W recepcji pojawił się mężczyzna. Niezbyt przypominał Grubego Charliego, był ciemniejszy i uśmiechał się jakby wszystko go bawiło – głęboko i niebezpiecznie bawiło.<br />
– Jestem Gruby Charlie Nancy – oznajmił.<br />
Rosie podeszła do Grubego Charliego i cmoknęła go w policzek.<br />
– Czy ja cię znam? – spytał, co zabrzmiało dziwnie. Po chwili dodał: – A oczywiście, ty jesteś Rosie, co dzień piękniejsza. – Ucałował ją w usta. Ich wargi ledwie się zetknęły, lecz serce Rosie zaczęło bić szaleńczo, jak u „Binky&#8217;ego” Butterwortha po wyjątkowo długiej i pełnej podskoków jeździe u boku chórzystki.<br />
– Lunch – pisnęła Rosie. – Przechodziłam. Pomyślałam, że moglibyśmy. Porozmawiać.<br />
– Jasne – odparł mężczyzna, którego teraz brała już za Grubego Charliego. – Lunch.<br />
Dodającym otuchy gestem objął jej ramiona.<br />
– Miałaś na myśli jakieś konkretne miejsce?<br />
– Ach – odparła. – Nie, gdziekolwiek zechcesz.<br />
To jego zapach, pomyślała. Czemu nigdy wcześniej nie zauważyła, jak bardzo lubi jego zapach?<br />
– Coś znajdziemy – oświadczył. – Pójdziemy schodami?<br />
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – odparła – chyba wolałabym zjechać windą.<br />
Zatrzasnęła harmonijkowe drzwi i powoli ruszyli na dół. Winda trzęsła się, a oni stali przyciśnięci do siebie.<br />
Rosie nie pamiętała, kiedy wcześniej czuła się taka szczęśliwa. Gdy wyszli na ulicę, jej telefon zapiszczał. Zignorowała to.<br />
Weszli do pierwszej napotkanej restauracji. Jeszcze miesiąc temu była to supernowoczesna restauracja sushi, w której taśma transmisyjna okrążała salę, unosząc kawałki surowej ryby na różnokolorowych talerzach. Każdy kolor oznaczał inną cenę. Potem japońska restauracja zbankrutowała i natychmiast, jak to bywa w Londynie, zastąpiła ją knajpa węgierska. Właściciele zachowali taśmę jako nowoczesny dodatek do świata kuchni węgierskiej, co oznaczało, że wokół sali krążyły dostojnie miski pełne błyskawicznie stygnącego gulaszu, faszerowanej papryki i kwaśnej śmietany.<br />
Rosie nie sądziła, by to się przyjęło.<br />
– Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? – spytała.<br />
– Wyszedłem – odparł. – Z moim bratem.<br />
– Jesteś jedynakiem – przypomniała mu.<br />
– Ależ nie. Okazuje się, że stanowię połówkę kompletu.<br />
– Naprawdę? To kolejne dziedzictwo twojego ojca?<br />
– Skarbie – rzekł mężczyzna, którego brała za Grubego Charliego. – Nie wiesz nawet połowy.<br />
– No cóż – mruknęła. – Mam nadzieję, że zjawi się na ślubie.<br />
– Wątpię, by go opuścił, nawet za wszystkie skarby tego świata. – Położył rękę na jej dłoni i o mało nie upuściła łyżki z gulaszem. – Co robisz przez resztę popołudnia?<br />
– Niewiele. W tej chwili w biurze właściwie nic się nie dzieje. Muszę załatwić parę telefonów, ale mogą zaczekać. A co się. Uhm. Czy ty. Uhm. Czemu?<br />
– Dzień jest taki piękny. Może pójdziemy na spacer?<br />
– To – odparła Rosie – cudowny pomysł.<br />
Zeszli na Embankment i ruszyli na północ wzdłuż Tamizy. Szli powoli, trzymając się za ręce i rozmawiając o błahostkach.<br />
– A co z twoją pracą? – spytała Rosie, gdy zatrzymali się, by kupić lody.<br />
– A, z pracą – rzekł. – Nic. Pewnie nawet nie zauważą, że mnie nie ma.</p>
<p>Gruby Charlie wbiegł po schodach do Agencji Grahame&#8217;a Coatsa. Zawsze wchodził schodami. Po pierwsze, było to zdrowsze, a po drugie, oznaczało, że nigdy już nie będzie musiał się martwić, czy w ostatniej chwili ktoś nie wepchnie się do windy i nie stanie zbyt blisko niego, przez co nie będzie mógł udawać, że go tam nie ma.<br />
Lekko zdyszany, podszedł do recepcji.<br />
– Czy była tu Rosie, Annie?<br />
– Zgubiłeś ją? – spytała recepcjonistka.<br />
Pomaszerował do biura. Na jego biurku panował niezwykły porządek; stosik korespondencji do załatwienia zniknął. Na ekranie wisiała przylepiona żółta karteczka z napisem: „Przyjdź do mnie. G.C.”.<br />
Zastukał do drzwi gabinetu Grahame&#8217;a Coatsa. Tym razem usłyszał dobiegający zza nich głos.<br />
– Tak?<br />
– To ja – odparł.<br />
– Tak – powtórzył Grahame Coats. – Wejdźże, wejdź, Nancy. Siadaj. Długo rozmyślałem na temat naszej dzisiejszej rozmowy i wydaje mi się, że źle cię osądziłem. Pracujesz tu już&#8230; jak długo?<br />
– Prawie dwa lata.<br />
– Pracujesz długo i ciężko, a teraz, gdy musiałeś ze smutkiem pożegnać ojca&#8230;<br />
– Tak naprawdę go nie znałem.<br />
– Och, dzielny z ciebie człowiek, Nancy. Biorąc pod uwagę, że mamy spokojny sezon, co byś powiedział na parę tygodni urlopu? Nie muszę chyba dodawać, że pełnopłatnego.<br />
– Pełnopłatnego? – powtórzył Gruby Charlie.<br />
– Pełnopłatnego, owszem. Wiem, o czym myślisz. Dodatkowe wydatki. Z pewnością przydałoby się na nie parę groszy, prawda?<br />
Gruby Charlie próbował zrozumieć, w jakim wszechświecie się znalazł.<br />
– Czy pan mnie zwalnia?<br />
I wtedy Grahame Coats roześmiał się niczym łasica, której w gardle utkwiła ostra kość.<br />
– Abso–wicie nie, wręcz przeciwnie. W istocie rzekłbym, że teraz rozumiemy się znacznie lepiej. Twoja posada jest całkowicie bezpieczna, bezpieczna jak w domu. Dopóki, jak dotąd, pozostaniesz modelowym przykładem rozwagi i dyskrecji.<br />
– Jak bezpieczne są domy? – spytał Gruby Charlie.<br />
– Niezwykle bezpieczne.<br />
– Po prostu czytałem gdzieś, że do większości wypadków dochodzi właśnie w domu.<br />
– Zatem – oznajmił Grahame Coats – myślę, że muszę dołożyć wszelkich sił, by zachęcić cię do powrotu do twego własnego domu szybko, cało i zdrowo. – Wręczył Grubemu Charliemu prostokątny kawałek papieru. – Oto drobne podziękowanie za dwa lata oddanej pracy w Agencji Grahame&#8217;a Coatsa. – A potem, ponieważ zawsze to mówił, kiedy dawał ludziom pieniądze, dodał: – Nie wydaj wszystkiego od razu.<br />
Gruby Charlie spojrzał na kawałek papieru. To był czek.<br />
– Dwa tysiące funtów. Rany, to znaczy ja nie&#8230;<br />
Grahame Coats uśmiechnął się do Grubego Charliego. Jeśli nawet w tym uśmiechu krył się triumf, Gruby Charlie był zbyt zaskoczony, wstrząśnięty i oszołomiony, by go dostrzec.<br />
– Powodzenia – rzekł Grahame Coats.<br />
Gruby Charlie wrócił do swego biura.<br />
Grahame Coats wychynął zza jego drzwi, nonszalancko niczym pająk unoszący się z sieci.<br />
– Jeszcze jedno pytanko. Na wypadek, gdybym, podczas kiedy ty świetnie się bawisz i odprężasz, a raz jeszcze podkreślam z całą mocą, że to właśnie winieneś zrobić&#8230; Zatem na wypadek, gdybym w tym czasie musiał wejść do twoich plików, czy mógłbyś podać mi swoje hasło?<br />
– Sądziłem, że pańskie hasło daje panu dostęp do całego systemu? – zdziwił się Gruby Charlie.<br />
– Bez wątpienia, bez wątpienia – zgodził się Grahame Coats z błogą miną. – Ale na wszelki wypadek. Wiesz przecież jakie są komputery.<br />
– Syrena – rzekł Gruby Charlie. – S – y – r – e – n – a.<br />
– Znakomicie – powiedział Grahame Coats. – Znakomicie.<br />
Co prawda nie zatarł rąk, ale równie dobrze mógł to zrobić.<br />
Gruby Charlie zszedł po schodach z tkwiącym w kieszeni czekiem na dwa tysiące funtów, zastanawiając się, jak mógł tak źle oceniać Grahame&#8217;a Coatsa przez ostatnie dwa lata.<br />
Skręcił za róg do banku i wpłacił czek na konto.<br />
A potem zszedł na Embankment, by odetchnąć świeżym powietrzem i pomyśleć.<br />
Był bogatszy o dwa tysiące funtów. Poranny ból głowy minął bez śladu, czuł się pewnie i bogato. Zastanawiał się, czy zdoła namówić Rosie na krótki, wspólny wyjazd. Owszem, nie uprzedził jej wcześniej, ale&#8230;<br />
I wtedy ujrzał Spidera i Rosie. Trzymając się za ręce, szli drugą stroną ulicy. Rosie kończyła właśnie jeść loda. Potem zatrzymała się, wyrzuciła resztki wafla do kosza, przyciągnęła do siebie Spidera i zaczęła całować go z zapałem i entuzjazmem wysmarowanymi lodami ustami.<br />
Gruby Charlie poczuł, jak ból głowy powraca. Stał jak sparaliżowany.<br />
Patrzył, jak się całują. Osobiście uważał, że wcześniej czy później będą musieli przerwać, by odetchnąć, a gdy tego nie zrobili, odszedł w przeciwnym kierunku. Czuł się strasznie nieszczęśliwy.<br />
Po chwili dotarł do stacji metra i wrócił do siebie.<br />
Kiedy Gruby Charlie znalazł się w domu, czuł się okropnie. Położył się w łóżku wciąż pachnącym lekko Daisy i zamknął oczy.<br />
Czas płynął. Gruby Charlie szedł po piaszczystej plaży z ojcem. Obaj byli bosi. Znów był dzieckiem. Wieku jego ojca nie dawało się określić.<br />
A zatem – pytał ojciec – jak się dogadujecie ze Spiderem?<br />
To sen – podkreślił Gruby Charlie – a ja nie chcę o tym rozmawiać.<br />
Ech, wy, chłopaki. Ojciec pokręcił głową. Posłuchaj, powiem ci coś ważnego.<br />
Co?<br />
Ojciec jednak nie odpowiedział. Jego uwagę przyciągnęło coś na samej granicy fal. Pochylił się i podniósł to coś. Pięć szpiczastych nóżek poruszyło się leniwie.<br />
Rozgwiazda – rzekł z namysłem ojciec. Kiedy przetniesz ją na pół, z obu połówek wyrastają dwie nowe rozgwiazdy.<br />
Zdawało mi się, że zamierzałeś mi powiedzieć coś ważnego.<br />
Ojciec przycisnął dłoń do piersi i upadł na piasek. Znieruchomiał. Z piasku wypełzły robaki i pochłonęły go w parę chwil, pozostawiając tylko kości.<br />
Tato?<br />
Gruby Charlie obudził się w sypialni, policzki miał mokre od łez. Przestał płakać. Nie miał się czym martwić. Ojciec nie umarł; to tylko zły sen.<br />
Postanowił, że zaprosi Rosie na jutrzejszy wieczór. Zjedzą razem stek, sam go przygotuje. Wszystko będzie dobrze.<br />
Wstał i ubrał się.<br />
Dwadzieścia minut później stał w kuchni, mieszając zupkę błyskawiczną, gdy przyszło mu do głowy, że choć wydarzenia na plaży faktycznie były snem, jego ojciec naprawdę nie żyje.</p>
<p>Późnym popołudniem Rosie wpadła do mieszkania matki przy Wimpole Street.<br />
– Widziałam dziś twojego chłopaka – oznajmiła pani Noah.<br />
Na chrzcie dano jej imię Eutheria, lecz przez trzydzieści lat nikt się tak do niej nie zwracał prócz nieżyjącego męża, a po jego śmierci imię obumarło. Mało prawdopodobne, by ktokolwiek użył go jeszcze za jej życia.<br />
– Ja też – odparła Rosie. – Mój Boże, jak ja go kocham.<br />
– Ależ oczywiście. W końcu za niego wychodzisz, prawda?<br />
– No tak. To znaczy zawsze wiedziałam, że go kocham, ale dziś naprawdę przekonałam się jak bardzo. Kocham w nim wszystko.<br />
– Dowiedziałaś się, gdzie spędził wczorajszy wieczór?<br />
– Tak, wyjaśnił mi. Wyszedł z bratem.<br />
– Nie wiedziałam, że ma brata.<br />
– Wcześniej o nim nie wspominał. Nie są zbyt blisko.<br />
Matka Rosie klasnęła językiem.<br />
– Musi tam odchodzić istny zjazd rodzinny. Wspominał też o kuzynce?<br />
– Kuzynce?<br />
– Albo może siostrze, nie wydawał się całkiem pewny. Nawet ładna, w bardzo pospolity sposób. Nieco przypominała Chinkę. Nic specjalnego, jeśli chcesz znać moje zdanie. Typowe dla jego rodziny.<br />
– Mamo. Nie poznałaś jego rodziny.<br />
– Ją poznałam. Dziś rano była w jego kuchni, chodziła tam niemal naga. Bezwstydna. Jeśli faktycznie to jego kuzynka.<br />
– Gruby Charlie by nie skłamał.<br />
– To przecież mężczyzna, prawda?<br />
– Mamo!<br />
– I czemu właściwie nie był dziś w pracy?<br />
– Był. Był dziś w pracy. Zjedliśmy razem lunch.<br />
Matka Rosie obejrzała w kieszonkowym lusterku umalowane usta i palcem wskazującym starła z zębów szkarłatne smugi.<br />
– Co jeszcze mu powiedziałaś? – spytała Rosie.<br />
– Rozmawialiśmy tylko o ślubie. O tym, że nie chcę, by jego drużba wygadywał jakieś świństwa. Według mnie wyglądał, jakby pił. Pamiętaj, że ostrzegałam cię przed małżeństwem z pijakiem.<br />
– Kiedy ja go widziałam, czuł się świetnie – odparła sucho Rosie. A potem wybuchła: – Och, mamo, miałam taki cudowny dzień! Spacerowaliśmy i rozmawialiśmy. I czy wspominałam ci kiedyś, jak on cudownie pachnie? I ma takie delikatne ręce.<br />
– Jeśli chcesz znać moje zdanie, to coś tu śmierdzi. Następnym razem, kiedy się z nim zobaczysz, spytaj go o tę kuzynkę. Nie mówię, że to jego kuzynka, i nie mówię, że nią nie jest. Twierdzę tylko, że jeśli tak, to ma w rodzinie panienki lekkiego prowadzenia, striptizerki i bumelantki i nie jest osobą, z którą powinnaś się zadawać.<br />
Teraz, gdy matka znów zaatakowała Grubego Charliego, Rosie od razu poczuła się lepiej.<br />
– Mamo, nie chcę tego słuchać.<br />
– No dobrze, będę trzymać język za zębami. Ostatecznie to nie ja wychodzę za niego za mąż. Nie ja zmarnuję sobie życie, nie ja będę płakać w poduszkę, podczas gdy on będzie spędzać noce, popijając z wesołymi paniami. Nie ja będę czekać całymi pustymi dniami i nocami, aż wyjdzie z więzienia.<br />
– Mamo! – Rosie udała oburzenie, lecz sama myśl o Grubym Charliem w więzieniu była zbyt zabawna, zbyt absurdalna i Rosie odkryła, że chichocze.<br />
Jej telefon zaświergotał; odebrała.<br />
– Tak – powiedziała. – Z rozkoszą. To byłoby cudowne. – Rozłączyła się.<br />
– To on – poinformowała matkę. – Pójdę dziś do niego, zrobi kolację. Czyż to nie słodkie? – Po chwili dodała: – Więzienie, akurat.<br />
– Jestem matką – oznajmiła matka w pozbawionym wszelkiego jedzenia mieszkaniu, gdzie nie miał prawa osiąść kurz. – I wiem swoje.</p>
<p>Podczas gdy na dworze dzień przeradzał się w wieczór, Grahame Coats siedział w gabinecie, wbijając wzrok w ekran komputera. Otwierał dokument za dokumentem, arkusz za arkuszem. Niektóre zmieniał, większość kasował.<br />
Tego wieczoru zamierzał pojechać do Birmingham, gdzie jego klient, były piłkarz, otwierał klub nocny. Zamiast tego zadzwonił i przeprosił. Pewnych rzeczy nie da się uniknąć.<br />
Wkrótce światło za oknem zupełnie zgasło. Grahame Coats siedział w zimnym blasku monitora i zmieniał, nadpisywał i kasował.</p>
<p>Oto inna historia, którą opowiadają o Anansim.<br />
Kiedyś, bardzo dawno temu, żona Anansiego obsadziła całe pole groszkiem. Był to najlepszy, najgrubszy, najzieleńszy groszek, jaki kiedykolwiek widziałeś. Sam jego widok wystarczył, by do ust napłynęła ślinka.<br />
Od chwili, gdy Anansi ujrzał pole groszku, zapragnął go. I nie chciał tylko części, bo Anansi był człekiem o ogromnym apetycie. Nie miał ochoty się z nikim dzielić, chciał zjeść wszystko sam.<br />
Legł zatem w łóżku i zaczął wzdychać długo i głośno, aż jego żona i synowie przybiegli w te pędy.<br />
– Ja umieram – oznajmił Anansi słabym, słabiutkim, słabiusieńkim głosem. – Moje życie dobiega końca.<br />
Słysząc to, jego żona i synowie zapłakali gorącymi łzami.<br />
– Na łożu śmierci chcę, byście przyrzekli mi dwie rzeczy – dodaje słabym, słabiutkim głosem Anansi.<br />
– Wszystko dla ciebie, wszystko – zawodzą żona i synowie.<br />
– Po pierwsze, musicie przyrzec, że pogrzebiecie mnie pod wielkim drzewem chlebowca.<br />
– Chodzi ci o drzewo chlebowca obok poletka groszku? – pyta żona.<br />
– Oczywiście, że o to – powiada Anansi, a potem słabym, słabiutkim głosem dodaje: – I musicie mi przyrzec coś jeszcze. Obiecajcie, że na moją pamiątkę będziecie co dzień rozpalać u stóp mego grobu małe ognisko. I aby pokazać, że o mnie nie zapomnieliście, podsycajcie owe ognisko. Nie pozwólcie mu zgasnąć.<br />
– Zrobimy to, zrobimy – przyrzekają żona i dzieci Anansiego, szlochając i zawodząc.<br />
– Chcę też, byście nad ogniem, na znak swego szacunku i miłości, powiesili mały kociołek pełen słonej wody. Przypomni wam o gorących, słonych łzach, jakie przelaliście nade mną, gdy umierałem.<br />
– Powiesimy, powiesimy. – Zapłakali, a Anansi zamknął oczy i przestał oddychać.<br />
Zanieśli więc Anansiego pod wielkie drzewo chlebowca rosnące obok poletka groszku i pogrzebali go sześć stóp pod ziemią. Obok grobu rozpalili małe ognisko i powiesili nad nim kociołek pełny słonej wody.<br />
Anansi czeka cały dzień, gdy jednak zapada noc, gramoli się z grobu i rusza na poletko groszku. Tam zbiera najsoczystszy, najsłodszy, najdojrzalszy groszek. Zebrał go i ugotował w kociołku i najadł się tak, że brzuch wydął mu się i sterczał niczym bęben.<br />
A potem przed świtem wrócił pod ziemię i znów zasnął. Spał, gdy jego żona i synowie odkryli, że groszek zniknął. Spał, gdy zobaczyli pusty kociołek i napełnili go ponownie. Przespał ich smutek.<br />
Każdej nocy Anansi wychodzi z grobu, tańcząc i zachwycając się własnym sprytem, i każdej nocy napełnia groszkiem kociołek, a potem swój brzuch. Je, póki nie może już zjeść ani ziarnka.<br />
Mijały dni. Rodzina Anansiego stawała się coraz chudsza i chudsza, bo w ogrodzie nie dojrzewało nic, czego Anansi nie zerwałby nocą i nie zjadł.<br />
Żona Anansiego patrzy na puste talerze.<br />
– Co zrobiłby wasz ojciec? – pyta synów.<br />
Jego synowie długo myśleli, przypominając sobie wszystkie historie, jakie opowiedział im kiedyś Anansi. Potem poszli do dołów ze smołą i kupili smoły za sześć groszy, dość, by napełnić cztery duże wiadra. Zabrali ją na poletko groszku i na samym środku zrobili ze smoły człowieka. Miał twarz ze smoły, ręce ze smoły, ramiona ze smoły, palce ze smoły i pierś ze smoły. Był to naprawdę piękny człowiek, równie czarny i dumny, jak sam Anansi.<br />
Tej nocy stary Anansi, grubszy niż kiedykolwiek za życia, wypełza z ziemi i radosny i tłusty, z brzuchem sterczącym jak bęben, rusza na grządkę.<br />
– Ty kto? – pyta człowieka ze smoły.<br />
Człowiek ze smoły nie odpowiada.<br />
– To moje miejsce – mówi do niego Anansi. – To moje poletko groszku. Lepiej stąd odejdź, jeśli wiesz, co dla ciebie dobre.<br />
Człowiek ze smoły nie odpowiada ani słowem, nie porusza choćby mięśniem.<br />
– Jestem najsilniejszym, najpotężniejszym, najmocarniejszym człekiem, jaki kiedykolwiek żył i żyć będzie – mówi do niego Anansi. – Jestem groźniejszy niż Lew, szybszy niż Gepard, silniejszy niż Słoń, straszniejszy niż Tygrys. – Nadawszy się dumą i własną mocą, siłą i odwagą, zapomina, że tak naprawdę jest tylko małym pająkiem. – Drżyj – rzecze Anansi – drżyj i uciekaj.<br />
Człowiek ze smoły nie drży i nie ucieka. Prawdę mówiąc, po prostu tam stoi.<br />
Więc Anansi go uderzył.<br />
Jego pięść przylepiła się na dobre.<br />
– Puszczaj moją rękę – warczy na człowieka ze smoły. – Puszczaj moją rękę albo dostaniesz prosto w twarz.<br />
Człowiek ze smoły milczy i nie porusza nawet najmniejszym mięśniem, więc Anansi wali go prosto w twarz.<br />
– No dobra – powiada. – Żart to żart. Jeśli chcesz, możesz mnie trzymać za ręce, ale mam jeszcze cztery ręce i dwie zdrowe nogi, wszystkich nie utrzymasz. Puść mnie, a potraktuję cię łagodnie.<br />
Człowiek ze smoły nie puszcza rąk Anansiego i nie odpowiada, toteż Anansi bije go wszystkimi pozostałymi rękami i kopie, najpierw jedną nogą, potem drugą.<br />
– No dobra – mówi. – Wypuść mnie albo cię ugryzę.<br />
Smoła napełniła mu usta, zalepiła nos i twarz.<br />
I tak właśnie znaleźli Anansiego następnego ranka, gdy jego żona i synowie przyszli na poletko groszku pod stare drzewo chlebowca – przylepionego do człowieka ze smoły i martwego jak minione dzieje.<br />
Widok ten wcale ich nie zaskoczył.<br />
W tamtych czasach ciągle znajdowali Anansiego w takim stanie.</p>
<p>Dźwięk budzika obudził Daisy. Przeciągnęła się w łóżku jak kociak. Słyszała szum prysznica, co oznaczało, że jej współlokatorka zdążyła już wstać.<br />
Szybko narzuciła puchaty różowy szlafrok i wyszła z pokoju.<br />
– Masz ochotę na owsiankę?! – zawołała przez drzwi łazienki.<br />
– Niespecjalnie. Jeśli ją zrobisz, to zjem.<br />
– Umiesz podbudować moje poczucie wartości – mruknęła Daisy.<br />
Przeszła do maleńkiej kuchni i nastawiła owsiankę.<br />
Potem wróciła do sypialni, wyjęła z szafy strój do pracy i przejrzała się w lustrze. Skrzywiła się. Związała włosy w ciasny kok na karku.<br />
Jej współlokatorka Carol, biała kobieta z Preston o chudej, pociągłej twarzy, wychyliła się z łazienki, energicznie wycierając włosy.<br />
– Łazienka wolna. Jak tam owsianka?<br />
– Pewnie trzeba ją zamieszać.<br />
– Gdzie właściwie byłaś poprzedniej nocy? Mówiłaś, że wybierasz się na urodzinowego drinka z Sybillą, i wiem, że nie wróciłaś.<br />
– Nie twoja broszka.<br />
Daisy wróciła do kuchni i zamieszała owsiankę. Dodała szczyptę soli, znów zamieszała. Przelała breję do dwóch misek i postawiła na bufecie.<br />
– Carol, owsianka stygnie.<br />
Jej współlokatorka weszła do kuchni. Usiadła, wpatrując się w owsiankę. Nie zdążyła się jeszcze do końca ubrać.<br />
– Trudno to nazwać prawdziwym śniadaniem, nie? Moim zdaniem prawdziwe śniadanie to jajka sadzone, kiełbaski, kaszanka i grillowane pomidory.<br />
– Ugotuj – odparła Daisy. – Chętnie zjem.<br />
Carol posypała owsiankę łyżeczką cukru. Przyjrzała się jej i dodała drugą łyżeczkę.<br />
– Ni cholery nie zjesz, tylko tak mówisz. Zaraz zaczęłabyś gderać o cholesterolu i o tym, jak bardzo smażone żarcie szkodzi na nerki. – Skosztowała owsianki, z miną, jakby ta miała ją ugryźć. Daisy podała jej kubek herbaty. – Ty i twoje nerki. Choć, szczerze mówiąc, to byłaby niezła odmiana. Jadłaś kiedyś nereczki, Daisy?<br />
– Raz. Jeśli chcesz znać moje zdanie, ten sam efekt można osiągnąć, smażąc ćwierć kilo wątróbki i ją obsikując.<br />
Carol pociągnęła nosem.<br />
– To było niesmaczne.<br />
– Jedz swoją owsiankę.<br />
Szybko skończyły jeść śniadanie. Wsadziły talerze do zmywarki, a ponieważ wciąż nie była pełna, nie włączyły jej. Potem pojechały do pracy. Carol, już w mundurze, prowadziła.<br />
Daisy podeszła do swego biurka w sali pełnej pustych biurek.<br />
Gdy tylko usiadła, zadzwonił telefon.<br />
– Daisy? Spóźniłaś się.<br />
Spojrzała na zegarek.<br />
– Nie – odparła. – Nie, szefie. Czy mogę coś dla pana zrobić w ten piękny ranek?<br />
– Owszem. Możesz zadzwonić do gościa nazwiskiem Coats, to przyjaciel superintendenta, kibicuje Crystal Palace. Dostałem już od niego dwa SMSy w tej sprawie. Chciałbym wiedzieć, kto nauczył superintendenta wysyłać SMSy.<br />
Daisy szybko zapisała szczegóły i zadzwoniła pod podany numer.<br />
– Detektyw konstabl Day – powiedziała, przybierając najbardziej rzeczowy i profesjonalny ton. – W czym mogę pomóc?<br />
– Ach – rozległ się w słuchawce męski głos. – Jak już mówiłem wczoraj superintendentowi, uroczy człowiek, stary przyjaciel. Porządny gość. Zaproponował, żebym porozmawiał z kimś z waszego biura. Chciałbym zgłosić&#8230; No, nie jestem do końca pewien, czy doszło do przestępstwa. Zapewne istnieje całkowicie rozsądne wyjaśnienie. Pojawiły się pewne nieregularności i mówiąc szczerze i otwarcie, dałem mojemu księgowemu parę tygodni wolnego. Może w tym czasie zdołam pogodzić się z możliwością, że mógł uczestniczyć w pewnych, mhm, nietypowych operacjach finansowych.<br />
– Może przejdziemy do szczegółów? – zaproponowała Daisy. – Jak się pan nazywa? I jak nazywa się księgowy?<br />
– Nazywam się Grahame Coats – odparł mężczyzna. – Z Agencji Grahame&#8217;a Coatsa. Mój księgowy to Nancy. Charles Nancy.<br />
Zapisała oba nazwiska. Z niczym jej się nie kojarzyły.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/superprzepisy.wordpress.com/86/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/superprzepisy.wordpress.com/86/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=superprzepisy.wordpress.com&amp;blog=5538655&amp;post=86&amp;subd=superprzepisy&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://superprzepisy.wordpress.com/2008/11/26/rosie-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="" medium="image">
			<media:title type="html">seofox2</media:title>
		</media:content>
	</item>
	</channel>
</rss>
