Przepisy kuchenne

Świat

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Na świecie są miejsca mityczne. Istnieją, każde na swój sposób. Niektóre łączą się z naszym światem, inne trwają pod nim, niczym grunt pod obrazem.
Są tam góry. Są też skały, na które docieramy, nim znajdziemy się na urwiskach, gdzie kończy się świat. W górach zaś są jaskinie, głębokie jaskinie, zasiedlone na długo przedtem, nim na Ziemi pojawił się pierwszy człowiek.
I nadal ktoś w nich mieszka.

Grubemu Charliemu chciało się pić, bolała go głowa, w ustach miał paskudny niesmak, oczy zapadły mu się w głąb czaszki, w zębach czuł ostre ukłucia, palił go żołądek, a plecy bolały od kolan aż po czoło. Miał wrażenie, jakby ktoś usunął mu mózg i zastąpił go wacikami i garścią igieł i szpilek. Dlatego właśnie każda próba myślenia powodowała falę ostrego bólu. Oczy nie tylko tkwiły zbyt głęboko, ale musiały wypaść mu w nocy i zostały przybite z powrotem potężnymi ćwiekami; teraz zaś zauważył, że wszystko głośniejsze niż łagodne ruchy Browna cząsteczek powietrza przepływających obok siebie powoduje u niego bolesną reakcję. Marzył, by umrzeć.
Otworzył oczy, co okazało się błędem, bo wpuścił pod powieki światło, które sprawiało ból. Dzięki temu zorientował się, gdzie jest (we własnym łóżku, w swojej sypialni), a ponieważ patrzył wprost na stojący na stoliku budzik, dowiedział się, że minęło wpół do dwunastej.
Co, pomyślał powoli słowo po słowie, oznaczało, że gorzej już być nie może: miał kaca z rodzaju tych, którym starotestamentowy Bóg mógł pokarać Midianitów, a gdy tylko ujrzy Grahame’a Coatsa, bez wątpienia zaraz dowie się, że wyleciał z pracy.
Zastanawiał się, czy zdoła przez telefon przekonująco udać, że źle się czuje, po czym pojął, iż prawdziwy problem stanowiłoby przekonanie kogokolwiek, że czuje się dobrze.
Nie pamiętał, jak wrócił do domu.
Postanowił, że zadzwoni do biura, gdy tylko zdoła przypomnieć sobie numer. Przeprosi, tłumacząc się nagłym, porażającym atakiem grypy. Leży w łóżku, nic nie może zrobić…
– Wiesz co? – zagadnął ktoś leżący obok. – Z twojej strony masz chyba butelkę wody. Mógłbyś ją podać?
Gruby Charlie chciał wyjaśnić, że po jego stronie łóżka nie ma żadnej wody i że najbliższe źródło wody stanowi umywalka w łazience, jeśli najpierw odkazi się kubek do zębów, nagle jednak odkrył, że właśnie patrzy na jedną z kilku butelek wody ustawionych na stoliku. Wyciągnął rękę i zacisnął wokół szyjki butelki palce, sprawiające wrażenie, jakby należały do kogoś innego. A potem z wysiłkiem, jaki ludzie zwykle zachowują do pokonania ostatnich kilku metrów pionowej skały, przekręcił się na drugi bok.
Obok niego leżała wódka z sokiem pomarańczowym.
Do tego była naga, a przynajmniej te fragmenty, które widział.
Wzięła od niego wodę i naciągnęła wyżej kołdrę, zasłaniając piersi.
– Dzięki. Kazał ci powtórzyć, kiedy już się obudzisz, żebyś się nie przejmował dzwonieniem do pracy i uprzedzaniem, że jesteś chory. Mówił, że sam to załatwi.
Słowa te bynajmniej nie uspokoiły Grubego Charliego, nie ukoiły jego trosk i lęków. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę jego stan, miał w głowie wyłącznie dość miejsca na jedną troskę naraz, a w tej chwili martwił się, czy zdąży na czas do łazienki.
– Potrzeba ci więcej płynów – oznajmiła dziewczyna. – Musisz uzupełnić elektrolity.
Gruby Charlie zdążył do łazienki. Potem, skoro już się tam znalazł, stanął pod prysznicem, czekając, aż pomieszczenie wokół przestanie wirować. Następnie umył zęby i udało mu się nie zwymiotować.
Gdy wrócił do sypialni, wódki z sokiem pomarańczowym już tam nie było. Gruby Charlie przyjął to z ulgą. Zaczął żywić nieśmiałą nadzieję, że może stanowiła jedynie alkoholowe złudzenie, coś jak różowe słonie czy też koszmarny pomysł, że poprzedniego wieczoru wszedł na scenę, by zaśpiewać.
Nie znalazł szlafroka, naciągnął zatem dres po to, by poczuć się wystarczająco ubrany, aby odwiedzić leżącą po drugiej stronie korytarza kuchnię.
Zadzwonił telefon. Gruby Charlie zaczął go szukać w marynarce leżącej na podłodze obok łóżka. Znalazł w końcu aparat i otworzył klapkę. Mruknął coś możliwie anonimowym głosem, na wypadek gdyby dzwonił ktoś z Agencji Grahame’a Coatsa i go szukał.
– To ja – rozległ się głos należący do Spidera. – Wszystko w porządku?
– Powiedziałeś im, że nie żyję?
– Jeszcze lepiej. Powiedziałem im, że jestem tobą.
– Ale… – Gruby Charlie próbował myśleć jasno. – Ale przecież nie jesteś.
– Hej, ja to wiem. Po prostu im powiedziałem.
– Nawet nie wyglądasz jak ja.
– Bracie mój, próbujesz znów zamotać coś, co rozplątałem. Wszystko załatwione. Ups, muszę lecieć, sam wielki szef chce ze mną gadać.
– Grahame Coats? Posłuchaj, Spider…
Ale Spider odłożył słuchawkę. Wyświetlacz zgasł.
W drzwiach pojawił się szlafrok Grubego Charliego. Wewnątrz tkwiła dziewczyna. Wyglądał na niej znacznie lepiej niż na nim. W dłoniach trzymała tacę, na której stała szklanka z musującym Alka-Seltzerem, a także tajemniczy kubek.
– Wypij jedno i drugie – poleciła. – Najpierw kubek, jednym haustem.
– Co w nim jest?
– Żółtko jajka, sos worchestershire, tabasco, sól, kropla wódki i takie tam – odparła. – Albo cię zabije, albo wyleczy. No już – dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Pij.
Gruby Charlie wypił.
– O mój Boże – jęknął.
– Owszem – zgodziła się. – Ale wciąż żyjesz.
Nie był tego taki pewien. Na wszelki wypadek wypił Alka-Seltzer. Nagle coś przyszło mu do głowy.
– Uhm – zaczął Gruby Charlie. – Uhm. Posłuchaj. Zeszłej nocy. Czy my? Uhm.
Spojrzała na niego nic niepojmującym wzrokiem.
– Czy my co?
– Czy my. No wiesz… zrobiliśmy to?
– Chcesz powiedzieć, że nie pamiętasz? – Posmutniała gwałtownie. – Mówiłeś, że nigdy w życiu nie przeżyłeś niczego podobnego, że czułeś się, jakbyś nigdy wcześniej nie kochał się z kobietą. Byłeś jak bóg i jak zwierzę, jak niepowstrzymana seksmaszyna.
Gruby Charlie nie wiedział gdzie podziać wzrok. Dziewczyna zachichotała.
– Tylko cię podpuszczam – rzekła. – Pomogłam twojemu bratu odwieźć cię do domu, doprowadziliśmy cię do porządku, a potem, no wiesz.
– Nie – rzekł. – Nie wiem.
– No, padłeś jak trup, a to spore łóżko. Nie jestem pewna, gdzie spał twój brat. Musi mieć zdrowie byka, wstał o świcie radosny i promienny.
– Poszedł do pracy – wyjaśnił Gruby Charlie. – Powiedział im, że jest mną.
– Nie zorientowali się? Nie jesteście przecież bliźniakami.
– Najwyraźniej nie. – Pokręcił głową, a potem spojrzał na nią. – Jak masz na imię?
Pokazała mu mały, różowy język.
– Chcesz powiedzieć, że zapomniałeś? Ja pamiętam twoje imię. Jesteś Gruby Charlie.
– Charles – poprawił. – Charles wystarczy.
– Ja jestem Daisy – odparła, wyciągając rękę. – Miło mi cię poznać.
Z powagą uścisnęli sobie dłonie.
– Czuję się trochę lepiej – przyznał Gruby Charlie.
– Tak jak mówiłam – rzekła. – Albo cię wyleczy, albo zabije.

Spider świetnie się bawił w biurze. Niemal nigdy nie pracował w biurze. W ogóle niemal nigdy nie pracował. Wszystko było nowe, wszystko było wspaniałe i niezwykłe, począwszy od maleńkiej windy, która wyniosła go z trudem na piąte piętro, po króliczy labirynt biur agencji Grahame’a Coatsa. Zafascynowany, wpatrywał się w szklaną gablotę w holu, pełną zakurzonych nagród. Wędrował po pomieszczeniach, a gdy ktoś pytał go, kim jest, odpowiadał: „Jestem Gruby Charlie Nancy”, i mówił to swym boskim głosem, co sprawiało, że każde słowo stawało się prawdą. Znalazł herbaciarnię i zaparzył sobie kilka kubków herbaty. Potem zaniósł je na biurko Grubego Charliego i ustawił, tworząc artystyczną kompozycję. Zaczął się bawić siecią komputerową. Poprosiła o hasło. „Jestem Gruby Charlie Nancy”, poinformował komputer, wciąż jednak pozostały miejsca, do których nie chciał go wpuścić, dodał zatem: „Jestem Grahame Coats” i komputer otworzył się przed nim niczym kwiat. Oglądał w nim różne rzeczy, póki się nie znudził.
Załatwił zawartość koszyka spraw bieżących Grubego Charliego. Załatwił też wszystko z koszyka spraw oczekujących.
Przyszło mu do głowy, że Gruby Charlie powinien się właśnie obudzić, zadzwonił więc do domu, by go pocieszyć. Właśnie odnosił wrażenie, że znaczenie jego słów zaczyna docierać do rozmówcy, gdy Grahame Coats we własnej osobie wetknął głowę przez uchylone drzwi, przesunął palcami po ustach przypominających pysk gryzonia i pokiwał na niego.
– Muszę lecieć – poinformował brata Spider. – Sam wielki szef chce ze mną gadać. – Rozłączył się.
– Prywatne rozmowy telefoniczne w czasie pracy, Nancy? – zagadnął Grahame Coats.
– Abso–kurna–lutnie – zgodził się Spider.
– I czy to mnie nazwałeś samym szefem? – spytał Grahame Coats.
Dotarli właśnie do końca korytarza i weszli do jego gabinetu.
– Pan jest największy – odrzekł Spider. – I najszefowszy.
Grahame Coats wyglądał na zaskoczonego. Podejrzewał, że ktoś tu z niego żartuje, ale nie był pewien, i to go wkurzało.
– No cóż, usiądź sobie, usiądź.
Spider usiadł sobie.
Grahame Coats miał w zwyczaju stale wymieniać personel Agencji Grahame’a Coatsa. Niektórzy ludzie przychodzili i odchodzili, inni przychodzili i zostawali tak długo, aż ich praca niemal zaczynała zyskiwać oficjalną ochronę. Gruby Charlie pracował dłużej niż ktokolwiek inny – rok i jedenaście miesięcy. Jeszcze miesiąc i musiałby wypłacić mu odprawę i tłumaczyć się przed trybunałem zawodowym.
Nim Grahame Coats kogoś zwolnił, wygłaszał mowę. Był z niej bardzo dumny.
– W każdym życiu – zaczął – musi także spaść deszcz. Lecz po deszczu zawsze przychodzi słońce.
– Zły to wiatr – podsunął Spider – co złe niesie wieści.
– Ach. Tak. Istotnie. No cóż. W czasie naszej wędrówki po tym łez padole warto czasem przystanąć i pomyśleć, że…
– Pierwsza rana – wtrącił Spider – jest zawsze najgłębsza.
– Co takiego? Och. – Grahame Coats przez chwilę milczał zagubiony, próbując sobie przypomnieć, co jest dalej. – Szczęście – oznajmił w końcu – jest jak motyl.
– Albo zimorodek – zgodził się Spider.
– Właśnie. Czy mogę skończyć?
– Oczywiście, zapraszam – rzekł Spider radośnie.
– A szczęście każdego człowieka w Agencji Grahame’a Coatsa jest dla mnie równie ważne jak moje własne.
– Nie potrafię nawet wyrazić – powiedział Spider – jak mnie to uszczęśliwia.
– Tak – mruknął Grahame Coats.
– Lepiej więc wrócę już do pracy – dodał Spider. – Było naprawdę wspaniale. Gdy następnym razem zechcesz podzielić się ze mną słowami mądrości, wystarczy zadzwonić. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
– Szczęście – rzekł Grahame Coats, a w jego głosie zadrżała lekko desperacka nuta. – Zastanawiam się, Nancy, Charlesie, nad jednym. Czy jesteś tu szczęśliwy? I czy nie zgodzisz się z tym, że mógłbyś być szczęśliwszy gdzie indziej?
– Ja zastanawiam się nad czymś zupełnie innym – odparł Spider. – Chcesz wiedzieć, nad czym?
Grahame Coats milczał. Nigdy wcześniej rozmowa nie potoczyła się w ten sposób. Zwykle na tym etapie ich twarze bladły i przeżywali szok, czasami nawet płakali. Grahame’owi Coatsowi nigdy nie przeszkadzał ich płacz.
– Ja zastanawiam się – rzekł Spider – do czego służą konta na Kajmanach. Bo wiesz, jakoś wydaje mi się, że pieniądze, które powinny trafiać na rachunki klientów, czasami wędrują chyba do banków na Kajmanach. To dość zabawny sposób organizacj i finansów, bo pieniądze po prostu tam leżą. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Miałem nadzieję, że potrafisz mi to wyjaśnić.
Grahame Coats zbladł, po czym jego twarz niemal zbielała, przybierając odcień, który w katalogach farb producenci nazywają Pergamin bądź Magnolia.
– Jak się dostałeś do tych rachunków? – spytał.
– Komputery – wyjaśnił Spider. – Czy ciebie też doprowadzają do szału, tak jak mnie? Ale co począć.
Grahame Coats zastanawiał się kilka długich chwil. Zawsze dotąd sądził, iż jego interesy finansowe są tak bardzo zamotane, że nawet gdyby wydział przestępczości gospodarczej zdołał stwierdzić, że popełnia jakieś przestępstwa, miałby ogromne problemy z wyjaśnieniem przysięgłym, na czym dokładnie polegają.
– Posiadanie rachunków zagranicznych nie jest nielegalne – rzekł możliwie lekkim tonem.
– Nielegalne? – powtórzył Spider. – Mam szczerą nadzieję. Bo przecież gdybym zobaczył coś nielegalnego, musiałbym zgłosić to odpowiednim władzom.
Grahame Coats podniósł z biurka długopis i znów go odłożył.
– Ach – mruknął. – No cóż, uroczo się z tobą gawędziło, rozmawiało, spędzało czas i tak dalej, Charlesie. Lecz podejrzewam, że obaj mamy wiele pilnej pracy. Czas to pieniądz i nie czeka na nikogo. Chwila stracona to chwila zmarnowana.
– Życie jest jak piosenka – odparł Spider. – Choć czasem ze zdartej płyty.
– Nieważne.

Gruby Charlie zaczynał powoli czuć się jak człowiek. Ból minął, jego gardła nie atakowały już powolne, ukradkowe fale mdłości. Choć nie czuł jeszcze, by świat był pięknym, radosnym miejscem, opuścił dziewiąty krąg kacowych piekieł i bardzo się z tego cieszył.
Daisy zajęła łazienkę. Słyszał dobiegający z niej szum wody, a potem wesołe pluski.
Zastukał do drzwi.
– Jestem tu! – zawołała Daisy. – Siedzę w wannie.
– Wiem – odparł Gruby Charlie. – To znaczy nie wiedziałem, ale tak przypuszczałem.
– Tak? – spytała Daisy.
– Zastanawiałem się po prostu – powiedział przez drzwi – zastanawiałem się, czemu tu przyszłaś wczoraj w nocy.
– No cóż, nie czułeś się najlepiej i wyglądało na to, że twojemu bratu przyda się pomoc. Nie pracuję dziś rano, więc… voila!
– Voila – powtórzył Gruby Charlie.
Z jednej strony pożałowała go, z drugiej naprawdę polubiła Spidera. O tak, miał brata zaledwie nieco ponad dzień, ale już wiedział, że nowy porządek rodzinny nie kryje w sobie żadnych niespodzianek. Spider był odlotowym bratem, on sam tym drugim.
– Masz piękny głos – zauważyła.
– Słucham?
– Śpiewałeś w taksówce podczas jazdy do domu. Unforgettable. Wyszło ci świetnie.
Jakimś cudem udało mu się przegnać z pamięci cały incydent z karaoke, ukryć w mrocznym zakamarku, do którego spycha się niewygodne wspomnienia. Teraz wszystko powróciło i bardzo tego żałował.
– Byłeś świetny – dodała. – Zaśpiewasz mi coś później?
Gruby Charlie rozpaczliwie zastanawiał się, co odpowiedzieć, i dopiero dzwonek do drzwi wyrwał go z tych rozmyślań.
– Ktoś przyszedł – oznajmił.
Zszedł na dół, otworzył drzwi i sytuacja pogorszyła się gwałtownie. Matka Rosie posłała mu spojrzenie, od którego zsiadłoby się mleko. Milczała, trzymając w dłoni dużą, białą kopertę.
– Witam – powiedział Gruby Charlie. – Pani Noah, miło panią widzieć. Uhm.
Pociągnęła nosem i uniosła kopertę.
– Ach – rzekła. – Jesteś. A zatem. Zaprosisz mnie?
Zgadza się, pomyślał Gruby Charlie, takie jak ty zawsze trzeba najpierw zaprosić. Po prostu powiedz „nie” i sobie pójdzie.
– Oczywiście, pani Noah, proszę wejść. – A zatem tak to robią wampiry. – Napije się pani herbaty?
– Nie myśl tylko, że zdołasz mnie wykiwać – oznajmiła. – Bo nie zdołasz.
– No tak, jasne.
Razem pokonali wąskie stopnie i znaleźli się w kuchni. Matka Rosie rozejrzała się i skrzywiła, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że kuchnia nie odpowiada jej standardom higieny, choćby dlatego że są w niej rzeczy nadające się do jedzenia.
– Kawy, wody? – Tylko nie mów: „owoc z wosku”. – Owoc z wosku? – Cholera.
– Rosie wspominała, że twój ojciec zmarł niedawno.
– Zgadza się, tak.
– Gdy umarł ojciec Rosie, w piśmie „Kuchnie i kucharze” zamieszczono czterostronicowe pożegnanie. Napisali w nim, że to właśnie on zapoczątkował w tym kraju modę na karaibską kuchnię fusion.
– Ach.
– I nie zostawił mnie bez grosza. Miał polisę ubezpieczeniową, a także był współwłaścicielem dwóch modnych restauracji. Powodzi mi się bardzo dobrze. Po mojej śmierci wszystko odziedziczy Rosie.
– Kiedy się pobierzemy – odparł Gruby Charlie – ja będę się nią opiekował. Niech się pani nie martwi.
– Nie twierdzę, że chcesz ożenić się z Rosie wyłącznie dla moich pieniędzy – oznajmiła matka Rosie tonem wyraźnie wskazującym, że dokładnie tak twierdzi.
Gruby Charlie poczuł pierwsze oznaki powracającego bólu głowy.
– Pani Noah, czy mogę czymś służyć?
– Rozmawiałam z Rosie i postanowiłyśmy, że pomogę wam w planach weselnych – oznajmiła wyniośle. – Potrzebny mi spis twoich krewnych i przyjaciół, których chciałbyś zaprosić. Nazwiska, adresy, e-maile, numery telefonów. Przygotowałam formularz, po prostu go wypełnij. Pomyślałam, że oszczędzę na znaczku i sama ci to podrzucę, bo i tak przechodziłam obok Maxwell Gardens. Nie spodziewałam się zastać cię w domu. – Wręczyła mu wielką, białą kopertę. – W sumie w przyjęciu weźmie udział dziewięćdziesiąt osób. Wolno ci zaprosić ośmiu członków rodziny i sześcioro przyjaciół osobistych. Przyjaciele i czterech członków rodziny zajmą miejsce przy stole H, reszta rodziny przy stole C. Twój ojciec siedziałby z nami przy stole głównym, ale skoro odszedł, przeznaczyliśmy jego miejsce ciotce Rosie, Winifred. Wybrałeś już drużbę?
Gruby Charlie pokręcił głową.
– Kiedy to zrobisz, bądź łaskaw mu przekazać, by w swojej mowie nie cytował żadnych sprośności. Nie życzę sobie niczego, czego nie można by usłyszeć w kościele. Zrozumiałeś?
Gruby Charlie zastanawiał się, co matka Rosie zwykle słyszy w kościele. Prawdopodobnie krzyki: „Odstąp, nieczysta piekielna bestio!”, a po nich jęki: „To żyje?” i nerwowe pytania: „Czy ktoś zabrał może kołki i młotek?”.
– Myślę – rzekł – że mam więcej niż dziesięciu krewnych. Są przecież kuzyni, cioteczne babki i tak dalej.
– Najwyraźniej nie dociera do ciebie fakt – odparła matka Rosie – że śluby kosztują. Przeznaczyłam sto siedemdziesiąt pięć funtów dla każdej osoby przy stołach od A do D – stół A to ten główny – trafią tam najbliżsi krewni Rosie i członkinie mojego klubu; oraz sto dwadzieścia pięć funtów do stołów od E do G, przeznaczonych dla, no wiesz, dalszych znajomych, dzieci i tak dalej.
– Mówiła pani, że moi przyjaciele siądą przy stole H – wtrącił Gruby Charlie.
– To kolejny szczebel niżej. Nie dostaną przekąski z awokado i krewetkami ani deseru z cherry.
– Kiedy rozmawialiśmy z Rosie o weselu, zdecydowaliśmy się na kuchnię kreolską.
Matka Rosie pociągnęła nosem.
– Rosie czasami sama nie wie, czego chce. Ale teraz doszłyśmy do porozumienia.
– Proszę posłuchać – zaczął Gruby Charlie. – Myślę, że powinienem z nią o tym pomówić, potem odezwę się do pani.
– Po prostu wypełnij formularze – ucięła matka Rosie i zapytała podejrzliwie: – Czemu nie jesteś w pracy?
– Bo. No. Nie jestem. Znaczy mam wolne. Dziś. Nie pracuję.
– Mam nadzieję, że wspomniałeś o tym Rosie. Mówiła, że chce się z tobą spotkać w porze lunchu. Dlatego właśnie nie mogła zjeść lunchu ze mną.
Gruby Charlie zapisał w pamięci tę informację.
– No tak – rzekł. – Dziękuję, że pani zajrzała, pani Noah. Porozmawiam z Rosie i…
W tym momencie do kuchni weszła Daisy. Na głowie miała turban z ręcznika i owinęła się szlafrokiem Charliego, który oblepił mokre ciało.
– Masz tu sok pomarańczowy, prawda? – zagadnęła. – Wiem, widziałam go, grzebiąc w lodówce. Jak tam twoja głowa, lepiej? – Otworzyła drzwi lodówki i nalała sobie szklankę soku.
Matka Rosie odchrząknęła. Nie brzmiało to jak zwykłe chrząknięcie, lecz jak lawina kamyków toczących się po plaży.
– O, cześć – rzuciła Daisy. – Jestem Daisy.
Temperatura w kuchni zaczęła spadać.
– Ach tak? – spytała matka Rosie. Z ostatniego „k” zwisały długie sople lodu.
– Zastanawiam się, czy nazywaliby je pomarańczami, gdyby nie były pomarańczowe – powiedział Gruby Charlie, chcąc wypełnić ciszę. – Gdyby na przykład były wcześniej nieznanym niebieskim owocem, czy nazwaliby je niebieskami? Czy pilibyśmy niebieski sok?
– Co takiego? – spytała matka Rosie.
– A niech mnie. Powinieneś czasem posłuchać samego siebie – powiedziała radośnie Daisy. – No dobrze, idę poszukać mojego ubrania. Miło było panią poznać.
Wyszła. Gruby Charlie wciąż wstrzymywał oddech.
– Kto – spytała matka Rosie z idealnym spokojem. – To. Był?
– Moja sio–kuzynka. Moja kuzynka – odparł Gruby Charlie. – Po prostu myślę o niej jak o siostrze. W dzieciństwie byliśmy bardzo blisko. Zeszłej nocy wpadła niespodziewanie. Jest trochę szalona. No tak. Zobaczy ją pani na weselu.
– Posadzę ją przy stole H – oświadczyła matka Rosie. – Pewnie będzie się tam lepiej czuła. – Wymówiła te słowa tonem, który większość ludzi zachowuje dla zdań takich, jak: „Wolałbyś umrzeć szybko czy może mam pozwolić, by Mongo najpierw się z tobą zabawił?”.
– No tak – odparł Gruby Charlie. – Cóż, miło było panią widzieć. Musi mieć pani mnóstwo spraw do załatwienia. A ja powinienem już iść do pracy.
– Sądziłam, że masz dziś wolny dzień.
– Przedpołudnie. Mam wolne przedpołudnie, a prawie się już skończyło. I muszę iść do pracy, więc do widzenia.
Przycisnęła do siebie torebkę i wstała. Gruby Charlie odprowadził ją do holu.
– Było mi bardzo miło – rzekł.
Mrugnęła niczym pyton szykujący się do ataku – tyle, że oczywiście pytony nie mrugają.
– Do widzenia, Daisy! – zawołała. – Zobaczymy się na ślubie. Daisy, już w spodniach i w staniku, i właśnie naciągająca podkoszulek, wychyliła się zza drzwi.
– Cześć – rzuciła i wróciła do sypialni Grubego Charliego.
Matka Rosie zeszła w milczeniu po schodach za Grubym Charliem. Otworzył przed nią drzwi, a gdy go mijała, ujrzał na jej twarzy coś strasznego, coś co sprawiło, że żołądek ścisnął mu się jeszcze bardziej niż przedtem: coś, co matka Rosie zrobiła ze swymi ustami. Unosiły się w kącikach w upiornym grymasie. Matka Rosie uśmiechała się niczym czaszka obdarzona wargami.
Zamknął za nią drzwi i przez chwilę stał, wstrząsany dreszczami. A potem niczym człowiek idący na krzesło elektryczne wrócił na górę.
– Kto to był? – spytała Daisy, już prawie ubrana.
– Matka mojej narzeczonej.
– Prawdziwe z niej promienne słoneczko. – Miała na sobie ten sam strój co poprzedniego wieczoru.
– Idziesz tak do pracy?
– A niech mnie. Oczywiście, że nie. Pojadę do domu się przebrać. Zresztą i tak nie ubieram się tak do pracy. Możesz mi wezwać taksówkę?
– Dokąd jedziesz?
– Do Hendon.
Wykręcił numer przedsiębiorstwa taksówkowego. A potem usiadł w holu na podłodze, rozważając w myślach najróżniejsze scenariusze, z których żaden nie nadawał się do rozważania.
Daisy stanęła obok niego.
– Mam w torebce witaminę B – powiedziała. – Albo mógłbyś spróbować zlizać łyżeczkę miodu. Mnie osobiście nigdy to nie pomogło, ale moja współlokatorka przysięga, że świetnie leczy kaca.
– Nie o to chodzi – wyznał Gruby Charlie. – Powiedziałem jej, że jesteś moją kuzynką, żeby nie pomyślała, że jesteś moją, że my… No wiesz. Obca dziewczyna w mieszkaniu i tak dalej.
– Kuzynką, tak? Nie przejmuj się, pewnie zapomni o moim istnieniu. A jeśli nie, powiedz jej, że tajemniczo zniknęłam z kraju. Nigdy już się nie spotkamy.
– Naprawdę? Obiecujesz?
– Mógłbyś choć trochę opanować swój entuzjazm.
Na ulicy rozległ się klakson.
– To moja taksówka. Wstań i pożegnaj się.
Wstał.
– Nie martw się. – Uścisnęła go.
– Myślę, że moje życie właśnie się skończyło.
– Nieprawda.
– Nic mnie nie uratuje.
– Dzięki – rzuciła.
A potem wspięła się na palce, pochyliła i pocałowała go w usta, dłużej i mocniej, niż pozwalała na to ich krótka znajomość. Następnie uśmiechnęła się, wesoło zbiegła po schodach i wyszła.
– To – rzekł na głos Gruby Charlie, gdy zamknęła za sobą drzwi – nie dzieje się naprawdę. Chyba.
Wciąż czuł na ustach jej smak, smak soku pomarańczowego i malin. To był pocałunek, poważny pocałunek. Dalece wykraczał poza wszystkie inne pocałunki, jakich zakosztował w całym swym życiu, nawet z…
– Rosie – powiedział.
Otworzył klapkę telefonu i wybrał z listy numer.
– Tu telefon Rosie – oznajmił jej głos. – Jestem zajęta albo znów zgubiłam komórkę. Dodzwoniłeś się do poczty głosowej. Sprawdź w domu albo zostaw wiadomość.
Gruby Charlie rozłączył się. A potem narzucił płaszcz na dres i krzywiąc się lekko, gdy uderzyło go bezlitosne światło dnia, wyszedł na ulicę.

Rosie

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Rosie wzięła kąpiel, cmoknęła Grubego Charliego w policzek i pojechała do domu.
Gruby Charlie włączył telewizor. Odkrył jednak, że przysypia, wyłączył go więc i poszedł do łóżka, gdzie przyśnił mu się sen tak wyraźny, rzeczywisty i niezwykły, że wspomnienie o nim zachował do końca życia.
Czasami odkrywamy, że śnimy, bo nagle znajdujemy się w miejscu, którego w rzeczywistości nigdy nie odwiedziliśmy. Gruby Charlie nigdy nie był w Kalifornii ani w Beverly Hills. Oglądał je jednak dość często w filmach i w telewizji, by mieć przyjemne poczucie swojskości.
Właśnie odbywało się przyjęcie.
Poniżej lśniły i migotały światła Los Angeles.
Ludzie na przyjęciu wyraźnie dzielili się na tych roznoszących srebrne tace z doskonałymi, maleńkimi kanapeczkami i tych, którzy częstowali się ze srebrnych tac bądź odmawiali poczęstunku. Grupa karmionych krążyła po wielkim domu, plotkując, uśmiechając się, rozmawiając, każdy z nich równie pewny swego względnego znaczenia i pozycji w świecie Hollywood, jak dworzanie na dworze w pradawnej Japonii – i również zupełnie jak w pradawnej Japonii, każdy z nich wierzył święcie, że jeśli tylko wespnie się o szczebel wyżej, będzie bezpieczny. Byli tam aktorzy pragnący zostać gwiazdami, gwiazdy chcące stać się producentami niezależnymi, producenci niezależni łaknący bezpieczeństwa stanowiska w studio, dyrektorzy, którzy chcieli zostać gwiazdami, szefowie studiów marzący, by zostać szefami innych, potężniejszych studiów, pracujący dla studiów prawnicy, którzy po prostu chcieli, by lubiano ich jako ludzi albo przynajmniej choć trochę lubiano.
We śnie Gruby Charlie ujrzał samego siebie, jednocześnie z zewnątrz i od wewnątrz. Tyle że nie był sobą. Zazwyczaj śniło mu się, że przystępuje do egzaminu z podwójnego księgowania, o którym kompletnie zapomniał, a sytuację komplikuje głębokie przekonanie, że kiedy w końcu wstanie zza stołu, odkryje, iż jakimś cudem, ubierając się tego ranka, nie włożył na siebie nic poniżej pasa. W swych snach Gruby Charlie był sobą, tylko że bardziej niezdarnym.
Ale nie w tym śnie.
W tym śnie Gruby Charlie był super i więcej niż super. Był elegancki, ostry jak brzytwa, błyskotliwy, i jako jedyny beztacowy na przyjęciu nie otrzymał na nie zaproszenia. I (fakt ten niezwykle zaskoczył śpiącego Grubego Charliego, który nie potrafił wyobrazić sobie niczego bardziej krępującego niż przybycie gdzieś bez zaproszenia) rewelacyjnie się bawił.
Każdemu, kto pytał, opowiadał inną historię o tym, kim jest i po co przyszedł. Po półgodzinie większość obecnych uwierzyła, że reprezentuje zagraniczny fundusz inwestycyjny zamierzający wykupić jedno ze studiów. Po kolejnej półgodzinie wiedziano już powszechnie, że planuje złożyć ofertę nabycia Paramountu.
Jego śmiech brzmiał donośnie i zaraźliwie i wyglądało na to, że bez dwóch zdań bawi się lepiej niż ktokolwiek inny na przyjęciu. Udzielił barmanowi instrukcji, jak zmieszać koktajl, który nazwał „Dwuznaczną aluzją”; wyjaśnił, że choć jego podstawę stanowi szampan, z naukowego punktu widzenia jest to drink bezalkoholowy. Zawierał odrobinę tego i owego, a wszystko po połączeniu nabierało koloru jaskrawofioletowego, on zaś rozdawał drinki imprezowiczom z radością i entuzjazmem, aż w końcu nawet ludzie, którzy wcześniej czujnie sączyli gazowaną wodę mineralną, bojąc się, że wybuchnie, z przyjemnością opróżniali kolejne szklanki fioletowego płynu.
A potem, z logiką typową dla snów, poprowadził ich wszystkich do basenu, proponując, że nauczy ich sztuki Chodzenia Po Wodzie. To jedynie kwestia pewności siebie, mówił, podejścia do rzeczy, metody ataku, zrozumienia tego, co się robi. A ludzie zgromadzeni na przyjęciu najwyraźniej uwierzyli, że Chodzenie Po Wodzie to rzeczywiście wspaniała sztuczka, warta opanowania, coś, co gdzieś w głębi swych dusz zawsze umieli, lecz o czym zapomnieli, a ten człowiek przypomni im leżącą u podstaw technikę.
„Zdejmijcie buty”, polecił i zdjęli buty. Pantofle od Sergio Rosse’a, Christiana Louboutina i Rene Caovillasa stały obok Nike’ów, Doc Martensów i anonimowych czarnych, skórzanych butów agentów. A on poprowadził ich w niezbyt równym szeregu wokół basenu i dalej, na jego powierzchnię. Woda była zimna w dotyku, drżała pod stopami niczym gęsta galareta. Niektóre kobiety i kilku mężczyzn zachichotało. Paru młodszych agentów zaczęło podskakiwać radośnie niczym dzieci na dmuchanym zamku. Daleko w dole światła Los Angeles przenikały przez smog niczym odległe galaktyki.
Wkrótce każdy skrawek basenu zapełnił się imprezowiczami – stojącymi, tańczącymi, trzęsącymi się i podskakującymi na wodzie. Napór tłumu był tak silny, że supergość, Charlie ze snu, cofnął się na betonowy brzeg i poczęstował ze srebrnej tacy kulką falafela z sushimi.
Z krzewu jaśminu zeskoczył na ramię supergościa pająk. Przebiegł po jego ręce na dłoń, gdzie supergość powitał go radosnym: „Hejjj”.
Potem umilkł, jakby słuchał czegoś, co mówi pająk, czegoś co tylko on potrafi dosłyszeć. W końcu rzekł: „Proście, a będzie wam dane. Czyż nie tak?”.
Delikatnie posadził pająka na liściu jaśminu.
I w tej samej chwili każda z osób stojących na bosaka na powierzchni basenu przypomniała sobie, że woda to płyn, nie ciało stałe, i że istnieje powód, dla którego ludzie zwykle nie chodzą, a co dopiero tańczą czy podskakują, po wodzie, tzn. to niemożliwe.
Byli to ludzie, którzy pociągali za sznurki i trzymali w szachu całą fabrykę snów. A teraz nagle, wymachując rękami, wpadli w ubraniach w wodę o głębokości od metra do trzech – byli mokrzy, oszołomieni i przerażeni.
Supergość spokojnie przeszedł przez basen, depcząc po głowach ludzi, rękach innych ludzi i ani na moment nie tracąc równowagi. Potem dotarł na drugi brzeg, gdzie grunt opadał stromo – i skoczył naprzód, nurkując w nocne światła Los Angeles, które pochłonęły go niczym rozmigotany ocean.
Ludzie w basenie zaczęli gramolić się na brzeg, wściekli, zdenerwowani, oszołomieni, przemoczeni i w niektórych przypadkach mocno podtopieni.
Był wczesny ranek w południowym Londynie. Niebo za oknem rozjaśniał szarobłękitny brzask.
Gruby Charlie wstał z łóżka, poruszony owym snem, i podszedł do okna. Zasłony nie były zaciągnięte. Ujrzał początek wschodu słońca, olbrzymi krwistopomarańczowy krąg otoczony szarymi chmurami muśniętymi szkarłatem. Na widok takiego nieba nawet najbardziej prozaiczny człowiek odkrywa w sobie nagle głęboko zakorzenione pragnienie malowania olejnych pejzaży.
Gruby Charlie oglądał wschód słońca. Czerwienią niebo się jarzy, pomyślał, przestroga dla marynarzy.
To był strasznie dziwny sen. Przyjęcie w Hollywood, tajemnica chodzenia po wodzie. I ten człowiek, który był nim, a jednocześnie nie był.
Gruby Charlie uświadomił sobie, że zna człowieka ze snu. Gdzieś już go widział. Pojął też, że jeśli będzie się nad tym zastanawiał, ta świadomość nie da mu spokoju do końca dnia, niczym strzęp nitki dentystycznej, który utkwił między zębami, albo to, jak dokładnie znaczeniowo różnią się słowa promiskuizm i promiskuityzm. Pozostanie w jego myślach i będzie go wkurzać.
Wyjrzał przez okno.
Dochodziła szósta, na świecie panował spokój. Ktoś wybrał się na wczesny spacer z psem i teraz na skraju drogi zachęcał szpica, by w końcu się załatwił. Listonosz krążył od domu do domu czerwoną furgonetką. A potem coś poruszyło się na chodniku pod jego domem. Gruby Charlie spojrzał w dół.
Obok żywopłotu stał mężczyzna. Gdy ujrzał, że ubrany w pidżamę Gruby Charlie spogląda na niego, uśmiechnął się szeroko i pomachał. Widok ten wstrząsnął Grubym Charliem do głębi. Znał zarówno ów uśmiech, jak i gest, choć nie potrafił powiedzieć skąd. Resztki snu wciąż tkwiły w jego głowie, sprawiały, że czuł się niezręcznie, że cały świat wyglądał dziwnie nierzeczywiście. Przetarł oczy i człowiek stojący obok żywopłotu zniknął. Gruby Charlie miał nadzieję, że ów mężczyzna odszedł, ruszył dalej drogą i rozpłynął się w oparach porannej mgły, zabierając ze sobą wszystkie niezręczności, irytacje i szaleństwa.
A potem zabrzęczał dzwonek.
Gruby Charlie pośpiesznie narzucił na ramiona szlafrok i zszedł na dół.
Nigdy dotąd, ani razu w całym życiu, nie zamknął łańcucha przed otwarciem drzwi. Teraz jednak, nim przekręcił klamkę, wsunął główkę łańcucha na miejsce i uchylił drzwi frontowe na piętnaście centymetrów.
– Dzień dobry? – rzekł czujnie.
Uśmiech, który powitał go z drugiej strony drzwi, mógłby oświetlić całą wioskę.
– Wezwałeś mnie i oto jestem – oznajmił nieznajomy. – A teraz otworzysz te drzwi i wpuścisz mnie, Gruby Charlie?
– Kim pan jest?
W chwili, gdy wymówił te słowa, przypomniał sobie, gdzie wcześniej widział owego mężczyznę: na pogrzebie matki, w małej kaplicy w krematorium. Wówczas to po raz ostatni oglądał ów uśmiech. Poznał odpowiedź, nim facet zdążył się odezwać.
– Jestem twoim bratem – odparł mężczyzna.
Gruby Charlie zamknął drzwi, zdjął łańcuch i otworzył je ponownie na oścież. Mężczyzna wciąż tam stał. Gruby Charlie nie miał pojęcia, jak powitać potencjalnie wymyślonego brata, w którego istnienie wcześniej nie wierzył. Zatem stali tak długą chwilę, jeden po jednej stronie drzwi, drugi po drugiej. W końcu brat odezwał się pierwszy.
– Możesz mi mówić Spider. Zaprosisz mnie?
– Tak. Jasne. Oczywiście. Proszę. Wejdź.
Gruby Charlie zaprowadził go na górę.
Niemożliwe rzeczy się zdarzają. Kiedy się tak dzieje, większość ludzi po prostu jakoś to znosi. Dziś, tak jak każdego dnia, mniej więcej pięć tysięcy osób na tej ziemi przeżyje coś, czego szanse określa się jako jedna na milion, i żadna z nich nie uzna, że straciła zmysły. Większość powie tylko: „Zabawne, jak kręci się ten świat” (bądź użyje odpowiednika we własnym języku) i będzie żyć dalej. Toteż, choć część Grubego Charliego próbowała znaleźć rozsądne, logiczne wytłumaczenie tego co się dzieje, reszta jego umysłu po prostu przywykała do myśli, że brat, o którego istnieniu nie miał wcześniej pojęcia, idzie właśnie za nim po schodach.
Dotarli do kuchni i zatrzymali się.
– Napijesz się herbaty?
– A masz może kawę?
– Niestety, tylko rozpuszczalną.
– Nie szkodzi.
Gruby Charlie włączył czajnik.
– Przyjeżdżasz z daleka?
– Z Los Angeles.
– Jak minął lot?
Mężczyzna usiadł przy kuchennym stole. Wzruszył ramionami. Ten gest mógł znaczyć cokolwiek.
– Uhm. Długo zamierzasz zostać?
– Nie zastanawiałem się jeszcze.
Mężczyzna, Spider, rozejrzał się po kuchni Grubego Charliego, jakby nigdy wcześniej nie przebywał w podobnym pomieszczeniu.
– Jaką kawę pijasz?
– Czarną jak noc, słodką jak grzech.
Gruby Charlie postawił kubek na stole i podsunął mu cukierniczkę.
– Częstuj się.
Podczas gdy Spider wsypywał do kawy kolejne łyżeczki cukru, Gruby Charlie usiadł naprzeciwko, wpatrując się w niego.
Nie mógł zaprzeczyć, że istniało między nimi wyraźne rodzinne podobieństwo. Jednakże ten fakt sam w sobie nie tłumaczył przemożnego uczucia, że dobrze go zna, które ogarnęło Grubego Charliego na widok brata. Spider wyglądał tak, jak on sam chciałby wyglądać. Nie przypominał raczej rozczarowującego gościa, którego Gruby Charlie z nieznośną monotonią oglądał co rano w lusterku w łazience. Spider był wyższy, szczuplejszy i bardziej odlotowy. Miał na sobie czarno-szkarłatną skórzaną kurtkę i obcisłe spodnie z czarnej skóry – i wyglądał w nich zupełnie naturalnie. Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć, czy tak właśnie wyglądał supergość z jego snu. Sprawiał wrażenie, jakby wyrastał ponad innych ludzi. Samo to, że siedział naprzeciwko, spowodowało, że Gruby Charlie poczuł się niezgrabny, kiepsko skonstruowany i lekko niemądry. Nie była to kwestia stroju Spidera, lecz raczej świadomości, że gdyby on sam włożył coś takiego, wyglądałby jak w zupełnie nieprzekonującym przebraniu. Nie sprawiał tego również uśmiech Spidera – niewymuszony, radosny – lecz zimna, niezłomna pewność Grubego Charliego, że on sam mógłby ćwiczyć uśmiechy przed lustrem aż po kres czasu i nigdy nie zdołać uśmiechnąć się nawet w połowie tak czarująco, nonszalancko, równie ciepło i dobrodusznie.
– Byłeś na kremacji mamy – zauważył.
– Zastanawiałem się, czy nie podejść i nie porozmawiać z tobą po wszystkim – odparł Spider. – Ale nie byłem pewien czy to dobry pomysł.
– Szkoda, że tego nie zrobiłeś. – Nagle Grubemu Charliemu przyszło coś do głowy. – Ale dziwne, że nie zjawiłeś się na pogrzebie taty.
– Co takiego? – rzucił Spider.
– Jego pogrzebie. Odbył się na Florydzie. Parę dni temu.
Spider pokręcił głową.
– On nie umarł. Z pewnością wiedziałbym, gdyby odszedł.
– Nie żyje, sam go pogrzebałem. To znaczy zasypałem grób. Spytaj panią Higgler.
– Jak umarł? – zapytał Spider.
– Na atak serca.
– To nic nie znaczy. Tylko tyle, że umarł.
– No tak. Nie żyje.
Spider przestał się uśmiechać. W skupieniu wpatrywał się w kawę, jakby sądził, że odnajdzie w niej odpowiedź.
– Powinienem to sprawdzić – oświadczył. – Nie dlatego, że ci nie wierzę, ale tu chodzi o twojego staruszka. Choć twój staruszek jest też moim. – Skrzywił się. Gruby Charlie dobrze wiedział co oznacza ów grymas; sam robił go w duchu po wielokroć, gdy wypływał temat ojca. – Czy ona mieszka wciąż w tym samym domu, obok tego, w którym dorastaliśmy?
– Pani Higgler? Tak, wciąż tam jest.
– Nie masz przypadkiem czegoś stamtąd? Obrazka, może zdjęcia?
– Przywiozłem całe pudło.
Jak dotąd Gruby Charlie nie otworzył jeszcze dużego, kartonowego pudełka, które wciąż czekało grzecznie w holu. Przyniósł je teraz do kuchni i postawił na stole. Wziął nóż kuchenny, szybko rozciął taśmę. Spider wsunął do pudła wąskie palce i zaczął tasować zdjęcia niczym karty, aż w końcu wyciągnął jedno, przedstawiające ich matkę i panią Higgler sprzed dwudziestu pięciu lat. Obie siedziały na werandzie pani Higgler.
– Ta weranda wciąż tam jest?
Gruby Charlie próbował sobie przypomnieć.
– Chyba tak.
Później nie potrafił stwierdzić, czy to zdjęcie stało się wielkie, czy też Spider gwałtownie zmalał. Mógłby przysiąc, że nic takiego nie nastąpiło, a jednak nie dało się zaprzeczyć, że Spider wszedł w zdjęcie, które zamigotało, zafalowało i go pochłonęło.
Gruby Charlie przetarł oczy. Była szósta rano. Siedział sam przy kuchennym stole. Na blacie przed nim stało pudło pełne zdjęć i dokumentów, a także pusty kubek. Wsadził go do zlewu. Potem pomaszerował do sypialni, położył się do łóżka i zasnął. Obudził go dopiero budzik nastawiony na siódmą piętnaście.

Gruby Charlie obudził się.
W jego umyśle wspomnienia snów o spotkaniu z bratem-gwiazdą filmową łączyły się ze snem, w którym odwiedził go prezydent Taft, przywożąc ze sobą całą obsadę rysunkowego serialu Tom i Jerry. Gruby Charlie wziął prysznic i pojechał metrem do pracy.
Przez cały dzień coś nie dawało mu spokoju, coś dręczyło go w głębi umysłu, a on nie wiedział co. Gubił różne rzeczy. Zapominał. W pewnym momencie zaczął śpiewać przy biurku – nie dlatego, że był szczęśliwy, tylko po prostu zapomniał, że nie powinien tego robić. Uświadomił sobie, co się dzieje, dopiero, gdy Grahame Coats we własnej osobie wsunął głowę do środka boksu Grubego Charliego, by go upomnieć.
– W naszym biurze nie używamy żadnych odbiorników radiowych, walkmanów, odtwarzaczy MP3 ani innego sprzętu muzycznego – oznajmił Grahame Coats, posyłając mu spojrzenie godne fretki. – Muzyka świadczy o lekkomyślnym stosunku do wszystkiego, stosunku, którego nie lubimy w świecie pracy.
– To nie było radio – przyznał Gruby Charlie. Uszy piekły go okropnie.
– Nie? A zatem zechcesz może powiedzieć, co?
– Ja.
– Ty?
– Tak, śpiewałem. Bardzo przepraszam.
– Przysiągłbym, że to radio. A jednak się myliłem. Dobry Boże, skoro dysponujesz taką głębią talentów, tak niezwykłymi zdolnościami, może powinieneś nas porzucić i wstąpić na scenę, zabawiać tłumy, czy nawet zorganizować koncert plenerowy, zamiast niepotrzebnie zajmować biurko agencji, w której inni próbują pracować, co? To miejsce, w którym kieruje się karierami innych.
– Nie – rzucił krótko Gruby Charlie. – Nie chcę odchodzić. Po prostu nie pomyślałem.
– Zatem – odparł Grahame Coats – musisz nauczyć się powstrzymywać od śpiewu. Zachowaj go do wanny, pod prysznic albo na trybuny, z których będziesz dopingował ulubioną drużynę piłkarską. Osobiście kibicuję Cristal Palace. W przeciwnym razie będziesz musiał poszukać sobie dobrze płatnej posady gdzie indziej.
Gruby Charlie uśmiechnął się, uświadomił sobie, że wcale nie miał takiego zamiaru i przybrał poważną minę. Do tej chwili jednak Grahame Coats opuścił już biuro. Gruby Charlie zaklął pod nosem, położył ręce na biurku i oparł na nich głowę.
– To ty śpiewałeś?
To była jedna z nowych dziewczyn z działu łączności z artystami. Gruby Charlie nigdy nie zdołał zapamiętać ich imion. Nim się ich nauczył, wszystkie znikały.
– Niestety, tak.
– Co śpiewałeś? Było śliczne.
Gruby Charlie uświadomił sobie, że nie wie.
– Nie jestem pewien – odparł. – Nie słuchałem.
Zaśmiała się cicho.
– On ma rację. Powinieneś nagrywać płyty, a nie marnować tu czas.
Gruby Charlie nie wiedział co odpowiedzieć. Z piekącymi policzkami zaczął wykreślać liczby, sporządzać notatki, zbierać karteczki z wiadomościami i przyklejać je do monitora. Zabijał czas, czekając, aż koleżanka odejdzie.
Zadzwoniła Maeve Livingstone. Czy Gruby Charlie zechciałby dopilnować, by Grahame Coats odezwał się do dyrektora jej banku? Odparł, że dołoży wszelkich starań. Poleciła z naciskiem, by tak właśnie uczynił.
O czwartej Rosie złapała go, dzwoniąc na komórkę z informacją, że ma już wodę w mieszkaniu. Przekazała też dobre wieści: jej matka postanowiła zaangażować się w organizację ślubu i wesela i poprosiła, żeby Rosie przyszła do niej wieczorem, by omówić parę spraw.
– No tak – mruknął Gruby Charlie. – Jeśli to ona zajmie się kolacją, oszczędzimy majątek na jedzeniu.
– Nieładnie tak mówić. Zadzwonię wieczorem i dam ci znać, jak poszło.
Gruby Charlie odparł, że ją kocha, i rozłączył się. Ktoś na niego patrzył. Odwrócił głowę.
– Kto prowadzi prywatne rozmowy w czasie pracy, zbiera burzę – oznajmił Grahame Coats. – Wiesz, kto to powiedział?
– Pan?
– Istotnie, to ja. O tak. I nigdy z ust mych nie padły mądrzejsze słowa. Uznaj to za oficjalne ostrzeżenie.
A potem uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmieszkiem, który zmusił Grubego Charliego do rozważenia najróżniejszych możliwych skutków walnięcia pięścią w mocno zaokrąglony korpus Grahame’a Coatsa. Uznał, że najbardziej prawdopodobne byłoby wylanie z pracy bądź proces o napaść. Mimo wszystko jednak może warto…
Gruby Charlie nie był z natury skłonny do przemocy, mógł jednak marzyć. Zwykle jego marzenia na jawie nie sięgały zbyt daleko, były drobne i przyziemne. Chciał mieć dość pieniędzy, by móc jadać w dobrych restauracjach, gdy tylko zapragnie, pracować w miejscu, w którym nikt nie mówiłby mu, co ma robić. Pragnął móc śpiewać bez poczucia wstydu, gdzieś, gdzie nie zjawiłby się nikt, kto mógłby go usłyszeć.
Tego popołudnia jednak jego marzenia przybrały inną postać: po pierwsze, umiał latać, a pociski odbijały się od jego potężnej piersi, gdy opadał niczym błyskawica z nieba i ratował Rosie przed bandą łajdaków, mętów i porywaczy. Rosie przywierała do niego mocno i razem odlatywali ku zachodzącemu słońcu do jego Fortecy Supergościa, gdzie czuła tak ogromną wdzięczność, że z entuzjazmem postanawiała nie zawracać sobie dłużej głowy całym tym czekaniem aż do ślubu i wspólnie zaczynali na wyścigi napełniać swój słój…
Marzenia łagodziły stres towarzyszący pracy w Agencji Grahame’a Coatsa, ciągłego powtarzania ludziom, że ich czeki zostały już wysłane, i domagania się spłaty należności.
O osiemnastej Gruby Charlie wyłączył swój komputer i pokonał pięć biegów schodów prowadzących na ulicę. Nie padało. Nad jego głową krążyło stado rozwrzeszczanych szpaków – wieczorny, miejski chór. Wszyscy na chodniku dokądś się śpieszyli. Większość, podobnie jak Gruby Charlie, maszerowała Kingsway do stacji metra Holborn. Szli ze spuszczonymi głowami i sprawiali wrażenie ludzi, którzy pragną jak najszybciej dotrzeć do domu i spędzić tam cały wieczór.
Oprócz nich na chodniku był jednak jeszcze ktoś, kto nigdzie się nie śpieszył. Stał zwrócony twarzą do Grubego Charliego i pozostałych przechodniów. Jego skórzana kurtka łopotała na wietrze. Nie uśmiechał się.
Gruby Charlie dostrzegł go z samego końca ulicy. Gdy się zbliżył, wszystko nagle wydało się nierzeczywiste. Wydarzenia całego dnia rozpłynęły się i Gruby Charlie uświadomił sobie, co przez cały czas starał się sobie przypomnieć.
– Cześć, Spider – powitał brata.
Spider wyglądał, jakby w jego wnętrzu szalała burza. Może nawet był bliski łez; Gruby Charlie nie wiedział. Jego twarz i postawa zdradzały tak wiele emocji, że ludzie na ulicy odwracali wzrok zawstydzeni.
– Poszedłem tam – oznajmił głuchym głosem. – Rozmawiałem z panią Higgler, zaprowadziła mnie na grób. Mój ojciec umarł, a ja nic nie wiedziałem.
– Był także moim ojcem – przypomniał Gruby Charlie.
Zastanawiał się, jakim cudem zdołał zapomnieć o istnieniu Spidera, zlekceważyć je, uznać za zwykły sen.
– To prawda.
Nad nimi rozciągało się wieczorne niebo ze szpakowym haftem. Ptaki krążyły bez celu, przelatywały z dachu na dach.
Spider wzdrygnął się i wyprostował. Najwyraźniej podjął jakąś decyzję.
– Masz świętą rację – oznajmił. – Musimy załatwić to razem.
– Zgadza się – mruknął Gruby Charlie, po czym spytał: – Ale co załatwić?
Spider zdążył już zatrzymać taksówkę.
– Jesteśmy ludźmi po przejściach – poinformował świat Spider. – Nasz ojciec odszedł, serca ciążą nam w piersiach, smutek osiadł na nas niczym pyłek w porze kataru siennego. Spowiła nas ciemność, a za jedynego kompana mamy nieszczęście.
– W porządku, panowie – odparł radośnie taksówkarz. – Dokąd was zawieźć?
– Tam, gdzie można odnaleźć trzy lekarstwa na mrok zasnuwający duszę – oznajmił Spider.
– Może zjedlibyśmy razem curry? – podsunął bratu Gruby Charlie.
– Istnieją trzy rzeczy i tylko trzy, które mogą złagodzić ból śmiertelności i zaleczyć rany zadane przez życie – odparł Spider. – Te rzeczy to wino, kobiety i śpiew.
– Curry też jest niezłe – zauważył Gruby Charlie, ale nikt go nie słuchał.
– W jakiej kolejności? – spytał taksówkarz.
– Najpierw wino – zadecydował Spider. – Rzeki, jeziora, bezkresne oceany wina.
– W porząsiu. – Taksówkarz włączył się do ruchu.
– Mam co do tego okropnie złe przeczucie – rzekł usłużnie Gruby Charlie.
Spider przytaknął.
– Złe przeczucie. O tak, obaj mamy złe przeczucia. Dziś wydobędziemy je na światło dzienne, podzielimy się nimi, stawimy im czoło. Będziemy razem opłakiwać naszą stratę. Wysączymy gorzki osad śmiertelności. Gdy dzielisz się bólem, bracie mój, nie podwajasz go, lecz zmniejszasz o połowę. Żaden człowiek nie jest samotną wyspą.
– Nie pytaj tedy, komu bije dzwon – zaintonował taksówkarz. – Bije on tobie.
– Ho, ho – rzucił Spider. – To całkiem niezła zagwozdka.
– Dziękuję – mruknął kierowca.
– Tak właśnie wszystko się kończy. Prawdziwy z ciebie filozof. Ja jestem Spider, to mój brat, Gruby Charlie.
– Charles – poprawił Gruby Charlie.
– Steve – przedstawił się taksówkarz. – Steve Burridge.
– Panie Burridge – zagadnął Spider – czy chciałby pan zostać na dziś wieczór naszym osobistym kierowcą?
Steve Burridge wyjaśnił, że właśnie kończy mu się zmiana i zaraz po tym kursie zamierza wrócić do domu, gdzie czeka już kolacja z panią Burridge i wszystkimi małymi Burridgątkami.
– Słyszałeś? – powiedział Spider. – Głowa rodziny. Mój brat i ja jesteśmy dla siebie nawzajem jedyną rodziną, jaka nam została, a dziś spotkaliśmy się po raz pierwszy.
– Niezła historia – zauważył taksówkarz. – Doszło do jakiejś waśni?
– Ależ nie. Po prostu nie wiedział, że ma brata – wyjaśnił Spider.
– A ty? – spytał Gruby Charlie. – Wiedziałeś o mnie?
– Może i wiedziałem, ale takie kwestie łatwo umykają mi z pamięci.
Taksówkarz zjechał na krawężnik.
– Gdzie jesteśmy? – spytał Gruby Charlie. Nie jechali zbyt długo. Miał wrażenie, że znaleźli się w bocznej uliczce od Fleet Street.
– Tam, gdzie chcieliście – odparł taksówkarz. – Wino.
Spider wysiadł i zmierzył wzrokiem sczerniały dąb i brudne szkło witryny stareńkiej winiarni.
– Idealne miejsce – rzekł. – Zapłać temu miłemu człowiekowi, bracie.
Gruby Charlie zapłacił taksówkarzowi. Po drewnianych stopniach zeszli do piwnicy, w której czerwoni na twarzach adwokaci pili ramię w ramię z bladymi prezesami funduszy inwestycyjnych. Podłogę wysypano trocinami, na tablicy za barem wypisano nieczytelnie kredą listę win.
– Czego się napijesz? – spytał Spider.
– Proszę kieliszek czerwonego stołowego.
Spider spojrzał na niego z powagą.
– Jesteśmy ostatnimi potomkami rodu Anansiego. Nie będziemy czcić pamięci naszego ojca tanim stołowym winem.
– Eee. No tak. W takim razie wezmę to co ty.
Spider podszedł do baru, przeciskając się przez tłum ludzi, jakby w ogóle ich tam nie było. Po kilkunastu minutach wrócił, niosąc dwa kieliszki, korkociąg i niewiarygodnie zakurzoną butelkę. Otworzył ją z łatwością, która niezmiernie zaimponowała Grubemu Charliemu (on sam zawsze musiał wyciągać ze swojego wina kawałeczki korka). Spider nalał im trunku tak brązowego, że niemal czarnego. Napełnił oba kieliszki i postawił jeden przed Grubym Charliem.
– Toast – rzekł. – Za pamięć o naszym ojcu.
– Za tatę – odparł Gruby Charlie i trącił się kieliszkiem ze Spiderem; jakimś cudem udało mu się przy tym nie rozlać ani kropli. Skosztował wina. Smakowało osobliwie, goryczą, ziołami i solą. – Co to?
– Wino pogrzebowe, którym opija się pamięć bogów. Od dawna już takiego nie robią. Przyprawiają je gorzkim aloesem, rozmarynem i łzami dziewic o złamanych sercach.
– I sprzedają w winiarni przy Fleet Street? – Gruby Charlie podniósł butelkę, lecz etykietka była zbyt wyblakła i zakurzona, żeby dało się cokolwiek odczytać. – Nigdy o nim nie słyszałem.
– W starych barach można znaleźć dobry towar, jeśli tylko wiesz, o co prosić – wyjaśnił Spider. – A może po prostu tak mi się zdaje.
Gruby Charlie pociągnął kolejny łyk wina. Było mocne i bardzo ostre w smaku.
– To nie jest wino do sączenia – upomniał go Spider. – To wino żałobne. Pijesz je jednym haustem, o tak. – Pociągnął potężny łyk i skrzywił się. – W ten sposób smakuje lepiej.
Gruby Charlie zawahał się, po czym nabrał pełne usta niezwykłego wina. Wyobraził sobie, że czuje smak aloesu i rozmarynu. Zastanawiał się, czy sól naprawdę pochodzi z łez.
– Przyprawiają je rozmarynem, bo rozmaryn znaczy pamięć. – Spider znów napełnił kieliszki. Gruby Charlie zaczął wyjaśniać, że nie ma ochoty pić zbyt wiele wina i że jutro musi pracować, lecz brat nie pozwolił mu skończyć. – Teraz twoja kolej, by wznieść toast – rzekł.
– Eee. No tak – odparł Gruby Charlie. – Za mamę.
Wypili za pamięć matki. Gruby Charlie odkrył, że gorzkie wino zaczyna mu nawet smakować. Zapiekły go oczy, serce przeszyło poczucie głębokiej, nieodwracalnej i bolesnej straty. Tęsknił za matką, tęsknił za dzieciństwem, tęsknił nawet za ojcem. Po drugiej stronie stołu Spider kręcił głową. Po jego twarzy spłynęła łza i wpadła do kieliszka. Sięgnął po butelkę i nalał im obu.
Gruby Charlie wypił.
I wraz z winem w głąb jego gardła spłynęła rozpacz, napełniła mu głowę i ciało poczuciem straty, bólem nieobecności, wzbierając w nim niczym fale oceanu.
Z jego oczu także popłynęły łzy, ściekając po policzkach i z pluskiem mieszając się z trunkiem. Zaczął grzebać w kieszeni, szukając chusteczki. Spider rozlał im resztkę czarnego wina.
– Naprawdę je tu sprzedają?
– Mieli butelkę, choć sami o tym nie wiedzieli. Trzeba im było przypomnieć.
Gruby Charlie wydmuchnął nos.
– Nie miałem pojęcia, że mam brata – rzekł.
– Ja miałem – odparł Spider. – Nawet chciałem sprawdzić co u ciebie, ale ciągle coś mi w tym przeszkadzało. Wiesz, jak to jest.
– Niespecjalnie.
– Wypadały mi jakieś sprawy.
– Jakie sprawy?
– Sprawy. Wypadały mi. To właśnie robią. Wypadają. Nie można oczekiwać, że ogarnę je wszystkie.
– To daj mi jakiś przykład.
Spider pociągnął łyk wina.
– W porządku. Kiedy ostatnio postanowiłem, że powinniśmy się poznać, poświęciłem cały dzień na planowanie tego spotkania. Chciałem, żeby wszystko poszło idealnie. Musiałem wybrać właściwy strój, a potem postanowić, co ci powiem, gdy już się spotkamy. Wiedziałem, że spotkanie dwóch braci to temat epickiej opowieści. Mam rację? Uznałem zatem, że aby nadać mu odpowiednią wagę, trzeba to uczynić wierszem. Ale jakim wierszem? Mam go wyrapować, wydeklamować? Nie powitam cię przecież limerykiem. A zatem musiało to być coś mrocznego, poruszającego, rytmicznego, epickiego. I nagle odkryłem, że już mam, idealny pierwszy wers. „Krew wzywa krew, jak syrena w nocy”. Mówił tak wiele, wiedziałem, że zdołam ogarnąć wszystko – ludzi umierających w zaułkach, pot i koszmary senne, moc swobodnych, nieugiętych duchów. Miało tam być wszystko. Potem jednak musiałem wymyślić drugi wers i wszystko się rozsypało. Najlepsze, co przyszło mi do głowy, to: „Tum, tumpty tum zaznał strachu mocy”.
Gruby Charlie zamrugał ze zdumienia.
– Kim dokładnie jest Tum tumpty tum?
– Nikim. To po prostu miejsce, w którym miały się znaleźć inne słowa. Nie zdołałem jednak posunąć się dalej, a nie mogłem się zjawić, dysponując tylko jednym wersem, tumptymi i trzema słowami epickiego poematu. Zgodzisz się chyba? To by oznaczało brak szacunku.
– No…
– Właśnie. Więc zamiast tego spędziłem tydzień na Hawajach. Jak już mówiłem, coś mi wypadło.
Gruby Charlie napił się wina. Smakowało mu. Czasem silne smaki pasują do silnych emocji, i to był właśnie jeden z owych czasów.
– Ale przecież niemożliwe, by zawsze chodziło o drugi wers wiersza – zaprotestował.
Spider położył szczupłą dłoń na większej ręce Grubego Charliego.
– Dość już o mnie. Chcę posłuchać o tobie.
– Nie ma zbyt wiele do opowiadania.
Gruby Charlie opisał bratu swoje życie. Mówił o Rosie i matce Rosie, o Grahamie Coatsie i Agencji Grahame’a Coatsa, a jego brat przytakiwał w milczeniu. Teraz, gdy Gruby Charlie ujął swe życie w słowach, nie wyglądało zbyt imponująco.
– Mimo wszystko – zakończył filozoficznie – trzeba też pamiętać o ludziach, o których czyta się w plotkarskich gazetach i magazynach. Zawsze powtarzają, jak nudne, puste i bezsensowne prowadzą życie.
Odwrócił butelkę nad kieliszkiem z nadzieją, że zostało jeszcze dość wina na jeden łyk, ale zdołał wysączyć zaledwie kilka kropel. Butelka była pusta. Wystarczyła na dłużej niż powinna, ale w końcu nic w niej nie zostało.
Spider wstał.
– Poznałem tych ludzi – rzekł. – Tych z kolorowych magazynów. Krążyłem wśród nich. Widziałem na własne oczy ich puste, marne życia. Oglądałem ich, pozostając w cieniu, gdy sądzili, że są sami. I uwierz mi, niestety, żaden z nich nie zamieniłby się z tobą, nawet pod groźbą broni, mój bracie. Chodź.
– Hę? Dokąd idziesz?
– Idziemy. Wypełniliśmy pierwszą część dzisiejszej potrójnej misji. Wino zostało wypite. Zostały jeszcze dwie.
– Eee…
Gruby Charlie wyszedł za Spiderem na dwór. Liczył, że chłodne, wieczorne powietrze oczyści mu umysł, ale tak się nie stało. Miał wrażenie, że gdyby nie mocna, solidna szyja, głowa odpłynęłaby mu w noc.
– Teraz kobiety – oznajmił Spider. – Potem śpiew.

W tym miejscu warto być może wspomnieć, że w świecie Grubego Charliego kobiety nie zjawiały się ot tak, po prostu. Trzeba było zostać im przedstawionym, zebrać się na odwagę, by z nimi pomówić, potem znaleźć stosowny temat rozmowy, a gdy już pokonało się wszystkie te przeszkody, natychmiast pojawiały się następne. Trzeba było odważyć się spytać, czy są zajęte w sobotni wieczór, a potem, gdy już się to zrobiło, większość odpowiadała, że akurat wtedy muszą umyć głowę, napisać coś w pamiętniku, wyczyścić klatkę nimfy albo po prostu zaczekać, aż zatelefonuje inny mężczyzna, który nigdy tego nie uczyni.
Lecz Spider żył w zupełnie innym świecie.
Ruszyli razem w stronę West Endu i zatrzymali się na widok pierwszego zatłoczonego pubu. Klienci wysypywali się na chodnik. Spider zatrzymał się i pozdrowił radośnie gromadkę kobiet, które, jak się okazało, przyszły tu na urodziny młodej damy imieniem Sybilla. Ta poczuła się mile połechtana, gdy Spider uparł się postawić kolejkę jej i wszystkim przyjaciółkom. Potem zaczął opowiadać dowcipy („I kaczka powiedziała: »Mam mu dać dzioba? Za kogo mnie bierze, za jakiegoś zboka?«”) i sam się z nich śmiał – zaraźliwie, ogłuszająco. Pamiętał imiona wszystkich otaczających go ludzi, rozmawiał z nimi i słuchał co mają do powiedzenia. Gdy oznajmił, że czas już poszukać innego pubu, wszystkie kobiety chórem postanowiły pójść z nim…
Gdy dotarli do trzeciego lokalu, Spider przypominał już bohatera rockowego teledysku. Dziewczyny wieszały się na nim, tuliły się do niego, kilka z nich pocałowało go na wpół żartobliwie, na wpół poważnie. Gruby Charlie obserwował to wszystko z przepełnioną zazdrością zgrozą.
– Jesteś jego ochroniarzem? – spytała jedna z dziewcząt.
– Słucham?
– Jego ochroniarzem? Jesteś nim, tak?
– Nie – odparł Gruby Charlie. – Jestem jego bratem.
– O rany – mruknęła. – Nie wiedziałam, że ma brata. Uważam, że jest super.
– Ja też – dodała druga; spędziła nieco czasu wtulona w Spidera, póki nie odepchnęły jej inne dziewczyny, które wpadły na podobny pomysł. Teraz po raz pierwszy dostrzegła Grubego Charliego. – Jesteś jego menedżerem?
– Nie, to jego brat – wyjaśniła pierwsza dziewczyna. – Właśnie mi to mówił – dodała z naciskiem.
Druga puściła to mimo uszu.
– Też przyjechałeś ze Stanów? – dopytywała się. – Masz chyba lekki akcent.
– Kiedy byłem mały – wyjaśnił Gruby Charlie – mieszkaliśmy na Florydzie. Mój tato był Amerykaninem, moja mama pochodziła, no, pierwotnie z Saint Andrews, ale dorastała w…
Nikt go nie słuchał.
Kiedy stamtąd wyszli, resztki gości urodzinowych nadal im towarzyszyły. Kobiety otaczały wianuszkiem Spidera, dopytując się, gdzie teraz pójdą. Proponowały różne restauracje i kluby nocne. Spider jedynie uśmiechał się szeroko i szedł dalej.
Gruby Charlie dreptał za nimi. Bardziej niż kiedykolwiek, czuł się odrzucony.
Wędrowali przez świat neonów i mrugających czerwonych świateł. Spider obejmował kilka kobiet. Całował je w marszu, nikogo nie wyróżniając, niczym ktoś, kto kosztuje najpierw jednego letniego owocu, potem następnego. Najwyraźniej żadnej z nich to nie przeszkadzało.
To nie jest normalne, pomyślał Gruby Charlie. Oto, w czym rzecz. Nie próbował nawet dotrzymać im kroku; usiłował po prostu się nie zgubić.
Na języku nadal czuł gorzki smak wina.
Nagle uświadomił sobie, że obok niego idzie jedna z dziewczyn. Była drobna i ładna, i przypominała mu chochlika. Pociągnęła go za rękaw.
– Co teraz robimy? – spytała. – Dokąd idziemy?
– Opłakujemy mojego ojca – odparł. – Tak przynajmniej myślę.
– Czy to telewizyjny reality show?
– Mam szczerą nadzieję, że nie.
Spider zatrzymał się i odwrócił, oczy rozbłysły mu niepokój ąco.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmił. – Dotarliśmy. Tego właśnie by chciał.
Na kartce jaskrawopomarańczowego papieru przypiętej do drzwi pubu widniały nakreślone niewprawną ręką słowa: Dziś wieczór. Na górze. KARAOKE.
– Śpiew – oznajmił Spider i dodał: – Czas na show.
– Nie! – zaprotestował Gruby Charlie, zatrzymując się gwałtownie.
– To właśnie lubił – przypomniał Spider.
– Ja nie śpiewam. Nie publicznie. I jestem pijany. Naprawdę nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
– To świetny pomysł.
Spider uśmiechnął się. Podobny uśmiech właściwie wykorzystany mógł zapoczątkować świętą wojnę. Gruby Charlie jednak nie dał się przekonać.
– Posłuchaj – rzekł z nadzieją, że w jego głosie nie słychać nutki paniki. – Istnieją rzeczy, których po prostu się nie robi. Jasne? Niektórzy nie latają. Inni nie uprawiają seksu w miejscach publicznych. Jeszcze inni nie zamieniają się w dym i nie rozpływają. Ja nie robię żadnej z tych rzeczy, a także nie śpiewam.
– Nawet dla taty?
– Zwłaszcza dla taty. Nie narobi mi wstydu zza grobu. To znaczy jeszcze większego niż dotąd.
– Praszam – zagadnęła jedna z młodych kobiet. – Praszam, ale czy wchodzimy? Bo zaczynam marznąć, a Sybilla musi się wysikać.
– Wchodzimy. – Spider obdarzył ją szerokim uśmiechem.
Gruby Charlie chciał zaprotestować, odkrył jednak, że daje się porwać do środka, i nienawidził się za to. Na schodach dogonił Spidera.
– Wejdę – rzekł. – Ale nie zaśpiewam.
– Już wszedłeś.
– Wiem, ale nie będę śpiewał.
– Nie ma sensu mówić, że nie wejdziesz, skoro już jesteś w środku.
– Nie umiem śpiewać.
– Chcesz powiedzieć, że odziedziczyłem też cały muzyczny talent ojca?
– Uprzedzam tylko, że jeśli będę musiał otworzyć usta, by zaśpiewać publicznie, zwymiotuję.
Spider uścisnął mu ramię dodającym otuchy gestem.
– Patrz, jak ja to robię – rzekł.
Solenizantka i jej dwie przyjaciółki wgramoliły się chwiejnie na niewielki podest, a następnie, chichocząc, odśpiewały Dancing Queen. Gruby Charlie, popijając gin z tonikiem, który ktoś wcisnął mu do ręki, krzywił się na każdą fałszywą nutę, na każdą zmianę tonacji, która nie nastąpiła. Reszta gości nagrodziła je rzęsistymi oklaskami.
Kolejna kobieta weszła na scenę – jedna z tych, które spytały Grubego Charliego dokąd idą. Zabrzmiały pierwsze takty Stand By Me i zaczęła. „Stań obok” śpiewała i wierna tekstowi piosenki trafiała obok każdej nuty, zaczynając za wcześnie bądź zbyt późno i źle odczytując większość tekstu. Gruby Charlie słuchał ze współczuciem.
Gdy piosenka dobiegła końca, kobieta zeskoczyła ze sceny i podeszła do baru. Gruby Charlie już miał ją pocieszyć, ona jednak promieniała radością.
– Ale było świetnie! – oznajmiła. – Naprawdę rewelacja. – Gruby Charlie postawił jej drinka, dużą wódkę z sokiem pomarańczowym. – Znakomita zabawa – poinformowała go. – Chcesz spróbować? No dalej, musisz. Założę się, że nie będziesz kiepściejszy niż ja.
Gruby Charlie wzruszył ramionami w sposób, który, jak miał nadzieję, sugerował, że on sam kryje w sobie niewyczerpane pokłady kiepskości.
Spider podszedł do niewielkiej sceny, jakby skupiały się na nim wszystkie reflektory.
– Założę się, że to będzie niezłe – powiedziała wódka z sokiem pomarańczowym. – Czy ktoś wspominał, że jesteś jego bratem?
– Nie – mruknął sucho Gruby Charlie. – Mówiłem, że to on jest moim bratem.
Spider zaczął śpiewać. Zabrzmiało Under the Boardwalk.
Nie doszłoby do tego, gdyby nie fakt, że Gruby Charlie uwielbiał tę piosenkę. Kiedy miał trzynaście lat, wierzył święcie, że Under the Boardwalk to najwspanialszy numer na świecie. (Kiedy osiągnął poważny, pełen goryczy i egzystencjalnego bólu wiek lat czternastu, miejsce to zajęło No Woman, No Cry Boba Marleya). A teraz Spider śpiewał jego piosenkę, i to śpiewał dobrze. Nie fałszował, podkreślał wszystko jak należy. Ludzie przestali pić, umilkli i patrzyli na niego, zasłuchani.
Kiedy skończył, zaczęli wiwatować. Gdyby mieli na głowach kapelusze, wyrzuciliby je w powietrze.
– Rozumiem już, czemu nie chcesz po nim wystąpić – zauważyła wódka z sokiem pomarańczowym. – Przecież nie dasz rady go przebić.
– No… – mruknął Gruby Charlie.
– Chcę powiedzieć – uśmiechnęła się szeroko – że od razu widać, komu w rodzinie przypadły wszystkie zdolności. – Mówiąc to, przekrzywiła głowę, unosząc podbródek. I właśnie ów gest przeważył szalę.
Gruby Charlie ruszył w stronę sceny, stawiając kolejne kroki w imponującym popisie zręczności fizycznej. Pocił się jak świnia.
Parę następnych minut minęło jak we śnie. Rozmawiał z didżejem, wybrał piosenkę – Unforgettable – odczekał krótką wieczność i dostał do ręki mikrofon.
Zaschło mu w ustach, serce trzepotało w piersi.
Na ekranie pojawiło się pierwsze słowo: Unforgettable. Trzeba tu zaznaczyć, że Gruby Charlie naprawdę umiał śpiewać. Śpiewał z mocą, wyrazem i uczuciem. Miał świetny głos; kiedy śpiewał, całe jego ciało stawało się instrumentem.
Zabrzmiała muzyka…
Wewnątrz swej głowy Gruby Charlie był gotów otworzyć usta i zaśpiewać: „Unforgettable, niezapomniany. Oto jaki jesteś”. Śpiewałby, zwracającsię do swego nieżyjącego ojca, do brata i nocy.
Tyle że nie mógł. Ludzie patrzyli na niego. Zaledwie dwadzieścia parę osób zebranych w górnej sali pubu, większość stanowiły kobiety. W obecności widowni Gruby Charlie nie potrafił nawet otworzyć ust.
Słyszał muzykę, ale po prostu tylko tam stał. Ogarnął go nagły chłód, miał wrażenie, że jego własne stopy są bardzo daleko.
Zmusił się do otwarcia ust.
– Chyba – rzekł bardzo wyraźnie do mikrofonu, przekrzykując muzykę, i usłyszał własne słowa odbijające się echem od ścian. – Chyba zwymiotuję.
Nie mógł wycofać się godnie ze sceny.
A potem wszystko się rozpłynęło.

Przepis sklepu monopolowego

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Pewnie znasz kilka historii o Anansim. Na całym wielkim świecie nie ma chyba nikogo, kto nie znałby choćby paru historii o Anansim.
W czasach, gdy świat był młody, a wszystkie historie opowiadano po raz pierwszy, Anansi był pająkiem. Wplątywał się wówczas w kłopoty i wyplątywał się z kłopotów. Pamiętasz historię o dziecku w smole, opowiadaną o Bracie Króliku? Najpierw była to opowieść o Anansim. Niektórzy uważają, że był królikiem, ale się mylą. Nie był królikiem, tylko pająkiem.
Opowieści o Anansim istnieją, odkąd ludzie zaczęli opowiadać sobie historie. W Afryce, gdzie wszystko miało swój początek, nim jeszcze ludzie zaczęli malować na kamiennych ścianach lwy i niedźwiedzie jaskiniowe, nawet wtedy opowiadali sobie historie o małpach, lwach i bawołach. Wielkie historie ze snów. Ludzie zawsze przejawiali skłonności do tworzenia opowieści. W ten sposób uczyli się rozumieć swe własne światy. Wszystko, co biegało, pełzało, czołgało się i skakało, trafiało do owych historii, a różne szczepy ludzi oddawały cześć różnym stworzeniom.
Lew już wtedy był królem zwierząt, Gazela najszybciej biegała, Małpa była najgłupsza, a Tygrys najgroźniejszy. Ale ludzie nie chcieli słuchać o żadnym z nich.
To Anansi nadał swe imię historiom. Każda historia należy do Anansiego. Kiedyś, nim jeszcze przypadły Anansiemu, wszystkie należały do Tygrysa (dlatego ludzie z wysp do dziś dnia nazywają je kocimi bajdami). W tamtych czasach historie były mroczne i złe, pełne bólu i żadna nie kończyła się szczęśliwie. Ale to działo się bardzo dawno temu. Dziś wszystkie historie są Anansiego.
Skoro niedawno obejrzeliśmy pogrzeb, pozwól, że opowiem ci historię o Anansim i o tym, jak zmarła jego babka. (Nie spotkało jej nic strasznego – była po prostu bardzo, bardzo stara i odeszła we śnie. Bywa). Zmarła daleko od domu, toteż Anansi ruszył na drugi koniec wyspy ze swym wózkiem, a gdy dotarł na miejsce, zabrał ciało babki, ułożył na wózku i zaczął ciągnąć do domu. Bo widzisz, zamierzał pochować ją pod drzewem figowym obok swej chaty.
Trafił jednak do wioski, a że cały ranek popychał przed sobą trupa babki na wózku, myśli sobie: Napiłbym się whisky. Idzie zatem do sklepu, bo w wiosce jest sklep, sklep, w którym sprzedają wszystko, a sklepikarz to człek bardzo zapalczywy. Anansi wchodzi do środka, wypija trochę whisky, potem jeszcze trochę whisky i myśli sobie: Zrobię dowcip temu człekowi. Mówi więc sklepikarzowi: „Zanieś whisky mojej babce. Śpi na wózku przed sklepem. Będziesz ją musiał obudzić, bo ma twardy sen”.
Zatem sprzedawca podchodzi z butelką do wózka i mówi do staruszki: „Hej, masz swoją whisky”. Ale staruszka nie odpowiada, a sklepikarz złości się coraz bardziej, bo, jak wspominałem, zapalczywy z niego człek, i powtarza: „Wstawaj, starucho, wstawaj i wypij swoją whisky”. Ona jednak wciąż milczy, a potem robi coś, co czasem zdarza się nieboszczykom w upale – głośno pierdzi. Sklepikarz tak bardzo wścieka się na staruchę, która ośmieliła się do niego pierdnąć, że ją uderza, raz, drugi, trzeci, a ona spada z wózka na ziemię.
Anansi wybiega ze sklepu i zaczyna krzyczeć, rozpaczać, zawodzić, powtarzać: „Moja babka, ona nie żyje! Spójrz co zrobiłeś. Morderca, złoczyńca!”. Wystraszony sklepikarz prosi Anansiego: „Nie mów nikomu”, i daje mu pięć butelek whisky, sakiewkę złota i worek bananów, ananasów i mango, żeby uciszyć jego krzyki i wyprawić w drogę.
(Bo myśli, że zabił babkę Anansiego. Rozumiesz).
Anansi ciągnie swój wózek do domu i grzebie babkę pod drzewem figowym.
Następnego dnia Tygrys przechodzi obok domu Anansiego i czuje w powietrzu zapach jedzenia. Wprasza się zatem i co widzi? Ucztującego radośnie Anansiego. Nie mając wyjścia, Anansi prosi Tygrysa, by usiadł i zjadł razem z nim.
– Bracie Anansi – mówi Tygrys – skąd wziąłeś to smaczne jedzenie? Tylko nie kłam. Skąd masz te butelki whisky i wielką sakwę ze złotem? Jeśli mnie okłamiesz, rozszarpię ci gardło.
„Nie mógłbym cię okłamać, bracie Tygrysie” – odpowiada Anansi. – „Dostałem je, bo zabrałem do wioski na wózku moją martwą babkę, a sklepikarz dał mi za nią wszystko, co tu widzisz”.
Tygrys sam nie miał babki, ale matka jego żony wciąż żyła. Wraca więc do domu i woła matkę żony, by go powitała, mówiąc: „Babko, wyjdź, bo musimy zamienić słówko”. Matka żony wychodzi, rozgląda się i pyta: „Co się stało?”. A Tygrys zabijają, choć jego żona bardzo kochała swą matkę, i wrzuca trupa na wózek.
Potem popycha aż do wsi wózek z siedzącą w środku martwą teściową. „Kto chce trupa?!”, krzyczy. „Kto chce martwą babkę?!”. Lecz wszyscy ludzie drwią tylko, naśmiewają się z niego i szydzą, a gdy widzą, że nie żartuje i nie zamierza odejść, obrzucają go zgniłymi owocami, aż w końcu ucieka.
Nie po raz pierwszy Anansi zadrwił sobie z Tygrysa i nie po raz ostatni. Żona Tygrysa nigdy nie pozwoliła mu zapomnieć o tym, że zabił jej matkę. Czasami tak bardzo uprzykrza mu życie, że dla Tygrysa byłoby lepiej, gdyby nigdy się nie urodził.
Oto historia o Anansim.
Oczywiście wszystkie historie są o Anansim, nawet ta.
W dawnych czasach zwierzęta pragnęły mieć własne historie. Były to czasy, gdy pieśni, które wyśpiewały świat, wciąż rozbrzmiewały, gdy w niebie, tęczy i oceanie nadal dźwięczały melodie. Gdy zwierzęta były nie tylko zwierzętami, ale i ludźmi. A pająk Anansi nabierał je wszystkie, zwłaszcza Tygrysa, bo chciał, by wszystkie historie przypadły właśnie jemu.
Historie są jak pająki, mają długie nogi. Historie są też jak pajęczyny – człowiek może się w nich zaplątać, ale wyglądają pięknie, gdy spojrzeć na nie rankiem, oproszone rosą pod liściem. I wszystkie w elegancki sposób łączą się ze sobą.
Co takiego? Chcesz wiedzieć, czy Anansi wygląda jak pająk? Oczywiście. Oprócz chwil, gdy wygląda jak człowiek.

Gruby Charlie wrócił samolotem do domu, do Anglii. Lepszego domu przecież nie miał.
Gdy wyszedł z hali odpraw, niosąc niewielką walizkę i duże, oklejone taśmą tekturowe pudło, Rosie już na niego czekała. Uścisnęła go mocno.
– Jak było?
Wzruszył ramionami.
– Mogło być gorzej.
– Przynajmniej nie musisz się martwić, że zjawi się na ślubie i narobi ci wstydu – przypomniała.
– Fakt.
– Moja mama mówi, że powinniśmy odłożyć ślub o kilka miesięcy, na znak szacunku.
– Twoja mama chciałaby, żebyśmy po prostu odłożyli ślub. Koniec, kropka.
– Bzdura. Uważa, że jesteś niezłą partią.
– Twoja matka nie nazwałaby niezłą partią połączenia Brada Pitta, Billa Gatesa i księcia Williama. Nikt na tym świecie nie jest dość dobry, by zostać jej zięciem.
– Ona cię lubi – rzekła z obowiązku Rosie, bez cienia przekonania w głosie.
Matka Rosie nie lubiła Grubego Charliego i wszyscy o tym wiedzieli. Ona sama była wybuchową mieszanką nieprzemyślanych uprzedzeń, zmartwień i konfliktów. Mieszkała we wspaniałym apartamencie przy Wimpole Street, gdzie w olbrzymiej lodówce przechowywała jedynie butelki wody witaminizowanej i żytnie krakersy. W misach na antycznym kredensie leżały owoce z wosku, odkurzane dwa razy w tygodniu.
Podczas pierwszej wizyty u matki Rosie Gruby Charlie nadgryzł jedno z woskowych jabłek. Potwornie się denerwował, do tego stopnia, że sięgnął po jabłko – na jego obronę trzeba dodać, niezwykle realistycznie wyglądające jabłko – i wbił w nie zęby. Rosie tymczasem dawała mu rozpaczliwe znaki. Gruby Charlie wypluł w dłoń kawałek wosku. Zastanawiał się gorączkowo, czy nie udać, że po prostu lubi woskowe owoce albo że może od początku wiedział, z czym ma do czynienia, i chciał tylko zażartować. Lecz matka Rosie uniosła brwi, podeszła do niego, odebrała mu resztkę jabłka, wyjaśniła krótko, jak dużo w dzisiejszych czasach kosztują prawdziwe owoce z wosku, jeśli w ogóle uda się je kupić, a potem wyrzuciła jabłko do kosza. Resztę popołudnia przesiedział na kanapie. W ustach czuł smak świeczki. Matka Rosie ani na moment nie spuszczała z niego czujnego wzroku, pilnując, by nie poczęstował się kolejnym bezcennym woskowym owocem albo nie zaczął obgryzać nogi krzesła chippendale.
Na kredensie w mieszkaniu matki Rosie stały duże, kolorowe zdjęcia w srebrnych ramkach. Przedstawiały Rosie jako małą dziewczynkę, a także jej matkę i ojca. Gruby Charlie przyglądał się im uważnie, poszukując wskazówek mogących pomóc w rozwiązaniu tajemnicy, której na imię Rosie. Jej ojciec (zmarł, gdy miała piętnaście lat) był olbrzymim mężczyzną. Najpierw pracował jako kucharz, potem szef kuchni, wreszcie restaurator. Na każdym ze zdjęć wyglądał nieskazitelnie, prosto spod igły. Okrągły, uśmiechnięty, zawsze obejmował ramieniem matkę Rosie.
– Był niesamowitym kucharzem – oznajmiła Rosie.
Na zdjęciach matka Rosie śmiała się i miała pełne kształty. Teraz, dwadzieścia lat później, przypominała chudą jak szkielet Earthę Kitt. Gruby Charlie nigdy nie widział, żeby się uśmiechnęła.
– Czy twoja mama gotuje? – spytał po owym pierwszym spotkaniu.
– Nie mam pojęcia. Nigdy nie widziałam.
– To co jada? Nie może przecież żywić się krakersami i wodą.
– Chyba zamawia posiłki do domu – odparła Rosie.
Gruby Charlie uważał, że jest całkiem prawdopodobne, że matka Rosie zamienia się nocą w nietoperza i wylatuje wysysać krew śpiących niewiniątek. Raz wspomniał o tej teorii Rosie, ale jakoś nie dostrzegła w niej niczego zabawnego.
Matka Rosie oznajmiła córce, iż jest pewna, że Gruby Charlie chce się z nią ożenić wyłącznie dla pieniędzy.
– Jakich pieniędzy? – zdziwiła się Rosie.
Jej matka machnęła ręką, wskazując apartament, a także owoce z wosku, antyczne meble i obrazy na ścianach. Zacisnęła wargi.
– Przecież to wszystko należy do ciebie! – zaprotestowała jej córka.
Rosie żyła ze skromnej pensji, płaconej przez londyńską organizację charytatywną. By ją uzupełnić, sięgnęła do funduszy, które pozostawił jej w testamencie ojciec. Dzięki nim kupiła maleńkie mieszkanko, które dzieliła z całą serią Australijek i Nowozelandek, oraz używanego volkswagena golfa.
– Nie będę żyła wiecznie.
Matka pociągnęła nosem w sposób sugerujący, że ma szczery zamiar żyć wiecznie, coraz chudsza, twardsza i podobniejsza do kamiennego posągu, jedząc mniej i mniej, aż w końcu będzie mogła żywić się jedynie powietrzem, owocami z wosku i niechęcią do całego świata.
Wioząca Grubego Charliego z Heathrow do domu Rosie uznała, że najwyższy czas zmienić temat.
– Wyłączyli u mnie wodę – oznajmiła. – Nie ma jej w całym budynku.
– A czemuż to?
– Przez panią Klinger z dołu. Twierdzi, że coś przecieka.
– Pewnie sama pani Klinger.
– Chaa-rlie. Zastanawiałam się więc, czy nie mogłabym wpaść do ciebie i wykąpać się.
– Chcesz, żebym umył ci plecy?
– Chaa-rlie.
– Jasne. Żaden problem.
Rosie przez chwilę wpatrywała się w tył jadącego przed nią samochodu. W końcu zdjęła rękę z dźwigni zmiany biegów i uścisnęła potężną dłoń Grubego Charliego.
– Wkrótce się pobierzemy – oznajmiła.
– Wiem – odparł Gruby Charlie.
– To znaczy, że wtedy będziemy mieli na to mnóstwo czasu.
– Mnóstwo – powtórzył.
– Wiesz, co powiedziała kiedyś moja mama?
– Eee… coś o tym, że powinni przywrócić karę śmierci przez powieszenie?
– Wcale nie. Powiedziała, że gdyby nowożeńcy wrzucali monetę do słoja za każdym razem, gdy kochają się w czasie pierwszego roku małżeństwa, i wyjmowali za każdym razem, gdy kochają się w następnych latach, słój nigdy by się nie opróżnił.
– I to znaczy, że…?
– No – mruknęła. – To przecież ciekawe. Zjawię się dziś o ósmej z gumową kaczuszką. Masz ręczniki?
– Uhm…
– Przyniosę własny.
Gruby Charlie nie sądził, by świat miał się skończyć, gdyby od czasu do czasu do słoja trafiło parę monet, zanim jeszcze wymienią się obrączkami i pokroją tort weselny, lecz Rosie miała w tej kwestii własne zdanie i to zamykało sprawę. Słój pozostawał idealnie pusty.

Problem z powrotem do Londynu po krótkiej nieobecności – uświadomił sobie Gruby Charlie, gdy już dotarł do domu – polega na tym, że jeśli zjawiasz się wczesnym rankiem, przez resztę dnia nie masz co robić.
Gruby Charlie należał do ludzi, którzy wolą pracować. Leżenie na kanapie i oglądanie w telewizji teleturniejów przypominało mu o przeżytych krótkich okresach bezrobocia. Uznał, że najrozsądniej będzie wrócić do pracy dzień wcześniej. W mieszczącym się przy Aldwych biurze Agencji Grahame’a Coatsa, usytuowanym na piątym, najwyższym piętrze, znów położy rękę na pulsie. W pokoju śniadaniowym dołączy do zajmujących rozmów kolegów z pracy. Ujrzy przed sobą całą panoramę życia, majestatyczną w mnogości szczegółów, nieugiętą i niestrudzoną. Ludzie ucieszą się na jego widok.
– Miałeś wrócić dopiero jutro – oznajmiła Anie, recepcjonistka, gdy przekroczył próg. – Kiedy ktoś dzwonił, mówiłam, że wracasz jutro. – Nie sprawiała wrażenia rozbawionej.
– Nie mogłem wytrzymać bez pracy – odparł Gruby Charlie.
– Właśnie widzę. – Pociągnęła nosem. – Powinieneś oddzwonić do Maeve Livingstone. Wydzwania do ciebie co dzień.
– Sądziłem, że zajmuje się nią sam Grahame Coats.
– Polecił, żebyś to ty z nią rozmawiał. Chwileczkę. – Podniosła słuchawkę.
O Grahamie Coatsie zawsze mówiło się z imienia i nazwiska. Nikt nie nazywał go panem Coatsem, i nigdy po prostu Grahame’em. Była to jego agencja, reprezentowała ludzi i pobierała procent od ich zarobków za prawo do reprezentacji.
Gruby Charlie zajrzał do swego biura, maleńkiego pomieszczenia, które współdzielił z kilkoma szafkami na akta. Na ekranie komputera znalazł żółtą karteczkę z napisem: „Przyjdź do mnie. G.C.”. Ruszył zatem korytarzem do olbrzymiego gabinetu Grahame’a Coatsa. Zapukał, a potem niepewny, czy usłyszał jakąś odpowiedź, uchylił drzwi i zajrzał do środka.
Pokój był pusty. Gruby Charlie nikogo nie dostrzegł.
– Uhm, halo? – rzucił niezbyt głośno.
Nikt nie odpowiedział. W pokoju panował nieład – biblioteczka odstawała od ściany pod osobliwym kątem, a z miejsca za nią dobiegał głuchy łoskot, przypominający uderzenia młotka.
Gruby Charlie jak najciszej zamknął drzwi i wrócił za swe biurko.
Zadzwonił telefon. Odebrał.
– Tu Grahame Coats. Przyjdź do mnie.
Tym razem Grahame Coats siedział za swym biurkiem, a biblioteczka stała tuż przy ścianie. Nie poprosił, by Charlie usiadł. Był białym mężczyzną w średnim wieku, o rzednących, bardzo jasnych włosach. Gdyby, drogi Czytelniku, widok Grahame’a Coatsa skojarzył Ci się z fretką-albinosem w kosztownym garniturze, to wiedz, że nie Tobie pierwszemu.
– Jak widzę, wróciłeś do nas – oznajmił Grahame Coats. – Na to wygląda.
– Tak – odparł Gruby Charlie, a potem, ponieważ Grahame Coats nie wydawał się zbytnio uradowany jego przedwczesnym powrotem, dodał: – Przepraszam.
Grahame Coats ściągnął wargi. Spojrzał na leżący na biurku dokument i znów uniósł wzrok.
– Odniosłem nieodparte wrażenie, że w istocie miałeś wrócić dopiero jutro. Trochę się pośpieszyliśmy?
– My, to znaczy ja przyleciałem dziś rano. Z Florydy. Pomyślałem, że przyjdę. Jest mnóstwo pracy, trzeba okazać dobre chęci. Jeśli to panu nie przeszkadza.
– Abso–wicie – odparł Grahame Coats. To słowo, połączenie „absolutnie” i „całkowicie”, zawsze doprowadzało Grubego Charliego do szału. – To twój pogrzeb.
– Raczej mojego ojca.
Szybki ruch głowy, jak u fretki.
– Nadal tracisz dzień z chorobowego.
– No tak.
– Maeve Livingstone, pogrążona w żałobie wdowa po Morrisie, potrzebuje pociechy, miłych słów, radosnych obietnic. Nie od razu Rzym zbudowano. Sam proces porządkowania majątku Morrisa Livingstone’a i zdobywanie dla niej pieniędzy trwa nieprzerwanie. Wydzwania do mnie prawie co dzień, żebym dodał jej otuchy i potrzymał za rękę. Teraz przekazuję to zadanie tobie.
– No tak – powtórzył Gruby Charlie. – A zatem, uhm. Bez pracy nie ma kołaczy.
– Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. – Grahame Coats pokiwał palcem.
– Z powrotem w kierat? – podsunął Gruby Charlie.
– Kto nie pracuje, ten nie je – odparł Grahame Coats. – Miło się z tobą gawędziło, ale obaj mamy mnóstwo roboty.
Towarzystwo Grahame’a Coatsa sprawiało, że Gruby Charlie zawsze, a) wygłaszał same komunały i b) zaczynał marzyć o wielkich, czarnych helikopterach, najpierw otwierających ogień, a potem zrzucających kubły płonącego napalmu na biuro Agencji Grahame’a Coatsa. W owych marzeniach Gruby Charlie nie przebywał w biurze. Siedział w kafejce po drugiej stronie Aldwych, sącząc kawę z pianką i od czasu do czasu wiwatując na widok wyjątkowo celnie zrzuconego kubła napalmu.
Zapewne wywnioskujesz z tego, drogi Czytelniku, dokładnie tyle, ile musisz wiedzieć o pracy Grubego Charliego, to znaczy, że był w niej nieszczęśliwy, i w gruncie rzeczy się nie pomylisz. Gruby Charlie dysponował talentem do liczb, dzięki któremu nie głodował, ale był też nieśmiały i ustępliwy, przez co nie umiał pokazać ludziom jak dużo robi i czym dokładnie się zajmuje. Wszędzie wokół siebie widział, jak inni awansują, spokojnie osiągając pułap niekompetencji, podczas gdy on pozostawał na najniższym szczeblu hierarchii, wykonując niezbędne prace, aż do dnia gdy dołączał do grona bezrobotnych i znów zaczynał oglądać telewizję. Nigdy nie pozostawał zbyt długo bez pracy, lecz w ciągu ostatnich dziesięciu lat spotkało go to zbyt często, by Gruby Charlie czuł się bezpiecznie na jakimkolwiek stanowisku. Nie traktował tego jednak osobiście.
Zadzwonił do Maeve Livingstone, wdowy po Morrisie Livingstone, niegdyś najsłynniejszym niskim komiku z Yorkshire w Wielkiej Brytanii i długoletnim kliencie Agencji Grahame’a Coatsa.
– Halo? – powiedział. – Tu Charles Nancy z działu księgowego Agencji Grahame’a Coatsa.
– Ach – rozległ się w słuchawce kobiecy głos. – Sądziłam, że Grahame zadzwoni osobiście.
– Jest nieco zajęty, więc, uhm, poprosił o to kogoś innego, czyli mnie. A zatem, czym mogę służyć?
– Sama nie wiem. Zastanawiałam się… No cóż, dyrektor mojego banku się zastanawiał, kiedy spłynie reszta pieniędzy z majątku Morrisa. Grahame Coats wyjaśniał mi ostatnim razem, chyba ostatnim razem, kiedy rozmawialiśmy, że zostały zainwestowane, to znaczy, jasne, rozumiem, że to wymaga czasu. Twierdził, że w przeciwnym razie stracę mnóstwo pieniędzy…
– No cóż – odrzekł Gruby Charlie. – Wiem, że właśnie nad tym pracuje, ale takie sprawy wymagają czasu.
– Tak, chyba tak. Dzwoniłam do BBC i mówili, że od śmierci Morrisa dokonali kilku wpłat. Wiedział pan, że wydali na DVD całą serię „Morris Livingstone, jak sądzę?”? A na święta wydadzą też obie serie „Małe jest piękne”.
– Nie miałem pojęcia – przyznał Gruby Charlie. – Ale Grahame Coats z pewnością o tym wie. Zawsze się we wszystkim orientuje.
– Musiałam sama kupić sobie DVD – powiedziała ze smutkiem. – Ożywiły tak wiele wspomnień. Światła rampy i tak dalej. Nawet pan nie wie, jak bardzo zatęskniłam za życiem w blasku reflektorów. Bo tak właśnie poznałam Morrisa. Byłam tancerką. Też robiłam karierę.
Gruby Charlie odparł, że poinformuje Grahame’a Coatsa, iż jej dyrektor banku nieco się niepokoi, i rozłączył się.
Zastanawiał się, jak ktokolwiek mógłby tęsknić za życiem w blasku reflektorów.
W najgorszych koszmarach Grubego Charliego z mrocznego nieba spływał na niego nagle promień reflektora. On sam stał na wielkiej scenie, a niewidoczne postaci próbowały go zmusić, by pozostał w blasku i zaśpiewał. I nieważne, jak szybko i daleko uciekał, jak dobrze się ukrywał, znajdowały go i zaciągały z powrotem na scenę, przed dziesiątki wyczekujących twarzy. Zawsze budził się, nim zaśpiewał, zlany potem i rozdygotany, a serce łomotało mu w piersi niczym strzały z armaty.
Przy pracy szybko płynął czas. Gruby Charlie zatrudnił się w agencji niemal dwa lata wcześniej. Pracował tam dłużej niż ktokolwiek prócz samego Grahame’a Coatsa, bo personel agencji wymieniał się zwykle bardzo szybko. A jednak nikt nie ucieszył się na jego widok.
Czasami Gruby Charlie siedział przy swoim biurku, wpatrywał się w okno, za którym szary deszcz beznadziejnie bębnił o szybę, i wyobrażał sobie, że jest na tropikalnej plaży, gdzie fale niewiarygodnie niebieskiego morza rozbijają się na niewiarygodnie żółtym piasku. Często zastanawiał się, czy ludzie na plaży z jego wyobraźni, obserwujący białe pióropusze fal sunących ku brzegowi, słuchający śpiewu tropikalnych ptaków wśród liści palm – czy ci ludzie kiedykolwiek marzą o tym, by znaleźć się w Anglii, w deszczu, w pomieszczeniu wielkości szafy, stanowiącym część biura na piątym piętrze, bezpiecznie daleko od monotonii czystego złocistego piasku i piekielnej nudy dni tak idealnych, że nawet kremowy drink z nieco zbyt dużą porcją rumu i czerwoną papierową parasolką nie zdołałby jej ulżyć. Ta myśl dodawała mu otuchy.
W drodze do domu wpadł do sklepu monopolowego i kupił butelkę białego niemieckiego wina. W sklepiku obok wyszukał świecę o zapachu paczuli, a w pizzerii pizzę na wynos.
O dziewiętnastej trzydzieści Rosie zadzwoniła z zajęć jogi, by zawiadomić go, że trochę się spóźni, a potem ponownie o ósmej z samochodu, informując, że stoi w korku. O dziewiątej piętnaście poinformowała, że jest tuż za rogiem. Do tego czasu Gruby Charlie wypił niemal całą butelkę białego wina i pochłonął pizzę, pozostawiając tylko jeden samotny kawałek.
Później zastanawiał się, czy właśnie wino sprawiło, że to powiedział.
Rosie zjawiła się dwadzieścia po dziewiątej. Miała przy sobie ręczniki i torbę z Tesco wypełnioną szamponami, mydłami oraz wielkim słojem mazidła do włosów. Stanowczo lecz pogodnie odmówiła kieliszka białego wina i kawałka pizzy. Jak wyjaśniła, zjadła już, stojąc w korku; zamówiła przez telefon. Gruby Charlie usiadł w kuchni, nalał sobie resztkę wina i zaczął skubać ser i pepperoni z zimnego ciasta, a tymczasem Rosie poszła do łazienki, żeby przygotować kąpiel, i nagle zaczęła bardzo głośno krzyczeć.
Gruby Charlie wpadł do łazienki, nim jeszcze ucichł pierwszy krzyk, a Rosie zdążyła nabrać powietrza w płuca, by wydać z siebie następny. Był przekonany, że ujrzy ją zlaną krwią. Ku jego zdumieniu i uldze nie krwawiła. Miała na sobie niebieski stanik i majtki, i wskazywała ręką wannę. W której siedział wielki, brązowy, ogrodowy pająk.
– Przepraszam – zakwiliła. – Zupełnie mnie zaskoczył.
– To im się zdarza – odparł Gruby Charlie. – Po prostu spłuczę go prysznicem.
– Nie waż się! – rzuciła ostro Rosie. – To żywa istota. Wynieś go na dwór.
– No tak – mruknął Gruby Charlie.
– Zaczekam w kuchni – oświadczyła. – Zawołaj mnie, jak będzie po wszystkim.
Gdy człowiek wypije całą butelkę białego wina, zapędzenie płochliwego ogrodowego pająka do plastikowego przezroczystego kieliszka za pomocą starej kartki urodzinowej staje się poważnym wyzwaniem dla koordynacji ręka-oko. A zadania nie ułatwia bynajmniej obecność balansującej na granicy histerii, na wpół rozebranej narzeczonej, która wbrew zapowiedziom, że zaczeka w kuchni, pochyla się nad tobą i udziela kolejnych rad.
Wkrótce jednak mimo jej pomocy zdołał zapędzić pająka do kieliszka i zakryć mocno jego wylot kartką od dawnego kolegi ze szkoły z napisem: MASZ TYLKO TYLE LAT, NA ILE SIĘ CZUJESZ (druga część wesolutkiego napisu, ta wewnątrz, brzmiała następująco: WIĘC CZUJ SIĘ MŁODO I ŁUDŹ SIĘ, ŻE INNI W TO UWIERZĄ, NAIWNIAKU. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO).
Zniósł pająka na dół, przez drzwi frontowe do maleńkiego ogródka, składającego się z żywopłotu, świetnie nadającego się, by w niego wymiotować, i kilkunastu kamiennych płyt, między którymi rosła trawa. Uniósł kieliszek. W żółtym świetle latarni sodowej pająk był zupełnie czarny. Gruby Charlie wyobraził sobie, że stworzenie patrzy na niego.
– Przepraszam za to wszystko – rzekł do pająka, a że białe wino chlupotało wewnątrz niego, powiedział to głośno.
Odstawił kieliszek z kartą na pękniętą płytę. Uniósł naczynie, czekając, aż pająk odbiegnie. Ten jednak siedział tam bez ruchu, na pyszczku wesolutkiego, rysunkowego misiaczka, którym ozdobiono urodzinową kartkę. Człowiek i pająk patrzyli na siebie.
I wówczas w umyśle Grubego Charliego zabrzmiały słowa usłyszane niedawno od pani Higgler i wypłynęły z jego ust, nim zdołał się powstrzymać. Może sprawił to tkwiący w nim diabeł, zapewne jednak raczej alkohol.
– Jeśli spotkasz mojego brata – powiedział Gruby Charlie do pająka – powiedz mu, że powinien wpaść z wizytą.
Pająk pozostał na swoim w miejscu. Po chwili uniósł jedną nóżkę, zupełnie jakby się zastanawiał, a potem odbiegł po kamiennych płytach w stronę żywopłotu i zniknął.

Przepis Pani Higgler

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Ogród Spoczynku i Pamięci istotnie bardzo przypominał ogród, tyle że dość osobliwy, w którym wszystkie kwiaty są sztuczne i wyrastają z metalowych wazonów, umocowanych do osadzonych w ziemi żeliwnych płyt. Gruby Charlie minął w biegu tablicę z napisem „Darmowe kwatery dla wszystkich kombatantów zwolnionych z honorami”. Przemierzył Krainę Dzieci. Tu do sztucznych kwiatów wyrastających z florydzkiej ziemi dołączyły różnobarwne wiatraczki i nasiąknięte deszczówką różowe i niebieskie miśki. Pleśniejący Kubuś Puchatek patrzył mętnym wzrokiem w błękitne niebo.
Gruby Charlie dostrzegł kondukt i skręcił, wyszukując ścieżkę prowadzącą w jego stronę. Wokół grobu zgromadziło się około trzydziestu osób. Kobiety miały na sobie ciemne sukienki i ozdobione czarną koronką rozłożyste czarne kapelusze, przypominające bajeczne kwiaty. Mężczyźni byli ubrani w garnitury, bez śladu plam potu. Dzieci patrzyły z poważnymi minami. Gruby Charlie zwolnił kroku. Wciąż się śpieszył, cały czas przy tym próbując ukrywać swój pośpiech. Gdy dotarł do grupki żałobników, podjął starania, by przecisnąć się do pierwszych rzędów, nie zwracając niczyjej uwagi. Biorąc pod uwagę fakt, że dyszał jak mors, który musiał właśnie pokonać wyjątkowo strome schody, cały ociekał potem i po drodze kilka razy nastąpił komuś na nogę, nie wyszło mu to najlepiej.
Ludzie patrzyli na niego nieprzychylnie. Gruby Charlie udawał, że tego nie dostrzega. Wszyscy śpiewali pieśń, której nie znał. Zaczął poruszać głową w rytm, udając, że śpiewa, poruszając wargami w sposób sugerujący, że dołączył do chóru sotto voce albo może modli się cicho, albo po prostu bełkocze coś pod nosem. Wykorzystał sposobność i zerknął na trumnę. Ucieszył się, widząc, że jest zamknięta.
To był wspaniały model trumny – wyglądała, jakby zrobiono ją z grubej, szlachetnej stali pokrytej szarą wojskową farbą. Jeśli dojdzie do cudownego zmartwychwstania, pomyślał Gruby Charlie, gdy Gabriel zadmie w potężną trąbę, a zmarli wychyną ze swych trumien, jego ojciec wciąż pozostanie uwięziony w grobie, bębniąc niemrawo w wieko i żałując, że nie kazał się pochować z łomem, a może nawet z palnikiem acetylenowo-tlenowym.
W końcu zabrzmiało ostatnie głębokie i melodyjne alleluja. W ciszy, która nastała, Gruby Charlie usłyszał czyjeś krzyki dobiegające z drugiej strony Ogrodu Pamięci, mniej więcej tam, skąd przyszedł.
– Czy ktoś chciałby jeszcze wygłosić mowę pożegnalną? – spytał pastor.
Sądząc po wyrazach twarzy osób zebranych najbliżej grobu, co najmniej kilka zamierzało zabrać głos. Gruby Charlie jednak pojął, że nadeszła jego chwila. Teraz albo nigdy. „Rozumiesz chyba, że musisz pogodzić się ze swym ojcem?”. Jasne.
Wziął głęboki oddech, postąpił krok naprzód, tak że znalazł się na samym skraju grobu.
– Hm – zaczął. – Przepraszam. No właśnie. Chyba mam coś do powiedzenia.
Odległe krzyki stawały się jakby głośniejsze. Część żałobników oglądała się za siebie, sprawdzając, skąd dobiegają. Pozostali gapili się na Grubego Charliego.
– Nie można powiedzieć, żebym kiedykolwiek był blisko z moim ojcem – zaczął. – Chyba po prostu nie umieliśmy się porozumieć. Od dwudziestu lat żyliśmy osobno. Nie byłem częścią jego życia ani on częścią mojego. Istnieje wiele spraw, które trudno wybaczyć, lecz nagle, pewnego dnia człowiek odkrywa, że nie została mu żadna rodzina. – Otarł dłonią czoło. – Wątpię, bym kiedykolwiek, przez całe moje życie powiedział „kocham cię, tato”. Wy wszyscy zapewne znaliście go lepiej niż ja, niektórzy z was może nawet go kochali. Byliście częścią jego życia, ja nie. Nie wstydzę się zatem powiedzieć tego przy was. Powiedzieć po raz pierwszy od co najmniej dwudziestu lat. – Spojrzał w dół na hermetyczne, metalowe wieko. – Kocham cię – rzekł. – I nigdy cię nie zapomnę.
Krzyki stały się jeszcze głośniejsze, dość głośne i wyraźne, by w ciszy, która zapadła po słowach Grubego Charliego, każdy z zebranych zdołał zrozumieć słowa wywrzaskiwane z drugiej strony cmentarza.
– Gruby Charlie! Przestań zawracać głowę tym ludziom i zabieraj tu swój tyłek! Ale już!
Gruby Charlie powiódł wzrokiem po morzu obcych twarzy, na których odbijały się: wstrząs, zdumienie, gniew i zgroza. Z płonącymi ze wstydu uszami pojął prawdę.
– Eee. Przepraszam. To nie ten pogrzeb – powiedział. Mały chłopczyk o wielkich odstających uszach i olbrzymim uśmiechu wystąpił naprzód.
– To była moja babcia – oznajmił z dumą.
Gruby Charlie wycofał się z grona żałobników, mamrocząc pod nosem przeprosiny. Marzył o tym, by nastąpił koniec świata. Wiedział, że to nie wina ojca, ale wiedział też, że całe to wydarzenie okropnie by go rozśmieszyło.
Na ścieżce, trzymając się pod boki, stała potężna, tęga kobieta o siwych włosach i nachmurzonej twarzy. Gruby Charlie ruszył ku niej, stąpając ostrożnie jak po polu minowym. Znów czuł się, jakby miał dziewięć lat i wpadł w kłopoty.
– Nie słyszałeś mojego wołania? – spytała. – Przebiegłeś tuż obok i narobiłeś sobie ambarasu! – W jej wersji słowo ambaras zaczynało się na literę „h”. – Tędy – dodała. – Spóźniłeś się na mszę i ceremonię, ale wciąż czeka na ciebie łopata ziemi.
Przez ostatnie dwa dziesięciolecia pani Higgler prawie wcale się nie zmieniła. Była teraz nieco grubsza, nieco bardziej siwa. Mocno zaciskała wargi, prowadząc go jedną z wielu ścieżek Ogrodu Pamięci. Gruby Charlie podejrzewał, że nie wywarł na niej najlepszego pierwszego wrażenia. Prowadziła, a on, upokorzony, podążał za nią.
Po jednym z prętów otaczającego cmentarz ogrodzenia wbiegła jaszczurka i zastygła na zaostrzonym końcu, smakując gęste, florydzkie powietrze. Słońce zniknęło za chmurą, w żaden sposób nie zmniejszyło to jednak panującego upału. Przeciwnie, stał się on jeszcze bardziej dotkliwy. Jaszczurka wydęła gardło na podobieństwo jaskrawopomarańczowego balonika.
Dwa długonogie żurawie, które Gruby Charlie wziął z początku za ozdóbki, spojrzały na niego ciekawie. Jeden błyskawicznie opuścił głowę i znów ją uniósł. Z dzioba zwisała mu tłusta żaba. Przez chwilę jego gardło poruszało się, gdy próbował połknąć wierzgającą i szarpiącą się żabę.
– No chodź – ponagliła go pani Higgler. – Nie ociągaj się. I tak już spóźniłeś się na pogrzeb własnego ojca.
Gruby Charlie zdusił pragnienie, by wspomnieć o tym, że tego dnia pokonał sześć tysięcy kilometrów, wynajął samochód i przyjechał tu z Orlando, a potem skręcił w niewłaściwy zjazd autostrady. I czyj to właściwie pomysł, by ukryć Ogród Pamięci za Wal–Martem, na samym skraju miasta? Szli dalej, mijając wielki, betonowy budynek cuchnący formaliną, aż w końcu dotarli do otwartego grobu na najdalszym skrawku terenu. Za nim nie było już nic prócz ogrodzenia, gąszczu drzew, palm i zieleni. W grobie czekała skromna, drewniana trumna. Leżało na niej kilka garści piachu. Obok piętrzyła się sterta ziemi z wbitą łopatą.
Pani Higgler wyjęła ją i podała Grubemu Charliemu.
– To był piękny pogrzeb – oznajmiła. – Przyszła część kumpli od kieliszka twojego taty i wszystkie panie z naszej ulicy. Nawet po tym, jak się wyprowadził, wciąż pozostawaliśmy w kontakcie. Spodobałaby mu się ta ceremonia. Oczywiście spodobałaby mu się jeszcze bardziej, gdybyś na niej był. – Pokręciła głową. – A teraz zakopuj – poleciła. – I jeśli chcesz się pożegnać, możesz to zrobić przy pracy.
– Sądziłem, że mam jedynie przerzucić parę łopat – zaprotestował. – Żeby okazać dobrą wolę.
– Zapłaciłam grabarzowi trzydzieści dolarów, żeby sobie poszedł – odparła pani Higgler. – Powiedziałam mu, że syn nieboszczyka przylatuje tu z Hangli i że chce zrobić wszystko jak należy. Jak należy. Nie tylko okazać dobrą wolę.
– Jasne – mruknął Gruby Charlie. – Oczywiście, rozumiem.
Zdjął marynarkę i powiesił na płocie. Poluzował krawat, ściągnął go przez głowę i wsadził do kieszeni marynarki. A potem zaczął wrzucać czarną ziemię w głąb grobu w upalnym, florydzkim powietrzu, gęstym jak zupa.
Po jakimś czasie zaczęło padać coś, co można by od biedy nazwać deszczem; był to ten rodzaj deszczu, który nie może się zdecydować, czy jest prawdziwym deszczem, czy też nie. Gdyby Gruby Charlie jechał teraz samochodem, nie wiedziałby, czy ma sens włączenie wycieraczek; natomiast moknąc i przerzucając łopatą ziemię, pocił się i czuł lepki i brudny. Gruby Charlie dalej zakopywał grób, a pani Higgler trwała bez ruchu z rękami splecionymi na gargantuicznej piersi; prawie – deszcz pokrywał drobną mgiełką jej czarną sukienkę i słomiany kapelusz ozdobiony czarną, jedwabną różą. Nie spuszczała wzroku z Grubego Charliego, śledząc jego każdy najdrobniejszy ruch.
Ziemia zamieniła się w błoto, stając się, jeśli to możliwe, jeszcze cięższa.
W końcu, gdy zdawało mu się, że spędzi na kopaniu całe życie, i to mało przyjemne życie, Gruby Charlie przyklepał ostatnią łopatę ziemi.
Pani Higgler podeszła bliżej. Zdjęła z parkanu marynarkę i podała mu.
– Przemokłeś do suchej nitki, jesteś brudny i spocony, ale dorosłeś. Witaj w domu, Gruby Charlie. – Z uśmiechem przyciągnęła go do swej olbrzymiej piersi.
– Ja nie płaczę – oznajmił Gruby Charlie.
– Cicho, już cicho.
– To deszcz na mojej twarzy.
Pani Higgler nie odpowiedziała. Po prostu obejmowała go, kołysząc się w przód i w tył, aż w końcu po długiej chwili Gruby Charlie odezwał się:
– W porządku, już mi lepiej.
– W moim domu czeka poczęstunek – oznajmiła pani Higgler. – Chodź, nakarmię cię.
Na parkingu starł błoto z butów, wsiadł do szarego wynajętego samochodu i ruszył za rdzawobrązową furgonetką pani Higgler ulicami, które dwadzieścia lat wcześniej jeszcze nie istniały. Pani Higgler jechała niczym kobieta, która właśnie odkryła olbrzymi, upragniony kubek kawy i której życiową misją stało się wypicie jej jak najwięcej, jednocześnie prowadząc możliwie najszybciej. Gruby Charlie trzymał się jej z najwyższym trudem, pędząc od świateł do świateł i próbując się zorientować, gdzie właściwie się znajduje.
A potem skręcili w kolejną ulicę i z narastającą obawą uświadomił sobie, że ją poznaje. Była to ulica, na której mieszkał w dzieciństwie. Nawet domy wyglądały niemal tak samo, choć większość z nich pyszniła się teraz imponującymi, siatkowymi ogrodzeniami.
Przed domem pani Higgler parkowało już kilka samochodów. Zatrzymał się obok staroświeckiego szarego forda. Pani Higgler podeszła do drzwi frontowych i otworzyła je kluczem.
Gruby Charlie przyjrzał się sobie i stwierdził, że rzeczywiście jest brudny i przepocony.
– Nie mogę się pokazać w takim stanie.
– Widywałam już gorsze rzeczy. – Pani Higgler pociągnęła nosem. – Powiem ci coś. Wejdź do środka, idź prosto do łazienki, umyj twarz i ręce, wyczyść ubranie, a kiedy będziesz gotów, zastaniesz nas w kuchni.
Po sekundzie znalazł się w łazience. Wszystko tu pachniało jaśminem. Zdjął ubłoconą koszulę i jaśminowym mydłem umył twarz i ręce nad niewielką umywalką. Wziął gąbkę, przemył pierś, zdrapał co większe plamy ze spodni. Przyjrzał się koszuli – jeszcze rano była biała, teraz przybrała odrażający odcień brązu – i postanowił jej nie wkładać. W torbie na tylnym siedzeniu wynajętego wozu miał kilka zapasowych. Po prostu wymknie się tylnym wyjściem, włoży świeżą koszulę i będzie gotów stawić czoło czekającym w domu ludziom.
Przekręcił zamek w drzwiach łazienki i otworzył je.
Na korytarzu stały cztery starsze panie. Wpatrywały się w niego. Znał je. Znał je wszystkie.
– Co teraz wyprawiasz? – spytała pani Higgler.
– Zmieniam koszulę – oznajmił Gruby Charlie. – Koszula w samochodzie. Tak. Zaraz wracam.
Unosząc wysoko głowę, przemaszerował korytarzem i dalej, za drzwi.
– Co to był za język? – spytała głośno za jego plecami drobna pani Dunwiddy.
– Nieczęsto widuje się coś takiego – dodała pani Bustamonte.
Biorąc pod uwagę, że działo się to na tropikalnym wybrzeżu Florydy, z pewnością dość często widywało się tu właśnie półnagich mężczyzn. Tylko że pewnie nie mieli na sobie ubłoconych spodni od garnituru.
Schowany za samochodem Gruby Charlie włożył koszulę i wrócił do domu. Cztery kobiety przeniosły się do kuchni. Krzątały się tam, chowając do szklanych pojemników coś, co do niedawna przypominało obfitą ucztę.
Pani Higgler była starsza niż pani Bustamonte, a obie urodziły się wcześniej niż pani Noles, choć żadna nie przyszła na świat wcześniej niż pani Dunwiddy. Pani Dunwiddy była stara i tak też wyglądała. Istniały epoki geologiczne młodsze od pani Dunwiddy.
W dzieciństwie Gruby Charlie wyobrażał sobie panią Dunwiddy w Afryce Równikowej, spoglądającą z dezaprobatą przez grube okulary na od niedawna wyprostowanych hominidów.
– Tylko nie właźcie mi na podwórko – mówiła świeżo wyewoluowanym i dość nerwowym okazom homo habilis – albo dostaniecie ode mnie pasem w kanał słuchowy.
Pani Dunwiddy pachniała wodą fiołkową, a pod zapachem fiołków kryła się woń bardzo starej kobiety. Była drobną staruszką, umiejącą samym wzrokiem poskromić burzę, a Gruby Charlie, który dwadzieścia lat wcześniej, podążając za zgubioną tenisową piłką na jej podwórko, rozbił jedną z ozdób na trawniku, wciąż śmiertelnie się jej bał.
W tej chwili pani Dunwiddy zajadała palcami kawałki curry z kurczaka z niewielkiego, szklanego pojemnika.
– Szkoda byłoby to zmarnować – oznajmiła, odkładając na porcelanowy spodeczek kawałki kości.
– Zjesz coś, Gruby Charlie? – spytała pani Noles.
– Nie, dziękuję – odparł Gruby Charlie. – Naprawdę.
Cztery pary oczu spojrzały na niego z wyrzutem przez cztery pary okularów.
– Nie warto się głodzić z rozpaczy. – Pani Dunwiddy oblizała palce i wybrała z pojemnika kolejny brązowy, tłusty kawałek koźliny.
– Ależ nie. Po prostu nie jestem głodny, to wszystko.
– Jeśli nie będziesz jadł, uschniesz ze smutku i zostanie z ciebie skóra i kości. – W głosie pani Noles dźwięczała ponura satysfakcja.
– Poważnie wątpię.
– Zaraz przyniosę ci talerz, tam, do stołu – zdecydowała pani Higgler. – Idź i usiądź. I bez protestów proszę. Zostało mnóstwo wszystkiego, nie masz się co martwić.
Gruby Charlie usiadł na wskazanym miejscu i po paru sekundach stanął przed nim talerz wypełniony duszonym groszkiem z ryżem, puddingiem ze słodkich ziemniaków, wędzoną wieprzowiną, koźliną w curry, kurczakiem w curry, smażonymi bananami i marynowaną giczą wołową. Poczuł wzbierającą w gardle zgagę, a przecież nie włożył jeszcze nawet niczego do ust.
– Gdzie są wszyscy? – spytał.
– Kumple twojego taty od kieliszka wybrali się na kieliszek. Zamierzają uczcić jego pamięć, urządzając zawody wędkarskie na moście.
Pani Higgler wylała do zlewu resztki kawy z samochodowego kubka wielkości wiadra i napełniła go z dzbanka pełnego świeżo zaparzonego, gorącego napoju.
Pani Dunwiddy oblizała palce małym, fioletowym językiem i szurając nogami, podeszła do Grubego Charliego, który siedział za stołem nad nietkniętym posiłkiem. Kiedy był mały, święcie wierzył, że pani Dunwiddy jest czarownicą, i to nie miłą czarownicą, lecz raczej taką, którą dzieci muszą wepchnąć do pieca, by od niej uciec. Teraz widział ją po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat i wciąż musiał walczyć z przemożnym pragnieniem, by krzyknąć ze strachu i schować się pod stołem.
– Wiele widziałam śmierci – oznajmiła. – Jeśli się postarzejesz, sam też sporo zobaczysz. Pewnego dnia wszyscy umrą, daj im tylko dość czasu. – Urwała. – Mimo wszystko jednak nigdy nie sądziłam, że spotka to także twojego tatę. – Pokręciła głową.
– Jaki on był? – spytał Gruby Charlie. – To znaczy w młodości?
Pani Dunwiddy spojrzała przez grube szkła okularów za plecy Grubego Charliego, ściągnęła wargi i znów pokręciła głową.
– Tak daleko pamięcią nie sięgam – odparła jedynie. – Zjedz swoją gicz.
Gruby Charlie westchnął i zaczął jeść.

Było późne popołudnie. Zostali sami.
– Gdzie będziesz nocował? – spytała pani Higgler.
– Miałem zamiar wynająć pokój w motelu – odparł Gruby Charlie.
– Mimo że masz tu dla siebie calusieńką sypialnię i calusieńki dom parę ulic stąd? Nawet go jeszcze nie obejrzałeś. Moim zdaniem twój ojciec chciałby, żebyś się tam zatrzymał.
– Wolę być sam. Zresztą źle bym się czuł w domu mojego taty.
– Cóż, to nie moje pieniądze wyrzucisz w błoto. Wiesz chyba, że i tak będziesz musiał zadecydować, co zrobić z domem twojego ojca? I wszystkimi jego rzeczami?
– Nie obchodzi mnie to – odrzekł Gruby Charlie. – Możemy urządzić wyprzedaż garażową. Wystawić wszystko na eBayu. Wywieźć na wysypisko.
– Co to za gadanina? – Pani Higgler grzebała chwilę w kuchennej szufladzie, w końcu wyciągnęła klucz do drzwi frontowych zaopatrzony w dużą, papierową wizytówkę. – Kiedy się przeprowadzał, dał mi zapasowy klucz – oznajmiła. – Na wypadek, gdyby go zgubił albo zamknął w środku, czy coś takiego. Mawiał często, że zgubiłby własną głowę, gdyby nie to, że jest przymocowana do szyi. Kiedy sprzedał dom obok, powiedział mi: „Nie martw się, Callyanne, nie odejdę daleko”. Mieszkał w tym domu odkąd pamiętałam, ale nagle uznał, że jest za duży i musi się przeprowadzić…
Nie milknąc nawet na chwilę, poprowadziła go do krawężnika i zawiozła kilka ulic dalej swą rudobrązową furgonetką. W końcu dojechali do parterowego, drewnianego domu.
Otworzyła drzwi wejściowe i znaleźli się w środku.
Wewnątrz unosił się znajomy zapach – słodkawy, jakby ostatnio pieczono w kuchni czekoladowe ciasteczka. Było też stanowczo za gorąco. Pani Higgler poprowadziła ich do małego salonu i włączyła okienny klimatyzator. Urządzenie zagrzechotało, zadygotało, zapachniało jak mokry owczarek i zaczęło mielić ciepłe powietrze.
Wokół sfatygowanej kanapy, którą Gruby Charlie pamiętał z dzieciństwa, piętrzyły się stosy książek. Dostrzegł też zdjęcia w ramkach. Jedno, czarno-białe, przedstawiało matkę Grubego Charliego, gdy była jeszcze młodą kobietą. Miała wysoko upięte włosy, lśniące i czarne, i sukienkę z błyszczącego materiału. Obok stało zdjęcie samego Grubego Charliego w wieku pięciu, sześciu lat. Pozował na nim przed lustrem w drzwiach, toteż na pierwszy rzut oka zdawało się, że z fotografii spogląda na nich z powagą dwóch małych Grubych Charliech.
Gruby Charlie podniósł książkę ze stosu. Traktowała o włoskiej architekturze.
– Interesował się architekturą?
– O tak. To była jego pasja.
– Nie miałem pojęcia.
Pani Higgler wzruszyła ramionami i pociągnęła łyk kawy.
Gruby Charlie otworzył książkę i na stronie tytułowej ujrzał nakreślone wyraźnym pismem nazwisko ojca. Zamknął ją szybko.
– W ogóle go nie znałem – rzekł. – Nie tak naprawdę.
– Niełatwo go było poznać. Znałam go – ile? – prawie sześćdziesiąt lat i ja także go nie poznałam.
– Musi go pani pamiętać z czasów, gdy był chłopcem.
Pani Higgler zawahała się. Przez chwilę milczała, zatopiona we wspomnieniach.
– Pamiętam go z czasów, gdy ja byłam dziewczynką – odparła bardzo cicho.
Gruby Charlie poczuł, że powinien zmienić temat, wskazał zatem szybko fotografię matki.
– Ma tu zdjęcie mamy.
Pani Higgler siorbnęła głośno.
– Zrobili je na statku – oświadczyła – zanim jeszcze się urodziłeś. Na jednym z tych statków, na których można było zjeść obiad i wypłynąć trzy mile poza wody terytorialne, a potem zaczynał się hazard. Później wracali. Nie wiem, czy wciąż istnieją takie statki. Twoja matka mówiła, że wtedy po raz pierwszy w życiu jadła stek.
Gruby Charlie próbował sobie wyobrazić, jak wyglądali jego rodzice, nim się urodził.
– Zawsze był z niego przystojniak – oznajmiła pani Higgler, zupełnie jakby czytała mu w myślach. – Do samego końca. Miał uśmiech, od którego dziewczynom miękły kolana, i ubierał się bardzo elegancko. Wszystkie kobiety go kochały.
Gruby Charlie znał odpowiedź, nim jeszcze zadał pytanie.
– A pani…?
– Jak możesz pytać o coś takiego szanowaną wdowę? – Znowu pociągnęła łyk kawy. Gruby Charlie czekał na odpowiedź. – Pocałowałam go – powiedziała w końcu. – Bardzo, bardzo dawno temu, nim jeszcze poznał twoją matkę. Umiał świetnie całować. Miałam nadzieję, że mnie odwiedzi, znów zaprosi na tańce. Zamiast tego zniknął. Nie było go… ile? Rok, dwa? A kiedy wrócił, byłam już żoną pana Higglera, a on sprowadził twoją matkę. Poznał ją na wyspach.
– Żałowała pani?
– Byłam mężatką. – Kolejny łyk kawy. – A zresztą nie można go było nienawidzieć, nie można się było nawet tak naprawdę na niego złościć. No i kiedy na nią patrzył… Do diabła, gdyby kiedykolwiek tak na mnie spojrzał, umarłabym ze szczęścia. Wiesz, że na ich ślubie byłam druhną twojej matki?
– Nie miałem pojęcia.
Klimatyzator zaczął wyrzucać z siebie chłodne powietrze, wciąż jednak pachniało ono mokrym owczarkiem.
– Myśli pani, że byli szczęśliwi?
– Z początku tak. – Uniosła wielki plastikowy kubek. Już miała napić się kawy, ale nagle zmieniła zdanie. – Z początku. Jednak nawet ona nie potrafiła zbyt długo zatrzymać go przy sobie. Miał tyle pracy. Twój ojciec miał mnóstwo zajęć.
Gruby Charlie usiłował zgadnąć, czy pani Higgler nie żartuje sobie z niego. Bez skutku. W każdym razie nie uśmiechała się.
– Mnóstwo zajęć? Niby jakich? Wędkowanie z mostu, gra w domino na werandzie? Czekanie na nieunikniony wynalazek karaoke? Wcale nie był zajęty. Odkąd go znałem, nie przepracował ani jednego dnia.
– Nie powinieneś mówić takich rzeczy o swoim ojcu!
– Ale to prawda. Był nicponiem. Marnym mężem i marnym ojcem.
– Oczywiście – przytaknęła żarliwie pani Higgler. – Ale nie możesz osądzać go jak człowieka, Gruby Charlie. Musisz pamiętać, że twój ojciec był bogiem.
– Bogiem wśród ludzi?
– Nie, po prostu bogiem. – Wymówiła te słowa bez żadnego nacisku, równie spokojnie i beznamiętnie, jakby powiedziała „był cukrzykiem” albo po prostu „był czarny”.
Gruby Charlie bardzo chciał zażartować, lecz wyraz oczu pani Higgler sprawił, że nagle nie potrafił wymyślić niczego zabawnego.
– Nie był bogiem – rzekł cicho. – Bogowie są niezwykli, wyjątkowi, mityczni. Czynią cuda i tak dalej.
– Zgadza się. Nie powiedziałybyśmy ci, jeśliby żył, ale teraz, gdy odszedł, w niczym to nie zaszkodzi.
– Nie był bogiem. Był moim ojcem.
– Można być jednym i drugim – odparła. – To się zdarza.
Zupełnie jakbym sprzeczał się z wariatką, pomyślał Gruby Charlie. Zrozumiał, że powinien się zamknąć, ale jego usta miały inne zdanie. W tej chwili właśnie mówiły:
– Proszę posłuchać. Gdyby mój ojciec był bogiem, miałby boskie moce.
– I miał, tyle że rzadko się nimi posługiwał. Poza tym był stary. A zresztą, jak myślisz, jakim cudem udawało mu się przeżyć bez pracy? Kiedy potrzebował pieniędzy, grał na loterii albo wybierał się do Hallendale i obstawiał psy albo konie. Nigdy nie wygrywał zbyt dużo, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Tylko tyle, żeby przeżyć.
Gruby Charlie w całym swym życiu ani razu niczego nie wygrał, absolutnie niczego. W najróżniejszych zakładach biurowych, w których uczestniczył, mógł zawsze liczyć na to, że jego koń nie wyjdzie z bramki, wybrana drużyna spadnie do ligi, o której nawet nikt nie słyszał, na sportowe cmentarzysko słoni. To go wkurzało.
– Jeśli mój ojciec był bogiem, a dodam, że w żadnym razie nie przyjmuję tego do wiadomości, czemu ja także nie jestem bogiem? Twierdzi pani przecież, że jestem synem boga? Tak?
– Oczywiście.
– Czemu zatem ja nie potrafię obstawiać wygrywających koni, czarować ani czynić cudów?
Pociągnęła nosem.
– To wszystko odziedziczył twój brat.
Gruby Charlie odkrył, że się uśmiecha. Odetchnął głęboko. A zatem to jednak był dowcip.
– Ach, pani Higgler. Wie pani przecież, że ja nie mam brata.
– Oczywiście, że masz. To ty i on, na tym zdjęciu.
Choć wiedział co na nim widnieje, Gruby Charlie zerknął na fotografię. Staruszka oszalała. Po prostu dostała świra.
– Pani Higgler – rzekł możliwie najłagodniej. – To ja, tylko ja, w dzieciństwie, i lustrzane drzwi. Stoję obok nich. To ja i moje odbicie.
– To ty, a także twój brat.
– Nigdy nie miałem brata.
– Oczywiście, że miałeś, i wcale za nim nie tęsknię. Ty zawsze byłeś tym dobrym, a on stale sprawiał kłopoty. – Nim Gruby Charlie zdążył cokolwiek powiedzieć, dodała: – Odszedł stąd, gdy byłeś bardzo mały.
Gruby Charlie pochylił się, położył swą wielką dłoń na kościstej ręce pani Higgler, tej, która nie trzymała kubka z kawą.
– To nieprawda – rzekł.
– Louella Dunwiddy go przegoniła. Okropnie się jej bał. Ale od czasu do czasu tu wracał. Jeśli chciał, potrafił być czarujący. – Dopiła kawę.
– Zawsze chciałem mieć brata – powiedział Gruby Charlie. – Kogoś, z kim mógłbym się bawić.
Pani Higgler wstała.
– To miejsce samo się nie posprząta – oznajmiła. – W samochodzie mam worki na śmieci. Myślę, że będziemy potrzebowali dużo worków.
– Tak – mruknął Gruby Charlie.
Tę noc spędził w motelu. Rankiem spotkali się z panią Higgler w domu ojca i zaczęli napychać śmieciami wielkie, czarne worki. Na bok odkładali rzeczy, które zamierzali oddać na Goodwill. Napełnili też pudełko przedmiotami, które Gruby Charlie pragnął zatrzymać z powodów sentymentalnych. Były to głównie zdjęcia z dzieciństwa i z czasów, nim się urodził.
Znaleźli też starą skrzynkę przypominającą niewielką skrzynię piracką, pełną dokumentów i starych papierów. Gruby Charlie usiadł na podłodze i zaczął je przeglądać. Pani Higgler wyłoniła się z sypialni, dźwigając kolejny czarny worek wypchany nadgryzionymi przez mole ubraniami.
– To twój brat podarował mu tę skrzynkę – oznajmiła niespodziewanie. Po raz pierwszy wspomniała o swych wczorajszych fantazjach.
– Bardzo chciałbym mieć brata – odparł Gruby Charlie, nieświadom faktu, że mówi to głośno, póki pani Higgler nie odpowiedziała.
– Już ci mówiłam. Ty masz brata.
– No tak – mruknął. – A gdzie znajdę tę mityczną postać?
Później zastanawiał się, czemu w ogóle zadał to pytanie. Chciał ją udobruchać, podpuścić? A może po prostu powiedział cokolwiek, by zapełnić ciszę? Tak czy inaczej, zadał pytanie, a ona pokiwała głową, zagryzając dolną wargę.
– Musisz wiedzieć. To twoje dziedzictwo, twoja krew. – Podeszła do niego i pokiwała palcem. Gruby Charlie pochylił się, wargi starej kobiety musnęły mu ucho, gdy szepnęła: – …potrzebował… po prostu powiedz…
– Co takiego?
– Mówiła – odparła normalnym głosem – że jeśli będziesz go potrzebował, po prostu powiedz pająkowi. Zjawi się natychmiast.
– Pająkowi?
– Tak właśnie mówię. Myślisz, że na próżno macham językiem? Ćwiczę płuca? Nigdy nie słyszałeś o mówieniu do pszczół? Gdy byłam dziewczynką na Saint Andrews, nim moi rodzice się tu sprowadzili, mówiło się pszczołom wszystkie dobre wieści. To coś podobnego. Porozmawiaj z pająkiem. Tak właśnie przesyłałam wiadomości twojemu ojcu, gdy znikał.
– Jasne.
– Nie odpowiadaj w ten sposób.
– W jaki sposób?
– Jakbyś myślał, że jestem wariatką, która nie wie co się dzieje. Myślisz, że nie wiem nic o bożym świecie?
– Uhm, jestem pewien, że pani wie, naprawdę.
Pani Higgler nie dała się ugłaskać, daleko jej było do udobruchania. Zabrała ze stołu kubek z kawą i z pełną dezaprobaty miną zacisnęła na nim dłoń. Gruby Charlie się doigrał i nie zamierzała pozwolić mu o tym zapomnieć.
– Wiesz, że nie muszę tego robić – oznajmiła. – Nie muszę ci pomagać. Robię to tylko dlatego, że twój ojciec był kimś wyjątkowym, a twoja matka wspaniałą kobietą. Mówię ci o ważnych sprawach, wstrząsających sprawach. Powinieneś mnie słuchać. Powinieneś uwierzyć.
– Wierzę pani – odparł Gruby Charlie najbardziej przekonującym tonem, na jaki było go stać.
– Chcesz się tylko podlizać staruszce.
– Nie – skłamał. – Naprawdę, daję słowo.
W jego głosie dźwięczała szczerość, uczciwość, prawda. Był tysiące kilometrów od domu, w mieszkaniu nieżyjącego ojca, w towarzystwie zwariowanej staruszki bliskiej ataku apopleksji. Gdyby miało ją to uspokoić, powiedziałby, że księżyc jest odmianą mało znanego tropikalnego owocu, i włożyłby w to kłamstwo całą swoją duszę.
Pociągnęła nosem.
– W tym właśnie problem z wami, młodymi. Myślicie, że choć niedługo przebywacie na świecie, wiecie wszystko. W moim życiu zapomniałam już więcej, niż ty kiedykolwiek wiedziałeś. Nic nie wiesz o swoim ojcu, o swojej rodzinie. Mówię ci, że twój ojciec to bóg, a ty nie pytasz nawet, o jakim bogu mowa.
Gruby Charlie próbował przypomnieć sobie imiona bogów.
– Zeus? – podsunął.
Pani Higgler parsknęła niczym czajnik, w którym wrze woda. Gruby Charlie zorientował się, że Zeus to raczej błędna odpowiedź.
– Kupidyn?
Znów parsknęła i tym razem parsknięcie zakończyło się chichotem.
– Wyobrażam sobie twojego ojca ubranego wyłącznie w grubą pieluszkę, z wielkim łukiem i strzałami. – Śmiała się jeszcze chwilę, po czym pociągnęła łyk kawy.
– W czasach, kiedy był bogiem – oznajmiła – w dawnych czasach nazywali go Anansim.

Przepis CHarlliego

Posted by: seofox2 on: listopad 26, 2008

Jak niemal wszystko, także i ta historia zaczyna się od pieśni.
Ostatecznie na początku było słowo, a słowu towarzyszyła melodia. W ten sposób powstał świat, otchłań została podzielona, a potem pojawiły się ziemia i gwiazdy, i sny, i pomniejsi bogowie, i zwierzęta.
Zostali wyśpiewani.
Wielkie zwierzęta zostały wyśpiewane, gdy Śpiewak skończył tworzyć planety, wzgórza, drzewa, oceany i mniejsze zwierzęta. Potem wyśpiewał urwiska stanowiące granice istnienia, tereny łowieckie i ciemność.
Pieśni trwają, żyją. Odpowiednia piosenka może uczynić z cesarza pośmiewisko i powalić całe dynastie. Pieśń może trwać długo po tym, jak wydarzenia i ludzie, którzy w niej występują, zamienią się w proch i sny, i odejdą. Oto potęga pieśni.
Istnieją też inne możliwości wykorzystywania pieśni – nie tylko tworzenie światów i przekształcanie tego, co istnieje. Na przykład ojciec Grubego Charliego Nancy używał ich po prostu do tego, by dobrze się zabawić.
Nim ojciec Grubego Charliego zjawił się w barze, barman uważał trwający wieczór karaoke za niewypał. Potem jednak do sali wmaszerował nonszalanckim krokiem drobny staruszek. Minął stół otoczony wianuszkiem kilku blondynek o świeżo spieczonych policzkach i uśmiechach turystek, tuż obok niewielkiej, zaimprowizowanej sceny w narożniku. Pozdrowił je, uchylając kapelusza, nosił bowiem kapelusz, nieskazitelnie czystą zieloną fedorę, a także cytrynowożółte rękawiczki. Podszedł do ich stołu. Zachichotały.
– Dobrze się bawicie, moje panie? – spytał.
Wciąż chichocząc, odparły, że bawią się świetnie, bardzo dziękują i że spędzają tu wakacje. On na to, że będzie jeszcze lepiej, same zobaczą.
Był starszy od nich, znacznie starszy, ale stanowił uosobienie uroku, jak ktoś żywcem wzięty z dawno minionych czasów, gdy wciąż przykładano wagę do dobrych manier i uprzejmych gestów. Barman odprężył się – obecność kogoś takiego w barze zapowiadała świetny wieczór.
Zaczęło się karaoke. I tańce. Staruszek wszedł na zaimprowizowaną scenę, by zaśpiewać, i to nie raz, lecz dwukrotnie. Miał piękny głos i czarujący uśmiech, a także stopy, które poruszały się w tańcu jak błyskawice. Podczas pierwszego występu zaśpiewał What’s New Pussycat. Podczas drugiego zrujnował życie Grubemu Charliemu.
Gruby Charlie był gruby zaledwie kilka lat, od czasów tuż przed dziesiątymi urodzinami – kiedy jego matka oznajmiła całemu światu, że jeśli istnieje coś, czego ma absolutnie dosyć (i gdyby dżentelmen, o którym mowa, miał ochotę zaprotestować, to może wsadzić sobie argumenty sam wie gdzie), to małżeństwa ze starym capem, którego na swoje nieszczęście poślubiła, i zamierza rankiem wyjechać gdzieś bardzo daleko, a on niech się nie waży jechać za nią – do dnia, gdy jako czternastolatek urósł nieco i zaczął więcej ćwiczyć. Nie był gruby – prawdę mówiąc, nie był nawet pulchny – jedynie lekko zaokrąglony, lecz przezwisko Gruby Charlie przylgnęło do niego niczym guma do żucia do podeszwy tenisówki. Przedstawiał się jako Charles, a po dwudziestce Chaz, albo na piśmie jako C. Nancy. Nic to jednak nie dawało. Wkrótce przydomek pojawiał się znikąd, przenikał do nowej części jego życia, jak karaluchy przeciskające się przez szczeliny do świata za lodówką w nowej kuchni. Czy mu się to podobało, czy nie – a zdecydowanie mu się nie podobało – znów stawał się Grubym Charliem.
Gruby Charlie wiedział zupełnie irracjonalnie, że działo się tak, bo przydomkiem obdarzył go ojciec. A kiedy jego ojciec coś nazwał, to już na dobre. Imię przyczepiało się na zawsze.
Weźmy na przykład psa, który mieszkał w domu po drugiej stronie ulicy w miasteczku na Florydzie, gdzie dorastał Gruby Charlie. Był to kasztanoworudy bokser, długonogi, spiczastouchy, z pyskiem wyglądającym, jakby za czasów szczenięcych zwierzak w pełnym rozpędzie zderzył się z murem. Unosił wysoko głowę i kikut ogona. Był bez wątpienia arystokratą wśród zwierząt, uczestniczył w wystawach, posiadał rozetki najlepszego z rasy, najlepszego z klasy, a nawet jedną z napisem Najlepszy Okaz Wystawy. Szczycił się mianem Campbell’s Macinrory Arbuthnot Siódmy, a jego właściciele nazywali go pieszczotliwie Kai. Trwało to do dnia, w którym ojciec Grubego Charliego, siedzący na starej huśtawce na werandzie i sączący piwo, zauważył psa krążącego po podwórku u sąsiadów, na smyczy sięgającej od palmy do słupka ogrodzenia.
– Co za śmieszny, głupkowaty pies – rzekł ojciec Grubego Charliego. – Taki fajtłapa, jak przyjaciel Kaczora Donalda. Cześć, głuptasie.
I w psie, będącym niegdyś Najlepszym na Wystawie, coś się zmieniło. Grubemu Charliemu wydało się, że spojrzał na niego oczami ojca, i niech go diabli, jeśli pies istotnie nie wyglądał głupkowato. Poczciwy fajtłapa.
Wkrótce przezwisko rozeszło się po całej ulicy. Właściciele Campbell’s Macinrory Arbuthnota Siódmego walczyli z nim, ale równie dobrze mogli kłócić się z huraganem. Zupełnie obcy ludzie głaskali niegdyś dumnego boksera po głowie, mówiąc: „Cześć, głuptasku, jak się miewasz, chłopcze”. Wkrótce potem właściciele przestali wystawiać psa. Nie mieli serca. „Sympatyczny głuptas”, mówili sędziowie.
Przezwiska, jakie nadawał ojciec Grubego Charliego, przyczepiały się na zawsze. Po prostu.
I nie była to najgorsza rzecz, jeśli chodzi o jego ojca.
W czasach gdy Gruby Charlie dorastał, działo się wiele rzeczy, które mogły kandydować do miana najgorszej wady ojca: jego niespokojne oko i równie niespokojne palce, przynajmniej wedle młodych dam mieszkających w okolicy, skarżących się matce Grubego Charliego, co nieodmiennie prowadziło do awantur; małe, czarne cygara, nazywane przez niego cygaretkami, których woń przenikała wszystko czego dotknął; upodobanie do szczególnego połączenia szurania nogami i stepowania (Gruby Charlie podejrzewał, że ta forma tańca była modna najwyżej przez pół godziny w Harlemie lat dwudziestych); absolutna i niezłomna ignorancja dotycząca spraw międzynarodowych, połączona z głębokim przekonaniem, iż sitcomy stanowią półgodzinne obrazy prawdziwego życia i zmagań autentycznych żyjących ludzi. Każda z tych cech w opinii Grubego Charliego nie była jeszcze najgorsza, choć wszystkie przyczyniały się do największego problemu.
Najgorszą wadą ojca Grubego Charliego było to, że Charlie się za niego wstydził.
Oczywiście każdy wstydzi się za swych rodziców, to naturalne. Rodzice samym swym istnieniem budzą wstyd u dzieci, które z kolei naturalnym porządkiem rzeczy w pewnym wieku wzdrygają się z zakłopotania, wstydu i przerażenia za każdym razem, gdy któreś z rodziców odezwie się do nich na ulicy.
Rzecz jasna ojciec Grubego Charliego wzniósł to na wyżyny sztuki i napawał się tym, tak jak napawał się dowcipami sytuacyjnymi, od najprostszych – Gruby Charlie nigdy nie zapomniał wieczoru, gdy pierwszy raz usiadł na łóżku i odkrył ukrytą w pościeli szarlotkę – aż po niewyobrażalnie skomplikowane.
– Na przykład? – spytała pewnego wieczoru Rosie, narzeczona Grubego Charliego.
Gruby Charlie, zazwyczaj nie wspominający o swoim ojcu, próbował właśnie wyjaśnić jej nieudolnie, czemu uważa, że zaproszenie ojca na ich zbliżający się ślub stanowi wstrząsająco zły pomysł. Siedzieli w maleńkiej winiarni w południowym Londynie. Gruby Charlie od dawna myślał z sympatią o sześciu tysiącach kilometrów i Oceanie Atlantyckim, które oddzielały go od ojca.
– No cóż – zaczął Gruby Charlie, wspominając całą serię poniżających wydarzeń. Każde z nich sprawiało, że wzdragał się w duchu. W końcu wybrał jedno. – Kiedy w dzieciństwie zmieniałem szkołę, tato powtarzał mi wielokrotnie, jak sam będąc dzieckiem, nie mógł się doczekać Dnia Prezydenckiego, ponieważ prawo głosi, że jeśli w Dzień Prezydencki dziecko przyjdzie do szkoły przebrane za swego ulubionego prezydenta, dostaje torbę cukierków.
– O, to bardzo przyjemne prawo – zauważyła Rosie. – Szkoda, że nie mamy czegoś takiego w Anglii.
Ona sama nigdy nie opuściła Anglii, jeśli nie liczyć wyjazdu klubowego na jakąś wyspę. Była niemal pewna, że leżała ona na Morzu Śródziemnym. Rosie miała ciepłe, brązowe oczy i dobre serce, lecz geografia nie należała do jej mocnych stron.
– To nie jest miłe prawo – odparł Gruby Charlie. – W ogóle nie ma takiego prawa, po prostu je wymyślił. W większości stanów w Dzień Prezydencki nie ma zajęć w szkołach, a nawet w tych pozostałych nie istnieje tradycja przebierania się za ulubionych prezydentów. Dzieci przebrane za prezydentów nie dostają na mocy aktu Kongresu wielkich toreb cukierków, a twoja popularność w szkole i liceum nie opiera się wyłącznie na tym, którego prezydenta wybrałaś. Mówił, że przeciętne dzieciaki przebierają się za tych oczywistych, Lincolnów, Waszyngtonów i Jeffersonów, te zaś, które chcą zyskać popularność, wolą Johna Quincy Adamsa czy Warrena Gamaliela Hardinga, czy też kogoś podobnego. I nie wolno wcześniej z nikim o tym rozmawiać, bo to przynosi pecha. A raczej nie przynosi, tyle że on tak twierdził.
– Wszyscy się przebierają? Chłopcy i dziewczęta?
– O tak, chłopcy i dziewczęta. Przez kilka tygodni poprzedzających Dzień Prezydencki każdą wolną chwilę poświęcałem lekturze notek o prezydentach w Encyklopedii Świata, próbując wybrać właściwego.
– Ani przez chwilę nie podejrzewałeś, że cię nabiera?
Gruby Charlie pokręcił głową.
– Kiedy mój tato bierze cię na celownik, w ogóle nie myślisz o czymś takim. To najlepszy kłamca na świecie. Bardzo przekonujący.
Rosie pociągnęła łyk chardonnay.
– I za którego prezydenta się przebrałeś?
– Tafta. Był dwudziestym siódmym prezydentem. Włożyłem brązowy garnitur, który wynalazł gdzieś mój ojciec, podwinąłem nogawki, na brzuchu przywiązałem sobie poduszkę. Miałem też namalowane na twarzy wąsy. Tego dnia tato sam odprowadził mnie do szkoły. Wszedłem do środka z dumną miną. Pozostałe dzieci zaczęły krzyczeć, wytykać mnie palcami. W pewnym momencie zamknąłem się w toalecie i rozpłakałem. Nie pozwolili mi wrócić do domu i się przebrać. Spędziłem tak cały dzień. To było piekło.
– Trzeba było coś wymyślić – podsunęła Rosie. – Że po szkole wybierasz się na bal kostiumowy albo coś w tym stylu. Albo po prostu powiedzieć prawdę.
– Jasne – odparł ponurym tonem Gruby Charlie, powracając wspomnieniami do owego dnia.
– Co powiedział twój ojciec, gdy wróciłeś do domu?
– Ryknął śmiechem. Zaśmiewał się, chichotał i krztusił. Potem oznajmił, że może w dzisiejszych czasach nie przestrzega się już tradycji Dnia Prezydenckiego. Może zatem pójdziemy razem na plażę i poszukamy syren?
– Poszukacie… syren?
– Chadzaliśmy razem na plażę i wędrowaliśmy wzdłuż niej, a on zachowywał się nieprawdopodobnie krępująco – śpiewał i szurał nogami, odstawiał taniec piasku. Zaczepiał też mijanych ludzi. Ludzi, których nie znał, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. A ja tego nie znosiłem. Tyle że on powtarzał mi, że w Atlantyku żyją syreny, i jeśli będę dostatecznie szybki i uważny, to jakąś zobaczę.
– O tam – mówił. – Widziałeś? Taka gruba, ruda, z zielonym ogonem. A ja patrzyłem i patrzyłem, ale nigdy nie zobaczyłem ani jednej.
Pokręcił głową, potem wziął z miseczki garść orzechów i zaczął wrzucać je pojedynczo do ust, miażdżąc zębami, jakby każdy z nich był liczącą dwadzieścia lat poniżającą sytuacją, której nigdy nie zdoła wymazać z pamięci.
– No cóż – powiedziała wesoło Rosie. – Według mnie to brzmi uroczo. Niezły z niego typ. Musimy ściągnąć go na nasz ślub, będzie duszą towarzystwa.
– Co właśnie – jak wyjaśnił Gruby Charlie, gdy przełknął już orzech brazylijski, który nagle stanął mu w gardle – byłoby, czymś najgorszym, co mogłoby się zdarzyć na przyjęciu weselnym.
Absolutnie nie życzył sobie, by jego ojciec zjawił się tam i został duszą towarzystwa. Podkreślił, że ojciec wciąż jest bez wątpienia najbardziej kompromitującym człowiekiem na tym łez padole. Dodał, że on sam niezmiernie się cieszy z faktu, że nie widział starego capa od tak wielu lat, i że najlepszą decyzją, jaką podjęła w życiu jego matka, była ta o opuszczeniu ojca i przeprowadzce do Anglii, do jej ciotki Alanny. Wzmocnił swe argumenty, oznajmiając kategorycznym tonem, że niech go diabli, wszyscy diabli, a może nawet wszyscy przeklęci diabli, jeśli zaprosi swojego ojca.
– Najlepszą rzeczą w małżeństwie jest to – zakończył przemowę Gruby Charlie – że nie trzeba zapraszać taty na wesele.
I wówczas ujrzał wyraz twarzy Rosie i lodowaty błysk w zwykle ciepłych oczach. Natychmiast się poprawił, wyjaśniając pośpiesznie, że chodziło mu o drugą najlepszą rzecz. Było już jednak za późno.
– Będziesz musiał po prostu przywyknąć do tej myśli – oznajmiła Rosie. – Ostatecznie ślub to wspaniała okazja do tego, by odnowić więzy i zbudować mosty. Masz sposobność okazać mu, że nie żywisz urazy.
– Ależ ja żywię urazę – zaprotestował Gruby Charlie. – Mnóstwo urazy.
– Masz jego adres? – spytała Rosie. – Albo numer telefonu? Chyba powinieneś do niego zadzwonić, list jest zbyt bezosobowy. Przecież jego jedyny syn właśnie bierze ślub. Bo jesteś jedynym synem, prawda? Ma może e-mail?
– Tak. Jestem jego jedynym synem. Nie mam pojęcia, czy ma adres e-mail, pewnie nie – odparł Gruby Charlie. List to niezły pomysł, pomyślał. Choćby dlatego, że może zginąć po drodze.
– Ale musisz mieć jakiś adres albo numer telefonu.
– Nie mam – odparł szczerze Gruby Charlie. Może ojciec się wyprowadził. Mógł wyjechać z Florydy i przenieść się gdzieś, gdzie nie mają telefonów. I adresów.
– No to kto ma? – zapytała ostrym tonem Rosie.
– Pani Higgler – mruknął Gruby Charlie, i uszła z niego cała wola walki.
Rosie uśmiechnęła się słodko.
– A kim jest pani Higgler?
– Przyjaciółką rodziny. Kiedy byłem mały, mieszkała obok nas.
Rozmawiał z panią Higgler kilka lat wcześniej, gdy jego matka umierała. Na jej prośbę zadzwonił do pani Higgler, prosząc, by przekazała wiadomość ojcu Grubego Charliego i powtórzyła, żeby się odezwał. I faktycznie, kilka dni później na sekretarce Grubego Charliego pojawiła się odpowiedź, pozostawiona, gdy był w pracy, znajomym głosem, niewątpliwie należącym do ojca, choć brzmiącym starzej i lekko pijacko.
Ojciec oznajmił, że to nie najlepsza pora i że interesy zatrzymają go w Ameryce. Dodał też, że matka Grubego Charliego to naprawdę wspaniała kobieta. Kilka dni później na oddział dostarczono wazon pełen kwiatów. Matka Grubego Charliego prychnęła na widok dołączonej karty.
– Myśli, że tak łatwo mnie ugłaska? To niech lepiej pomyśli jeszcze raz.
Mimo to kazała pielęgniarce postawić kwiaty na honorowym miejscu obok łóżka i od tego czasu kilkanaście razy pytała Grubego Charliego, czy ma jakieś wieści od ojca i czy ojciec zamierza przyjechać i odwiedzić ją, nim będzie za późno.
Gruby Charlie odpowiadał, że nie. Wkrótce znienawidził to pytanie i swą odpowiedź, a także wyraz jej twarzy, gdy powtarzał, że nie, ojciec nie przyjedzie.
Najgorszy według niego był dzień, w którym lekarz, szorstki drobny mężczyzna, poprosił go na bok i oznajmił, że to nastąpi wkrótce, że matka gaśnie bardzo szybko i mogą już tylko sprawić, by nie cierpiała.
Gruby Charlie przytaknął i poszedł do matki. Ujęła jego dłoń i spytała, czy pamiętał o zapłaceniu rachunku za gaz. Wtedy z korytarza dobiegł ich hałas – brzdęk, tupot, łoskot, grzechot, pisk, odgłos trąbki i bębna, dźwięki, których zwykle nie słyszy się w szpitalach, gdzie na tabliczkach przy schodach uprasza się o ciszę, a lodowate spojrzenia pielęgniarek ją wymuszają.
Hałas stawał się coraz głośniejszy.
Gruby Charlie przestraszył się, że to terroryści. Natomiast jego matka uśmiechnęła się słabo, zasłuchana w kakofonię.
– Żółty ptak – szepnęła.
– Co takiego? – Gruby Charlie pomyślał z lękiem, że chyba zaczyna bredzić.
– Żółty ptak, Yellow Bird – odparła głośniej i bardziej stanowczo. – To właśnie grają.
Gruby Charlie podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz.
Korytarzem, ignorując protesty pielęgniarek, zdumione spojrzenia pacjentów w pidżamach i ich rodzin, maszerował mały nowoorleański jazzband. Był tam saksofon, suzafon i trąbka. Olbrzymi mężczyzna dźwigał zawieszony na szyi potężny kontrabas. Obok niego szedł drugi, taszczący bęben, w który walił rytmicznie. A na czele grupy, odziany w elegancki, kraciasty garnitur, fedorę i cytrynowożółte rękawiczki, maszerował ojciec Grubego Charliego. Nie grał na żadnym instrumencie, lecz stepował lekko na lśniącym linoleum, którym wyłożono szpitalne posadzki, pozdrawiając uniesieniem ronda kapelusza każdego członka personelu, ściskając dłonie wszystkich, którzy znaleźli się w pobliżu i próbowali coś mówić albo się skarżyć.
Gruby Charlie przygryzł wargę. Modlił się do każdego, kto mógłby go słuchać, by ziemia się rozstąpiła i pochłonęła go całego, albo przynajmniej poraził go krótki, litościwy i śmiertelny atak serca. Nic z tego, pozostał wśród żywych. Zespół zbliżał się z każdą chwilą, a ojciec wciąż tańczył, ściskał dłonie i się uśmiechał.
Jeśli na tym świecie istnieje jakakolwiek sprawiedliwość, pomyślał Gruby Charlie, ojciec pójdzie dalej korytarzem, wyminie nas i trafi na oddział proktologiczno-urologiczny. Jednakże, jak widać, sprawiedliwości nie było, bo ojciec dotarł do drzwi oddziału onkologicznego i zatrzymał się.
– Gruby Charlie – rzekł dość głośno, by wszyscy na oddziale – na piętrze – w całym szpitalu – zrozumieli, że oto zjawił się ktoś, kto zna Grubego Charliego. – Gruby Charlie, przepuść mnie. Przyjechał twój ojciec.
Gruby Charlie przepuścił go.
Zespół, podążając w ślad za jego ojcem, przemaszerował przez oddział do łóżka matki Grubego Charliego. Gdy się zbliżyli, spojrzała na nich i uśmiechnęła się.
– Yellow Bird – powiedziała słabo. – Moja ulubiona piosenka.
– Jakimż byłbym mężczyzną, gdybym o tym zapomniał? – spytał ojciec Grubego Charliego.
Powoli pokręciła głową, wyciągnęła rękę i uścisnęła jego dłoń okrytą cytrynowożółtą rękawiczką.
– Przepraszam – zagadnęła Grubego Charliego drobna biała kobieta z notatnikiem w dłoni. – Czy ci ludzie są z panem?
– Nie. – Gruby Charlie poczuł, że się rumieni. – Nie są. Nie do końca.
– Ale to przecież pańska matka. – Kobieta posłała mu spojrzenie godne bazyliszka. – Muszę prosić, by natychmiast usunął pan stąd tych ludzi, nie wywołując dalszego zamieszania.
Gruby Charlie mruknął coś pod nosem.
– Co pan powiedział?
– Powiedziałem, że jestem niemal pewien, że nie zdołam ich do niczego zmusić – powtórzył Gruby Charlie.
Właśnie pocieszał się myślą, że gorzej już nie będzie, gdy ojciec wziął od perkusisty dużą, foliową torbę i zaczął wyciągać z niej puszki ciemnego piwa, rozdając je członkom zespołu, pielęgniarkom i pacjentom. Potem zapalił cygaretkę.
– Przepraszam! – Na widok dymu kobieta z notatnikiem rzuciła się w stronę ojca Grubego Charliego, niczym pocisk scud z podkręconym celownikiem.
Gruby Charlie wykorzystał ten moment i uciekł. Uznał, że to najmądrzejsze, co może zrobić.
Tego wieczoru siedział w domu, nasłuchując dzwonka telefonu bądź pukania do drzwi. Czuł się jak człowiek klęczący przy gilotynie i czekający, aż ostrze ucałuje jego kark. Dzwonek jednak się nie odezwał.
Gruby Charlie bardzo kiepsko spał i następnego dnia po południu zakradł się na oddział, gotów na najgorsze.
Matka wydawała się szczęśliwa, wręcz promieniała. Od miesięcy nie wyglądała lepiej.
– Wyjechał – poinformowała Grubego Charliego, gdy się zjawił. – Nie mógł zostać. Muszę powiedzieć, Charlie, że żałowałam, że wyszedłeś. Świetnie się tu bawiliśmy, jak za dawnych, dobrych czasów.
Gruby Charlie nie wyobrażał sobie niczego gorszego niż udział w zabawie wśród chorych na raka, a w dodatku w zabawie urządzonej przez jego ojca z towarzyszeniem jazzbandu. Nie odpowiedział.
– On nie jest taki zły. – Matka Grubego Charliego spojrzała na syna z błyskiem w oku, potem zmarszczyła brwi. – No, to nie do końca prawda. Owszem, nie można go nazwać dobrym człowiekiem, ale zeszłego wieczoru zrobił dla mnie wiele dobrego. – Uśmiechnęła się, prawdziwym, szerokim uśmiechem. Przez moment znów wyglądała młodo.
Stojąca w drzwiach kobieta z notatnikiem pokiwała na niego palcem. Gruby Charlie przemknął przez oddział w jej stronę i zaczął przepraszać, nim jeszcze znalazła się w zasięgu głosu. Gdy się zbliżył, dostrzegł, że kobieta nie patrzy już na niego wzrokiem bazyliszka cierpiącego na wrzody żołądka. Teraz wdzięczyła się niczym kociak.
– Pański ojciec… – zaczęła.
– Bardzo mi przykro – odparł Gruby Charlie. Dorastając, zawsze to powtarzał, gdy ktoś wspominał o jego ojcu.
– Nie, nie, nie – zaprotestował eksbazyliszek. – Nie ma za co przepraszać. Zastanawiałam się tylko, co do pańskiego ojca… Gdybyśmy musieli się z nim skontaktować. Nie mamy w dokumentach numeru telefonu ani adresu. Powinnam była go wczoraj zapytać, ale zupełnie wypadło mi to z głowy.
– Wątpię, by miał telefon – odrzekł Gruby Charlie. – Najłatwiej można go znaleźć, jadąc na Florydę i dalej autostradą Al A. To droga nabrzeżna, biegnąca wschodnią stroną półwyspu. Po południu zwykle łowi ryby z mostu, wieczorami siedzi w barze.
– Niezwykle czarujący człowiek – rzekła tęsknie. – Czym się zajmuje?
– Już mówiłem. Twierdzi, że to cud ryb, chleba i wina.
Spojrzała na Grubego Charliego nic niepojmującym wzrokiem i poczuł się głupio. Gdy to samo mówił ojciec, ludzie się śmiali.
– No… jak w Biblii. Cud ryb, chleba i wina. Tato mawiał często, że łowi ryby, a jeśli nie ma z tego chleba, to nie jego wina. To taki żart.
Jej oczy zaszły mgłą.
– O tak, opowiada przezabawne dowcipy. – Klasnęła językiem i przybrała oficjalną minę. – Proszę przyjechać o wpół do szóstej.
– Po co?
– Żeby odebrać matkę i jej rzeczy. Doktor Johnson nie mówił, że ją wypisujemy?
– Odsyłacie ją do domu?
– Tak, panie Nancy.
– A co z… z rakiem?
– Najwyraźniej to był fałszywy alarm.
Gruby Charlie nie mógł zrozumieć, jakim cudem to miałby być fałszywy alarm. Jeszcze tydzień temu wspominali o wysłaniu matki do hospicjum. Lekarz w rozmowie wielokrotnie używał sformułowań takich, jak: „Nie miesiące, lecz tygodnie” i „Uwolnić ją od bólu i czekać na nieuniknione”.
Mimo wszystko Gruby Charlie wrócił do szpitala o wpół do szóstej i odebrał matkę, która nie zdziwiła się wcale, słysząc, że już nie umiera. W drodze do domu poinformowała go, że zamierza wydać oszczędności całego życia na podróże.
– Lekarze mówili, że mam trzy miesiące – powiedziała. – I pamiętam, że pomyślałam: jeśli kiedykolwiek jeszcze wyrwę się z tego szpitala, pojadę zobaczyć Paryż i Rzym, i inne takie miejsca. Wrócę na Barbados i Saint Andrews. Może wybiorę się do Afryki. I Chin. Lubię chińską kuchnię.
Gruby Charlie nie miał pojęcia, co się dzieje, ale tak czy inaczej, obwiniał o to ojca. Odprowadził matkę, uzbrojoną w potężną wypchaną walizę, na lotnisko Heathrow i pomachał jej na pożegnanie przy bramce odlotów międzynarodowych. Ruszyła naprzód z szerokim uśmiechem, ściskając w dłoni paszport i bilety. Od wielu lat nie wyglądała równie młodo.
Dostał od niej kartki z Paryża, Rzymu, Aten, Lagos i Kapsztadu. Na pocztówce z Nankingu napisała, że zdecydowanie nie odpowiada jej to, co w Chinach uważa się za chińską kuchnię, i że nie może się już doczekać powrotu do Londynu i wizyty w prawdziwej chińskiej restauracji.
Umarła we śnie, w hotelu w Williamstown na karaibskiej wyspie Saint Andrews.
W czasie pogrzebu w południowolondyńskim krematorium Gruby Charlie cały czas spodziewał się, że lada moment zobaczy ojca. Może staruszek wmaszeruje do środka na czele jazzbandu, trupy klownów albo pół tuzina jadących na trójkołowych rowerkach i palących cygara szympansów. Nawet podczas mszy cały czas oglądał się przez ramię na drzwi. Lecz ojciec Grubego Charliego nie przyjechał, zjawili się tylko przyjaciele matki i dalecy krewni, głównie otyłe kobiety w czarnych kapeluszach, głośno wydmuchujące nosy, wycierające chusteczkami oczy i kręcące ze smutkiem głowami.
I dopiero w trakcie ostatniego hymnu, gdy naciśnięto już guzik i trumna z matką Grubego Charliego ruszyła na taśmie ku bramom Królestwa Niebieskiego, Gruby Charlie zauważył stojącego z tyłu mężczyznę mniej więcej w jego wieku. Oczywiście nie był to jego ojciec, Gruby Charlie w ogóle nie znał tego człowieka. I gdyby nie wypatrywał ojca, pewnie by go nie zauważył, stojącego z tyłu, wśród cieni… Stał tam jednak – nieznajomy w eleganckim, czarnym garniturze, ze spuszczoną głową i splecionymi dłońmi.
Gruby Charlie przyglądał mu się o ułamek sekundy za długo i nieznajomy uniósł wzrok. Spojrzał na niego i obdarzył go pozbawionym radości uśmiechem, z rodzaju tych, które sugerują, że obaj tkwią w czymś po uszy. Nie był to uśmiech, jaki widuje się na twarzach nieznajomych, lecz Gruby Charlie nadal nie potrafił sobie skojarzyć tego człowieka. Odwrócił wzrok w głąb kaplicy. Zebrani zaśpiewali Swing Low, Sweet Chariot, pieśń, której – takie przynajmniej miał wrażenie – jego matka szczerze nie znosiła. A potem wielebny Wright zaprosił ich wszystkich do ciotecznej babci Grubego Charliego Alanny na skromny poczęstunek. U ciotecznej babci Alanny nie zjawił się nikt, kogo Gruby Charlie by nie znał. I choć od śmierci matki minęło kilka lat, co jakiś czas powracał myślą do owego nieznajomego. Kim był, po co przyszedł? Czasami Grubemu Charliemu wydawało się, że po prostu go sobie wyobraził.
– A zatem – Rosie opróżniła kieliszek chardonnay – zadzwonisz do tej twojej pani Higgler i dasz jej numer mojej komórki. Powiedz o ślubie i o dacie. A właśnie, sądzisz, że powinniśmy ją zaprosić?
– Możemy to zrobić – odparł Gruby Charlie. – Ale wątpię, by przyjechała. To stara przyjaciółka rodziny, znała mojego tatę jeszcze przed potopem.
– W porządku, wysonduj ją. Sprawdź, czy powinniśmy wysłać zaproszenie.
Rosie była dobrą kobietą, miała w sobie coś ze świętego Franciszka z Asyżu, z Robin Hooda, Buddy i dobrej czarodziejki Gladioli – świadomość, że zbliżający się ślub na nowo połączy jej ukochanego i jego ojca, w jej umyśle nadała uroczystości dodatkowego wymiaru. Nie był to już zwyczajny ślub, przeistoczył się wręcz w misję humanitarną, a Gruby Charlie znał Rosie dość długo, by wiedzieć, że nigdy nie należy stawać pomiędzy narzeczoną a jej pragnieniem Czynienia Dobra.
– Jutro zadzwonię do pani Higgler – oznajmił.
– Wiesz co? – zagadnęła Rosie, uroczo marszcząc nosek. – Zadzwoń jeszcze dzisiaj. W Ameryce jest teraz w miarę wcześnie.
Gruby Charlie przytaknął i razem wyszli z winiarni. Rosie stąpała lekko, sprężyście, a Gruby Charlie powłóczył nogami niczym skazaniec idący na szubienicę. Nie bądź głupi, upomniał się w duchu. Ostatecznie całkiem możliwe, że pani Higgler się wyprowadziła albo wyrejestrowała telefon. Całkiem możliwe. Wszystko było możliwe.
Wrócili do mieszkania Grubego Charliego, górnej połowy niewielkiego domu przy Maxwell Gardens, parę kroków od Brixton Road.
– Która godzina jest na Florydzie? – spytała Rosie.
– Późne popołudnie – odparł Gruby Charlie.
– No to już, do dzieła.
– Może powinniśmy trochę zaczekać. A jeśli wyszła?
– A może powinniśmy zadzwonić już teraz, nim siądzie do obiadu.
Gruby Charlie znalazł swój stary, papierowy notatnik z adresami. Pod literą H tkwił oddarty kawałek koperty, na którym widniał nakreślony pismem matki numer telefonu, a pod nim dwa słowa: Callyanne Higgler.
Telefon dzwonił i dzwonił.
– Nie ma jej – oznajmił Gruby Charlie, lecz w tym momencie ktoś z drugiej strony podniósł słuchawkę.
– Tak? Kto mówi? – spytał kobiecy głos.
– Uhm… Czy to pani Higgler?
– Kto mówi? – powtórzyła pani Higgler. – Jeśli jesteś jednym z tych cholernych telemarketerów, to natychmiast skreśl mnie ze swojej listy albo zaskarżę was do sądu. Znam swoje prawa.
– Nie, to ja. Charles Nancy. Kiedyś mieszkałem obok pani.
– Gruby Charlie? A to ci dopiero. Cały dzisiejszy ranek szukałam twojego numeru. Wywróciłam dom do góry nogami i myślisz, że coś znalazłam? Podejrzewam, że zapisałam go w starej książce z rachunkami, do góry nogami. I w końcu powiedziałam sobie: Callyanne, nadeszła pora, by pomodlić się i mieć nadzieję, że Pan zobaczy cię i wysłucha. Po czym padłam na kolana, a wierz mi, nie są już tak zdrowe, jak kiedyś, i złożyłam dłonie, wciąż jednak nie mogłam znaleźć twojego numeru. A teraz, proszę, sam do mnie zadzwoniłeś. W gruncie rzeczy to nawet lepiej, zwłaszcza że nie opływam w bogactwa i nie stać mnie na telefony do obcych krajów, nawet w takiej sytuacji, choć naprawdę zamierzałam do ciebie zadzwonić. Wierz mi, w tych okolicznościach…
Nagle urwała – albo po to, by odetchnąć, albo pociągnąć głęboki łyk z kubka gorącej kawy, który zawsze nosiła w lewej ręce. Wykorzystując krótką chwilę przerwy, Gruby Charlie wtrącił szybko:
– Chcę zaprosić tatę na mój ślub. Żenię się.
Z drugiej strony zapadła cisza.
– Ale dopiero pod koniec roku – dodał.
Pani Higgler wciąż milczała. – Moja narzeczona ma na imię Rosie – dodał.
Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem ich nie rozłączono. Zazwyczaj rozmowy z panią Higgler były dość jednostronne, często ona sama odpowiadała za rozmówcę. I nagle teraz pozwoliła mu wypowiedzieć bez przeszkód cztery pełne zdania. Odważył się zatem na piąte.
– Jeśli ma pani ochotę, też może pani przyjechać.
– Boże, Boże, Boże – odparła pani Higgler. – Nikt cię nie uprzedził?
– Uprzedził? O czym?
Toteż uczyniła to, opowiadając długo, ze szczegółami, a on stał, milcząc. A kiedy skończyła, rzekł jedynie:
– Dziękuję, pani Higgler. – Zapisał coś na skrawku papieru i dodał: – Dziękuję. Nie, naprawdę.
Odłożył słuchawkę.
– I co? – spytała Rosie. – Masz jego numer?
– Tato nie przyjedzie na ślub – oznajmił Gruby Charlie, po czym dodał: – Muszę lecieć na Florydę. – Jego głos brzmiał głucho, bez cienia emocji. Równie dobrze mógłby rzec: „Muszę zamówić nową książeczkę czekową”.
– Kiedy?
– Jutro.
– Po co?
– Na pogrzeb mojego taty. Nie żyje.
– Och, tak mi przykro, tak bardzo przykro. – Objęła go mocno i przytuliła. Zastygł w jej ramionach niczym manekin sklepowy. – Jak on? To znaczy… Czy chorował?
Gruby Charlie pokręcił głową.
– Nie chcę o tym mówić.
Rosie uścisnęła go mocno, a potem ze współczującą miną skinęła głową. Pomyślała, że jest zbyt zrozpaczony i wstrząśnięty, by rozmawiać.
Ale wcale tak nie było. Zupełnie nie tak. Gruby Charlie się wstydził.

Z pewnością istnieje sto tysięcy godnych rodzajów śmierci. Na przykład skok z mostu do rzeki, by ocalić tonące dziecko.
Albo zgon pod gradem kul podczas samotnego ataku na kryjówkę przestępców. Prawdziwie godna śmierć.
Prawdę mówiąc, istnieją też nieco mniej godne rodzaje śmierci, które jednak nie byłyby takie złe. Przykładowo samozapłon. Lekarze wciąż się spierają, naukowcy twierdzą, że coś takiego nie istnieje, lecz mimo wszystko ludzie od czasu do czasu ni z tego, ni z owego stają w płomieniach, zostawiając po sobie jedynie zwęgloną dłoń, wciąż ściskającą niedopałek papierosa. Gruby Charlie czytał o tym w jakimś piśmie. Nie przeszkadzałoby mu, gdyby ojciec odszedł w ten sposób. Albo nawet gdyby dostał ataku serca, goniąc złodziejaszka, który ukradł mu drobne na piwo.
Oto jak umarł ojciec Grubego Charliego:
Zjawił się w barze wcześnie i rozpoczął wieczór karaoke, śpiewając What’s New Pussycat. Według pani Higgler, której tam nie było, wykonał tę piosenkę tak świetnie, że gdyby na jego miejscu stał Tom Jones, zasypałby go deszcz rzucanej na scenę damskiej bielizny. Ojciec Grubego Charliego zyskał natomiast darmowe piwo, postawione przez kilka jasnowłosych turystek z Michigan, które uznały go za najbardziej uroczego człowieka, jakiego w życiu spotkały.
– To była ich wina – oznajmiła gorzko przez telefon pani Higgler. – One go zachęcały!
Kobiety miały na sobie obcisłe bluzeczki bez ramion. Ich skórę pokrywała czerwonawa opalenizna, oznaczająca zbyt wczesne spotkanie ze zbyt intensywnym słońcem. A sądząc z wieku, każda z nich mogła spokojnie być jego córką.
Wkrótce siedział już przy ich stoliku, paląc cygaretki i rzucając czytelne aluzje, że podczas wojny służył w wywiadzie wojskowym – choć zachował dość ostrożności, by nie sprecyzować, której wojny – i że bez trudu potrafi na kilka różnych sposobów zabić człowieka gołymi rękami.
Potem wybrał najbardziej biuściastą i najjaśniejszą z blond turystek i porwał do krótkiego tańca na parkiecie (który niezbyt zasłużył na to dumne miano), podczas gdy jedna z jej przyjaciółek zawodziła ze sceny Strangers in the Night. Wyglądało na to, że się świetnie bawi, choć turystka nieco przewyższała go wzrostem, tak że jego uśmiech znajdował się na wysokości jej piersi.
Po skończonym tańcu oznajmił, że znów nadeszła jego kolej. A ponieważ o ojcu Grubego Charliego można by z całą pewnością rzec, iż nigdy nie wątpił w swoją heteroseksualność, zaśpiewał I Am What I Am. Zwracał się głównie do najjaśniejszej blondynki, siedzącej przy stoliku tuż pod sceną. Włożył w ten śpiew wszystko. Dotarłszy do fragmentu, w którym wyjaśniał słuchaczom, że według niego życie jest nic niewarte, jeśli nie można powiedzieć wszystkim, że jest się tym, kim jest, skrzywił się dziwnie, przycisnął jedną dłoń do piersi, wyciągnął drugą i runął – tak wolno i wdzięcznie, jak tylko może runąć człowiek – z zaimprowizowanej sceny wprost na najjaśniejszą blond turystkę, a z niej na podłogę.
– Tak właśnie zawsze pragnął odejść. – Pani Higgler westchnęła.
A potem opowiedziała Grubemu Charliemu, jak jego ojciec w ostatnim geście wyciągnął rękę i chwycił coś, co okazało się górą bluzki bez ramiączek jasnowłosej turystki, toteż z początku ludzie sądzili, że zawrzały w nim żądze i rzucił się ze sceny po to, by obnażyć pierś dziewczyny, bo turystka zerwała się z miejsca, demonstrując wszystkim swój biust, podczas gdy akompaniament do I Am What I Am wciąż brzmiał donośnie, tyle że nikt już nie śpiewał.
Gdy widzowie zorientowali się, co naprawdę zaszło, uczcili pamięć zmarłego dwiema minutami ciszy. Sanitariusze wynieśli ojca Grubego Charliego do karetki, a jasnowłosa turystka dostała ataku histerii w toalecie.
I właśnie wizja jej obnażonych piersi ostatecznie dobiła Grubego Charliego. Oczyma duszy widział, jak spoglądają na niego oskarżycielsko, niczym oczy ze starego portretu. Miał ochotę przeprosić całą salę pełną ludzi, których nigdy nie spotkał. A świadomość, że ojciec uznałby to za niezwykle zabawne, podsycała dodatkowo wstyd Grubego Charliego. Kiedy wstydzisz się czegoś, czego nawet nie oglądałeś, jest jeszcze gorzej. Twój umysł cały czas dodaje nowe, kłopotliwe szczegóły, powraca do wydarzeń, wałkuje je, obraca na wszystkie strony. No, może twój nie, ale Grubego Charliego z pewnością.
Generalnie, objawy fizyczne wstydu Gruby Charlie odczuwał w zębach i w górnej części brzucha. Spodziewając się, że za chwilę na ekranie telewizyjnym wydarzy się coś krępującego, zrywał się z miejsca i zmieniał kanał. Jeżeli było to niemożliwe, bo na przykład oglądał program w towarzystwie innych osób, pod wymyślonym pretekstem wychodził z pokoju i czekał, aż zawstydzająca go scena przeminie.
Gruby Charlie mieszkał w południowym Londynie. Przybył tam w wieku dziesięciu lat, z amerykańskim akcentem, przez który stał się obiektem bezlitosnych drwin. Pracował zatem bardzo ciężko, by się go pozbyć. W końcu zdołał przegnać ostatnie pozostałości zmiękczonych samogłosek i dźwięcznego „r”, ucząc się jednocześnie typowo angielskich zwrotów. Gdy skończył piętnaście lat, udało mu się ostatecznie pozbyć amerykańskiego akcentu. I właśnie wtedy jego koledzy odkryli, że bardzo, bardzo chcą mówić tak, jakby urodzili się w getcie. Wkrótce wszyscy oprócz Grubego Charliego zaczęli mówić niczym ludzie pragnący brzmieć jak on sam po przyjeździe do Anglii – z tą różnicą, że Gruby Charlie nigdy nie mógł odezwać się tak publicznie, bo matka natychmiast zdzieliłaby go w ucho.
Tajemnica tkwiła w głosie.
Gdy wstyd z powodu sposobu, w jaki umarł ojciec, zaczął słabnąć, Gruby Charlie poczuł pustkę.
– Nie mam już rodziny – żalił się Rosie.
– Masz mnie – odparła. Na te słowa Gruby Charlie uśmiechnął się. – I masz moją mamę – dodała, co sprawiło, że uśmiech zastygł mu na wargach. Ucałowała go w policzek.
– Mogłabyś zostać na noc – podsunął. – Pocieszyć mnie i tak dalej.
– Mogłabym – zgodziła się. – Ale tego nie zrobię.
Rosie nie zamierzała przespać się z Grubym Charliem aż do dnia ślubu. Oznajmiła, że to jej decyzja i że podjęła ją, gdy miała piętnaście lat. Nie dlatego, że znała wówczas Grubego Charliego, po prostu tak właśnie zadecydowała. Uścisnęła go zatem ponownie, przytrzymując bardzo długo w ramionach.
– Rozumiesz chyba, że musisz pogodzić się ze swym ojcem? – rzekła i wróciła do domu.
Gruby Charlie nie spał dobrze tej nocy. Chwilami osuwał się w drzemkę, potem budził, rozmyślał i znów zasypiał.
Wstał o wschodzie słońca. Gdy ludzie wyruszą do pracy, zadzwoni do biura podróży i spyta o taryfy last minute na Florydę. Zadzwoni też do agencji Grahame’a Coatesa i poinformuje, że z powodu śmierci w rodzinie musi wziąć kilka dni wolnego. I tak wie, że zostaną mu odliczone z dni przysługujących na zwolnienie lekarskie bądź urlop.
Na razie jednak cieszył się, że na świecie panuje spokój.
Powędrował korytarzem do maleńkiego pokoju na tyłach domu i wyjrzał z niego do ogrodu. Ptasi chór rozpoczął już poranny występ. Gruby Charlie ujrzał kosy, małe wróble podskakujące w gęstwinie żywopłotu i samotnego drozda o nakrapianej piersi, siedzącego na gałęzi pobliskiego drzewa. Pomyślał, że świat, w którym ptaki śpiewają rankiem, to normalny świat, rozsądny świat. Świat, którego częścią chętnie pozostanie.
Później, gdy ptaki zaczęły budzić w nim lęk, Gruby Charlie wspominał ten ranek jak coś dobrego i pięknego, ale też jako moment, w którym wszystko się zaczęło. Nim jeszcze nadszedł obłęd. Nim nadszedł strach.

kalendarz

Posted by: seofox2 on: listopad 25, 2008

Ułatwia przygotowanie się do zbioru surowców zielar­skich. Jednakże dane w kalendarzu należy traktować orien­tacyjnie obserwując rozwój roślin na łonie natury, gdyż w za­leżności od przebiegu warunków atmosferycznych różnica przy wzroście roślin może wynosić nawet kilka tygodni. A chodzi przecież przede wszystkim o to, by uchwycić najwłaściwszy
okres zbioru.
Przy zbiorze bardzo ważna jest również pora dnia, faza księżyca (najlepiej zbierać zioła w fazie przybierającej, przed oraz w pełni księżyca) oraz pogoda. Nie wolno zbierać ziół w czasie deszczu, jak również z rosą ranną lub wieczorną. Tylko surowce łatwo osypujące się jak np. kminek, anyż, kios­ki widłaku, należy zbierać w pogodę wilgotną — lecz nie deszczową, lub rano z rosą. Ogólnie rzecz biorąc, należy zioła zbierać tylko w dni słoneczne. Surowce zielarskie zawierające olejki eteryczne, jak np. lawenda, tymianek, szałwia, mięta, melisa etc. należy zbierać podczas słońca od 10 rano do 15 popołudniu.
Przy zbiorze korzeni i kłączy pogoda i pora dnia nie maja
znaczenia.

Pierogi z łososiem

Posted by: seofox2 on: listopad 17, 2008

15 dag mąki   żółtko   oliwa    sól Na farsi: 15 dag fileta z łososia norweskiego bez skóry    15 dag fileta z wędzonego łososia norweskiego   mała cebula    5 dag suszonych pomidorów w oleju    1/2 pęczka koperku    sól   biały pieprz

Suszone pomidory osaczyć, posiekać. Cebulę obrać, posiekać, zeszklić na oliwie. Koperek posiekać. Zmielić oba rodzaje łososia, wymieszać z pomidorami, cebulą, koperkiem, doprawić solą i białym pieprzem.

Zagnieść ciasto z mąki, żółtka, szczypty soli i ok. 1/2 szklanki wody z łyżką oliwy. Cienko rozwałkować, szklanką wycinać krążki. Na środku każdego ułożyć po łyżeczce farszu. Zlepić mocno brzegi, formując pierogi.
U Zagotować dużą ilość wody, posolić. Wkładać partiami pierogi, zamieszać i przykryć. Gdy wypłyną, gotować jeszcze 2-3 min. Podawać z wody polanę oliwą, ozdobione suszonymi pomidorami i rukolą tub zrumienione na tłuszczu.

Łosoś z grzybami

Posted by: seofox2 on: listopad 17, 2008

10-15 dag fileta z łososia norweskiego bez skóry    oliwa    sok z 1/2 cytryny    1/2 kg grzybów leśnych    opakowanie śmietany kremówki    łyżka posiekanej natki    sól    pieprz    garść rukoli    pomidorki cherry

Filet z łososia norweskiego włożyć do zamrażalnika, aby łatwiej można go byto pokroić ostrym nożem w cieniutkie plastry. Po pokrojeniu rozłożyć plastry na talerzach. Posmarować oliwą, odrobinę posolić. Tuż przed podaniem pokropić sokiem cytrynowym (łosoś nie może długo w nim leżeć, bo zmienia kolor i konsystencję). Tutaj znajdziesz przepis na ryby w filecie.
Oczyścić i pokroić grzyby na kawałki. Smażyć je na oliwie na złoty kolor. Zagotować śmietanę, aż zgęstnieje, dodać grzyby. Dusić do miękkości, dodać natkę. Doprawić do smaku solą, pieprzem i kilkoma kroplami cytryny. Polać zimnego, surowego łososia norweskiego ciepłym sosem grzybowym. Ozdobić rukotą i pomidorkami cherry.

Dorsz

Posted by: seofox2 on: listopad 17, 2008

40 dag fileta z dorsza norweskiego   30 dag małży norweskich lub vongole (drobne muszelki)    12 krewetek tygrysich lub 24 zimnowodne krewetki norweskie   40 dag ryżu basmati    l g szafranu    cebula    2łyżki masła    5 łyżek oliwy 100 ml białego wytrawnego wina    1/2 pęczka kolendry    1/2 szklanki orzeszków piniowych    sól   pieprz posiekaną cebulę zeszklić na oliwie, dodać ryż i przesmażyć, usmażyć na oliwie. Kolendrę umyć, osuszyć, posiekać. Szafran wymieszać z winem i 700 ml wody (płynu ma być 2 razy tyle, co ryżu). Zalać ryż, przykryć, gotować do miękkości.

Małże oczyścić, ugotować w osolone] wodzie. Krewetki oczyścić i usmażyć na maśle. Dorsza posolić, pokroić w kostki.Orzeszki uprażyć.
Do ryżu dodać małże, krewetki, dorsza, doprawić solą i pieprzem. Przykryć i kilka minut gotować na małym ogniu. Posypać orzeszkami piniowymi i posiekaną kolendra.

Karp z kaszą i grzybami

Posted by: seofox2 on: listopad 17, 2008

karp (ok. 1,5 kg)    15 dag kaszy gryczanej   7 dag suszonych prawdziwków   2 cebule   4 łyżki masła    2 żółtka    kilka łyżek bulionu   2 łyżki śmietany   150 ml śmietany   sól   pieprz
Grzyby namoczyć, ugotować, pokroić w paski. Karpia sprawić, nie odcinając głowy, natrzeć solą. Kaszę zalać szklanką wrzątku, dodać sól i łyżkę masła, ugotować.

Obrane cebule posiekać, zeszklić na łyżce masła, dodać grzyby, przesmażyć. Wymieszać z kaszą, doprawić solą i pieprzem. Gdy farsz przestygnie, wymieszać go z żółtkami.

Nafaszerować rybę, zszyć, ułożyć w brytfannie, polać resztą roztopionego masła, podlać 2 łyżkami wody. Piec 50 min w 180 st, często podlewając powstającym sosem.

Upieczonego karpia przełożyć na półmisek. Sos z pieczenia   i zalać bulionem, zaprawić 150 ml śmietany, szybko zagotować. Podawać do ryby.

Kategorie

Archiwa